Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w telewizji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w telewizji. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 września 2013

Jak wyprodukować serial, wypromować poprawne politycznie nadprzyrodzenia i odcinać od tego kupony

Szał kreatywno-decydencki w dziale do spraw seriali w Hollywood czy innym Serialforest wygląda tak (producent się pyta asystentów):
- Jadzia, a co tera modne jest?
- Wampiry!
- Niee, Jadzia, to wczoraj.
- Wilkołaki i mutanty!
- Jadzia ty wywłoku niedoinformowany, bo cię zwolnię!
- Takie co w myślach czytają i w te i wewte w czasie podróżujom?
- No może. Heeeeniu! Ty mi powiedz nierobie, w końcu za co ci płacę! Co tera modne jest?
- Modne takie co muszą mordować, chocia to dobre ludzie są. Kosmici, co nie wiadomo czy dobre są czy nie – w piątym sezonie się okaże. Bezczelne geniusze. Samotne detektywy, też geniusze albo kosmity. Upadłe anioły walczące z duchami, kosmitami i detektywami wampirami. I jeszcze jedno: odchodzę!
Oczywiście scenografia filologiczna jest inna, imiona zagraniczne, a ubrania eleganckie, ale poziom umysłowy ten sam.

Następuje nakładanie się na siebie modnych seriali. Z seriali oglądanych masowo i nagradzanych natychmiast wypączkowują seriale podobne. Jak mamy serial kryminalny o grzebaniu w starych sprawach to natychmiast mamy trzy inne, gdzie w starych sprawach grzebią się jeszcze bardziej. W jednym grzebie się facet, w drugim już babka, a w trzecim babochłop, co ma wizje. Bo tu występuje kalkomania na inny sławny serial, gdzie główny bohater ma wizje właśnie - jakiś taki nadprzyrodzony dar. W całkiem normalnym, realnym świecie, gdzie inni tego nadprzyrodzenia nie mają. Zaraz znowuż występuje kalkomania – w tym serialu bohater miał jedno nadprzyrodzenie, a już w następnym ma dwa. W następnym zaś nadprzyrodzenie mają wszyscy oprócz jednego, tego właśnie, który zostaje bohaterem.
I tak ze wszystkim.
Oddzielna materia to geniusze. O nie, nie ma co liczyć na bohatera który jest pracowity i do wniosków dochodzi za pomocą systematyczności, wiedzy i dedukcji – nie te czasy, to by była nuuuuda, panie. Geniusz ze świergotu ptaka i mrygnięcia okiem we wtorek wyczyta, że zabił X a Y to tak naprawdę Z. Geniusz musi być obowiązkowo problematyczny społecznie, a każden następny jest bardziej problematyczny niż poprzedni - jeden tylko bezczelny i złośliwy, kolejny to już kompulsywny histeryk, a potem już wio bez trzymanki – gej paranoik, narcystyczny kanibal, asperger z agorafobią, seksualny dewiant ze sznytami na zadku. No ale GENIUSZ więc wybaczmy i klęknijmy. Nie ma geniusza bez fobii. Bez ceny straszliwej w postaci takiej właśnie. Oraz (obowiązkowo!) nigdy bez asystenta do spraw kontaktów ze światem niegeniuszy. No wiadomix. Zwykły człowiek może odetchnąć z ulgą, że go to nieszczęście (bycia geniuszem) nie spotkało i że sam osobiście może se iść do sklepu i kupić kawałek sera. A taki geniusz siedzi w chałupie głodny, bo nie może (jak mu się asystent spóźnia, co się często zdarza, bo aktorzy drugoplanowi mają zakontraktowane mniej czasu ekranowego, nieprawdaż ;). 

Następuje też usprawiedliwianie złych bohaterów. Etyka telewizyjna bardzo elastycznie się prezentuje (aż ciekawym jesteśmy co z młodzieży na tym upasionej wyrośnie). Bo okoliczności, panie. Bo tamten był gruby i brzydki. Bo oko za oko to stare i nieaktualne – teraz to za oko drugie oko plus dwa zęby, w tym jeden trzonowy. Cała masa dewiantów społecznych jest przedstawiana w pozytywnym świetle, a jak się pojawia jakiś powiedzmy eee chrześcijaninosamarytanin, co mówi złu NIE, to go automatycznie do cna znienawidzamy (dobro i uczciwość to nuuuda, panie).
  

 No i dużo tej nadprzyrodzonej maści, dzisiaj serial bez efektów specjalnych opartych na nadprzyrodzeniach bohaterów ma nikłe szanse, żeby się przebić. Przyrodzenia są takie i owakie: baśniowe, kosmiczne, paranormalne, dużo w tym błysków i szybkiego poruszania się. Tylko gdzie ma nas to zaprowadzić? Staliśmy się tak poprawni politycznie, że musimy sobie wymyślać nowe gatunki, nowe nadprzyrodzenia, żeby się nad nimi wyżywać. Stąd konflikty między ludźmi a mutantami oraz między wilkołakami a wamirami. Czarni mieszkańcy planety uzyskali prawa, kobiety już głosują więc się teraz musim się dyskryminować z kosmitami i upadłymi aniołami. Aż żal dupę ściska, że jesteśmy ledwie homo sapiens pilotus canapus. W poważaniu mamy dobrego kowboja, który przybył ocalić miasteczko – marzymy, by się teleportować, strzelać oczami i umieć zabić bez złapania (w czym pomaga teleportacja i nie-mruganie we wtorek ;). To są cenne umiejętności! 

A weźmy taki najzwyklejszy serial kryminalny. Ten zakatrupił, tamten go ściga i za kratki, c’nie? A gdzie tam, doprawdyż. Co to w ogóle za mordowanie teraz: jakieś krwią po ścianach pisanie, flaków jak girlandy rozwieszanie, zwłok na supeł zawiązywanie i róży w tyłek im wtykanie. Skąd się to wzięło? Kto ma na to czas i ochotę jak się pytam. Czy wszystkie morderce to bezrobotne z doktoratem z symbologii i ze spadkiem po bogatej ciotce, że im się chce tak czasochłonnie i fikuśnie i szyfrem i zygzakiem? Eee. Eeee. No może nudy w tym nie ma, panie, ale sensu tyż brak.

To tytułem wstępu i w ramach zapewnienia, że znam się na rzeczy, jak przystąpię niedługo do przedstawiania najlepszych propozycji serialowych na jesień. No.

A teraz pouczająca kinomaniacka seria z YT czyli Uczciwe trajlery



Daję takie uniwersalnie chyba znane, ale szczerze polecam odnalezienie też śpiewanego Les Misereblalblables ;)

Jak ktoś coś swojego powyżej namierzył to prosz się przyznawać. Albo i lepiej nie ;)
A tak w ogóle to wiadomo:

niedziela, 16 czerwca 2013

Zakaz strzelania z łuku czyli okrutne gierki George'a Martina czyli "Gra o Tron"

Pisarz o wyglądzie poczciwego sternika niedużej łodzi rybackiej po wielu latach tworzenia zacnej literatury fantasy, naszpikowanej refleksjami o naturze władzy i kondycji ludzkiej, zajął się w końcu robieniem kariery.
A ja zajęłam się poszukiwaniem angielskiej wersji 'Gry o Tron' George'a R.R. Martina, ponieważ tę wciągającą pozycję czyta się tak szybko, że postanowiłam przy okazji poćwiczyć trochu obcego języka. Niestety angielska odnoga rodziny, poproszona przed odwiedzinami w kraju o wizytę w antykwariacie lub tzw charity shop, gdzie różne książki można czasem dostać za pół funciaka, stwierdziła że:
a) nigdzie nie ma żadnego Martina
b) nigdzie nie ma żadnego antykwariatu (sic!)
Seriously?
Wniosek: odnogę ową należałoby skrócić o głowę, zamiast udzielać jej schronienia we własnych pieleszach.

W między czasie poszłam na ugodę z własnymi, ambitnymi chętkami i po odczekaniu stosownie długiego czasu w bibliotecznej kolejce, dostałam do ręki (po oglądzie pierwszego sezonu serialu) zamówiony tom drugi, który okazał się jednak trzecim. A konkretnie drugim tomem trzeciego tomu, ponieważ sprytny polski wydawca postanowił zarobić podwójnie i porozdzielać wydania. Tak więc tom drugi trzeciej części sagi pod tytułem Pieśń Lodu i Ognia mający tytuł Nawałnica mieczy podzielił się na Stal i śnieg oraz Krew i złoto. Po przeczytaniu kilku pierwszych kartek Krwi i złota pomyślałam, że ktoś mnie zrobił w bambuko, bo jeden z bohaterów gryzł już ziemię a inszy machał mi przed oczyma kikutem odciętej ręki (WTF?). W sumie powinna się cieszyć, że nie rozdzielono tomiszcza na czworo, bo przy moim szczęściu miałabym w rękach samo Złoto  i brak jeszcze co istotniejszych członków ;) A i tak tomiszcze - klejone chyba na dziecięcą ślinę po Haribo - rozpadło mi się w rękach. Co nie wnerwiło mnie tak, jak niedouczenie tłumacza, który z uporem maniaka używał słowa sutka zamiast sutek. Co zresztą zostało trafnie korygowane przez kolejnych czytelników notatkami w rodzaju 'SUTEK, baranie!', 'Nie baranie, tylko barano!' ;).
Przeczytałam, co zajęło mi mało czasu. I poskejałam, co zajęło mi dużo czasu. Obejrzałam drugi sezon.
Zapał ostygł.
Na razie jestem w stanie zawieszenia. I czytelniczego i serialowego. Co nie znaczy, że was nie zachęcam. Niekoniecznie do Gry, ale do Martina. Vide poniżej.

Osobiste spotkanie twórczości Martina i pisarki Anny Brzezińskiej, która 'w swoim felietonie podkreśla, że George R. R. Martin jest najlepszy w powieściach spoza Westeros'.
"Wielu czytelników poznało George’a R.R. Martina dopiero przy okazji jego epickiej sagi fantasy "Pieśń Lodu i Ognia", dla mnie jednak zawsze będzie przede wszystkim twórcą mistrzowskich krótkich form – "Pieśni dla Lyanny", "Drogi krzyża i smoka" czy "Piaseczników". Natknęłam się na jego książki w 1999 roku, kiedy przelotnie studiowałam w Londynie i wszelkie nadwyżki finansowe, a nie było ich wiele, przepuszczałam w maleńkim antykwariacie specjalizującym się w literaturze SF&F. Jego właściciel, uroczy starszy pan, w poczuciu misji zapoznawał dziewczę z Dzikiego Wschodu z tytanami literatury fantastycznej i pewnego dnia zdumiawszy się głęboko, że nigdy dotąd nie słyszałam o George'u R.R. Martinie, podsunął mi pod nos jakąś jego powieść, bodajże "Fevre Dream", a potem wygrzebał dla mnie skądeś jego zbiory opowiadań. Bo jeśli nie znasz opowiadań Martina, powiedział starszy pan, to nie rozumiesz. I faktycznie nie rozumiałam, bo żadna z wczesnych powieści Martina nie rzuciła mnie na kolana. Potem jednak przeczytałam opowiadania i wiele się zmieniło.
(...) 
Kiedy George R.R. Martin publikował "Grę o tron", był więc autorem znanym i utytułowanym, a także wielokrotnym zdobywcą Hugo i Nebuli. Krótkie formy jednakże nie przyniosły mu spektakularnego sukcesu komercyjnego i po chłodnym przyjęciu thrillera "The Armageddon Rag" zaangażował się w produkcje filmowe, m.in. "Strefę mroku", co, jak sam po latach przyznawał, nauczyło go wszystkiego o telewizji i znacząco wpłynęło na sposób, w jaki pisze. Kiedy w 1996 roku powrócił w wielkim stylu, wielu czytelników, pamiętających jego dawne opowiadania, zarzucało mu, że nowa powieść jest typową komercyjną sagą fantasy i autor takiego kalibru nie powinien rozmieniać swojego talentu na drobne. Martin odpowiedział im ponoć z typowym dla siebie sarkazmem, że zrobił już wystarczająco wiele dla gatunku i teraz zamierza zrobić coś dla swojej rodziny i dla siebie. I robi to, powiedzmy sobie szczerze, na wielką skalę."
reszta Martin poza Westeros [klik]
...............
Przy promocji trzeciego sezonu postanowiono odciąć połowę kuponów od Avatara...
..............
Tymczasem piętrzą się problemy z przenosinami książki na ekran. Serialowe dzieci dorastają, filmowe kontrakty aktorów (tych, co przeżyli ;) dogasają. A Martin, co zarzucają mu fani, za wolno pisze kolejne części.
"Nie jesteśmy w stanie teraz odpowiedzieć, w jaki sposób podejdziemy do kolejnych sezonów. Serial doszedł do takiego momentu, w którym jest naprawdę bardzo wielu bohaterów; w trzeciej serii przedstawiliśmy kolejnych, a w następnych tomach pojawi się wiele nowych twarzy. W tej chwili niemożliwe jest ani budżetowo, ani fizycznie tworzyć serialu, w którym będziemy pokazywać losy 30 różnych bohaterów w 30 lokacjach. Nie chcemy wejść w pułapkę, dlatego musimy dobrze przemyśleć, jak do tego się zabrać - powiedział [producent serialu].
(...)
Alternatywą jest przerwa w emisji, by dać Martinowi czas na dokończenie książki. To jednak bardzo ryzykowny i drogi ruch. Seriale są jak rekiny - muszą cały czas płynąć w przód, by przetrwać. Przez cały rok studio musiałoby płacić aktorom (mimo tego, że nie pracowaliby na planie) lub zwolnić ich z kontraktów i nie mieć gwarancji, że za rok będą wolni. Podobnie ma się sytuacja z producentami."
więcej Twórcy Gry o Tron o przyszłości serialu [klik]
Seriously? 30 postaci w 30 lokalizacjach? Ktoś się tu podobno deklarował, że nauczony pisać dla telewizji... ;)

....................
Tymczasem na główny zarzut o zbyt częste uśmiercanie swoich bohaterów Martin odpowiada tak:
"Pisze się to, co samemu chciałoby się przeczytać. Jako czytelnik czy telewidz zawsze lubię być zaskakiwany. Chcę prawdziwego suspensu. Wszyscy widzieliśmy filmy, w których główny bohater wpada w kłopoty, jest otoczony przez dwadzieścia osób, ale wiadomo, że i tak sobie poradzi, bo w końcu jest tym głównym bohaterem. Tak naprawdę nie czuje się obawy. A ja chcę, żeby moi czytelnicy i widzowie odczuwali strach, kiedy jakiejś postaci coś zagraża, chcę, żeby się bali przewrócić kolejną stronę w obawie, że dany bohater może nie przeżyć – tłumaczy autor, dodając jednak, że jest też druga strona medalu. - Uśmiercanie bohaterów książki to jedna sprawa, co innego natomiast, gdy spotykasz ludzi, którzy ich odtwarzają w serialu i uświadamiasz sobie, że pozbawiasz te osoby pracy. Pojawia się wtedy poczucie winy."
reszta Dlaczego George R.R. Martin zabija swoich bohaterów? [klik]
















 Co to takiego All my friends are dead tutaj [klik]

Np cycata czarnula dość szybko pożegnała się z gażą. Ale później zagrała Conana Barbarzyńcę ;)
...................
A poniżej link do wizyty Martina w programie Conana O'Briena, gdy pisarz ogląda reakcję fanów na filmową masakrę oraz błyskotliwie tłumaczy, dlaczego czytelnicy, w przeciwieństwie do serialowych li tylko oglądaczy, miewają depresję nawet trzynaście lat wcześniej (ok, spoiler puenty ;) [klik]

{Co do czasu powstania książki to widać gołą sutką, że było to dekadę temu. JEDYNY gej zostaje zaciukany relatywnie szybko. Teraz takie potraktowanie mniejszości bym nie przeszło, nawet jeśli, jak już zostało wspomniane, giną wszyscy po kolei ;). Mamy co prawda kilku niepełnosprawnych oraz transgenderową kobietę-rycerza a najinteligentniejszą postacią jest karzeł, co jednak nie czyni poprawnie politycznej wiosny. Zwłaszcza że mottem jest refren winter is coming }

(A na fejsa wrzucę bardzo interesującą recenzję po angielskiemu.)

..........
Amigos zachęceni? 
Czy też wszyscy już przeczytali i obejrzeli i stoję tu sama jako ta sierotka, machając kikutem?
..........
Najważniejsze, oczywiście, na koniec ;)

czwartek, 6 czerwca 2013

Wspomnienie o Romanie W.

Ach, cóż to był za aktor, ten Wilhelmi. Dzisiaj ładny, letni dzień, to dla kontrastu trochę mrocznej histerii aktorskiej i piosenka "Prawo moralne" ;)

Mmm (.)
Tak mi się od czasu do czasu, gdy telewizornia postanawia rzucić ochłap z lepszych serialowych czasów w postaci np 'Alternatyw 4', przypomina, jak to młodzież pyta:
- No dobre te Alternatywy 4, a gdzie można dostać 3 pierwsze sezony?
;)

sobota, 2 marca 2013

Krótki przegląd doniesień krajowych i zagranicznych

Benedykt oddał pierścionek
Doprawdyż nie może doznać ten pan poparcia od około trzydziestoletnich singielek, które dużo wysiłku wkładają w to, żeby w ogóle jakiś pierścionek dostać – np przypadkowo zachodząc w ciąże. A tymczasem on dobrowolnie pierścionek oddaje z powodu, że osłabł.
Kraśko w Wiadomościach relacjonując OSTATNIE momenty papieża tak się zapędził, że wyglądało to tak, jakby mówił o jego śmierci. Dla mediów w naszym kraju znawisko dobrowolnego oddania władzy jest bowiem czymś nieprawdopodobnym.



Wio koniku
W kategorii kulinarnej nurtuje Polaka kwestia ‘Czy na moim talerzu jest konik?’. Co jest zresztą bez znaczenia, skoro bardzo często w mięsie w ogóle nie ma mięsa.[.] Jest za to dużo innych bonusów [.] ;)
Na szczęścia w cukrze nadal jest tylko cukier – wiem to na pewno, bo zawsze gdy przestaję słodzić kawę to chudnę ;)



Stoch ujarzmił stok
Doprawdyż niesamowite jest, że ludzie którzy nigdy na oko narty nie widzieli podniecają się tym zwycięstwem do tego stopnia, żeby dzwonić do radia i chlipać ze szczęścia.
Sport należy uprawiać a nie oglądać.
W takim razie przewrotna propozycja dla wielbicieli skoczów ;)

 
















Daniel po raz trzeci
Rozdano Oscary, po raz trzeci za pierwszoplanową rolę męską statuetę dostał Daniel Day-Lewis, który na rozdanie przyprowadził zwyczajną kobietę w okularach czyli żonę (tę samą od 16 lat), o której powiedział, że jest dziwna i dlatego pewnie z nim wytrzymuje w środowisku filmowym. Czym bardzo mnie ujął.
I w związku z tym animka, która wygrała Oscara dla filmu krótkometrażowego.
(Ponoć o zakochaniu, ale jak dla mnie to ekologiczny film o zaśmiecaniu miast ;)


Dziękuję z a uwagę.

poniedziałek, 25 lutego 2013

Pooscarowy post plotkowy

Zległam nie doczekawszy wyników, niestety. Ale we wtorek mają być powtórki.


Przepis na filmowy hicior jest prosty jak dizajn cepa, proszę, oto recepta































(Może mnie ktoś przy okazji oświecić czy  Lincoln też się chował z wujkiem? ;)
Oczywiście w celach oskarowych najlepiej dla pewności oszpecić jakąś urodziwą aktorkę.
I teraz dochodzimy do ważnej kwestii. Nie dziwi nic, że z upływem lat i milionów liczonych w miliardach zagraniczne gwiazdy wyglądają coraz lepiej (i bielej), o np tak


Chociaż i im się zdarzają wpadki wypływające z PRZETRENOWANIA, które ignoruje dane z metryczki...

































No a niektórzy są po prostu niezmienni
Jak natomiast można - dysponując takimi funduszami i przyboczną gwardią asystentów kosmetycznych -   pokazać się publicznie z czymś takim na gębie?

To doprawdyż zagadka jest.

Większą jednak zagadką jest, czemu gwiazdy młodnieją metrykalnie w prasie. Jak jestem w domu rodzinnym to przeglądam gazetki z celebrytami, co ich sama w życiu bym nie kupiła. A tam celebryta, który karierę zaczynał, gdy ja lat miałam naście, a on dwadzieścia, nagle się okazuje, iż jest w moim wieku. A po jakimś znowuż czasie nagle się okazuje, że jest już ode mnie o rok młodszy... Ostatecznie, ci z najgorszym piarem chyba, to mają po kilka lat ten sam wiek ;)

No cóż, jak to kiedyś powiedział Al (zanim szczerząc zębiska czknął  niedzielnym chili tatusia)

czwartek, 7 lutego 2013

Za miedzą, w Krainie Wiedzy czyli o co pyta Tadeusz, jeden z dziesięciu



Telewizor włączam a tam idzie tak:
-Parzenica to haft na spodniach góralskich a patynki to niegdysiejsze damskie pantofelki.
-Goliat to żaba afrykańska a Prometeusz był Tytanem a nie Herosem.
-Największa zatoka na Bałtyku nazywa się Pucka a między Rzymem i  Kartaginą toczyły się wojny punickie.
-Arenda to średniowieczne określenie dzierżawcy a cynober jest rudą rtęci (a nie żelaza).
-Cytadelę wybudowano po Postaniu Listopadowym (a nie Styczniowym) a tor do carlingu ma 42 metry
-Wojciech Kossak był synem Juliusza a manufaktura w Miśni powstała w XVIII w.*
-Kanasta to gra z Ameryki Południowej a taekwondo to sztuka walki z Korei
-Najstarszy szwajcarski uniwersytet założono w Bazylei w XV w., a Juliusz Kossak nie był synem Wojciecha.
-Grenlandię odkrył Eryk Rudy a Alhambra to pałac w Grenadzie.
-Indra to wedyjski bóg ognia a mikroskop wynaleziono przed lampą naftową.
-Muezin do modlitwy wzywa 5 razy dziennie (nie 3 ani 7), zaś mandolina ma 4 pary strun.
-W Polsce jest 908 miast i ponad 7000 jezior, a nie na odwrót, na Boga.
-Cyklamen to fiołek alpejski a ulęgałka to gruszka (a nie starożytna nazwa przebieralni...;)
Itd.

* Nawiasem mówiąc w miśnieńskiej manufakturze produkowano porcelanowe odpowiedniki idealnych:
 środków transportu
związków

















oraz imprez :)


Jeśli miałabym zostawić w telewizorni tylko jeden teleturniej to byłby to niewątpliwie ‘Jeden z dziesięciu’ – Tadeusz Sznuk jest ideałem prowadzącego teleturniej – kulturalny, taktowny, elegancki. Nie to, żebym kiedykolwiek była w stanie obejrzeć w całości jakiś inny teleturniej :I. I nie to, że lecę na Tadeusza. To się zdarza intuicyjnie, taki dobór naturalny – osobowość telewizyjna i my. Teleturniej i ja. Odświeżenie całych pokładów nieprzydatnej na co dzień wiedzy. Albo odkrycie niejakich braków (Ruda rtęci? Nie nęci mnie ruda rtęci. Ruda fałszywa jest- wiadomo. Uprasza się raczej pytać o przysłowia i stereotypy;)

Tymczasem gratulujemy panu, który obstawiał, że Kmicic wygrał z Panem Wołodyjowskim. Jak również panu, który za niewiernego apostoła uznał Judasza. Młodemu studentowi kierunków ścisłych gratulujemy nazwania Nike nagroda filmową. A najbardziej to gratulujemy absolwentce polonistyki, która nie wiedziała, kto to Edyp. Touché. (Mała podpowiedź: to kolo bez ucz, za to z kompleksem ;). Dwóm starszym (i raczej wyedukowanym) panom współczujemy zaś niewiedzy w temacie jakiego koloru był Shrek i jaki jest tytuł największego przeboju Lady Gagi. Pomijając masę debilnych pytań o fundusze europejskie. Wolno kropla drąży kamień i ‘Jeden z dziesięciu’ też wolno schodzi na psy. Niemniej... jeszcze nie teraz. Jeszcze można bez bólu pstryknąć telewizor wieczorem.


........

Środa popielcowa, taaa. Mam dużo popiołu w popielnicze ;)
Tłusty czwartek, taaa. Dużo mam zasobów... czwartku, dlatego pączka nie kupię. Nie mniej wpadnę tu i ówdzie, może kupi ktoś inny. Trza dać silnej woli możliwość wykazania się.
Żegnaj karnawale, adieu i kij ci w oko, jak Edypowi.

 A, to sobie jeszcze Jerzego Czesława wkleję na pociechę


środa, 17 października 2012

Społeczna kampania ekologiczno-gramatyczna czyli dlaczego lepiej włączać. Oraz Samobójcy: Reaktywacja

Telewizor to dla mnie (dentystyczne) pudełko rozpaczy. W telewizji naszej ciężko zobaczyć coś, co od razu nie powoduje zgrzytania zębów. 
Niedawno pstrykłam Tv w sam raz na materiał o samobójcach, pięknie. (W związku z Dniem Chorego Psychicznie, zdaje się. No wiadomo - nie chcesz żyć w tym pięknym kraju, toś wariat.)
„Co roku próbom samobójczym oddaje się 4000 ludzi” mówi szpikerka.
Cóż, gdyby tych 2000 ludzi oddało się tym innym 2000 ludzi to może myśli o samobójstwie można by uniknąć. Jeśli by dobrze poszło, bo jak oddawanie się idzie źle to sama mam ochotę na samobójstwo choć bardziej z naciskiem na zabójstwo i mord ;).
A następnie:
„Gdy  świat zbudowany z kartonu wali się pod naporem spadających cegieł...”
Że WHAT? Czy my nadal o samobójcach czy też o katastrofie budowlanej, która spotkała bezdomnych?
I się zastanawiam, czy muszę podszlifować mój sposób budowania metafor (bo to chyba było to?) czy może prościej się zabić?

Tymczasem ostatnio zobaczyłam taką oto w dwójnasób pouczającą reklamówkę, zamówioną przez Ministerstwo Środowiska. A nawet dwie:




"Z emitowanych filmów wynika, że o środowisko dbamy wspólnie, bazując na naturalnych, ludzkich aspektach zachowań i nawyków." (link
Z emitowanych filmów to jak dla mnie wynika, że dzielni mężczyźni muszą znosić pożycie z niedouczonymi nimfomankami. Plus głos z offu objaśniający czule, że w sumie nieważne jak mówimy, skoro jesteśmy tak bidni że najważniejsze to jednak oszczędzać.

(Po kliknięciu w linka można zobaczyć jeszcze pogadanki Bralczyka z Lwem-Starowiczem. Po co komu seksuolog w spotach o oszczędzaniu łatwo wyjaśnić oczywistym faktem, że Polacy lepiej się prokreują przy zgaszonym - jakby ktoś nie wiedział, to mu Lew powie i się dowie ;)
Tyle na dziś.

wtorek, 4 września 2012

Telewizornia jesienna proponuje



Już drugi raz to było i znowu nie mogłam się oprzeć oglądnięciu w tivi „Cesarzowej” – najdroższego chińskiego filmu ever. A akcja idzie tak: chińska cesarzowa obsesyjnie wyszywa chryzantemy na woalkach, jest przy tym - w postaci obowiązkowych cogodzinnych herbatek - perfidnie podtruwana przez cesarza małżonka. No i wiadomo: nerwy jej w końcu puszczają a potem jest masakra za masakrą. Oj, nie jest to film o szczęściu rodzinnym, bynajmniej. Bardzo płaczę jak oni te wszystkie wystawione na pałacowym dziedzińcu gliniane donice z żółtymi chryzantemami zadeptują NA AMEN, po czym zraszają własną krwią – chińska armia zbuntowanej cesarzowej znaczy się. Znaczy się zabijanych na pęczki Chińczyków też szkoda, ale jakby mniej. Za to chryzantem BARDZO. Czy by to nie można jakoś kulturalniej zdradzić cesarza, jakoś alejkami pomiędzy zmasować atak czy coś i nie niszczyć tyle kwiecia?
U mnie na ogródku w tym roku obrodził oczywiście tylko (no bo co innego?) TYTOŃ. Tym bardziej mi serce łamie ta chińska filmoza antykwiatowa. Poza tym bardzo malowniczo, dużo złota, dźgania i fikuśnej biżuterii. Dobrze, że nie powtarzają tak często filmu „Zawieście czerwone latarnie” bo też bym się nie oparła, a to jest już bardzo mega smutny film. Taki najsmutniejszy z tych, które na jesieni widzowi należy serwować z ostrożnością.








Wielką ostrożnością...ekhm







A w czwartek w tv „Blaszany bębenek” – no i znowu: ja tu się oprzeć?
Także telewizor w domu czasem mi się jednak przydaje.
Oby coś drgnęło w 'niebycie fal' satysfakcjonujących i oby jesienną ramówką rajcować się mógł nie tylko chłoporobotnik i boa-grzechotnik, że tak poetycko poujeżdżam Agnieszkę O.
Wypijmy za to.

niedziela, 12 sierpnia 2012

Rzezimieszek szuka mamki. Wymiatające filmy akcji i atrakcji. Oraz wybijające się na tym tle "Noce i dnie"

Pan Smith czekał na autobus, gdy nagle dostrzegł uciekającą w panice ciężarną kobietę. Jest ścigana przez groźnych gangsterów. Smith przyjmuje poród. Zabija rzezimieszków. Kiedy kobieta ginie, okazuje się, że to nie ona była celem przestępców, lecz niemowlę. Smith ma podwójną misję - musi nie tylko ratować noworodka przed bezwzględnymi bandytami, ale także znaleźć mu mamkę.
Recenzja filmu 'Tylko strzelaj' / 'Shoot 'Em Up' (2007) z Clivem Owenem i Monicą Bellucci (wp)
No słowo daję, repertuar telewizyjny na weekend rozwala mnie czasem bardziej niż rzezimieszek prujący serią z obrzyna ;D
(update: oczywiście mam na myśli li tylko rzezie filmowe, zważając, iż takie komentarze po masakrze na premierze Batmana - przez publiczność tamże wziętej wszak za część trójwymiarowych efektów specjalnych (o tempora o mores!), som bardzo nie nie miejscu chwilowo)

Ciekawe jak o naszych czasach świadczy to, że wierutna bzdura rozciągnięta na półtorej godziny wydaje się jednak bardziej przyswajalna (skoro ma widzów, skoro ktoś wyłożył na jej produkcję, etc) niż jej jednozdaniowe streszczenie...


Nasuwa się pytanie czym zgwałcił... pewnie uniwersalną wtyczką USB, hm.



 Jednak niektóre postaci mają tyle uroku mmm...


...oraz umiejętności ;)                                                                       
Poniżej: bardzo pouczające dane na temat przyspieszającej z roku na rok (proporcjonalnie do szybkości rozszerzania się wszechświata ) ilości truposzy w filmach akcji... Touché,really.
Jednym słowem...
K mówi, że stosuję za dużo skrótów myślowych, że pewne rzeczy pojawiają się w rozmowie ze mną 'od czapy' a nikt przecież nie może wiedzieć, jakie tam też trybiki mi się w głowie obracają i skąd skojarzenie dane wlazło nagle na wokandę i peroruje w najlepsze. 
A więc no więc tytułem wstępu w ramach epilogu: pewnego pięknego a leniwego poranka w urlopowym Berlinie, w czasie, gdy moja gospodyni leci do najbliższego sklepu po kawę, pstrykam sobie szwabską telewizornię i natrafiam na coś, co się nazywa Telewizja śniadaniowa w Tvn i mogę na własne oczy zobaczyć, jak nisko upadł Andrzej Sołtysik, co to się kiedyś zajmował filmoznawstwem (no bo wyobraźmy sobie w śniadaniówce np.Grażynę Torbicką, ekhm). No ale do wyboru mam to albo Andreę Berg, niemiecką piosenkarkę w typie Maryli albo film przyrodniczy z niemiecką Czubówną (nevvver!) albo też strzelić sobie w łeb (brak kawy!). I to mój jedyny incydent filmowy na obczyźnie.
Zaś po powrocie, ledwie rzucam w kąt walizki, w telewizorni lecą 'Noce i dnie', które to postanawiam sobie odświeżyć w towarzystwie pół butelki niemieckiego wina... Buży błąd ;) Pomijając kwestię nenufarów oraz dobrotliwego Bogumiła, który przypomina mi nieodmiennie moich dwóch czy trzech życiowych eks-Bogumiłów, zagubionych na krętych i błotnistych ścieżkach żywota....to jak gra Basieńkę ta Jadwiga Barańska! Toż to majstersztyk nieosiągalny dla współczesnych aktorek najwyraźniej. Ogólnie łza wzruszenia ( i to nie jedna) może się w oku zakręcić, że o przednim poczuciu humoru nie wspomnę ("Chłopy! Chowajta się, dohtory jadom!" :). Takiegoż trzeba mi właśnie patriotycznego kopa, coby się na nowo w ojczyźnie emocjonalnie obsadzić.
Dziękuję za uwagę i witam w kraju.

wtorek, 1 maja 2012

Przedsiębiorczość - reaktywacja

Ludu pracujący! Na majówce przysmażąjący się podczas gdy w pustych blokowiskach flagi łopoczą!



No ale czego można się spodziewać po narodzie raczkującym w temacie wolnorynkowej demokracji, gdzie 'przedsiębiorczość' jeszcze 20 lat temu miała definicję 'na cuś komuś zależy' ;)

piątek, 6 kwietnia 2012

Perfidia
































Natomiast Nat King Cole miał w tej kwestii inne zdanie.

środa, 4 stycznia 2012

Cywilizacja Majów idealnym planem na wygranie Euro 2012 plus Noworoczny Koncert Życzeń

Abyśmy niepotrzebnie nie żyli w strachu kolejnych 11 miesięcy, telewizja już dziś (tzn.wczoraj)  raczy nas dokumentem o kulturze Majów i spodziewanym na 21.12.2012  nie tyle końcu świata (co jest określeniem  popkulturowo umajonym), ile o spodziewanej katastrofie klimatycznej, która swoją skalą nie przyczyni się do naszego dalszego przetrwania.
Jako dziecko Majów miałam w małym palców, bardzo mnie ta kultura interesowała, a zwłaszcza wyrywanie serc, które przemawiało do mnie bardziej niż ich łamanie na łamach Emilki ze Srebrnego Nowiu i Ani z Zielonego, która to znajomość tematu nastąpiła dopiero później, w ramach prób przystosowania do świata dziewczęcej grupy rówieśniczej. Majowie z powodu braku prób przystosowania nie przetrwali. Kulturą Majów przestałam się interesować z powodu wystąpienia objawów zdrowego rozsądku uznając, że i tak  nigdy nie uda mi się pojechać i zobaczyć na własne oczy cywilizacji, która tak lekką ręką rozrzucała po schodach świątyń narządy, które z takim patosem się teraz transplantuje. 
Mur w Berlinie runął i zasypał ostatecznie tę fascynację (w sensie czasowym, a nie dosłownym oczywiście)
Acha, krótkotrwale była też inklinacja do Inków, po której pozostał tylko zwyczaj picia Inki. Heh.

Dziś jednak postanowiłam sobie przypomnieć dawne dzieje i ich współczesną interpretację, również w ramach przekonania, iż nadawanie dokumentów to jedyna sensowna misyjność, jakiej telewizja publiczna powinna się oddawać. Niestety poziom dokumentu wpędził mnie (w dość krwawy zresztą) sen.

Kilka majowych rozwiązań wydaje się jednak bardzo na czasie, zwłaszcza przed Euro 2012 – w kulturze Majów po meczu piłki nożej kapitanowi przegranej drużyny ucinano głowę.
Ot i jest rozwiązanie, żeby nasi w końcu się zmobilizowali.

Natomiast jako patriotka 1 stycznia poczułam się zobowiązana wysłuchać kilku polek. Ostatecznie walców. Czyli obejrzeć transmisję Koncertu Noworocznego w Złotej Sali Wiedeńskiego Towarzystwa Muzycznego (transmisję z Sali Srebrnej bym rzecz jasna olała)
Polki skoczne, co po sylwestrowym zgonie jest rzeczą istotną, zwłaszcza w niedzielę o północy, kiedy to transmisja ma miejsce ;). Sam koncert okraszony cudnym chórem małych chłopców, który w dobie takiego rozwoju pedofilii wydaje się całkiem na miejscu. (Skoro mówi się, że muzyka łagodzi obyczaje, niech i pedofilom złagodzi, ukazując nowy kontekst małych chłopców zastosowania). Plus aksamitny głos Bogusława Kaczyńskiego z offu, który to Bogusław (zmora muzycznego ukulturalniania w dzieciństwie) okazuje się jeszcze żyje.

Nie minął tydzień Nowego Roku, aż już dwa razu kisiłam dupsko przed telewizorem. Zgroza.

sobota, 31 grudnia 2011

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Granice wytrzymałości widza

Wieczorem dopadł mnie tak senny zgon, że postanowiłam przed wieczorną sesją pracy obejrzeć sobie fragment filmu "Granice wytrzymałości" czyli hollywoodzkiej opowiastki o wyprawie ratunkowej w Himalaje (gdzie oczywiście 6 osób ginie, żeby uratować dziewczynę o wydatnych wargach plus cała ekipa ratunkowa w rytmie niepokojącej a zarazem pompatycznej muzyki zaiwania po górach nie tylko nasmarowana gliceryną ale też z butelkami nitrogliceryny, które tu i ówdzie wybuchają. Plus - gdybym o tym jeszcze nie wspomniała - niepokojąca a zarazem pompatyczna muza. Plus wybuchy. Plus sceny typu: jejku! znowu wisimy wszyscy na jednej linie nad przepaścią! (że też scenarzysta nie wisi z nami na samym końcu liny, bo byśmy go z czystym sumieniem odcieli!) 
Ogólnie film ten tak mnie wnerwia, że naturalnie podnosi mi ciśnienie. Zastanawiam się, czy codziennie rano nie działałby lepiej od budzika.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...