Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 30 stycznia 2011
Rajdowo
Lubię stare samochody, mogłabym gapić się na nie bez końca. Nic dziwnego zatem, że kiedy przeczytałam, że o Wrocław zahaczy Rajd Monte Carlo Historique nie mogłam tego nie zobaczyć. Wprawdzie doszłam do wniosku, że sterczenie na mrozie przez 4 godziny tylko po to by zrobić parę fotek i nacieszyć oczy to raczej objaw zaburzeń umysłowych, ale takich jak ja było tam więcej, więc jestem lekko usprawiedliwiona.
sobota, 22 stycznia 2011
I znowu optymistycznie
Wczoraj usiłowałyśmy w pracy zakończyć skontrum. Dla nieuświadomionych wyjaśniam, że jest to inwentaryzacja księgozbioru. Kiedyś rozkładało się płachty z rubryczkami, księgi inwentarzowe itd. Teraz mamy system komputerowy. Miał ułatwiać pracę. W tym miejscu powinna być emotka "turlający się ze śmiechu".
Jest taka reklama - Pan siedzi w kasie i przykłada towar do czoła robiąc piiiip. No to ja robiłam tak samo :). Każdą książkę pod czytnik. Dziewczyny donosiły książki z półki. I tak 14 tysięcy razy.
Informatyk w mojej bibliotece zatrudniony jest jeden dzień w tygodniu. Przyszedł w środę, żeby raporty podrukować - ile ubytków, ile wypożyczonych, ile braków. Okazało się, że przy wprowadzaniu książek do kompa zrobiono masę błędów. I teraz nic się nie zgadza. W czwartek wróciłam po zwolnieniu do pracy, Posiedziałyśmy, bo bez informatyka to my nic nie możemy. Wczoraj łaskawie się odezwał i zdalnie ze swojego kompa próbował coś zrobić.
Po 5 godzinach podał mi cztery liczby i powiedział ,że on to już wszystko, a my możemy robić protokół.
Ogarnął nas pusty śmiech. Jak mnie ktoś zapyta, skąd ja wiem, że 861 książek jest wypożyczonych to powiem, że z sufitu :). Mogłyśmy sobie powymyślać cyferki "mniej więcej" i byłoby z głowy.
Po pracy pojechaliśmy (dwie koleżanki z pracy z córkami, moja Agata, ja i mój mąż jako kierowca) do Kłodzka. Aga robiła wyprzedaż biżuterii. Po 5 zł rożne śliczności.
Poszalałyśmy po sklepikach w Twierdzy. Ja zainwestowałam tylko w jedne kolczyki,ale dziewczyny wydały troszkę więcej :). Takiej głupawki dawno nie miałyśmy. I to jest właśnie akcent optymistyczny. Najważniejsze to nie tracić humoru.
Możliwe, że we wtorek zamorduję informatyka, ale dzisiaj mi wesoło.
W środę mam iść na skontrum do czytelni...
Jest taka reklama - Pan siedzi w kasie i przykłada towar do czoła robiąc piiiip. No to ja robiłam tak samo :). Każdą książkę pod czytnik. Dziewczyny donosiły książki z półki. I tak 14 tysięcy razy.
Informatyk w mojej bibliotece zatrudniony jest jeden dzień w tygodniu. Przyszedł w środę, żeby raporty podrukować - ile ubytków, ile wypożyczonych, ile braków. Okazało się, że przy wprowadzaniu książek do kompa zrobiono masę błędów. I teraz nic się nie zgadza. W czwartek wróciłam po zwolnieniu do pracy, Posiedziałyśmy, bo bez informatyka to my nic nie możemy. Wczoraj łaskawie się odezwał i zdalnie ze swojego kompa próbował coś zrobić.
Po 5 godzinach podał mi cztery liczby i powiedział ,że on to już wszystko, a my możemy robić protokół.
Ogarnął nas pusty śmiech. Jak mnie ktoś zapyta, skąd ja wiem, że 861 książek jest wypożyczonych to powiem, że z sufitu :). Mogłyśmy sobie powymyślać cyferki "mniej więcej" i byłoby z głowy.
Po pracy pojechaliśmy (dwie koleżanki z pracy z córkami, moja Agata, ja i mój mąż jako kierowca) do Kłodzka. Aga robiła wyprzedaż biżuterii. Po 5 zł rożne śliczności.
Poszalałyśmy po sklepikach w Twierdzy. Ja zainwestowałam tylko w jedne kolczyki,ale dziewczyny wydały troszkę więcej :). Takiej głupawki dawno nie miałyśmy. I to jest właśnie akcent optymistyczny. Najważniejsze to nie tracić humoru.
Możliwe, że we wtorek zamorduję informatyka, ale dzisiaj mi wesoło.
W środę mam iść na skontrum do czytelni...
| Tak moja rodzina spędziła niedzielę. Trzeci komp, stacjonarny jest w drugim pokoju i przy nim siedziałam ja :) |
| Zuzia pije. Miski z wodą nie uznaje. Ewentualnie wazon z kwiatkami |
| Rzadki widok, oba koty obok siebie. |
| Nowe kolczyki. Śliczne prawda? |
wtorek, 18 stycznia 2011
Wzorowa gospodyni
Tytuł nieco przewrotny, bowiem wzorową gospodynią nigdy nie byłam i pewnie nie będę.
Prace domowe robię metodą "nie chcem, ale muszem". Na szczęście jestem posiadaczką dorosłej córki, która mieszka jeszcze ze "starymi" i pracuje na pół etatu, a godziny pracy sama sobie dobiera, jak jej pasuje.
Z wielką przyjemnością zrzuciłam na nią obowiązek prowadzenia domu. Niech się uczy, na przyszłość będzie jak znalazł :).
Ostatnio jednak, przebywając na planowanym L4 postanowiłam dziecko odciążyć.
Pranie nastawiłam - białe bluzeczki i świąteczny obrus. Obrus malowany... Po praniu cała farba w postaci czerwonych mikronowych kuleczek znalazła się na bluzeczkach. Po drugim praniu nie zeszło. Teraz muszę za pomocą rolki do odkłaczania wyczyścić wszystko (na szczęście da się). Do wiosny pewnie mi zejdzie.
Żeby nie było - to pierwsza wpadka praniowa, z reguły tylko gubię skarpetki - podejrzewam, że pralka je zjada...
W niedzielę na obiadek ziemniaczki z piekarnika. To moje popisowe danie - obrane i umyte ziemniaki wrzucam do miski, obsypuje przyprawami, najlepiej do ziemniaków, dodaję trochę oleju, mieszam, a potem wrzucam do żaroodpornego garnka i do piekarnika. Po ok. 30 minutach odkrywam i opiekają się jeszcze z 10 minut. Pychotka. Do tego schabowe z serem, albo nugetsy i palce lizać.
No, wzorowa gospodyni piecze też ciasto. Ja nie piekę. Ostatnio nawet murzynek, który zawsze wychodził popisowo, miał zakalec. I nie mogę zwalić na piekarnik, bo kilka dni wcześniej Aga piekła i wyszedł super :(.
Prace domowe robię metodą "nie chcem, ale muszem". Na szczęście jestem posiadaczką dorosłej córki, która mieszka jeszcze ze "starymi" i pracuje na pół etatu, a godziny pracy sama sobie dobiera, jak jej pasuje.
Z wielką przyjemnością zrzuciłam na nią obowiązek prowadzenia domu. Niech się uczy, na przyszłość będzie jak znalazł :).
Ostatnio jednak, przebywając na planowanym L4 postanowiłam dziecko odciążyć.
Pranie nastawiłam - białe bluzeczki i świąteczny obrus. Obrus malowany... Po praniu cała farba w postaci czerwonych mikronowych kuleczek znalazła się na bluzeczkach. Po drugim praniu nie zeszło. Teraz muszę za pomocą rolki do odkłaczania wyczyścić wszystko (na szczęście da się). Do wiosny pewnie mi zejdzie.
Żeby nie było - to pierwsza wpadka praniowa, z reguły tylko gubię skarpetki - podejrzewam, że pralka je zjada...
W niedzielę na obiadek ziemniaczki z piekarnika. To moje popisowe danie - obrane i umyte ziemniaki wrzucam do miski, obsypuje przyprawami, najlepiej do ziemniaków, dodaję trochę oleju, mieszam, a potem wrzucam do żaroodpornego garnka i do piekarnika. Po ok. 30 minutach odkrywam i opiekają się jeszcze z 10 minut. Pychotka. Do tego schabowe z serem, albo nugetsy i palce lizać.
No, wzorowa gospodyni piecze też ciasto. Ja nie piekę. Ostatnio nawet murzynek, który zawsze wychodził popisowo, miał zakalec. I nie mogę zwalić na piekarnik, bo kilka dni wcześniej Aga piekła i wyszedł super :(.
Ale fajnie jest nie chodzić do pracy. Jeszcze jutro, a potem powrót na koniec skontrum. Głupio mi, bo zostawiłam dziewczyny same z tą idiotyczną robotą, ale inaczej musiałabym, pojechać na szkolenie, trzydniowe, a wierzcie mi, nie mam motywacji, by szkolić się w zawodzie bibliotekarza.
Za to zapisałam się na warsztaty http://manualnie.blogspot.com/2011/01/zlot-dolnoslaski.html
Tutaj się mogę szkolić :).
czwartek, 13 stycznia 2011
Ma być optymistycznie
Witam Was po krótkiej przerwie. Sięgnęłam troszkę w przeszłość i poczytałam, co ja w tym blogu wypisuję.
O mamusiu kochana, co za smutas ze mnie. Jeśli na codzień jestem równie marudna co tutaj to szczerze współczuję mojej rodzinie i znajomym w realu.
I postanowiłam co następuje - nie będę narzekać. To moje jedyne postanowienie na Nowy Rok, palenie bowiem rzuciłam rok temu, a schudnąć nie zamierzam (grubsi są weselsi).
Generalnie łatwo nie jest, ale próbuję znaleźć dobre strony. I tak :
ja - Lola, nie goń Zuzi, ona stara i gruba jest, zmęczy się
ja - Zuzia, nie warcz na Lolkę, ona młoda i głupia jest
Agata - Mamo, Lola po prostu uważa, że Zuzia prowadzi niezdrowy tryb życia i potrzebna jej gimnastyka, a Zuzia warczy, bo musi smarkuli powiedzieć, co o tym myśli
Kocham moje kicie, ale nie w środku nocy, kiedy uprawiają sporty.
Rozpoczęłam produkcje kartek wielkanocnych :)
O mamusiu kochana, co za smutas ze mnie. Jeśli na codzień jestem równie marudna co tutaj to szczerze współczuję mojej rodzinie i znajomym w realu.
I postanowiłam co następuje - nie będę narzekać. To moje jedyne postanowienie na Nowy Rok, palenie bowiem rzuciłam rok temu, a schudnąć nie zamierzam (grubsi są weselsi).
Generalnie łatwo nie jest, ale próbuję znaleźć dobre strony. I tak :
- będę miała więcej czasu na robótki, a ponieważ po raz pierwszy przyniosły one realny dochód to rodzinka czepiać się nie będzie.
- będę mogła troszkę popełnić rolę gospodyni domowej, pogotuje, posprzątam, a nie tylko praca i praca
- zmuszono mnie do innego spojrzenia na siebie i na życie - pozwoliłam, by życie mijało nie spodziewając się żadnej zmiany - taki kopniak w tyłek dobrze mi zrobi
- może podejmę jakąś naukę niezwiązaną z bibliotekarstwem, bo jak widać nie znamy dnia ani godziny...
- i przestanę kombinować w pracy, co by tu jeszcze zrobić, bo starania nie zostają dostrzegane, a dla idei pracowało się za komunizmu
ja - Lola, nie goń Zuzi, ona stara i gruba jest, zmęczy się
ja - Zuzia, nie warcz na Lolkę, ona młoda i głupia jest
Agata - Mamo, Lola po prostu uważa, że Zuzia prowadzi niezdrowy tryb życia i potrzebna jej gimnastyka, a Zuzia warczy, bo musi smarkuli powiedzieć, co o tym myśli
| Szoguś kocha Zuzię |
| Przy kominku to i na drewnianych patyczkach wygodnie |
| A czarny sweter to najlepsze miejsce do spania |
Kocham moje kicie, ale nie w środku nocy, kiedy uprawiają sporty.
Rozpoczęłam produkcje kartek wielkanocnych :)
środa, 29 grudnia 2010
Szukam pracy
Dzisiejszy dzień to najgorszy dzień Starego Roku.
Dostałam tzw wypowiedzenie warunków pracy i płacy. Od kwietnia będę miała 3\4 etatu, co oznacza ok.500 zł mniej w portfelu.
Przy moim finansowym dołku to tragedia.
Szukam pracy ...
Dostałam tzw wypowiedzenie warunków pracy i płacy. Od kwietnia będę miała 3\4 etatu, co oznacza ok.500 zł mniej w portfelu.
Przy moim finansowym dołku to tragedia.
Szukam pracy ...
wtorek, 9 listopada 2010
Jestem
No więc jestem, żyję. Nie odzywałam się dawno, bo życie pędzi w takim tempie, że nie nadążam.
Chciałam zameldować, że robótkowo jestem do przodu - kartki świąteczne powstają w ilościach hurtowych, wyszywanka na kartkę, też powoli rośnie, a co najważniejsze Choinkowemu salowi też przybywa krzyżyków. Obfotografowanie tego wszystkiego to zadanie na wolny wieczór, a tego na razie nie mam :).
Obiecuję, że niedługo :).
Tymczasem przypomniały mi się perypetie siostry z przesyłką kurierską zamówiona przez nią 19 września.
Miała przyjść paczka z firmy. 20 września dzwoni kurier - jestem pod domem, czy ktoś jest?
Oczywiście nikogo nie było, bo ludzie pracujący są :). -Jeśli pan może, to proszę zostawić u sąsiadki - drzwi obok. Mogę - rzekł kurier.
Siostra wróciła z pracy, u sąsiadki paczki nie ma.
Zadzwoniła do firmy kurierskiej - potrzebny numer przesyłki. No to zadzwoniła do firmy, która paczkę wysyłała. Oni w systemie nie mają zaznaczone, że wysłali i numeru przesyłki nie mają, upierają się, że nic nie wysłali i proszą o cierpliwość, że im zeszło. Nikt nic nie wie, paczki nie ma.
Minęło półtora miesiąca. Dzwoni telefon - Biuro Rzeczy Znalezionych w Warszawie.
Pan kurier zostawił paczkę na tej samej ulicy, pod numerem 11 u sąsiadki. Tyle, że w Warszawie. Bagatela 400 km od Ząbkowic. Nawet nazwa miasta nie jest podobna. :0.
Sąsiadka zorientowała się, że paczka to nie dla sąsiadów i nie chcąc narażać się na koszty - telefon i wysyłka, zaniosła paczkę do biura rzeczy znalezionych. Obiecali, że paczkę prześlą siostrze. Pocztą Polską :).
a firma, która wysłała twierdzi, że nie wysłała. Pewnie wyślą drugą :).
Chciałam zameldować, że robótkowo jestem do przodu - kartki świąteczne powstają w ilościach hurtowych, wyszywanka na kartkę, też powoli rośnie, a co najważniejsze Choinkowemu salowi też przybywa krzyżyków. Obfotografowanie tego wszystkiego to zadanie na wolny wieczór, a tego na razie nie mam :).
Obiecuję, że niedługo :).
Tymczasem przypomniały mi się perypetie siostry z przesyłką kurierską zamówiona przez nią 19 września.
Miała przyjść paczka z firmy. 20 września dzwoni kurier - jestem pod domem, czy ktoś jest?
Oczywiście nikogo nie było, bo ludzie pracujący są :). -Jeśli pan może, to proszę zostawić u sąsiadki - drzwi obok. Mogę - rzekł kurier.
Siostra wróciła z pracy, u sąsiadki paczki nie ma.
Zadzwoniła do firmy kurierskiej - potrzebny numer przesyłki. No to zadzwoniła do firmy, która paczkę wysyłała. Oni w systemie nie mają zaznaczone, że wysłali i numeru przesyłki nie mają, upierają się, że nic nie wysłali i proszą o cierpliwość, że im zeszło. Nikt nic nie wie, paczki nie ma.
Minęło półtora miesiąca. Dzwoni telefon - Biuro Rzeczy Znalezionych w Warszawie.
Pan kurier zostawił paczkę na tej samej ulicy, pod numerem 11 u sąsiadki. Tyle, że w Warszawie. Bagatela 400 km od Ząbkowic. Nawet nazwa miasta nie jest podobna. :0.
Sąsiadka zorientowała się, że paczka to nie dla sąsiadów i nie chcąc narażać się na koszty - telefon i wysyłka, zaniosła paczkę do biura rzeczy znalezionych. Obiecali, że paczkę prześlą siostrze. Pocztą Polską :).
a firma, która wysłała twierdzi, że nie wysłała. Pewnie wyślą drugą :).
środa, 20 października 2010
Co się z nami stało - refleksje o przyjaźni
Wczoraj był smutny i bardzo refleksyjny dla mnie dzień. Byliśmy na pogrzebie kolegi instruktora ZHP. Mógł facet jeszcze pożyć, nigdy nie chorował, więc i teraz chorobę zlekceważył. Ale moje refleksje nie dotyczą śmierci. Ja myślę o przyjaźni, o tym, jak mija nie zostawiając śladu w naszej duszy. W latach 80 byliśmy członkami kręgu instruktorskiego. Kilkadziesiąt osób, na które można było liczyć w każdej sytuacji. Na jedno słowo spotykaliśmy się i wspólnie rozwiązywaliśmy problemy, nawet te najbardziej osobiste. Obozy, rajdy, setki ognisk, zdawałoby się, że to łączy na całe życie. Krąg nie przetrwał zakrętów historii. Kościół podzielił nas i nagle okazało się, że wspólna praca z młodzieżą nie jest już możliwa. Powoli kontakty urywały się, większość poszła swoja drogą, ale ciągle, w różnych trudnych sytuacjach wystarczyło hasło, by znów poczuć tę więź, która kiedyś nas łączyła.
Wczoraj okazało się, że to już nie jest ważne, że nic nas nie łączy. Myślałam, że po pogrzebie spotkamy się na chwilę, choćby po to, by wspólnie wypić piwko za pamięć jednego z nas. Okazało się, że nawet nie czujemy potrzeby, by stanąć razem, w grupie, by poczuć, że jesteśmy przyjaciółmi, że przy urnie z prochami kolegi osobiste animozje zostaną, choć na chwilę zapomniane. Każdy odszedł do swojego życia, (powiedziałabym nawet, że pobiegł) nie oglądając się za siebie.
Smutno mi.
Wczoraj okazało się, że to już nie jest ważne, że nic nas nie łączy. Myślałam, że po pogrzebie spotkamy się na chwilę, choćby po to, by wspólnie wypić piwko za pamięć jednego z nas. Okazało się, że nawet nie czujemy potrzeby, by stanąć razem, w grupie, by poczuć, że jesteśmy przyjaciółmi, że przy urnie z prochami kolegi osobiste animozje zostaną, choć na chwilę zapomniane. Każdy odszedł do swojego życia, (powiedziałabym nawet, że pobiegł) nie oglądając się za siebie.
Smutno mi.
wtorek, 28 września 2010
Wirusy i remonty
Agata ma katar. Siedzi przy komputerze i kicha jak najęta. Pytam - "Aga, dlaczego kichasz na komputer?". A ona mi na to - "Wpuszczam wirusy do sieci". :-))
U mnie w bibliotece trwa remont. Generalny. Wymiana kaloryferów i częściowo podłogi oraz ogólne malowanie.
Biblioteka to jak wiadomo regały pełne książek, które trzeba było wynieść z jednego pomieszczenia do drugiego. Jutro czeka nas przenoszenie spowrotem. Fachowcom nie damy dotknąć, bo pomagali przenieść cztery regały i tak pomieszali książki, że układać będziemy przez tydzień. A mamy do przeniesienia 50 regałów. A fachowcy oni tacy, że siedzę i szlag mnie trafia, bo ja się niestety trochę znam. I widzę, co robią źle. Ale się nie odzywam, bo raz się odezwałam i dyrekcja mnie zbyła, że oni wiedzą, jak to ma być zrobione.
Nerwowo trudno wytrzymać, ale dam radę, dam radę, dam radę...
U mnie w bibliotece trwa remont. Generalny. Wymiana kaloryferów i częściowo podłogi oraz ogólne malowanie.
Biblioteka to jak wiadomo regały pełne książek, które trzeba było wynieść z jednego pomieszczenia do drugiego. Jutro czeka nas przenoszenie spowrotem. Fachowcom nie damy dotknąć, bo pomagali przenieść cztery regały i tak pomieszali książki, że układać będziemy przez tydzień. A mamy do przeniesienia 50 regałów. A fachowcy oni tacy, że siedzę i szlag mnie trafia, bo ja się niestety trochę znam. I widzę, co robią źle. Ale się nie odzywam, bo raz się odezwałam i dyrekcja mnie zbyła, że oni wiedzą, jak to ma być zrobione.
Nerwowo trudno wytrzymać, ale dam radę, dam radę, dam radę...
poniedziałek, 20 września 2010
Gospodarsko
Zacznijmy od tego, że gospodynią to ja jestem raczej kiepską. Nienawidzę sprzątać, gotuję, bo rodzina musi jeść, prasuję w ostateczności. Działka zamieniła mi się w dżunglę, w której tylko jadłam czereśnie... itd.
Z tego też powodu nie robię przetworów, zresztą nie mam ich gdzie przechowywać w zimie. Jedynie grzybom jestem w stanie poświęcić troszkę czasu, głównie dlatego, że uwielbiamy świąteczne uszka i lepimy ich ponad 200, co na czteroosobową rodzinę jest raczej sporo.
W tym roku pojechałyśmy z Agatą na wieś na truskawki, narwałyśmy 2 wiadra i nie dałyśmy rady zjeść :). No to zrobiłam dżemik - dzięki ci panie za żelfix. Potem wisienek zerwałyśmy do ciasta, ale znowu nam zostało ponad kilo. No to znowu zrobiłam dżemik. Dostałam od teściowej 2 kilo cukru żelującego, to teraz przymierzam się do dżemiku jabłkowego. Tyle, że owoce muszę kupić, bo narwać nie ma gdzie.
A w czwartek Agata z Tatusiem pojechali na grzyby, ja niestety musiałam pracować, co może i lepiej wyszło. Przywieźli 20 kilo grzybów. Przyjechali o 19, zanim zjedli to czyszczenie skończyliśmy ok.12 w nocy. Do pierwszej mi zeszło obgotowanie - bo bałam się zostawić nieobgotowane, rano szłam do pracy. Suszenie nad kominkiem widać na fotkach :). Poza tym zamroziłam na sosik, zrobiłam sosik na 2 dni i... no właśnie - po raz pierwszy w życiu robiłam samodzielnie grzybki marynowane, zawsze robiła Mama.
Jestem z siebie dumna - w końcu to rzeczy, których, mimo 45 lat życia, nie robiłam, dżem robiłam 10 lat temu :), grzybków nigdy.
niedziela, 12 września 2010
Weselnie i festiwalowo
No dobrze, przyznaję się bez bicia, fajnie było. Wprawdzie doszłam do wniosku, że to już nie te lata i nie te kilogramy, bo do dzisiaj dochodzę do siebie.(wesele było w czwartek) 24 godziny bez snu to dla mnie jakby za dużo, kondycyjnie padłam. Wróciliśmy w piątek późnym wieczorem, wolałam to, żeby po pierwsze gospodarze mogli odpocząć, a nie zajmować się gośćmi, a po drugie Tomek mojej Agaty musiał do pracy na 14 w sobotę, więc i tak musielibyśmy wyjechać ok 8 rano. No i pospać sobie wreszcie chciałam. Impreza była super, państwo młodzi mają superowych przyjaciół, niespodzianki, które przygotowali sprawiały, że popłakałam się ze śmiechu. Kiedy dowiedziałam się, że nie będzie orkiestry, to byłam zła, Jednak pan DJ stanął na wysokości zadania, prowadził genialnie, wszyscy mogli się pobawić.
A w sobotę, już wyspani i odpoczęci pojechaliśmy do Wrocławia na Festiwal Psa i Kota. Śliczności kociaki były, ale psy np. husky, w ubrankach wyglądały głupio.
Po obejrzeniu, co było do obejrzenia zajechaliśmy do Rynku na francuskie naleśniki. Pychotka. Zażyczyłam sobie połażenia po Rynku w charakterze turysty - dawno nie miałam okazji, zwykle przelatuję biegiem prawie.
sobota, 4 września 2010
Ślubnie
W tym tygodniu jedziemy na wesele. Nietypowo, bo w czwartek. Niechęć do wyjazdu łagodzi mi bezkarna zabawa w różne tworki. Na początek kartki - sztuk 3 - od teściowej mojej, od Agaty i od nas.
Znowu mam problem z przesuwaniem zdjęć, nie wiem dlaczego.
Ponieważ kartki są przestrzenne to do kartek dorabiam pudełeczka. Na tę długą już gotowe, ale fotka wyszła paskudna i nieczytelna, a kartka już poszła do teściowej, więc fotki nie będzie.
wtorek, 20 lipca 2010
Akrobaci i policjanci
I znowu wyjazdowa niedziela. Z racji tego, że Aga jechała w niedziele na rozmowę o pracę do Wrocławia wykorzystałam okazje i namówiłam ją, żebyśmy pojechały na Mistrzostwa Świata w Gimnastyce Akrobatycznej. Super widowisko, emocje zupełnie inne niż przy oglądaniu tego w telewizji. Szkoda, że Polacy się nie popisali, ale grupa chińska zrobiła furorę.


Na koniec miły dla mnie akcent. Wczoraj w moim mieście była uroczystość z okazji święta Policji. Mój mąż znalazł się w grupie awansowanych.

Na koniec miły dla mnie akcent. Wczoraj w moim mieście była uroczystość z okazji święta Policji. Mój mąż znalazł się w grupie awansowanych.
niedziela, 11 lipca 2010
Kocham lato
Upał, upał, upał.
Kocham to
Dzisiaj nieopatrznie zapytałam rodzinkę - Na obiad karczek z rondla, czy z grilla (mając na myśli elektrycznego grilla w domu). Na to oni, że z grilla, ale węglowego. Ja ich muszę kochać... Był obiadek na świeżym powietrzu i potem jeszcze kolacja :).
Agata stwierdziła, że Szoguś jest hetero sapiens. Śmialiśmy się, że z tym hetero nie wiadomo, bo biedaczkowi pan weterynarz uciął, to co męskie. Ale sapiens jak najbardziej, cały dzień sapie i sapie. No, w sumie, gdybym ja chodziła w takim futrze też bym sapała, ale człowiekowi nie pomaga wystawienie języka.
Wczoraj i dzisiaj dokonaliśmy herkulesowej pracy. Przy naszej piwnicy stajnia Augiasza to małe piwo. Piwnicę mamy spora, a ostatnio wejść się tam nie dało. Nawet nie sądziłam, że można nagromadzić tyle rupieci, miliony desek i innego badziewia. Żeby to wywieźć będziemy musieli wynająć traktor z przyczepą, bo multikarek nie da rady :).
A ile wspomnień przy okazji... znalazłam parę pudełek z naszymi harcerskimi pamiątkami - znaczki, plakietki, śpiewniki... Niektóre rzeczy trzeba było wywalić - ogromna wilgoć załatwiła część książek itp.
A przy okazji zrobiłam sobie nowego scrapka na wyzwanie scrapujacych Polek.
Kocham to
Dzisiaj nieopatrznie zapytałam rodzinkę - Na obiad karczek z rondla, czy z grilla (mając na myśli elektrycznego grilla w domu). Na to oni, że z grilla, ale węglowego. Ja ich muszę kochać... Był obiadek na świeżym powietrzu i potem jeszcze kolacja :).
Agata stwierdziła, że Szoguś jest hetero sapiens. Śmialiśmy się, że z tym hetero nie wiadomo, bo biedaczkowi pan weterynarz uciął, to co męskie. Ale sapiens jak najbardziej, cały dzień sapie i sapie. No, w sumie, gdybym ja chodziła w takim futrze też bym sapała, ale człowiekowi nie pomaga wystawienie języka.
Wczoraj i dzisiaj dokonaliśmy herkulesowej pracy. Przy naszej piwnicy stajnia Augiasza to małe piwo. Piwnicę mamy spora, a ostatnio wejść się tam nie dało. Nawet nie sądziłam, że można nagromadzić tyle rupieci, miliony desek i innego badziewia. Żeby to wywieźć będziemy musieli wynająć traktor z przyczepą, bo multikarek nie da rady :).
A ile wspomnień przy okazji... znalazłam parę pudełek z naszymi harcerskimi pamiątkami - znaczki, plakietki, śpiewniki... Niektóre rzeczy trzeba było wywalić - ogromna wilgoć załatwiła część książek itp.
A przy okazji zrobiłam sobie nowego scrapka na wyzwanie scrapujacych Polek.
środa, 12 maja 2010
Zakręcona ja i wystawka
Najpierw muszę dokończyć poniedziałek :)
Otóż po pracy pojechałyśmy z Agatą na basen. To cała wyprawa, bo mamy ok. 20 km.
Wróciłyśmy ok.21,30.
Siadłam do kompa, żeby odsapnąć. W koncu ćwiczę na basenie intensywnie, co po 5 latach siedzenia za biurkiem uważam za niezły wyczyn.
Zakodowane miałam, że mężowskie koszule i bluzy wyprasowane "wyszły" czyli trzeba coś wyprasować. Nie znoszę tego robić i góra prasowania systematycznie rośnie. Córka też poprosiła o wyprasowanie bluzki. Naszykowałam na kupce i siedziałam sobie przy kompie. Oni poszli spać, bo rano oboje idą na 6 do pracy. Ok. 22, 30 też poszłam spać...
Ok. 1,30 mój mąż wstał do łazienki, ja otworzyłam oko i... olśniło mnie - zapomniałam wyprasować bluzy. No to wstałam, poszłam do drugiego pokoju, gdzie miałam deskę rozłożoną i zaczęłam prasować. Mąż myślał, że zwariowałam :). Takiego numeru jeszcze nigdy nie zrobiłam :).
Musze jeszcze napisać o jednym przypadku zakręcenia w mojej rodzinie. Wczorajszym. Siedziałyśmy sobie rano z córką w domku, kiedy wstała moja Mama. Przyszła do nas do pokoju i ze śmiertelnie poważną miną powiedziała, że ma smutną wiadomość. Myślałam, że ktoś w rodzinie umarł, albo co. Tymczasem moja Rodzicielka stwierdziła, że ona niedługo umrze. Więc pytam się, skąd ma takie informacje? Na to Mamuśka, że ma "objawy". No to już nie wytrzymałam i sie pytam, jakie to objawy, bo może ja też mam:).
Ja wiem, że to nieładnie nabijać się z własnej Matki. Okazało się, że boli ją klatka piersiowa. Wezwałam pogotowie, bo nie certolę się w takich przypadkach. Na szczęście okazało się, że to ból zrostów po operacji serca. Dostała zastrzyk przeciwbólowy i "objawy"minęły.
Ale śmiech pozostał :).
I jeszcze na koniec.
Zorganizowałam w swojej bibliotece mini wystawkę rękodzieła. Oto kilka fotek



Otóż po pracy pojechałyśmy z Agatą na basen. To cała wyprawa, bo mamy ok. 20 km.
Wróciłyśmy ok.21,30.
Siadłam do kompa, żeby odsapnąć. W koncu ćwiczę na basenie intensywnie, co po 5 latach siedzenia za biurkiem uważam za niezły wyczyn.
Zakodowane miałam, że mężowskie koszule i bluzy wyprasowane "wyszły" czyli trzeba coś wyprasować. Nie znoszę tego robić i góra prasowania systematycznie rośnie. Córka też poprosiła o wyprasowanie bluzki. Naszykowałam na kupce i siedziałam sobie przy kompie. Oni poszli spać, bo rano oboje idą na 6 do pracy. Ok. 22, 30 też poszłam spać...
Ok. 1,30 mój mąż wstał do łazienki, ja otworzyłam oko i... olśniło mnie - zapomniałam wyprasować bluzy. No to wstałam, poszłam do drugiego pokoju, gdzie miałam deskę rozłożoną i zaczęłam prasować. Mąż myślał, że zwariowałam :). Takiego numeru jeszcze nigdy nie zrobiłam :).
Musze jeszcze napisać o jednym przypadku zakręcenia w mojej rodzinie. Wczorajszym. Siedziałyśmy sobie rano z córką w domku, kiedy wstała moja Mama. Przyszła do nas do pokoju i ze śmiertelnie poważną miną powiedziała, że ma smutną wiadomość. Myślałam, że ktoś w rodzinie umarł, albo co. Tymczasem moja Rodzicielka stwierdziła, że ona niedługo umrze. Więc pytam się, skąd ma takie informacje? Na to Mamuśka, że ma "objawy". No to już nie wytrzymałam i sie pytam, jakie to objawy, bo może ja też mam:).
Ja wiem, że to nieładnie nabijać się z własnej Matki. Okazało się, że boli ją klatka piersiowa. Wezwałam pogotowie, bo nie certolę się w takich przypadkach. Na szczęście okazało się, że to ból zrostów po operacji serca. Dostała zastrzyk przeciwbólowy i "objawy"minęły.
Ale śmiech pozostał :).
I jeszcze na koniec.
Zorganizowałam w swojej bibliotece mini wystawkę rękodzieła. Oto kilka fotek
środa, 31 marca 2010
Nie jest łatwo być sportowcem
Jako uczennica byłam chętnym uczestnikiem zajęć tzw. skaesu (SKS) chyba każdy wie, co to było. :)
W ogólniaku zajęcia prowadziła wuefistka, w średnim wieku, z nadwagą :).
Trening wyglądał tak: Pani dawała nam piłkę i mówiła "to pograjcie sobie dziewczynki". No to sobie grałyśmy, w siatkówkę grałyśmy. O technice mowy nie było. Ale przynajmniej trochę się ruszałysmy.
Na rowerze jeździć nie lubiłam, inne sporty też były mi obce. Głównie dlatego, że mieszkałam daleko od koleżanek, a w okolicy dzieci w moim wieku nie było. Spędzałam czas czytając, czytając i czytając.
Z racji bycia instruktorem ZHP od wczesnej wiosny do późnej jesieni większość weekendów spędzałam wędrując po okolicznych górach. A w lecie obowiązkowy obóz.
Po maturze poszłam do pracy, przybyło obowiązków. Koleżanki rozjechały się na studia, więc pozostały rajdy, coraz rzadsze, bo w ZHP zaczęły się rozgrywki polityczne i atmosfera robiła się niezbyt miła.
Potem wyszłam za mąż, urodziłam dziecko i jakakolwiek aktywność właściwie się skończyła. Pomijając spacerki z maluchem :). Skończyły się rajdy, wycieczki robiliśmy samochodem...
Pozostały letnie obozy.
Jakieś 5 lat temu chodziłam na aerobik, czułam się fajnie, chociaż kilogramów nie ubywało. Ale godziny nie bardzo mi odpowiadały z uwagi na pracę, więc dałam sobie spokój.
Wody nie lubiłam nigdy. Nie umiem pływać, więc wizyty na basenie to nie dla mnie. Nad morzem zamaczam nogi do kostek :).
Ostatnio jedyny sport jaki uprawiam to poruszanie myszką od kompa.
A moja córka uwielbia wodę i postanowiła się ruszać, bo jej "tyłek rośnie". Postanowiła jeździć na basen na aquaaerobik. U nas nie ma basenu, więc trzeba 20 km dojechać. Dwa razy w tygodniu :(.W poniedziałki jeździłam z nią - siedziałam sobie w barze i czytałam książkę. Miałam pretekst - nie posiadałam nawet stroju kąpielowego :).
Ale moja rodzinka mnie kocha i z racji niedługich urodzin i imienin zakupili mi tenże.
i tak w poniedziałek weszłam do basenu z wodą. Nie utopiłam się od razu, ale na aerobik się nie skusiłam - na głębokiej wodzie ćwiczą.
Poudawałam, że pływam i doszłam do wniosku, że nie jest to takie straszne.
Wprawdzie wczoraj bolały mnie wszystkie kości, ale chyba dzisiaj pojadę jeszcze raz.
A jak przestanę jeść słodycze to może nawet schudnę :).
I nie palę czwarty miesiąc - jestem z siebie dumna.
W ogólniaku zajęcia prowadziła wuefistka, w średnim wieku, z nadwagą :).
Trening wyglądał tak: Pani dawała nam piłkę i mówiła "to pograjcie sobie dziewczynki". No to sobie grałyśmy, w siatkówkę grałyśmy. O technice mowy nie było. Ale przynajmniej trochę się ruszałysmy.
Na rowerze jeździć nie lubiłam, inne sporty też były mi obce. Głównie dlatego, że mieszkałam daleko od koleżanek, a w okolicy dzieci w moim wieku nie było. Spędzałam czas czytając, czytając i czytając.
Z racji bycia instruktorem ZHP od wczesnej wiosny do późnej jesieni większość weekendów spędzałam wędrując po okolicznych górach. A w lecie obowiązkowy obóz.
Po maturze poszłam do pracy, przybyło obowiązków. Koleżanki rozjechały się na studia, więc pozostały rajdy, coraz rzadsze, bo w ZHP zaczęły się rozgrywki polityczne i atmosfera robiła się niezbyt miła.
Potem wyszłam za mąż, urodziłam dziecko i jakakolwiek aktywność właściwie się skończyła. Pomijając spacerki z maluchem :). Skończyły się rajdy, wycieczki robiliśmy samochodem...
Pozostały letnie obozy.
Jakieś 5 lat temu chodziłam na aerobik, czułam się fajnie, chociaż kilogramów nie ubywało. Ale godziny nie bardzo mi odpowiadały z uwagi na pracę, więc dałam sobie spokój.
Wody nie lubiłam nigdy. Nie umiem pływać, więc wizyty na basenie to nie dla mnie. Nad morzem zamaczam nogi do kostek :).
Ostatnio jedyny sport jaki uprawiam to poruszanie myszką od kompa.
A moja córka uwielbia wodę i postanowiła się ruszać, bo jej "tyłek rośnie". Postanowiła jeździć na basen na aquaaerobik. U nas nie ma basenu, więc trzeba 20 km dojechać. Dwa razy w tygodniu :(.W poniedziałki jeździłam z nią - siedziałam sobie w barze i czytałam książkę. Miałam pretekst - nie posiadałam nawet stroju kąpielowego :).
Ale moja rodzinka mnie kocha i z racji niedługich urodzin i imienin zakupili mi tenże.
i tak w poniedziałek weszłam do basenu z wodą. Nie utopiłam się od razu, ale na aerobik się nie skusiłam - na głębokiej wodzie ćwiczą.
Poudawałam, że pływam i doszłam do wniosku, że nie jest to takie straszne.
Wprawdzie wczoraj bolały mnie wszystkie kości, ale chyba dzisiaj pojadę jeszcze raz.
A jak przestanę jeść słodycze to może nawet schudnę :).
I nie palę czwarty miesiąc - jestem z siebie dumna.
sobota, 20 marca 2010
Dzisiaj zaczyna sie już sezon...
Wiosenny sezon się zaczął. Wywabiło mnie na podwórze, stare chabazie powyrywać i odsłonić tulipanki nieśmiało wyłażące z ziemi.
Nie żebym lubiła grzebanie w ziemi, nawet powiem, że nie znoszę tego, ale znudzona zimą gotowa byłam przeorać pół działki.
Kiedy sprowadziliśmy się do obecnego mieszkania miałam 5 lat. Naprzeciw budynku był ogromny ogród, którego użytkownikami były tylko trzy rodziny mieszkające w naszej kamienicy. Hodowaliśmy i kury, i jakiś czas króliki i nawet świnki. Do "obrobienia" było grządek cała masa. I jeszcze kawał sadu. Pamiętam, jak miałam lat 17 to warunkiem np wyjścia na dyskotekę było wyplewienie truskawek. Koleżanki mi pomagały, żebym tylko zdążyła.
Miałam tam swoja grządkę kwiatową, całkiem sporą. Tulipany sprowadzane z Holandii, i inne cuda. Jakoś lubiłam w kwiatkach grzebać, ale tylko w kwiatkach :).
Kiedy odbierano nam ogród po budowę bloków mało nie płakałam, bo kazali nam się wynosić w lutym i dali ledwie dwa tygodnie. O wykopaniu kwiatków nawet mowy nie było.
Na nowej działce, maleńkiej też zrobiliśmy grządki, ale ponieważ to było w schowanym miejscu, ciągle nam coś kradli - a to pomidory oberwali, a to paprykę.
Co roku zmniejszaliśmy areał na rzecz trawnika i rekreacji. W końcu nawet przetworów już nie robiłam. Potem zostały tylko wiśnie i czereśnie, grill i parę kwiatków. Od kiedy mam firmę to zachodzę na działkę (100 m od domu) raz-dwa razy w roku. W zeszłym roku wściekłam się, bo jakieś chamstwo wszystkie czereśnie mi oberwało, jednej nie zdążyłam zjeść.
Pod domem mam grządkę z kwiatkami ok. 2x2 m. Niestety sąsiedzi mają wilczurkę, która uwielbia kopać. A gdzie najlepiej - w kwiatkach, bo tam miękko.
W tym roku wypowiedziałam psicy walkę, albo ona albo ja. Żebym miała całą grządeczke wyłożyć kamieniami to kopać nie dam.
Tak więc spędziłam dzisiaj godzinkę na podwórzu grabiąc i ustawiając kamienne donice. Szkoda tylko, że róże chyba nie przetrzymały mrozów. Nigdy ich nie zabezpieczałam to i teraz mam. A raczej nie mam :(.
Sąsiadka i tak obrażona na mnie się nie odzywa to i z jej psem mogę powalczyć. Ja też mam psa, ale takich szkód nie robi, całe podwórze wygląda jak powierzchnia księżyca, tyle dołów.
Ale wiosna już w powietrzu jest i mam nadzieję, że zima już nie wróci.
Nie żebym lubiła grzebanie w ziemi, nawet powiem, że nie znoszę tego, ale znudzona zimą gotowa byłam przeorać pół działki.
Kiedy sprowadziliśmy się do obecnego mieszkania miałam 5 lat. Naprzeciw budynku był ogromny ogród, którego użytkownikami były tylko trzy rodziny mieszkające w naszej kamienicy. Hodowaliśmy i kury, i jakiś czas króliki i nawet świnki. Do "obrobienia" było grządek cała masa. I jeszcze kawał sadu. Pamiętam, jak miałam lat 17 to warunkiem np wyjścia na dyskotekę było wyplewienie truskawek. Koleżanki mi pomagały, żebym tylko zdążyła.
Miałam tam swoja grządkę kwiatową, całkiem sporą. Tulipany sprowadzane z Holandii, i inne cuda. Jakoś lubiłam w kwiatkach grzebać, ale tylko w kwiatkach :).
Kiedy odbierano nam ogród po budowę bloków mało nie płakałam, bo kazali nam się wynosić w lutym i dali ledwie dwa tygodnie. O wykopaniu kwiatków nawet mowy nie było.
Na nowej działce, maleńkiej też zrobiliśmy grządki, ale ponieważ to było w schowanym miejscu, ciągle nam coś kradli - a to pomidory oberwali, a to paprykę.
Co roku zmniejszaliśmy areał na rzecz trawnika i rekreacji. W końcu nawet przetworów już nie robiłam. Potem zostały tylko wiśnie i czereśnie, grill i parę kwiatków. Od kiedy mam firmę to zachodzę na działkę (100 m od domu) raz-dwa razy w roku. W zeszłym roku wściekłam się, bo jakieś chamstwo wszystkie czereśnie mi oberwało, jednej nie zdążyłam zjeść.
Pod domem mam grządkę z kwiatkami ok. 2x2 m. Niestety sąsiedzi mają wilczurkę, która uwielbia kopać. A gdzie najlepiej - w kwiatkach, bo tam miękko.
W tym roku wypowiedziałam psicy walkę, albo ona albo ja. Żebym miała całą grządeczke wyłożyć kamieniami to kopać nie dam.
Tak więc spędziłam dzisiaj godzinkę na podwórzu grabiąc i ustawiając kamienne donice. Szkoda tylko, że róże chyba nie przetrzymały mrozów. Nigdy ich nie zabezpieczałam to i teraz mam. A raczej nie mam :(.
Sąsiadka i tak obrażona na mnie się nie odzywa to i z jej psem mogę powalczyć. Ja też mam psa, ale takich szkód nie robi, całe podwórze wygląda jak powierzchnia księżyca, tyle dołów.
Ale wiosna już w powietrzu jest i mam nadzieję, że zima już nie wróci.
sobota, 6 marca 2010
Nie lubię szkoleń :(
Po prostu nie lubię i już.
Moja Biblioteka bierze udział w Programie Rozwoju Bibliotek. Może widziałyście reklamę w telewizji. Z tej reklamy nic nie wiadomo, ale jest. Fundacja w ramach programu funduje nam wypasiony sprzęt, ale oprócz tego musimy uczestniczyć w cyklu szkoleń. Mniej więcej co 6 tygodni 2 dni szkolenia. I nie ma to tamto, wszyscy jedziemy, biblioteka jest zamknięta.
A szkolenie to dorabianie teorii do praktyki. Znaczy próbują pokazać nam drogi rozwoju biblioteki metodami stosowanymi w praktyce od kiedy pamiętam. Chcą nas przekonać, że biblioteka musi wybrać sobie jeden kierunek, a nie może być omnibusem. Że dublowanie zadań np ośrodka kultury to błąd itd.
Oczywiście teoria swoje, a życie swoje.
Dlatego poniekąd te szkolenia to dla mnie lekka strata czasu. Pomijam integrację po zajęciach :). A zapowiada się, że jeszcze dwa spotkania do maja, a potem od września dalej, tyle, że może bardziej specjalistyczne.
Klub Robótek ręcznych przy bibliotece, w której pracuje rozwija sie w niespodziewanym tempie.

Jakie piękne jajka powstały to nawet się nie spodziewałam.
Ja wzięłam sobie wielkie jajo i męczę się z nim, bo fatalną wstążkę kupiłam, za nic nie chce sie układać. Ale praktyka czyni mistrza - setne jajko to może nawet będzie równiutkie :).
Moja Biblioteka bierze udział w Programie Rozwoju Bibliotek. Może widziałyście reklamę w telewizji. Z tej reklamy nic nie wiadomo, ale jest. Fundacja w ramach programu funduje nam wypasiony sprzęt, ale oprócz tego musimy uczestniczyć w cyklu szkoleń. Mniej więcej co 6 tygodni 2 dni szkolenia. I nie ma to tamto, wszyscy jedziemy, biblioteka jest zamknięta.
A szkolenie to dorabianie teorii do praktyki. Znaczy próbują pokazać nam drogi rozwoju biblioteki metodami stosowanymi w praktyce od kiedy pamiętam. Chcą nas przekonać, że biblioteka musi wybrać sobie jeden kierunek, a nie może być omnibusem. Że dublowanie zadań np ośrodka kultury to błąd itd.
Oczywiście teoria swoje, a życie swoje.
Dlatego poniekąd te szkolenia to dla mnie lekka strata czasu. Pomijam integrację po zajęciach :). A zapowiada się, że jeszcze dwa spotkania do maja, a potem od września dalej, tyle, że może bardziej specjalistyczne.
Klub Robótek ręcznych przy bibliotece, w której pracuje rozwija sie w niespodziewanym tempie.
Ja wzięłam sobie wielkie jajo i męczę się z nim, bo fatalną wstążkę kupiłam, za nic nie chce sie układać. Ale praktyka czyni mistrza - setne jajko to może nawet będzie równiutkie :).
piątek, 12 lutego 2010
Optymistycznie
Dziś jestem optymistycznie nastawiona do świata.
Córka po zabiegu, jest już w domu, czuje się dobrze. Nawet śmieje się, że głupio jej teraz oddychać przez nos, bo już dawno nie miała takiej możliwości.
Remont łazienki postępuje pomału, już mam kawałek kafli i stelaż podkiblowy zamontowany, tyle, że samego kibelka jeszcze nie ma :(. Mam nadzieję, że jeszcze dzisiaj zdążymy zamontować, bo trza będzie sikać za stodołą :(.
Teraz troszkę robótkowo. Na początek aniołek, którego wyszywam na kołderkę dla Olusia, pisałam o nim wcześniej.
Teraz jajka wykonane przez dzieci podczas zajęć feryjnych w mojej bibliotece. Większość, niestety, kończyłyśmy z koleżanka same. Dzieciom brakło cierpliwości.


To serce wyszyte przez moją córkę. Szkoda, że odbiło się światło lampy i nie widać dokładnie kolorów, bo nawet złoty tam jest. Jak będzie lepsze światło to spróbuje zrobić jeszcze jedną fotkę.
To dokończona choinka s choinkowego sala. Oprawiona tymczasowo w prostą, jasną ramkę, ale widzę, że trzeba będzie jednak dać ciemną ramę, bo wygląda coś blado.
I jeszcze remanenty poświąteczne. Bombki, z uwagi na moja grypę, zostały dokończone już w styczniu. Cekinowa (kiepska fotka) do tej pory nie skończona, bo cekinków brakło i dostawa się opóźnia. Karczochowa biało-czerwona to dzieło Agaty.



Córka po zabiegu, jest już w domu, czuje się dobrze. Nawet śmieje się, że głupio jej teraz oddychać przez nos, bo już dawno nie miała takiej możliwości.
Remont łazienki postępuje pomału, już mam kawałek kafli i stelaż podkiblowy zamontowany, tyle, że samego kibelka jeszcze nie ma :(. Mam nadzieję, że jeszcze dzisiaj zdążymy zamontować, bo trza będzie sikać za stodołą :(.
Teraz troszkę robótkowo. Na początek aniołek, którego wyszywam na kołderkę dla Olusia, pisałam o nim wcześniej.
czwartek, 4 lutego 2010
Na dobre i na złe
No czasami tak jest, że mamy zły okres, ale kiedyś w końcu zaświeci nam słońce.
Na początek to złe, bo muszę się wyzłościć. Obiecałam i sobie i Wam, ze już nie będę narzekać, przynajmniej na służbę zdrowia....
Ale się nie da, po prostu się nie da.
Agata ma polipy na zatokach, wiadomo świństwo kłopotliwe i dokuczliwe. Dostała skierowanie za zabieg. Byłyśmy w szpitalu 2 listopada, ustalono termin, kazali jej się zgłosić 3 lutego. Nakombinowała się trochę, bo jeszcze w sobotę ma ostatni egzamin. No, pojechali z Ojcem wczoraj, czekali prawie 3 godziny i... Nie została przyjęta z powodu braku miejsc na oddziale. Tak odesłali jeszcze chyba z 5 osób, wszystkie z ustalonym wcześniej terminem. Następny termin ustalono na 28 czerwca. Szlag może człowieka trafić. Będziemy pisały skargę do dyrektora szpitala, bo nawet pani ze skarg i wniosków NFZ powiedziała, że to niemożliwe.
A głowa niech ją boli dalej...
No, wyzłościłam się, teraz dobre będzie...
Od ok. 1,5 roku marzy mi się prysznic w łazience. Ale z wanny zrezygnować nie chciałam. Na obie rzeczy w łazience nie mam miejsca. Wynalazłam wannę z kabina w jednym, bajer z hydromasażem, radiem itp. Kosztował ... za dużo, dużo za dużo.
Łazienka remontowana była 11 lat temu, więc też prosi o reanimację. A że kasy brakuje to myślałam, że pomalujemy, odnowimy fugi, wymienimy kibelek.
Wczoraj mąż z córką pokazali mi fakturę. Przyglądam się jej, a tam jak byk napisane "wanna z obudową".
Kupili mi wymarzoną wannę z prysznicem i jeszcze wybrali nowy kibelek i umywalkę i kazali kafle wybrać. Czeka nas gruntowny remont przybytku, ale moja radość nie ma granic.
To najlepsza niespodzianka, jaka mogła poprawić mi humor na dzień dzisiejszy.
Kocham moją rodzinkę, chociaż niespodzianki mogą przyprawić o zawał. Z radości oczywiście :)
Na początek to złe, bo muszę się wyzłościć. Obiecałam i sobie i Wam, ze już nie będę narzekać, przynajmniej na służbę zdrowia....
Ale się nie da, po prostu się nie da.
Agata ma polipy na zatokach, wiadomo świństwo kłopotliwe i dokuczliwe. Dostała skierowanie za zabieg. Byłyśmy w szpitalu 2 listopada, ustalono termin, kazali jej się zgłosić 3 lutego. Nakombinowała się trochę, bo jeszcze w sobotę ma ostatni egzamin. No, pojechali z Ojcem wczoraj, czekali prawie 3 godziny i... Nie została przyjęta z powodu braku miejsc na oddziale. Tak odesłali jeszcze chyba z 5 osób, wszystkie z ustalonym wcześniej terminem. Następny termin ustalono na 28 czerwca. Szlag może człowieka trafić. Będziemy pisały skargę do dyrektora szpitala, bo nawet pani ze skarg i wniosków NFZ powiedziała, że to niemożliwe.
A głowa niech ją boli dalej...
No, wyzłościłam się, teraz dobre będzie...
Od ok. 1,5 roku marzy mi się prysznic w łazience. Ale z wanny zrezygnować nie chciałam. Na obie rzeczy w łazience nie mam miejsca. Wynalazłam wannę z kabina w jednym, bajer z hydromasażem, radiem itp. Kosztował ... za dużo, dużo za dużo.
Łazienka remontowana była 11 lat temu, więc też prosi o reanimację. A że kasy brakuje to myślałam, że pomalujemy, odnowimy fugi, wymienimy kibelek.
Wczoraj mąż z córką pokazali mi fakturę. Przyglądam się jej, a tam jak byk napisane "wanna z obudową".
Kupili mi wymarzoną wannę z prysznicem i jeszcze wybrali nowy kibelek i umywalkę i kazali kafle wybrać. Czeka nas gruntowny remont przybytku, ale moja radość nie ma granic.
To najlepsza niespodzianka, jaka mogła poprawić mi humor na dzień dzisiejszy.
Kocham moją rodzinkę, chociaż niespodzianki mogą przyprawić o zawał. Z radości oczywiście :)
sobota, 2 stycznia 2010
Poświątecznie i po noworocznemu
Grypa nie odpuszcza, ale daję radę. Oczywiście, karczochów i choinki nie skończyłam, sił nie mam. Ile czasu można mieć temperaturę?
Nowy Rok to czas podsumowań i postanowień. Ja tam nic nie postanawiam, no może tylko postaram się jednak nie palić. Grypa dała mi pretekst, to może i po grypie dam radę.
Stary Rok dał mi popalić, co tu dużo gadać.
Choroba siostry, na szczęście wszystko jest ok.
Potem kryzys, odczuwalny niestety w interesach. Otworzyliśmy sklepik, ale bar został zamknięty. To była trudna decyzja, ale w perspektywie czasu słuszna, dzisiaj nie żałuję. Wreszcie wiem, co to wolny weekend. I wolny Sylwester :).
Potem, po wielu badaniach, wreszcie udało się ustalić przyczynę bóli i zwrotów głowy u Agaty. Czeka ją zabieg, drobny, ale bardzo nieprzyjemny. No i kamienie nerkowe, które odezwały się pod koniec roku. Szczęściem, uspokoiły się trochę, bo Agata płakała, że sesji nie zaliczy i rok w plecy będzie. Uczelnia nie przewiduje urlopu zdrowotnego na 1 semestr.
No i najważniejsza decyzja mojej córki - rezygnacja z pracy i mieszkania we Wrocławiu i powrót do domu. Troszkę odetchnęliśmy finansowo, bo mogłam zwolnić dwie pracownice, no i nie muszę dokładać jej do utrzymania.
Mąż zmienił stanowisko pracy (co świadczy o organizacji pracy w policji), na spokojniejsze podobno, ale musiał uczyc sie wszystkiego od nowa, bo między detektywem od przestępst gospodarczych do technika droga daleka bardzo.
A ja przepracowałam rok w opracowaniu książek, 8 godzin przy kompie i teraz nie wiem, co dalej, czy wrócę na filię (brakowało mi kontaktu z czytelnikami), czy też nie. Nikt nic nie wie.
To by było tyle podsumowań, Jeszcze tylko fotki eksperymentalnych bombek.


Nowy Rok to czas podsumowań i postanowień. Ja tam nic nie postanawiam, no może tylko postaram się jednak nie palić. Grypa dała mi pretekst, to może i po grypie dam radę.
Stary Rok dał mi popalić, co tu dużo gadać.
Choroba siostry, na szczęście wszystko jest ok.
Potem kryzys, odczuwalny niestety w interesach. Otworzyliśmy sklepik, ale bar został zamknięty. To była trudna decyzja, ale w perspektywie czasu słuszna, dzisiaj nie żałuję. Wreszcie wiem, co to wolny weekend. I wolny Sylwester :).
Potem, po wielu badaniach, wreszcie udało się ustalić przyczynę bóli i zwrotów głowy u Agaty. Czeka ją zabieg, drobny, ale bardzo nieprzyjemny. No i kamienie nerkowe, które odezwały się pod koniec roku. Szczęściem, uspokoiły się trochę, bo Agata płakała, że sesji nie zaliczy i rok w plecy będzie. Uczelnia nie przewiduje urlopu zdrowotnego na 1 semestr.
No i najważniejsza decyzja mojej córki - rezygnacja z pracy i mieszkania we Wrocławiu i powrót do domu. Troszkę odetchnęliśmy finansowo, bo mogłam zwolnić dwie pracownice, no i nie muszę dokładać jej do utrzymania.
Mąż zmienił stanowisko pracy (co świadczy o organizacji pracy w policji), na spokojniejsze podobno, ale musiał uczyc sie wszystkiego od nowa, bo między detektywem od przestępst gospodarczych do technika droga daleka bardzo.
A ja przepracowałam rok w opracowaniu książek, 8 godzin przy kompie i teraz nie wiem, co dalej, czy wrócę na filię (brakowało mi kontaktu z czytelnikami), czy też nie. Nikt nic nie wie.
To by było tyle podsumowań, Jeszcze tylko fotki eksperymentalnych bombek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)