Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroba. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 stycznia 2016

Giulia Enders, Historia wewnętrzna. Jelita – najbardziej fascynujący organ naszego ciała



Ta książka dowodzi, że nawet o... kupie można pisać pasjonująco ;-). Wiem wiem, początek mojej wypowiedzi nie brzmi może zachęcająco, ale to pozycja naprawdę godna uwagi. Uwagi każdego, kto choć trochę interesuje się swoim zdrowiem.

W zasadzie wypatrzyłam tę książkę jakiś czas temu na lubimyczytac.pl. Zaintrygowała mnie jej wysoka ocena. Tak wyszło, że najpierw zaproponowałam ją jako prezent pod choinkę dla Teściowej. Jakoś tak podskórnie czułam, że tematyka może ją zainteresować. I nie pomyliłam się. Po jej zachwytach nie zostało mi nic innego, jak pożyczyć "Historię wewnętrzną" i samej przeczytać. I rzeczywiście książka warta jest swojej wysokiej oceny.

To genialna publikacja, która w prosty, ale zarazem niezwykle zabawny sposób tłumaczy, w jaki sposób działają nasze jelita. W sumie - nie tylko jelita. Młoda autorka zajmuje się praktycznie całym układem pokarmowym, pokazując zorganizowany system, w którym każda część ma swoje ważne zadania.

wtorek, 17 listopada 2015

M. Dębska, R. Dębski, M. Rigamonti, Bez znieczulenia. Jak powstaje człowiek



W sumie to nie powinnam w obecnym stanie czytać takich książek, ale wiadomo - ciekawość pierwszym stopniem do piekła. Moja Teściowa tak mi ją zachwalała (przynajmniej na samym początku, jak tylko zaczęła czytać), że później nie było już odwrotu, choć zmieniła zdanie i nie chciała, żebym przy niektórych opisach się denerwowała. Chciała mnie odwieść od czytania, stwierdzając, że mogę to zrobić po porodzie, ale cóż... bywam uparta. W ostatecznym rozrachunku nie żałuję, bo to niezwykle wartościowa lektura.

"Bez znieczulenia. Jak powstaje człowiek" została napisana w formie wywiadu-rzeki. Podzielona jest tematycznie, więc można czytać ją wyrywkowo. Ja czytałam standardowo, bo wszystko, co związane z małym człowieczkiem, obecnie mnie interesuje. Mamy możliwość bliższego zapoznania się z tematami takimi, jak ciąża, wady wrodzone, poronienia, wcześniactwo, aborcja czy relacje pacjent-lekarz.

czwartek, 24 września 2015

Irena Cieślińska, Pomyleni. Chorzy bez winy


O tym, jak fascynujący jest ludzki organizm, miałam okazję przekonać się kilka razy. Nigdy jednak w takiej skali, jak podczas lektury, o której zaraz napiszę.

Irena Cieślińska wprowadza nas w świat różnych chorób i schorzeń, na ogół... rzadko spotykanych. A co za tym idzie - wywołujących u innych zaskoczenie, szok albo niedowierzanie. Każda z nich opisana jest przystępnym językiem, zrozumiałym dla każdego. Dodatkowo poznajemy historie osób, które się z nimi zmagają (większość przykładów zagranicznych, brakowało mi polskich). Niejednokrotnie postawienie diagnozy trwa... latami, bo sami lekarze nie wiedzą, co dolega ich pacjentom. Już sam ten fakt każe docenić nam organ zwany mózgiem. Dzieją się w nim takie procesy, o jakich nie mamy bladego pojęcia, a jakiekolwiek w nim zakłócenia mogą powodować spore kłopoty w naszym organizmie. Czasami wystarczy brak jakichś połączeń nerwowych, by ciało zdrowego człowieka ogłosiło bunt.


wtorek, 27 maja 2014

Agnieszka Kaluga, Zorkownia


Jakoś tak się złożyło, że dzień po dniu przeczytałam dwie niezwykle trudne, wartościowe książki. Tego typu lektury pozwalają mi otrząsnąć się z marazmu negatywnego myślenia czy użalania się nad sobą. "Zorkownia" na nowo pomogła mi ustawić hierarchię rzeczy ważnych i ważniejszych. "Zorkownia" to nie tylko tytuł książki, to również nazwa bloga, którego prowadzi Agnieszka Kaluga. Po niezwykle trudnych doświadczeniach we własnym życiu, autorka postanowiła użyć swoich sił w wolontariacie - wybrała jego najcięższy kaliber: wolontariat w hospicjum palium.

To przejmująca opowieść o cierpieniu, bólu, stracie, nad którymi nie da się przejść do „porządku dziennego”. Autorka jest - jak wspomniałam -  wolontariuszką w hospicjum. Na co dzień spotyka się z chorymi, w większości przykutymi do łóżek. Pomaga im być w tych dniach, które dla większości z nich są ostatnimi dniami życia. Jakie pokłady ciepła, serdeczności, wewnętrznej siły trzeba mieć w sobie, by być dla tych ludzi wsparciem? Czasem potrzebny jest dotyk, pogłaskanie, podanie szklanki wody, innym razem - wystarczy samo przebywanie, bycie obok - chociaż może nie tyle obok, ile z tymi ludźmi. Autorka uczy się tam, jak z nimi pomilczeć, jak im pomóc (by ulżyć w cierpieniu).

Uczę się dopiero rozmawiać, denerwujące napięcie, 
że muszę mówić, zagadać cierpienie.
Nauka milczenia o niebo trudniejsza. (luty 2010)

To książka, której nie da się streścić. No bo jak w skrócie opisać ból, cierpienie i ostatnie godziny życia tak wielu ludzi.

- Nie można płakać po dziecku. Słyszałam, że potem
dźwiga na ramionach dzbany pełne łez i nie może
przez to odejść do nieba. Więc nie płakałam. (marzec 2010)

Widzę, że ból przeszedł. Odczuwanie bólu jest takie
względne. Sporo zależy od bariery, jaką mu postawimy
sami, od naszego przekonania, że jesteśmy nadal
nad nim, że nas nie topi. Domyślam się jednak, że
przychodzi moment, gdy ból połyka nas wielorybim
brzuchem i powyższe teorie nadają się do kosza. (marzec 2010)

Przed śmiercią nie uciekniemy - tego uczy nas autorka. Jeżeli mamy w sobie pokłady dobrej woli, możemy próbować pomóc tym, którzy powoli zaczynają przechodzić na drugą stronę...

Przed lekturą „Zorkowni” rozmawiałam z pewną panią, która już ją przeczytała. Stwierdziła, że żałuje, iż nie przeczytała tej książki przed śmiercią swojego taty, bo wtedy wiele rzeczy inaczej by zrobiła, spróbowałaby inaczej przeżyć te ostatnie chwile z tatą. Myślę, że te słowa mogłyby zastąpić moją marną recenzję.

Bycie wolontariuszem w hospicjum to naprawdę… wielka rzecz. Ale myślę też, że trzeba mieć wiele hartu ducha i mocne nerwy, by pomagać tym, którym pomóc już się nie da (przynajmniej w głównej kwestii - przedłużenia życia). Autorka sama zmagała się ze stratą córeczki…

Piękny, prosty, ale zarazem niezwykle poetycki język, z bogactwem metafor i krótkimi zdaniami przemawia do mnie, jak mało co. Pani Kaluga w prostych zdaniach potrafi zmieścić taki ładunek emocjonalny, że... wysiadam. To obowiązkowa lektura dla tych, którzy przed śmiercią uciekają i nie chcą pogodzić się z jej nieuchronnością.

To druga pozycja wydana przez ZNAK, o trudnej, bolesnej tematyce. Była "Chustka", teraz jest "Zorkownia", obydwie wydane w dosyć niecodzienny sposób, bez podania numerów stron. To uświadamia nam, jak błahe są niektóre sprawy w obliczu śmierci...

Na koniec muszę się do czegoś przyznać - początkowo oceniłam książkę po okładce i jakoś tak się złożyło, że nawet nie czytałam jej recenzji. Dopiero po jakimś czasie przypadkowo trafiłam na nią i... nie mogłam się oderwać. Tak więc w tym przypadku sądzę, że okładka jest nieco myląca, ale w zasadzie... taka dająca nadzieję?

Polecam wszystkim, bez wyjątku.


Grubość: 1,60 cm

poniedziałek, 26 maja 2014

Agnieszka Turzyniecka, Dziewczynka z balonikami


Szpital psychiatryczny mało komu kojarzy się pozytywnie. Nie inaczej jest z bohaterką powieści Agnieszki Turzynieckiej pt. "Dziewczynka z balonikami". Ona również spogląda w stronę budynku szpitala z wielką nieufnością...
Marlena, jest młodą Polką mieszkającą od dłuższego czasu w Niemczech. Jest kobietą inteligentną i wykształconą, lecz od wielu lat cierpi na depresję. Leki, które przepisywali jej lekarze, nie działały tak jak trzeba, więc postanowiła sama, z własnej woli udać się na leczenie do szpitala. Marlena wierzy, że uda się jej tam dojść do siebie. Konkretna nazwa choroby uprzykrzającej życie młodej kobiecie to zaburzenia afektywne dwubiegunowe, czyli coś, co większość zna pod nazwą psychozy maniakalno-depresyjnej. Marlenie wydaje się, że nikt (ma tu na myśli lekarzy i pielęgniarki) nie chce jej pomóc, nie widzi poprawy ani sensu dalszego życia, więc… próbuje je sobie odebrać. Zresztą – nie pierwszy raz. To jej sposób radzenia sobie z własnymi myślami, które nie pozwalają jej normalnie funkcjonować i cieszyć się życiem. Choroba uaktywnia się w przypadku Marleny zawsze w jakimś szczególnie trudnym momencie życia.

Bohaterka stopniowo, podczas indywidualnej terapii z lekarzami zaczyna dostrzegać pochodzenie swojej depresji, i – jak to zwykle w takich przypadkach bywa – niebagatelne znaczenie ma dzieciństwo. Trudne relacje w rodzinie, szczególnie na linii matka-córka są przyczyną problemów Marleny. Brak miłości, czułości, zrozumienia, brak pochwał i znikoma ilość czasu spędzanego razem – tak wyglądała dziecięca rzeczywistość bohaterki. Jest ona tak głęboko uwikłana, że lekarz w pewnym momencie orzeka, iż psychicznie jest ona nadal małą dziewczynką. A przecież czas „dojrzeć” i stać się kobietą... Brat przyjeżdżający odwiedzić Marlenę jeszcze bardziej pogarsza sytuację – stwierdza, że powinna przestać „cudować” i wracać do pracy, bo mieszkanie samo się nie opłaci… zero zrozumienia! 

Można odnieść wrażenie, że otoczenie, w jakim przychodzi Marlenie dochodzić do zdrowia, nie służy jej w ogóle. Klimat szpitala, współmieszkańcy, pacjenci tak dalece odbiegają od rzeczywistości, że Marlena czuje się początkowo, jakby trafiła na Księżyc. Dopiero po pewnym czasie dostrzega, że są to „normalni” ludzie – tyle że borykają się z problemami natury psychicznej.

Marlena jest podręcznikowym dowodem na to, że przemoc psychiczna (wyzwiska) mogą zniszczyć człowieka. Brak akceptacji ze strony rodziców – w tym przypadku matki – doprowadza do nieszczęścia. A gdy doda się do tego wiele nieszczęśliwych okoliczności, wszystko się kumuluje i młoda dziewczyna trafia do szpitala psychiatrycznego.

Narracja jest pierwszoosobowa – całą historię poznajemy z perspektywy Marleny. To pozwala nam wczuć się w jej sytuację. Kobieta bowiem dokładnie, ale prostym językiem opisuje to, jak się czuje i jakie zmiany zauważa po kuracji lekami. O ile dobrze pamiętam, to moje pierwsze zetknięcie się z tematyką chorób psychicznych i szpitala psychiatrycznego - od wewnątrz.

Nie można obojętnie przejść obok bohaterki i jej historii. Ja przynajmniej nie umiem – książka poruszyła mnie do głębi. Podziwiam Marlenę za to, jak wciąż na nowo próbowała walczyć ze swoimi demonami - ona najzwyczajniej w życiu walczyła o swoją "normalność". Depresja jest niestety chorobą naszych czasów, więc brawa dla autorki za odwagę i chęć poruszenia tego trudnego tematu.

Wyraziście nakreślona została również postać matki oraz – w mniejszym stopniu – brata. Oboje wzbudzali we mnie niepohamowaną złość. Jak można tak uogólniać i spłaszczać problemy bliskich? Miałam ochotę potrząsnąć nimi. Kreacje bohaterów, ukazanie odczuć bohaterki oraz rzeczywistość świata przedstawionego zostały odtworzone tak realnie, że miałam wrażenie, jakbym słuchała opowieści, która wydarzyła się naprawdę na przykład mojej sąsiadce czy koleżance z pracy... Za ten realizm - wielki szacunek dla autorki.

To, co podniosło mnie na duchu to… zakończenie. Jego pozytywny, ale nie lukrowy wydźwięk pozwala mieć nadzieję, że „najlepsze wciąż przed nami”:

Wierzę, że wszystko w życiu ma jakiś cel. Wierzę, że we wszechświecie jest równowaga. Jeśli coś się wznosi, to musi też opaść. Jeśli coś opada, to musi powstać. Najlepsze wciąż przed nami. (s. 174)

Polecam serdecznie - "Dziewczynka z balonikami" to lektura poruszająca najczulsze struny, uczulająca na drugiego człowieka i jego potrzeby. Otwierająca oczy na wiele spraw...


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję portalowi SZTUKATER
oraz Wydawnictwu Szara Godzina 





Grubość książki: 1,40 cm