
- Byłam z mamą w poradni wad słuchu, żeby zmienić ustawienia jej aparatów słuchowych. Pani zamknęła się z mamą w dźwiękoszczelnym pomieszczeniu, a mnie kazano czekać w poczekalni. Po pół godzinie pani, wyraźnie zdenerwowana, wyszła i powiedziała, że mama życzy sobie, żebym brała udział w rozmowach. Jak rącza gazela wbiegłam do gabinetu małego jak szafa wnękowa. Obudowanego czarnymi gąbkami. Depresyjnego. Zobaczyłam tam moją mamę, siedzącą w pozie świadczącej o dużym stresie. Na twarzy miała przyklejony uśmiech pt. "Ach, jestem uprzejma, ale ratuj mnie córko". Rozejrzałam się w poszukiwaniu przyczyn zestresowania mamy. Nie znalazłam. I wtedy spojrzałam na panią, która z mamą rozmawiała. Pani miała rozszczep podniebienia. Gdy powiedziała coś do mamy, zrozumiałam wszystko - pani miała również bardzo poważną wadę wymowy. Moja mama nic nie rozumiała, bez względu na to, czy aparat słuchowy był włączony, czy nie. Żadne parametry fizyczne aparatu mojej mamy nie zmieniały faktu, że pani nie wymawiała dźwięcznych i syczących spółgłosek. Gdy zaczęłam powtarzać mamie to, co mówiła pani, stres minął, mamie zszedł z twarzy nerwowy uśmiech i sytuacja wróciła do normy. W pewnym momencie powiedziałam mamie, że pani mówi bardzo cicho, za co zostałam zbesztana: "Proszę nie zajmować się analizowaniem mojego głosu". Niby wszyscy mają równe prawa. Pani też.
- Ciekawe, czy mogłaby zostać logopedą?
- Albo dziennikarzem radiowym?
- Albo kontrolerem lotów?