Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozważania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozważania. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 lipca 2020

Siódma rocznica bloga. Rozważania.

Siedem lat... Z jednej strony wydaje mi się, że to długo, z drugiej czas pędzi tak szybko.
Poznaliście mnie na wskroś.
Nigdy nie udawałam kogoś, kim nie jestem.
Mój blog miał być przede wszystkim relacjami z podróży, ale przybierał różne oblicza.
W 2013, o tym już kiedyś pisałam, moja Ania namówiła mnie na założenie bloga, to Ona go właściwie stworzyła i nazwała: Iść w stronę słońca... Od tamtej pory nie zmieniłam jego szaty graficznej.
Bo nie chcę, nawet jeśli jest już "archaiczny".



Krótkie podsumowanie tych lat.
To będzie nietypowe podsumowanie:

Rok 2013
Wracam powoli do sił po poważnej operacji. Kiedy czuję na nowo przypływ energii, dużo podróżujemy. Także z Córką, Zięciem, Synem i przyszłą Synową ( Anglia, Francja, Morawy, Corfu, Zakynthos oraz jednodniowe wycieczki). Połowy z tych  miejsc jeszcze nie zdążyłam opisać na blogu.
Ania w lipcu zakłada mi blog.
Niestety nasila się choroba Mamy.
Blogowo wspomnienia z wcześniejszych podróży i trochę na bieżąco.

Rok 2014
Wymarzona podróż do Włoch, wcześniej Fuerteventura.
A potem... Nic nie zapowiadało, że nasze życie zmieni się o 180 stopni. Choroba Ani... Cios w serce i walka o Jej życie. Podróże schodzą na dalszy plan. Zabieramy Anię i Jej Męża do Pragi.
To było Jej marzenie. Potem jeszcze zwiedzamy razem Dolny Śląsk. Między innymi Zamek Czocha.
Blogowo skupiam się na opisywaniu wspomnień. Czasem wyjeżdżamy gdzieś blisko...
Rozpoczyna się pierwszy etap walki o życie i zdrowie Ani.

Rok 2015
Rok wielkiej nadziei. Ania zdrowiała. A my wszyscy żyliśmy nadzieją, że ten koszmar minął.
Latem, mój Syn się żeni, jesienią Syn Męża. Ania promienieje.
Dwa tygodnie przed ślubem Syna przechodzę zawał ( wtedy o tym nie wiedziałam).
Mam różne stany. Tłumaczę to sobie stresami, przemęczeniem.
W sierpniu lecimy do Grecji, my na ląd, Syn z Żoną na Kefalonię, we wrześniu Ania z Mężem na Rodos. Do dzisiaj mam Jej sms: "Mamo jest cudownie, musimy kiedyś spędzić tu razem wakacje "...
Cieszymy się spotkaniami rodzinnymi. Jesteśmy razem na koncercie Dżemu.
Wydaje się, że wszystko powolutku zaczyna się układać.
Jesienią czuję się znowu gorzej. Omal nie zasłabłam na wycieczce szkolnej (Jura). Później te stany zaczęły się nasilać. Wizyty u kardiologa, badania i diagnoza: przechodzony zawał, kardiomopatia.
Prawdopodobnie już wtedy rozwijała się amyloidoza.
Nie myślałam wtedy o sobie. Cieszyłam się, że Ania wraca do sił i zdrowia.
Na blogu opisuję wspomnienia i trochę na bieżąco.

Rok 2016
Zimą lecimy na Lanzarote. Chcemy wierzyć, że to wreszcie będzie lepszy rok.
Niestety choroba Mamy galopuje. W maju Mama przechodzi na drugą stronę.
Miesiąc później dowiadujemy się, że Ania ma nawrót choroby.
Od lipca do grudnia zawieszam blogowanie.
W sierpniu mam planowaną koronografię w Zabrzu, natomiast Ania przebywa w klinice w Katowicach.
Oszczędzę Wam szczegółów.
Świat się zatrzymał.
Nie myślę o sobie. Moje wyniki lądują w szufladzie biurka.
Córka  jest najważniejsza. Rozpoczyna się najtrudniejszy okres w moim życiu.
Dramatyczna walka o życie Ani...

Rok 2017
Moja kochana Córka odchodzi.
Chcę odejść razem z Nią... Nie widzę sensu życia. Ale jest przecież Syn, Mąż, Rodzina.
Uczę się z wielkim bólem i trudem życia na nowo.
W maju lecimy drugi raz na Kretę. Ale nie potrafię się tam odnaleźć.
Potem zwiedzamy różne miejsca w Polsce, kilka dni spędzamy w Warszawie, odwiedzamy Czechy,  Niemcy.
W lipcu jedziemy na Litwę i Łotwę.
Jakże inne to są podróże... Nie ma w nich radości, mam poczucie winy.
Nie mam przecież prawa podróżować, skoro mojej Ani już nie ma...
Mój stan zdrowia się pogarsza. Psychicznie i fizycznie...
Macki depresji czyhają, by mnie dopaść...
Niestety specjaliści ciągle błądzą...
M. jesienią ma poważną kontuzję nogi.
Blogowo jestem sporadycznie...

Rok 2018
W lutym przebywam dwa tygodnie w szpitalu. Mnóstwo badań.
Rocznica odejścia Ani...
Po wyjściu ze szpitala znowu tracę przytomność. Lekarze dalej błądzą, jeśli chodzi o poprawną diagnozę.
W maju lecimy powtórnie na Majorkę. Czuję się tam w miarę dobrze.
Później sporo podróżujemy. Takie jednodniowe wycieczki: Polska i Czechy przede wszystkim. Kilka dni we Wrocławiu.
Opisuję wspomnienia i częściowo bieżące wyjazdy. Jest też sporo rozważań...
Niestety moje kontrolne wyniki nie są dobre...
Macki depresji próbują zniewolić moje ciało i duszę.
W listopadzie znowu szpital i zabieg.
Spotykają nas też inne smutne i poważne doświadczenia...

Rok 2019
To rok pełen kontrastów.
W styczniu kolejna poważna operacja. Nie ma mowy zimą o żadnym wyjeździe,
Wiosną powoli rozpoczynamy nasze bliskie podróże: Polska, Czechy.
W lipcu lecimy na Kefalonię. Tam już pierwszego dnia tracę przytomność.
Wiecie jednak, jak uwielbiam Grecję. Zwiedzamy wyspę, ale M. ciągle uważa, żebym nie była za długo na słońcu.
Po powrocie znowu szpital... Tym razem krótko.
Następnie M. ma także badania w szpitalu.
W sierpniu kilka dni spędzamy u Reni. Zwiedzamy razem piękne okolice.
Po powrocie dwutygodniowy pobyt w klinice w Zabrzu.
Koniec wakacji.
Mimo różnych problemów zdrowotnych zwiedzamy bliskie okolice.
Niestety wycieczki mimo radości męczą mnie coraz bardziej.
To co było i jest dla Nas wielkim szczęściem - we wrześniu przychodzi na świat Wnusia.
Na przełomie października - listopada kolejny szpital i kolejne specjalistyczne badania.
Wreszcie trafiamy na właściwych lekarzy.
Blogowo opisuję podróże dawniejsze, trochę bieżących oraz dzielę się z Wami moimi odczuciami..

Rok 2020
W styczniu lecimy do Dubaju. Czuję się tam wyjątkowo dobrze. Owszem na całodniowych wycieczkach odczuwam zmęczenie, ale nie jest aż tak źle.
Wiosną rozpoczynam cykl postów na temat mojego miasta, który bardzo chciałabym kontynuować.
Wcześniej w lutym szpital w Jaworznie. Planowany pobyt - biopsja nerki.
Potem długie czekanie na wynik. Aż do czerwca.
Resztę już wiecie...
Amyloidoza...
To ona  sprawia, że moje serce jest coraz słabsze i mam inne złe stany.
W przyszłym tygodniu M. zawozi mnie do kliniki. Wczoraj mój prowadzący lekarz wręczył mi skierowanie.

I tak 09 lipca minęło 7 lat . Wiele naszych podróży, ciekawych miejsc nie zostało jeszcze opisanych.
Bo nie zawsze był odpowiedni czas, okoliczności, które sprzyjały blogowaniu.

Dziękuję wszystkim, którzy odwiedzają mój blog.
Dziękuję szczególnie moim wiernym Czytelnikom, za te siedem trudnych lat. Za prywatne e-maile, rozmowy telefoniczne, spotkania, każde dobre słowo, wsparcie, empatię. Za przyjaźń...

DZIĘKUJĘ KOCHANI, że JESTEŚCIE. :)

Dziękuję także M. za "sesje" zdjęciowe, Synowi oraz Ang.
Aniu, gdziekolwiek jesteś, Tobie także dziękuję...

                                                        **************

Dzisiejszy ranek przywitał nas deszczem. Zdjęcia sprzed dwóch dni.
Miało być inne miejsce, ale byłam zmęczona, więc zdecydowaliśmy, że jeśli mają być jakiekolwiek zdjęcia, to najbliżej naszego mieszkania.
Ostatnio "ciągnie" mnie do czerwonego koloru. Może podświadomie szukam w tym kolorze energii, której tak bardzo mi brakuje? Nie wiem...

Więc "świętuję" na czerwono. Nie, nie świętuję, po prostu JESTEM.















A to tak z okazji rocznicy :)


A to cacko torebusiowe kupił mi M. za parę złotych w sh :)




Jeden z moich ulubionych utworów Marka Grechuty. Proszę, napiszcie mi, czy otwiera się u Was filmik.



Pozdrawiam bardzo serdecznie wszystkich odwiedzających, szczególnie MOICH WIERNYCH CZYTELNIKÓW :)


Życzę dobrego i spokojnego weekendu oraz przyszłego tygodnia.
Wasza Barbarossa.

Zestaw:
Sukienka: Bon prix
Dodatki: lokalny sklep
Kozaki: Sklep prywatny Ustroń

czwartek, 2 lipca 2020

Zamek w Kończycach, maki i moje rozważania.

W Kończycach Małych byliśmy w 2016 roku...
To był dla mnie trudny czas, odejście mojej Mamy a niedługo potem nawrót choroby Ani.
Nigdy nie opublikowałam posta na temat Kończyc... Nawet nie wiem, w którym pliku mam zapisane zdjęcia.

Minęło kilka lat. M. namówił mnie ponownie na wycieczkę do Kończyc.

- Załóż tę bluzkę w maki, na pewno gdzieś na trasie będą makowe łąki.

Była piękna, czerwcowa, słoneczna niedziela.

Pojechaliśmy... Na trasie pojedyncze maki gdzieś na poboczu. Trudno.
Cel: zobaczyć, czy coś zmieniło się przez te lata, odpoczynek na świeżym powietrzu.
A maki, jeśli będą, to oki, jeśli nie, świat się nie zawali.


Tego dnia jeszcze byłam radosna. Ciągle czekałam na wyniki biopsji, ale nie zdawałam sobie sprawy z tego, jaka będzie diagnoza...
W Kończycach było dosyć sporo ludzi, ale to nas nie dziwiło. Piękna pogoda, wreszcie otwarte restauracje. Nie przeszkadzało nam to, by podziwiać uroki tego miejsca.



















Czas na spacer, ale najpierw znowu odpoczynek. Ostatnio nawet krótki spacer jest dla mnie bardzo męczący.


A widoki wokół zamku, obecnie restauracji i hotelu - piękne:













Opuszczamy Kończyce Małe i wracamy do domu.

- Będziemy wracać trochę inną trasą. Może jednak gdzieś spotkamy łąki z makami.
- To nieważne, zresztą jestem już zmęczona...

                                                            ***
Minęło kilka dni. M. wcześniej odkrył przepiękne miejsce, które obfitowało w maki i chabry.
Pojechaliśmy.
Nagle dzwoni telefon. To mój obecnie prowadzący lekarz, który skierował mnie na biopsję nerki.
Czekałam na wyniki od lutego. Z powodu pandemii wszystko się opóźniło.
Z bijącym sercem słuchałam lekarza.
Nie piszę o tym, by wzbudzić sensację, zainteresowanie moją osobą czy broń Boże litość, tylko po to, by uczulić Was moi drodzy, jak ważne jest, by trafić do dobrego lekarza i nie lekceważyć profilaktycznych badań. Poprzedni nefrolog przez prawie 3 lata ignorował moje pogarszające się wyniki. W styczniu w ubiegłym roku miałam poważną operację, której nie musiało być...
Kilka miesięcy dochodziłam do siebie... Potem były omdlenia, wstrząsy po lekach. Szpitale, badania i nic... Czułam się coraz gorzej, jednak nikt nie potrafił postawić dobrej diagnozy.
Z kolei były lekarz nefrolog ciągle twierdził, że za dobrze wyglądam, by być poważne chora... I nie ma potrzeby kierować mnie na biopsję nerki.
W sumie kardiolodzy także nie podejrzewali, że moja kardiomiopatia nie jest wrodzona, tylko wynikiem ukrytej choroby, że to ona osłabia coraz mocniej serce.
Przeleżałam 2 tygodnie w ubiegłym roku w sierpniu w klinice Religi w Zabrzu.
We wrześniu osłabiona wróciłam do pracy. Nie rozumiałam, dlaczego po przeprowadzeniu jednej lekcji robi mi się słabo. Ciągła chrypa i nieustanny duszący kaszel (nigdy nie paliłam papierosów).
No i październik - kolejny szpital, pulmonologia, oddział onkologiczny.
Pisałam o tym szpitalu na blogu. To tam poznałam Inkę. Czy żyje? Nie wiem...
A u mnie, biopsja płuc, podejrzenie nowotworu, woda w opłucnej, kolejne badania i lęk a potem zalecenie po szpitalu, by natychmiast poszukać dobrego nefrologa.
Kiedy moje różne dolegliwości zaczęły się nasilać, M. nieustannie szukał dobrego nefrologa. I trafiliśmy... Jest już listopad 2019 roku. Lekarz, kiedy zobaczył moje wyniki i przejrzał wypisy ze szpitali, od razu skierował mnie na specjalistyczne badania a potem na biopsję nerki.
W styczniu tego roku udało nam się polecieć jeszcze do Dubaju. W lutym znowu byłam szpitalu.

W drugim tygodniu czerwca dowiedziałam się, że choruję na bardzo rzadką, podstępną i groźną chorobę - AMYLOIDOZĘ. Choroba rozwija się latami. Trudną ją zdiagnozować, ale białko w moczu było sygnałem, że coś jest nie tak. Kochani, róbcie badania, nie wierzcie jednemu lekarzowi.
Pierwszy prowadzący mnie nefrolog przepisał mi jakieś tabletki i to wszystko...
Nawet podejrzewał, że to nie są moje wyniki.
Czułam się coraz gorzej, traciłam przytomność, serce mimo leków szamotało się, jak uwięziony ptak w klatce. Wejście po schodach, dłuższy spacer były i są dla mnie męką. I zmęczenie nie dające się porównać z normalnym zmęczeniem po pracy czy większym wysiłku fizycznym.
Moje ciało puchło, waga leciała w dół, ale tłumaczyłam sobie, że jestem osłabiona pobytami w szpitalach, potem przepracowana.

Diagnoza zwaliła mnie z nóg. Jedna osoba statystycznie na 100 tysięcy na nią choruje.
Nie, nie wnikam dlaczego ja... To nie ma sensu.
Zostałam zakwalifikowana do programu dalszej diagnostyki w klinice. Biopsja szpiku kostnego, kości oraz inne badania... Czekam na termin pójścia do szpitala już 3 tydzień. Czy się boję, co dalej? Tak boję się...
Kolejny ciężar spoczął na moich barkach oraz męża.
Nie wiadomo na jakim etapie choroba się rozwinęła. Jakie narządy zdążyła już nieodwracalnie uszkodzić. Czy jest to forma najgorsza, czy łagodniejsza.
Leczenie i tak jest eksperymentalne, rozwój choroby można tylko spowolnić...
Nie da się jej wyleczyć...

Dwa dni przepłakałam... Potem postanowiłam żyć tak, jakby to mnie nie dotyczyło...
Oczywiście nie mogę robić wszystkiego, przemęczać się, nie mogę nawet sama wyjść na spacer, etc, etc...
Mogę tylko czekać i mieć nadzieję, że jeszcze jestem tutaj potrzebna.
Bo wiem, że jestem potrzebna, moim najbliższym przede wszystkim.
Nadal prowadziłam lekcje online, uśmiechałam się do moich uczniów przez łzy...
Uzupełniałam dokumentację, ogarniałam nasze mieszkanie, spotykaliśmy się z Dziećmi i Wnukami.
Przecież jestem, żyję...
Więc staram się żyć, prawie tak jak dawniej...
Ale kiedy czuję, że totalnie opuszczają mnie siły, muszę się położyć...
Nie odbieram telefonów, zamykam laptop i... I płaczę do poduszki.
Bo przecież są dni, kiedy jestem rozbita, pogubiona i nie wiem, co z sobą zrobić...

Dojechaliśmy do łąki, gdzie maki cudownie pozowały do zdjęć. Łzy leciały mi po policzkach, kiedy robiłam zdjęcia. M. trzymał aparat i prosił, żebym się odwróciła. Nie byłam w stanie"pozować", uśmiechać się... Kilka minut wcześniej przeszło pół godziny rozmawiałam przecież z lekarzem na temat owej choroby.

Długo zastanawiałam się, czy o tym pisać na blogu. Zastanawiałam się też, czy zamknąć blog.
Kiedy moja Ania napisała w czerwcu 2014 roku: PRZERWA WAKACYJNA, już nigdy do blogosfery nie wróciła. Ironia losu? Teraz ja mam także zamknąć blog?
Rozpoczęły się wakacje...
Jestem zawieszona w próżni, ale nie zamykam bloga.
Tęsknię za moją Córką, ale pragnę jeszcze nacieszyć się tutaj wszystkimi Wnukami, Wnusią z mojej krwi i Wnukami ze strony Męża. Najbliższymi w Rodzinie, Przyjaciółmi, Wami ...
Zwiedzić jeszcze piękne miejsca w Polsce oraz za granicą. Zrobić coś dobrego dla innych...
Chciałabym też kontynuować cykl postów na temat mojego miasta.
Odwiedzać także Wasze blogi.
I cieszyć się słońcem jak najdłużej...

Czy o coś Was proszę? Tak.
Proszę o dobrą energię, o modlitwę...

                                                           ***
Miały być maki, więc będą maki. Są prześliczne. I chabry też.
Z pokorą czekam, co los mi przyniesie.

















Życzę Wam wszystkiego dobrego. Na koniec dzisiejszego dnia i na kolejne:


Ten uśmiech, mimo wszystko (jeszcze z wycieczki do Kończyc ) - jest dla Was.


Pozdrawiam bardzo serdecznie wszystkich odwiedzających.

Zdjęcia: czerwiec 2020 rok.