Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kończyce Małe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kończyce Małe. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 lipca 2020

Zamek w Kończycach, maki i moje rozważania.

W Kończycach Małych byliśmy w 2016 roku...
To był dla mnie trudny czas, odejście mojej Mamy a niedługo potem nawrót choroby Ani.
Nigdy nie opublikowałam posta na temat Kończyc... Nawet nie wiem, w którym pliku mam zapisane zdjęcia.

Minęło kilka lat. M. namówił mnie ponownie na wycieczkę do Kończyc.

- Załóż tę bluzkę w maki, na pewno gdzieś na trasie będą makowe łąki.

Była piękna, czerwcowa, słoneczna niedziela.

Pojechaliśmy... Na trasie pojedyncze maki gdzieś na poboczu. Trudno.
Cel: zobaczyć, czy coś zmieniło się przez te lata, odpoczynek na świeżym powietrzu.
A maki, jeśli będą, to oki, jeśli nie, świat się nie zawali.


Tego dnia jeszcze byłam radosna. Ciągle czekałam na wyniki biopsji, ale nie zdawałam sobie sprawy z tego, jaka będzie diagnoza...
W Kończycach było dosyć sporo ludzi, ale to nas nie dziwiło. Piękna pogoda, wreszcie otwarte restauracje. Nie przeszkadzało nam to, by podziwiać uroki tego miejsca.



















Czas na spacer, ale najpierw znowu odpoczynek. Ostatnio nawet krótki spacer jest dla mnie bardzo męczący.


A widoki wokół zamku, obecnie restauracji i hotelu - piękne:













Opuszczamy Kończyce Małe i wracamy do domu.

- Będziemy wracać trochę inną trasą. Może jednak gdzieś spotkamy łąki z makami.
- To nieważne, zresztą jestem już zmęczona...

                                                            ***
Minęło kilka dni. M. wcześniej odkrył przepiękne miejsce, które obfitowało w maki i chabry.
Pojechaliśmy.
Nagle dzwoni telefon. To mój obecnie prowadzący lekarz, który skierował mnie na biopsję nerki.
Czekałam na wyniki od lutego. Z powodu pandemii wszystko się opóźniło.
Z bijącym sercem słuchałam lekarza.
Nie piszę o tym, by wzbudzić sensację, zainteresowanie moją osobą czy broń Boże litość, tylko po to, by uczulić Was moi drodzy, jak ważne jest, by trafić do dobrego lekarza i nie lekceważyć profilaktycznych badań. Poprzedni nefrolog przez prawie 3 lata ignorował moje pogarszające się wyniki. W styczniu w ubiegłym roku miałam poważną operację, której nie musiało być...
Kilka miesięcy dochodziłam do siebie... Potem były omdlenia, wstrząsy po lekach. Szpitale, badania i nic... Czułam się coraz gorzej, jednak nikt nie potrafił postawić dobrej diagnozy.
Z kolei były lekarz nefrolog ciągle twierdził, że za dobrze wyglądam, by być poważne chora... I nie ma potrzeby kierować mnie na biopsję nerki.
W sumie kardiolodzy także nie podejrzewali, że moja kardiomiopatia nie jest wrodzona, tylko wynikiem ukrytej choroby, że to ona osłabia coraz mocniej serce.
Przeleżałam 2 tygodnie w ubiegłym roku w sierpniu w klinice Religi w Zabrzu.
We wrześniu osłabiona wróciłam do pracy. Nie rozumiałam, dlaczego po przeprowadzeniu jednej lekcji robi mi się słabo. Ciągła chrypa i nieustanny duszący kaszel (nigdy nie paliłam papierosów).
No i październik - kolejny szpital, pulmonologia, oddział onkologiczny.
Pisałam o tym szpitalu na blogu. To tam poznałam Inkę. Czy żyje? Nie wiem...
A u mnie, biopsja płuc, podejrzenie nowotworu, woda w opłucnej, kolejne badania i lęk a potem zalecenie po szpitalu, by natychmiast poszukać dobrego nefrologa.
Kiedy moje różne dolegliwości zaczęły się nasilać, M. nieustannie szukał dobrego nefrologa. I trafiliśmy... Jest już listopad 2019 roku. Lekarz, kiedy zobaczył moje wyniki i przejrzał wypisy ze szpitali, od razu skierował mnie na specjalistyczne badania a potem na biopsję nerki.
W styczniu tego roku udało nam się polecieć jeszcze do Dubaju. W lutym znowu byłam szpitalu.

W drugim tygodniu czerwca dowiedziałam się, że choruję na bardzo rzadką, podstępną i groźną chorobę - AMYLOIDOZĘ. Choroba rozwija się latami. Trudną ją zdiagnozować, ale białko w moczu było sygnałem, że coś jest nie tak. Kochani, róbcie badania, nie wierzcie jednemu lekarzowi.
Pierwszy prowadzący mnie nefrolog przepisał mi jakieś tabletki i to wszystko...
Nawet podejrzewał, że to nie są moje wyniki.
Czułam się coraz gorzej, traciłam przytomność, serce mimo leków szamotało się, jak uwięziony ptak w klatce. Wejście po schodach, dłuższy spacer były i są dla mnie męką. I zmęczenie nie dające się porównać z normalnym zmęczeniem po pracy czy większym wysiłku fizycznym.
Moje ciało puchło, waga leciała w dół, ale tłumaczyłam sobie, że jestem osłabiona pobytami w szpitalach, potem przepracowana.

Diagnoza zwaliła mnie z nóg. Jedna osoba statystycznie na 100 tysięcy na nią choruje.
Nie, nie wnikam dlaczego ja... To nie ma sensu.
Zostałam zakwalifikowana do programu dalszej diagnostyki w klinice. Biopsja szpiku kostnego, kości oraz inne badania... Czekam na termin pójścia do szpitala już 3 tydzień. Czy się boję, co dalej? Tak boję się...
Kolejny ciężar spoczął na moich barkach oraz męża.
Nie wiadomo na jakim etapie choroba się rozwinęła. Jakie narządy zdążyła już nieodwracalnie uszkodzić. Czy jest to forma najgorsza, czy łagodniejsza.
Leczenie i tak jest eksperymentalne, rozwój choroby można tylko spowolnić...
Nie da się jej wyleczyć...

Dwa dni przepłakałam... Potem postanowiłam żyć tak, jakby to mnie nie dotyczyło...
Oczywiście nie mogę robić wszystkiego, przemęczać się, nie mogę nawet sama wyjść na spacer, etc, etc...
Mogę tylko czekać i mieć nadzieję, że jeszcze jestem tutaj potrzebna.
Bo wiem, że jestem potrzebna, moim najbliższym przede wszystkim.
Nadal prowadziłam lekcje online, uśmiechałam się do moich uczniów przez łzy...
Uzupełniałam dokumentację, ogarniałam nasze mieszkanie, spotykaliśmy się z Dziećmi i Wnukami.
Przecież jestem, żyję...
Więc staram się żyć, prawie tak jak dawniej...
Ale kiedy czuję, że totalnie opuszczają mnie siły, muszę się położyć...
Nie odbieram telefonów, zamykam laptop i... I płaczę do poduszki.
Bo przecież są dni, kiedy jestem rozbita, pogubiona i nie wiem, co z sobą zrobić...

Dojechaliśmy do łąki, gdzie maki cudownie pozowały do zdjęć. Łzy leciały mi po policzkach, kiedy robiłam zdjęcia. M. trzymał aparat i prosił, żebym się odwróciła. Nie byłam w stanie"pozować", uśmiechać się... Kilka minut wcześniej przeszło pół godziny rozmawiałam przecież z lekarzem na temat owej choroby.

Długo zastanawiałam się, czy o tym pisać na blogu. Zastanawiałam się też, czy zamknąć blog.
Kiedy moja Ania napisała w czerwcu 2014 roku: PRZERWA WAKACYJNA, już nigdy do blogosfery nie wróciła. Ironia losu? Teraz ja mam także zamknąć blog?
Rozpoczęły się wakacje...
Jestem zawieszona w próżni, ale nie zamykam bloga.
Tęsknię za moją Córką, ale pragnę jeszcze nacieszyć się tutaj wszystkimi Wnukami, Wnusią z mojej krwi i Wnukami ze strony Męża. Najbliższymi w Rodzinie, Przyjaciółmi, Wami ...
Zwiedzić jeszcze piękne miejsca w Polsce oraz za granicą. Zrobić coś dobrego dla innych...
Chciałabym też kontynuować cykl postów na temat mojego miasta.
Odwiedzać także Wasze blogi.
I cieszyć się słońcem jak najdłużej...

Czy o coś Was proszę? Tak.
Proszę o dobrą energię, o modlitwę...

                                                           ***
Miały być maki, więc będą maki. Są prześliczne. I chabry też.
Z pokorą czekam, co los mi przyniesie.

















Życzę Wam wszystkiego dobrego. Na koniec dzisiejszego dnia i na kolejne:


Ten uśmiech, mimo wszystko (jeszcze z wycieczki do Kończyc ) - jest dla Was.


Pozdrawiam bardzo serdecznie wszystkich odwiedzających.

Zdjęcia: czerwiec 2020 rok.