Pokazywanie postów oznaczonych etykietą celebryci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą celebryci. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 grudnia 2014

Nam strzelać nie kazano...

co się odnosi do petard. Bo przysięgam, że jak jeszcze raz obaczę dziś tytuł 'Podsumowanie roku 2014', 'Sylwester' albo 'Przepowiednie na nowy rok' to jakąś petardę sobie zaaplikuję doustnie lub... Chyba, że podsumowujecie arcyprywatnie i spowiedniczo, bo ci co podsumowują lub wieszczą ogólnokrajowo to wszystkie argumenty przepisali z telewizora, smutek. Jednakowoż inni, którzy kompletnie koniec roku ignorują, dając dziś recenzję albo zdjęcie kotka, też mnie zastanawiają, a nawet bardziej.

To był rok w którym zdiagnozowałam w końcu dziwne fazy, w które zapadałam od czasu do czasu, najczęściej mając wzmożony kontakt z cywilizacją lub z telewizorem właśnie. To się nazywa rozpacz. Bardzo popularne ostatnio w kraju, jak ulał pasujące do małej czarnej, choć z rozpaczy zajadanej to się może nawet zrobić czarna wielorna. Człowiek zanurzony w rozpaczy całkowicie jest stracony, natomiast jej ataki od czasu do czasu nie bywają gorsze od rwania wyrostka. A mnie, jak wiadomo, niejeden wyrostek podrywał, mam wszak powodzenie w tym targecie ;)

Zatem jeszcze tylko kilka godzin na podomykanie projektów sygnowanych anno domini 2014. Jak ktoś migał się (lub rozpaczał) poprzednie 365 dni to będzie ciężko, zwłaszcza bez kopczyka amfetaminy kreciej wielkości. Wszelakie spóźnienia i gwałty na deadlajnach będą miały gorzkie piętno nieaktualnych cyferek końcowych, ah. Co mi przypomina, żeby do północy zjeść wszystkie produkty z grudniową datą ważności, bo nie stać mnie emocjonalnie i gastrycznie na odżywianie się o rok przeterminowanym żarłem.

Dzisiaj słyszałam audycję, właściwie to jakieś pińć audycji, żeby nie strzelać bo pieski się boją. Że to nieludzkie oraz chamskie. Że ktoś tam z redaktorów szanownych słyszał o kimś, kto w pieska rzucił petardą. I że w tego kogoś też powinno się rzucić petardą, żeby mu coś uszkodziło, to by zrozumiał, że tak nie wolno. Doprawdyż, co za starotestamentowe podejście, choć drzewniej nie było mowy o zemstualnej interakcji międzygatunkowej. Nie wiedziałam, że psy cieszą się taką estymą, żeby ludzkość musiała, w ramach poprawności politycznej, rezygnować dla nich ze swych wesołych, barbariańskich obyczajów. Zwłaszcza ludzkość spuszczająca psy ze smyczy w czasie spacerów 31 grudnia, żeby sobie pobiegały, nieprawdaż. Gdyby telewizor, za który w końcu płacimy abonament, poradził uprzejmie, żeby tegoż nie czynić (nie spuszczać) zamiast czynić to poprzednie (szczelać) to byłoby znacznie rozsądniej. Zamiast tego do studia wpuszcza się "redaktora", który za dobre rozwiązanie uważa profilaktyczne urwanie palców wyrostkowi, w celu nauczenia go szacunku do zwierząt. Touche.

Jeszcze bardziej touche jest powtarzane w mediach, aż do uwiądu uszu, określenie rok dwutysięczny czternasty, w roku dwutysięcznym czternastym, etc. Na litość boską, czas się w końcu pożegnać z rokiem dwutysięcznym! To było dawno, Polska jeszcze w Unii nie była, roczniki, co się porodziły na przykład w roku tysiąc dziewięćsetnym dziewięćdziesiątym nie wiedziały jeszcze, że zanim miną ćwierćwiecze, będziemy z psią społecznością konsultować zasadność tradycji karnawałowych.

Do blogerek modowych natomiast należy strzelać, jak najbardziej, ale z flesza, stawiając je pod ścianką. One to lubią i nie uciekną.
A zaskórniki należy wyciskać.

Bawcie się dobrze. Niech brokat się sypie, się sypie i obyście nie utknęli w zsypie (jeśli was poniesie za bardzo)!

środa, 14 maja 2014

Giger kaput, idziemy do baru porozmawiać o idolach dzieciństwa

Wczoraj zmarł kolejny idol mojego dzieciństwa, artysta, którego obrazkami miałam obwieszony mój panieński pokoik. R.H. Giger, twórca najsłynniejszego chyba wrogiego ludzkości kosmity z falliczną głową czyli Obcego. Moja mama, która na dobranoc opowiadała mi w formie bajek zaadaptowane do mojego wieku opowiadania z antologii światowego s-f, chyba nie do końca zdawała sobie sprawę, w którym kierunku pójdą moje zainteresowania. A może opowiadała te bajki bo zainteresowania już w tę nieprzewidzianą stronę podryfowały kosmicznym holownikiem? 


Nie, nie było fascynacji Anią z zielonego wzgórza, były za to, przynajmniej na ścianach, gigerowe wzgórki łonowe, Zdzisław Beksiński [o jego bio tu] i Bronisław Linke [klik]. Ale nie mogę sobie przypomnieć czy najpierw Beksiński czy potem Giger czy na odwrót. Linke zdarzył się natomiast na deser, a album z jego pracami rozpadł się od ciągłego wertowania krwawych pejzaży. 

Bronisław Linke, Sea of blood, 1952
Doprawdyż, jak pomyślę teraz o całej tej społeczności dojrzewających młodzieńców z sypiącym się wąsem, oglądających horrory, tryptyki o ufokach i grających w gry z kosmitami z powodu nieśmiałości do obcowania z otipsowanymi rówieśniczkami, to robi mi się wstyd, że miałam takie gusta. Choć może jestem niesprawiedliwa, może to wpływ filmów amerykańskich, to poczucie, że wielbiciele takich aranżarcji to nieudacznicy we flanelowych koszulach i nieświeżych spodniach od piżamy, którzy nigdy nie wyjdą z piwnic domów rodzicielskich, żeby rozwalić giełdę i zrobić oszałamiającą karierę finansową.

Kilka lat temu widziałam fragment filmu Transformers i się autentycznie popłakałam nad głupotą tego filmu, nad tymi milionami utopionymi w postprodukcji, które robią w społeczeństwie taki fatalny piar ufologii filmowej. Gry Endera, kamienia milowego czasów minionych, nie miałam jeszcze odwagi obejrzeć, bo interpretacja na kosmoalogiczne Glee z gładkimi nastolatkami wydaje mi się co najmniej niestosowna w tej przejmującej opowieści o winie i odkupieniu.
Nadal czekam na ekranizację Thorgala (niby o Wikingach, ale kosmici też obecni ;) w dobrej obsadzie, żeby pożegnać się z idolami dzieciństwa ostatecznie.
Czego by jednak nie sfilmowano, tylko w Obcym, oprócz całej tej fanowskiej otoczki, ważne jest kto projektował scenografię i bohaterów. Taki najsłynniejszy mariaż kina ze sztuką.  
(O tej kupie, Transformersach, wspominam tylko dlatego, że jeśli usłyszycie kiedyś nastolatków rozmawiających w autobusie o filmowych nocach z soboty na niedzielę, to wrzucają to oni do jednego wora, ehah) 

Jak by nie było chętnie odwiedziłabym jeden z dwóch gigerowskich barów w Szwajcarii (jest też ponoć jakiś w Tokio). Kwestią wątpliwą jest gustowność tego miejsca, ale na pewno robi ono wrażenie. Zwłaszcza na osobach mających kłopoty z kręgosłupem, który złowrogi Alien tak chętnie wypruwał we wszystkich częściach Obcego z biednych pionierów kosmicznych podróży ;)



No to wznieśmy krwawy toast z posoki niewiadomego sortu, choć ludzkiej ;)

UPDATE: A tutaj Krótka wycieczka za kulisy produkcji Obcego [klik] czyli trochę zdjęć z planu  i tajemniczy aktor kryjący się w kostiumie penisogłowego drapieżcy. 
Oj, chciałoby się taki kostium, okoliczności zastosowania by się wymyśliło jakieś przewrotne ;)

czwartek, 27 marca 2014

O tym, że nie wolno być biednym publicznie czyli Malanowska kontra niedostatek pisarki

Z otchłani tymczasowego, medialnego niebytu ludzi o sznycie twórczym wyłonił się, w czasie gdy upadał Krym a upadniętych beoningów szukano w oceanach,  przypadek Kai Malanowskiej, pisarki nominowanej do Nagrody Nike.
Nie chce mi się streszczać kejsa [link], pędzącego w formie odniesień i kontrargumentów, niczym puknięte domino przez wszystkie fejsbukowe ścianki, pisma i magazyny.

Tak naprawdę to dla mnie kolejny głos w dyskursie o tym, że nie wolno być biednym PUBLICZNIE. A w każdym razie nie w pewnym wieku. Na pewno nie po trzydziestce. Badania dowodzą, że na status, w jakim będziemy żyli już do końca dni naszych, pracuje się do 35 roku życia. Potem szlus, następuje uklepanie i coniedzielne wycieczki albo do Biedro albo do kawioro-restauro. I tylko przy odrobinie szczęścia kupon w lotto, spadek po dziadku albo ambitny agent literacki, który ma parcie. 

A pani Kaja dała się przyłapać i to z matematyczną bezwzględnością. Nie tylko jest kobietą, która pisze (a nie mężczyzną, który PRODUKUJE książki), nie tylko jest ze środowiska twórczego, które o pieniądzach nie powinno się wywnętrzać (zamiast udzielać wywiadów o misji, inspiracjach literackich i że wena nawiedza ją rano lub wieczorem) ale też że za jedno pomnożone przez drugie oraz podzielone przez 16 miesięcy pracy, dostała sześćosiemset (6.800 PLN).

To nie uchodzi, to strzał do własnej bramki.

A już na pewno nie wyraża się tego publicznie słowami „Gówno, gówno, gówno, pierdolę!” (chyba, że to przemyślany zabieg, który podniesie sprzedaż, skonsultowany z zawodowym coachem – natenczas rispekt i życzę erekcji sprzedażowych słupków).

Zresztą wszyscy w tym towarzystwie są siebie godni – jakby tak popatrzeć na styl tej awantury.
Mizoginiczni pisarze, którzy od razu na Malanowską się rzucili, z wysokości swej półki stawiając diagnozę o nieudacznictwie pisarskim i mazgajstwie (pozory? pliz! rynek to dżungla, droga antylopo). Michnik, który na rozdaniu nagród (przypomnę: literackich) Nike zamiast wyjąkać coś do rzeczy albo milczeć, rzucił się prawić złośliwości na temat Smoleńska (merytoryczne limbo Michnika zadziwiło nawet mnie – dziecko, które już dawno wyrosło z Arystotelesowskiego zadziwienia nad światem). I ta rażąca w oczy bieda pani Kai skierowana zamaszyście przeciw Bogu ducha winnym bezrobotnym (którzy, jestem pewna, dużo na bezrobociu pisują, nawet jeśli tylko kreatywnych listów motywacyjnych).

Na podstawie raportu o diagnozie społecznej zostaliśmy pouczeni, że pieniądze są w tej dekadzie JEDYNYM czynnikiem wzbudzającym respekt. Zatem zgubne to wyjeżdżanie z sześćosiemset, co tyle pewnie kosztuje jeden but Grycanki, maszerującej po przedpremierowym dywanie na jakimś bankiecie – a do wystąpień publicznych potrzebne są, jak wiadomo, dwa. 
O czym nawet nie czytający odłam społeczeństwa musowo wie. 

Psychologia sukcesu się kłania.

Lepiej by pani Malanowska wyszła opowiadając androny o książkowych zaliczkach rzędu 500 tys. jak to poczynił Michał Witkowski od „Lubiewa” [link]. Kto wie, ten wie jakie są stawki – 500 tysięcy robi wrażenie na wszystkich. A 500 tysięcy i szeroki wachlarz opisywanych operacji plastycznych – robi wrażenie nawet na mnie ;). 
Więcej pożytku byłoby w uporczywych medialnych zachwytach, że czytelnictwo w kraju ma się dobrze oraz coraz lepiej! 90% społeczeństwa czyta jak szalone, wyrywając sobie kartki - lasy padają jak muchy! Naówczas najgorszy nawet cap, zaznajomiony jedynie z piwną etykietą, poczułby się zachęcony do zapoznania z makulaturą, z której był odwinął śledzia.

Skoro działa ten zabieg w gospodarce to nie wiem czemu gdzie indziej miałby się nie sprawdzić. Zielona wyspa, zielona okładka i zielona żabka, co się w księcia nie zmieniła i chuj. 

"Po trzech latach od wydania pierwszej książki uważam, że pisanie bardzo źle mi zrobiło. Na przemian czuję się sfrustrowana i niedoceniona albo beznadziejna, zrezygnowana i zniechęcona" (Kaja Malanowska w felietonie)

Cóż, niełatwo powtórzyć sukces Stanisławy Fleszarowej-Muskat, która schodziła z księgarni na pniu, swojego czasu. 
Choć nie jestem pewna o czym pisała ;).
Może takie poradniczki, hm?


....

A teraz wam powiem, jak to wygląda u zwykłego, nie nominowanego i nie uplastycznionego operacyjnie,  zjadacza kartek.

Odkąd jestem biedna nie przyjaźnię się już z osobami, które wyrwały do przodu z finansowego kopyta. Te osoby jednak zawsze chętnie udzielą mi wielu cennych porad, jak żyć, przy cynamonowej latte za jedenaściepięćdziesiąt.

Odkąd jestem biedna nie mam już tylu zleceń w porównaniu z czasami, kiedy zlecenia brałam tylko po to, by dorobić na waciki. No bo jak by to wyglądało? Lepiej dać komuś o stabilnej już sytuacji za duże pieniądze niż jakiejś sierotce za – prawem logiki generowany – ochłapik na przetrwanie. 
Brak urobku na własnym dorobku świadczyć może tylko, że jesteśmy partaczami, że nie ogarnęliśmy się życiowo i ogólnie nie wzbudzamy już zaufania. Z tym się nie wychodzi do ludzi, w dżunglę. To się przeżywa intymnie już raczej, dyskretnie i w tajemnicy, to się pielęgnuje w zaciszu własnego M, jak łuszczycę i czyraki.

Miejmy trochę klasy, naszej klasy, nieprawdaż.











To znaczy, chciałam oczywiście napisać: kiedy BYŁAM biedna. Bo pod koniec kwietnia spodziewam się zwrotnej zaliczki z Urzędu Skarbowego, w postaci 5 toczącej się na dwóch kołach. Zabalujem!
....
UPDATE: akcja uliczna 'Fuck the poor' [klik]

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Kici, kici. Najpopularniejszy EVER post o KOCIE!

Poważny bloger - jak twierdzi Kominek - never ever nie pisze o kotach, nie postuje sfit foci swojego kociaka i nie robi kocich komiksów. No to ten. Zaczniemy na poważnie.
W 1990 r. Jaroslav Flegr (biolog ewolucyjny) odkrył, że jest zarażony Toxoplasma gonidii – pasożytem, który żyje i rozmnaża się najczęściej u kotów.
I co z tego wynikło [klik]
A teraz coś wesołego.
Kotki francuskie


I trochę kotów- szlajaczy, imprezowych straceńców w kawałku z naszej młodości, gdy prowadziliśmy się podobnie ;)


Kota w reklamie sugestywnie przedstawi mleko Cravendale


Komiks o kocim dniu ostatecznym? Prosz.
Kotek dwufazowy? Prosz.
Propozycja tatuażu dla kocich obsesjonatów? Prosz.
Odezwa do kota automaniaka? Jak najbardziej

A teraz coś prawdziwie żenującego.
Karl Lagerfeld  - podstarzały celebryta modowy o niewiadomej orientacji - zrobi wszystko, by zwrócić na siebie uwagę. Na szczęście wykorzystując do tego kota, a nie, dajmy na to, konia. Choć to może kwestia czasu.
Niestety, "nie ma jeszcze możliwości zawierania małżeństw przez osoby ludzkie i zwierzęta.... Nigdy nie sądziłem, że mogę się tak zakochać w kocie" - powiedział Lagerfeld stacji CNN. 77-letni guru firmy Chanel ma białą syjamską kotkę, która wabi się Choupette. Obiekt swej miłości opisywał jako kotkę “śnieżnobiałą, z karmelową tęczą wokół oczu, uszu i na jej niekończącym się puszystym ogonie niczym szalu boa".
Choupette ma założone konto na Twitterze (i 27 tys. followersów). Portal gazety "The independent"  podał, że Lagerfeld zapytany, czy to prawda, że kotka ma również trzy osoby służby oraz odrzutowiec do swojej dyspozycji,odparł: - Tak, a czemu miałaby nie mieć?  [klik]
Nie chcę wiedzieć po jakich konkretnie czynnościach Karl stwierdził, że chciałby się z Choupette ożenić.











Karlowi bardzo na głowę zaszkodziło drastyczne schudnięcie. Dlatego, specjalnie dla niego  10 najgrubszych kotów świata :) [klik]

Żeby jakoś intelektualnie uzasadnić tego posta: Pisarze mają kota [klik]

Dysponujących kotem proszę o podpisywanie petycji, czy sprokurować drugą, donioślejszą, inwentaryzację, bo mam tego więcej ;) Wszak bez kotów internet by zanikł.

niedziela, 28 kwietnia 2013

W sprawie polczków Ciliana



Cilian Murphy w 'Śniadaniu na Plutonie' (2005 czyli 8 lat świetlnych temu...)

Bardzo mnie martwi wygląd polisi pieknego Ciliana. Oczywiście nie każdy aktor się dobrze starzeje – popatrzmy na przystojnych swojego czasu amantów w rodzaju Aleca Baldwina, Toma Berengera czy nawet naszego Olbrychskiego, którzy rozciągnęli się jak stare skarpety, co jest bardzo frustrujące, zwłaszcza w tym zawodzie. W tym zawodzie nietrzymania moczu mogę ewentualnie wybaczyć ale nietrzymania fałd i podbródków już nie. No jakaś estetyka powinna obowiązywać. Aktorki 45 letnie wyglądające na 35 letnie grają matki tych 25 letnich, a czasem to nie bardzo wiadomo kto komu matkuje, bo jedna od drugiej lepiej wygląda. Tymczasem aktorzy hodują sobie wole o wielkości takiej, jakby tam nosili całą swoją wielomilionową gażę za rolę. Już bardziej wolę jak się starzeją tak suchotniczo jak Clint Eastwood – na wiór, a nie na starą skarpetę wypchana resztą prania.

A Cilian jeszcze młody, a już nie taki jakiś. Już w 'Incepcji' wyglądał, jakby go przeciągnięto przez zjednoczone stany bezsenności, a jest coraz gorzej. Nie to, żeby to było dla mnie jakieś nowum, ale lektury medyczne przypominają o toczących się w nas nas procesach – a fakty wyglądają tak, że słodkie pucie młodości w postaci podskórnego tłuszczu się z czasem przemieszczają pod wpływem grawitacji w dół, zatrzymując na najbliższej przeszkodzie, jaką jest bruzda przynosowa. Już jesteśmy w wieku premieszczania się puci, nie oszukujmy się. I Cilian też jest. Tymczasem co ja widzę? Że mu wyrosły na skroniach dodatkowe antygrawitacyjne pucie niczym poduszeczki na szpileczki od lepiej skrojonych przez chirurga kolegów. Tj odessanych skądinąd i wstrzykniętych w skronie. Taki ładny Cilian a taki próżny. I kutwa, bo się napompował jak u jakiegoś rosyjskiego konowała podziemnego bez nostryfikacji. Przecia chirurg szacowny, hollywódzki by tak pięknistego aktora nie mógł tak zepsuć chyba?

Bardzo bardzo smutna, bo mi Cilian tak oczy cieszył.
Może Cilian nadal chce grywać damesy, że pakować akurat w policzki musi? 

Tymczasem będę pisać rzadziej, bo muszę pucie własne w wolnym czasie przepychać do góry, co mi jednocześnie zajmuje ręce i zasłania oczy ;)
Może dlatego ćwiczenie jogi tak ponoć opóźnia  procesy starzenia – to stanie na głowie... hm.

Miłej niedzieli z jakimś filmem bez skarpet życzę ;)

wtorek, 19 marca 2013

Wszyscy jesteśmy Kominkami czyli ‘Bloger’ Tomka Tomczyka

W Hollywood zanim film zostanie ukończony, ma tytuł zastępczy, tytuł roboczy. A piszę o tym w związku (choć bardziej prawdopodobne, że jednak bez) z tym, że zanim poznałam dokonania Kominka, roboczo i lekceważąco nazywałam go Kaloryferem. No bo co to za Kominek? Że niby ma aspiracje do arystokratycznego salonu? I jeszcze by może się chciał wkręcić do krajowego establishmentu przez to swoje blogerstwo. Jestem (no dobrze – byłam) wyjątkowo impregnowana na życie polskiej blogosfery - dochodziły do mnie co prawda słuchy o tzw. Blog Forum Gdańsk i solennie sobie przyrzekałam poszukać namiarów na Blog Forum Warszawa, żeby się może wkręcić na jakieś darmowe żarcie (oficjalnie: odczyt), jeśli rzecz będzie się działa nie dalej niż 5 przystanków ode mnie. Tymczasem nawet znajomi nieblogerzy wiedzieli, że BFG to impreza ogólnokrajowa i jedyna. Co mi dało do myślenia.

Dziesiątki blogerów zastanawiało się w postach (albo tylko w zaciszu swej alkowy) „co takiego ma Kominek, czego nie mam ja?”. Otóż Kominek, eks Kaloryfer, ma niewątpliwie instynkt psa gończego. Kominek złapał trop i pocwałował.

Słodka T. przysłała mi kominkową książkę, której szczerze przyznam, iż za 39 zeta kupić nie miałam najmniejszego zamiaru (że też taki twardziel jak Kominek wydał książkę w miękkiej oprawie, no toż to zgroza niekompatybilności ;). Oprócz tego, że ‘Bloger’ (sugerujący próbę autobiografii) powinien mieć tytuł ‘Vademecum Blogera’ więcej grzechów (autora) nie pamiętam. Kominek pisze krótkie, treściwe rozdziały, pełne porad, które tylko odhaczałam w myślach, bo (co za szczęście!) do wszystkich doszłam sama, intuicyjnie. Co nie znaczy, że postanowiłam je technicznie wprowadzić w życie, nieprawdaż ;). Jest trochę porad z kursu kreatywnego pisania w stylu amerykańskiego uniwerka, np jak wzbudzić emocjonalne zaangażowanie czytelnika. Ale rozumiemy, że książka skierowana jest też dla blogerów początkujących, którzy w szkole mogli się nauczyć co najwyżej pisania suchych esejów z początkiem, rozwinięciem i zakończeniem, jeśli nie rozwiązywania samych testów. Lekcji o chwytaniu za serce lub inne organy raczej nie było.

Kominek znalazł swoją niszę. Każde środowisko ma swoich celebrytów, czołowych przedstawicieli, których się wokoło międli w mediach aż do zarzygania, a blogosfera była w tej materii tak jałowa jak laboratoryjne szkiełko. Aż pojawił się ktoś, kto się obwołał samozwańczym królem, sam się koronował na najpopularniejszego polskiego blogera. Zrobił to pierwszy. Był wytrwały i pracowity. A przez pracowitość rozumiem ekspansywność własnej osoby. No i jest też Kominek typem samca-alfy, żaden tam niepewny swego blondyn-wymoczek, co to bardzo mądry jest, ale nikt go nie słucha, bo odpowiedzi udziela z intonacją pytającą. Kominek nawet jak zadaje pytanie to na końcu ma to pytanie wykrzyknik! Kominek nie pyta, Kominek odpowiada. Twierdzi i reasumuje. Trudno tego nie docenić. Trudno się oprzeć temu Chuckowi Norrisowi krajowej blogosfery ;)

Bardzo mnie ujął swoimi historiami o rodzicielskim wsparciu. Zgadzam się z tym, że o rodzinie mówi się dobrze albo wcale. Nie jest w dobrym tonie fotografowanie się na grobach antenatów (vide krajowi celebryci) i opowiadanie o molestwoaniu przez tatę (terapeucie takie rzeczy, a nie prasie) i nieustającym konflikcie z matką. Ponadto środowiska rówieśnicze posiadają jakiś niezrozumiały dla mnie kompleks odcinania się od korzeni. Wszystko zawdzięczają tylko sobie, znane nazwisko im tylko utrudniało, a co niedzielne bywanie u rodziców na obiedzie jest takie prowincjonalne... natychmiast pojawia się w takim przypadku diagnoza o nie odciętej pępowinie. Co jest z wami, że musicie aż tak uciekać od trzewi własnej matki, które wypchnęły was na świat? Od starszej wersji puli swojego materiału genetycznego? (Wybaczcie, dygresja)

Natomiast poczucia humoru Kominkowi niestety ciut braknie. Kominek jest rzemieślnikiem w rodzaju Kinga – ma sprawność odmierzania i składania słów we frazy, które mają za zadanie wywołać uśmiech. I wywołują niekiedy. Ale nie ma w tym lekkości, naturalnego daru. Różnica taka jak między zapachem kwiatów a odświeżaczem Brise (co nie znaczy, że się w mojej toalecie da wytrzymać dzięki kwiatom, if you know what I mean). Tak samo jest zresztą ze wzbudzaniem emocji w rodzaju wzruszenia. Ścieg warsztatowy, bardzo sprawny, solidny. Nie mniej starego, literackiego wyjadacza nie da się oszukać. Ale nie dla niego jest ta książka. Stary wyjadacz na pewno by się nie brał za zarabianie na blogu.

Cenię Kominka za osobowość, za tą pewność, którą umiał sprzedać, za konsekwentne continuum działań. To ciężka praca. Choć pewnie istotniejsze jest, że to pasja. Blogowanie to jedynie możliwe medium, które dało Kominkowi owe środki do promocji własnej osoby. Czy w innych czasach, z innymi narzędziami, też by coś dla siebie znalazł? Nie wiadomo. No i czy byłoby to tak skuteczne? Bez obiektywizmu, bez wychodzenia z domu? Na razie ani z niego pisarz ani dziennikarz. Za to bloger. Najważniejsze to znaleźć się w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu z odpowiednim planem. Jako pierwszy. Że ‘pierwsi będą ostatnimi’ to fragment z Biblii, współcześnie wielce nieaktualny. Ale chodzi też o wybór medium. I tu się chłopak wstrzelił idealnie. Zobaczymy na kogo wyrośnie (wiem, że to tak wygląda, ale nie, nie uderzam w protekcjonalny ton. To tylko sentymentalne pożegnanie z Kaloryferem ;)

Jeśli blogosfera to autostrada to wyminął on nas wszystkich. Swoją szesnastokołową cysterną ;). I nie ma w gruncie rzeczy znaczenia, co wiezie.
............
Gdyby ktoś miał ochotę przeczytać ‘Blogera’ Tomka Tomczyka to już za chwilę (definicji chwili, tłumaczącej też moją nierychliwość w kwestii tej metarecenzji, bliżej po wakacjach w Hiszpanii do maniany) będzie u mnie możliwość zdobycia przechodniego, blogerskiego egzemplarza, który po przeczytaniu należy puścić dalej. Stay tunned, zwłaszcza że przewiduję losowanie chętnych w bikini (w sensie że ja będę w bikini – dla jasności ;)*
No to ten, idę sie podchudzać czy coś.

* w sumie nie wiem, kto to przeczyta, więc dla większej jasności dodam, że to tylko żart. Bikini w marcu? Seriously? ;)

( Kominkową koafiurę zasponsorował Dział Artystyczny z bocznego panelu)

czwartek, 14 marca 2013

Na wszystko mamy dziś tutorial czyli jak się ubrać w stanik oraz jak się z niego (w szczytnym celu) wyswobodzić

Doprawdyż - 30 lat minęło a mnie nie przyszło do głowy, żeby wyginać ręce do tyłu i na oślep wpychać haftkę w zaczep, skoro mogę to zrobić z przodu i przekręcić. Hm.


Daję ten zacny filmowy biustpomocnik bo dość poważam aktora Billy'ego Nighty. (Na filmie- tak wyglądał on przed operacją... No niech ktoś mi powie że nie ;). Tam naprawdę to Caryn Franklin - brytyjska ekspertka w dziedzinie mody, na pewno jednak nie w dziedzinie farbowania włosów. 
Tak sobie myślę, jakież to postępy poczyniła sufrastyczna feminizacja, skoro kiedyś jednak dziewczęta się w domu uczyło i gotować i zapewne zapinać staniki, podczas gdy obecnie musi tego nauczać firma biustonoszowa słowami (mniej więcej): "Nie wpychamy piersi pod pachy."
Ano nie wpychamy :)

Natomiast klona pani Caryn czyli wspomnianego już Billy'ego polecam zapoznać (kto nie miał przyjemności) w filmie "Dziki cel". Komedyjka lekka i przyjemna, miejscami wesoło durna, od czasu do czasu można śmiało obejrzeć film o kompulsywnych modystkach i podtatusiałych mamisynkach. Zaraz po tym jak się - dla równowagi - obejrzy "Ósmą stronę" o podstarzałym analityku z Emajfajf (Billy), który kolekcjonuje afery, obrazy i czułe chwile z Rachel Weisz.

A wracając do piersiąt - pamięta ktoś dziewczynę z trzema piersiami z "Pamięci absolutnej" (z Arnoldem, który też bufory ma. Albo miał)? [.] 

No to jeszcze, tradycyjnie, kilka obrazków w temacie (tego wpychania)
Na bezrobociu nie wpychamy w ogóle
Do spodni też lepiej nie...
A wiatru nie wpychamy pod okiennice tylko do firanki, no.



Jakby ktoś jeszcze nie słyszał - co tam słyszał, obrazków nie oglądał - to taka antyrakowa akcja była Piersi w Polsce [klik]
gdzie sobie można celebryckie biusty pooceniać (w szczytnym celu, wiadomo przecie, że od oglądania tej bujności rak się zawstydzi na śmierć)
Od razu zaznaczam, że Beatka nie jest reprezentatywna dla dostępnej tam różnorodności :)





















No to ten. Habemus biustus, kochani ;)

niedziela, 10 marca 2013

Diety gwiazd czyli dlaczego nie wystarczy mniej żreć i nie pić tylko maltretować fenotyp

...i trzeba jeszcze do tego dorobić fikuśną filozofię. Powiedziałam 'fikuśną'? Miałam na myśli PRETENSJONALNĄ. Dzisiaj król tego nurtu, celebrycka eks-pucia czyli Piotr Rubik.

"Sam mówi o sobie: „Efekt uboczny mojego nowego stylu odżywiania się, to utrata wagi, z której się oczywiście bardzo cieszę”.
Piotrowi pomagała dietetyczka L.T, która specjalnie dla niego ustaliła dietę zgodną z kodem metabolicznym: "Trzeba zwrócić uwagę na to, jakie produkty spożywcze są dopasowane do naszego fenotypu, do naszego układu metabolicznego. To co odpowiada jednym, może działać na niekorzyść drugiego organizmu”.  
Aby efekty były jeszcze lepsze, można zastosować dodatkowo np. detoks wątroby. Polega on na usuwaniu wszelkich złych substancji, które gromadzą się np. na woreczku żółciowym. Także odwiedziny w komorze hiperbarycznej są na plus. Podwyższone ciśnienie, które znajduje się w środku komory oraz czysty tlen który się tam podaje, sprawia, że komórki się regenerują. Mikroby, które znajdują się w naszym organiźmie obumierają, a mózg się odmładza. "

Mądrości te wzięłam ze strony celebryci.com.pl, na którą - Bóg mi świadkiem - trafiłam przypadkiem ;)

O Jezusie Nazareński (na diecie z ryb, wina i chleba naszego powszedniego). Słowo klucz: efekt uboczny. Efektem ubocznym dobrych genów jest cyc sterczący wbrew grawitacji i moje rybie usta. Efektem ubocznym czytania celebrytów.com jest głowa pusta.
Detoks wątroby z usuwaniem złych substancji, ojojoj ;) A złe substancje wprost z półlitrówki, którąśmy tylko w celu żeby ją poddać eko recyclingowi. Oraz skoro odwiedziny w komorze hiperbarycznej są na plus to w komorze kriogenicznej musowo są na minus ;). Dziennikarzowi co zrozmówił się z Rubikiem zalecamy odmłodzenie mózgu oraz niepisanie, bo wpływa to na niekorzyść naszego organizmu.

A czy ty, blogerze, odwiedziłeś już hiperkomorę? Czy już dopasowałeś do swojego fenotypu? Odmłodziłeś? Czy nie-utrata wagi może być efektem ubocznym twojego blogowania? 

poniedziałek, 25 lutego 2013

Pooscarowy post plotkowy

Zległam nie doczekawszy wyników, niestety. Ale we wtorek mają być powtórki.


Przepis na filmowy hicior jest prosty jak dizajn cepa, proszę, oto recepta































(Może mnie ktoś przy okazji oświecić czy  Lincoln też się chował z wujkiem? ;)
Oczywiście w celach oskarowych najlepiej dla pewności oszpecić jakąś urodziwą aktorkę.
I teraz dochodzimy do ważnej kwestii. Nie dziwi nic, że z upływem lat i milionów liczonych w miliardach zagraniczne gwiazdy wyglądają coraz lepiej (i bielej), o np tak


Chociaż i im się zdarzają wpadki wypływające z PRZETRENOWANIA, które ignoruje dane z metryczki...

































No a niektórzy są po prostu niezmienni
Jak natomiast można - dysponując takimi funduszami i przyboczną gwardią asystentów kosmetycznych -   pokazać się publicznie z czymś takim na gębie?

To doprawdyż zagadka jest.

Większą jednak zagadką jest, czemu gwiazdy młodnieją metrykalnie w prasie. Jak jestem w domu rodzinnym to przeglądam gazetki z celebrytami, co ich sama w życiu bym nie kupiła. A tam celebryta, który karierę zaczynał, gdy ja lat miałam naście, a on dwadzieścia, nagle się okazuje, iż jest w moim wieku. A po jakimś znowuż czasie nagle się okazuje, że jest już ode mnie o rok młodszy... Ostatecznie, ci z najgorszym piarem chyba, to mają po kilka lat ten sam wiek ;)

No cóż, jak to kiedyś powiedział Al (zanim szczerząc zębiska czknął  niedzielnym chili tatusia)

niedziela, 27 stycznia 2013

Szmaragdowe szaleństwo czyli jak zzielenieć z zazdrości

No bo oczywiście wiecie, że Pantone wybrał szmaragdową zieleń (emerald green) kolorem 2013 roku?














Bo jest to kolor, cytuję:
"Lively. Radiant. Lush… A color of elegance and beauty that enhances our sense of well-being, balance and harmony." [link]
I tu się akurat mogę zgodzić, bardzo to jest soczysta nać ;), chociaż na moim monitorze wygląda bardziej na morski błękit wymieszany z leciwą miętą :I. W takim właśnie kolorze miewałam niegdyś w zimy mroźne a wilgotne wykwity na ścianie, co już się na szczęście nie zdarza. W takim też kolorze wyglądam najlepiej, niestety jedyna wykwintna sukienka emeraldowa na ten moment nie noszona jest, albowiem by się na mnie popruła. Wisi i czeka i kto wie, jeśli będę jadła dużo emeraldowego w kolorze żarła, zieleniny znaczy, to może się doczeka.
od lewej: Ralph Laurent, Burberry Prorsum i Elie Saab
Jest też zieleń szmaragdowa dużo lepsza niż zeszłoroczne Tangerine Tango, co po ludzku innymi słowy jest łososiem. Jak do czego oczywiście, ale myślę konkretnie o przyozdobieniu karnacji bladej a szatyniej. Zieleń takową ceniłam zawsze a nosiłam często i teraz złości mnie, że cała wataha ludzi bez osobowości, co to noszą, co się im powie, że nosić się powinno, rzuci się na tę zieleń i mi odbierze radość obcowania z nią poprzez modowy populizm, który zakończy ten zielony łańcuch pokarmowy w sieciówkach. A najbardziej to oczywiście mi szkoda, że takich pięknych sukienek, jak te prezentowane dzisiaj, nigdy nie będę miała okazji założyć - bo i gdzie? Pod sweter? ;) I szczerze przyznaję, że choć do mody mam stosunek obojętny to za niektóre kiecki być może, tak myślę, mogłabym zabić.
No to jedziemy z celebrytami:
Absolutną faworytką (od lewej) jest sukienka Keiry w 'Atonement' (mimo Keirowego braku biustu). Obok Christina Applegate, która zaistniała w mej świadomości dopiero po amputacji obu piersi (pff). Obok zaś Christina Hendricks z serialu 'Mad Men' (którego jeszcze nie zaczęłam oglądać, aaa!), a która według moich danych jest najbardziej obecnie obdarzoną w tej materii aktorką. A po prawej kawowo apetyczna Obamowa.

Jak widać emerald ma pewien rozrzut kolorystyczny. Nie mniej jednako dodaje uroku zarówno latynoskim krągłościom jak i eee nielatynoskim wklęsłościom. Światło odbite od satyny i tafty zawsze natomiast dodaje kilogramów i niesamowite jest, że tyle kobiet jeszcze tego nie wie..












Marcia Cross jak każda aktorka blada i ruda wie, że zielenią na czerwonym dywanie można wiele ugrać. Efekt bożegonarodzenia.
Poniżej: Oscar de la Renta (tego się nie kupi za pieniądze z renty!)
A teraz przejdźmy do celebrytów krajowych, które to celebryty też w zieleniach chadzają, ze skutkiem estetycznym różnym (ale o Grycanowej w tej kreacji  nie da się złego słowa powiedzieć)

A teraz troszkę dodatków, mmm. Muszę powiedzieć, że ten zielony czopek to bym chętnie ponosiła (na szyi - gwoli ścisłości). Oraz ogólnie z tego sklepiku internetowego biere wszystkie kolczyki, łańcuch, chrabąszcza i czapę z ekologicznego misia. Oraz wszystkie sukienki uwzględniające miejsce dla biustu.


Opisywać co jest czyje nie chce mi się szczególnie. Jeśli już to trzy najciekawsze: Aurelie Bidermann, autorka naszyjnika z zieloną plecionką i złotem [.]. Autor czopka  Kenneth Jay Lane [.]  i afrykańska projektantka bransoletki Amma Gyan [.].

Zdjęcia z internetu, po wpisaniu odpowiednio emeraldowej frazy. A post ów i ich sklejenie zawdzięczamy wczorajszemu straszliwemu zmarznięciu, co zaowocowało moczeniem we wrzątku stóp, a przy takich czynnościach zawsze mi się wydaje, że o siebie dbam, znaczy się moda i uroda ;)

No ale, żeby nie było, że element męski zaniedbuję, który do emeraldu też w końcu prawo ma.
Prosz , sweterek pierwsza klasa, nawet najtęższa głowa wchodzi bez problemu...

a jak się nie podoba to może bardziej klasyczny Iggy Pop :)

















Eh, zimo,zimo, byle do Zielonych Świątek ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...