Pokazywanie postów oznaczonych etykietą impresje fotograficzne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą impresje fotograficzne. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 sierpnia 2015

Średniowieczny zamek biskupów krakowskich w Iłży

Na fali ostatnich sierpniowych upałów przypomniałam sobie, że tak samo gorąco było rok temu. Będąc wtedy na przełomie lipca i sierpnia w Radomiu próbowałam zorganizować sobie ciekawie weekend. Jednym z pomysłów był krótki wyjazd poza miasto. Pobieżne przejrzenie Internetu skierowało mnie wtedy w stronę Iłży, jakieś 30 km za miastem jadąc w kierunku do Sandomierza.

 

Wyruszyliśmy po godzinie 13, w bardzo upalny dzień, gdy temperatura w cieniu wynosiła około 33 stopnie C. Okna otwarte na tzw. naturalną klimatyzację ;) wiatr rozwiewał włosy.. Zamku nie da się przeoczyć, znajduje się we wschodniej części miasteczka, na wzgórzu i jest doskonale widoczny. Po drodze, będąc już w Iłży i szukając miejsca na postój, nie zatrzymałam się na przesłonecznionym, betonowym parkingu, ale skręciłam przed zamkiem w prawo i prawie od razu w lewo, w boczną uliczkę, przed którą był mało widoczny drogowskaz brązowy na szarym tle z napisem 'wejście na zamek'. Był genialnie niewidoczny... ale udało się go dojrzeć i wjechać w to miejsce, co prawda po nawróceniu.. czyli za drugim razem :) Parking malutki pod murem, ale za to całkowicie w cieniu. Obok dwie drogi: łatwa i bardziej stroma. Wybraliśmy stromą, na którą wchodzi się pod murowaną bramą i okazało się, że wybierając trudniejszą wybraliśmy dobrze. Bo to jedyna droga z tej strony do zamku. Idzie się lasem, na początku stromo, ale za to szybko. Przed wejściem opłata za bilet, który kosztuje 8 zł dla dorosłej osoby. Byłam zdziwiona, ponieważ szukając informacji w Internecie nie znalazłam żadnych o opłatach za wejście. Sprzedający wyjaśnił, że opłata ma iść na przywrócenie zamku do lepszego stanu, sprzed wojny.. 
No, okej.

 

Zamek ten to w zasadzie ruiny z odrestaurowaną wieżą, na której jest punkt widokowy. Zeszliśmy z zadrzewionej alejki pod mury wieży, żeby obejść ruiny i powyobrażać życie jakie tu było przed wiekami...

Ruiny te były kiedyś potężnym zamkiem biskupów krakowskich. Pierwsza wzmianka w dokumentach o zamku w Iłży pochodzi z roku 1334. W XVI wieku gruntownie przebudowano zamek, który stał się piękną renesansową rezydencją otoczoną fortyfikacjami bastionowymi. Dawne przedzamcze zamienione zostało w zamek dolny. Zamek górny stanowiła wieża, brama, budynki mieszkalne i studnia na niewielkim dziedzińcu.



Studni nie zauważyłam, natomiast w pozostałościach budynków mieszkalnych znalazłam wnękę w kształcie kominka :) Skacząc lub przechodząc po murach zastanawiały mnie wszędobylskie osty, rosnące tam chyba wszędzie, gdzie się dało. W pewnym momencie mieliśmy zwyczajnie dość upalnego słońca, bo o tej porze bardzo trudno było o kawałek cienia. Zeszliśmy do piwnic.. szczerze mówiąc, pomimo ciekawych ruin, to chciało się w tych chłodnych piwnicach zostać dłuuugo :)

  

Zamek podobno był przepięknie udekorowany wewnątrz i na zewnątrz. Nad całością wciąż góruje wieża - praktycznie jedyna pozostałość starej średniowiecznej warowni. Wieża jest wysoka, cylindryczna, z charakterystycznym mlecznym zadaszeniem w formie dużego parasola. Na górze znajduje się punkt widokowy, za wejście na który, o zgrozo, znów trzeba było zapłacić. Tym razem 2 zł. Za darmo można wejść do połowy wieży i stamtąd roztacza się bardzo satysfakcjonująca panorama Iławy, widać pracujące w oddali wiatraki prądotwórcze. Widać również niedalekie jezioro. Mnie wystarczył ten widok. Poza tym zachwyciły mnie wąskie schody pomiędzy murem, na murze tym, wśród wydrapanych pozdrowień odwiedzających znalazłam napis z 1908 roku.. Schody zachwyciły mnie również obecnością cienia i chłodniejszego powiewu wiatru na tej wysokości :)



Górny zamek od dolnego oddzielony był fosą, zarośniętą teraz ostami, w dolnym zamku wykopaliska archeologiczne potwierdziły obecność bruku dziedzińcowego, kuchni, spiżarni i stajni. Natrafiono też na kilka śladów pożarów. Najbardziej zniszczony został jednak podczas potopu szwedzkiego w 1655 roku i rok później przez wojska księcia siedmiogrodzkiego Jerzego Rakoczego. Zamek potem został odrestaurowany, a biskupi krakowscy dbali o niego do roku 1782, w którym to był ostatni raz naprawiany. Potem zamek niszczał, przeistaczał się w ruinę, a z cegieł budowało się pobliskie domy.. W XIX mieszkańcy Iłży uporządkowali kilka komnat i wykorzystywali je do zabaw publicznych. Podczas jednej z nich wybuchł pożar, który zniszczył zachowane jeszcze wtedy portrety właścicieli zamku.  W XX w prace konserwatorskie wstrzymały w jakimś stopniu niszczycielską działalność czasu i ludzi.


Na części zamku dolnego rosną drzewa, a droga pomiędzy kieruje podobno do wygodniejszego zejścia po schodkach, ale z drugiej strony zamku. Nie poszliśmy tam, wróciliśmy tą samą drogą. Zwłaszcza po tym, jak szukaliśmy drogi tej "łatwiejszej" i dotarliśmy na pola kukurydzy ;) Okazuje się, że należy wracać tą samą, stromą drogą, którą wchodziliśmy. Skracać ani szukać wygód tu nie należy.. widziałam ludzi wracających z drogi wygodnej i potulnie idących potem stromym podejściem.. 

Źródła historyczne: http://zamki.res.pl/ilza.htm
Oficjalna strona: http://zamekwilzy.pl/

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Zamojszczyzna: Zamość miasto renesansowe

Zamość zwany Perłą Północy, Padwą Wschodu i Miastem Arkad, prawdopodobnie jako jedyne miasto w Rzeczypospolitej został zbudowany z inicjatywy Jana Zamoyskiego od podstaw, bez uprzedniej zabudowy, na całkowicie nowym terenie. Miałam ostatnio okazję przejść się jego ulicami...

Zamość, stara Brama Lwowska

Oglądanie Zamościa zaczęliśmy od przejścia starą Bramą Lwowską do nadszańca, części fortyfikacji otaczającej centrum Zamościa, a dokładniej od bastionu VII. Fortyfikacje powstały na przełomie XVI i XVII wieku na zlecenie Jana Zamoyskiego. Budowa fortecy związana była z założeniem miasta. Zarówno fortyfikacje, jak i miasto zostały zaprojektowane przez włoskiego architekta Bernardo Morando, o którym przewodnik wspominał prawie na każdym rogu ulicy.. Morando miał tu jednak faktycznie swój ogromny wkład, bo nie dość, że zdecydował o lokalizacji Zamościa, dzięki czemu miasto leżało na skrzyżowaniu dwóch ważnych szlaków handlowych, to jeszcze opracował plany budowy i zbudował najważniejsze budynki miasta: bramy, pałac, kolegiatę, śliczny ratusz, arsenał, fortyfikacje obronne itd. Jan Zamoyski oczywiście wszystko to finansował. Niegdysiejsze ;) bogactwo niektórych osób nieco obezwładnia - weź sobie i zbuduj teraz całe miasto..

Zamość, bastion VII
Idąc więc od ulicy Partyzantów (zobacz mapę starego miasta na Wikipedii) przez starą Bramę Lwowską skierowaliśmy się w stronę fortyfikacji, budynku z czerwonej cegły. Cała twierdza po różnych przebudowach uzyskała ostatecznie kształt siedmioboku z 7 bastionami na narożach. Do dzisiaj pozostał tylko bastion VII. Wewnątrz obejrzeliśmy kilka dział, ćwierćkartaunę, pięknie zdobioną półkartaunę, stroje żołnierskie i nadszaniec, czyli wysoki wał wewnątrz dzieła fortyfikacyjnego sypany do wglądu na przedpole oraz do ustawiania dział. Pomiędzy półkolistymi przejściami, wewnątrz znajdują się stoiska handlowe, co może nieco gasić wyobraźnię niektórych turystów chcących 'zobaczyć' siebie jako obrońców w walce z Kozakami lub wojskami szwedzkimi w XVII w.. ;)

Przeszliśmy się następnie ulicą Grodzką przy której stoi dom Marka Grechuty, z upamiętniającą ten fakt wielką tablicą informacyjną. Warto wejść w bramę i zajrzeć na tyły budynku. Zachwyciło mnie to niewielkie, niezwykle klimatyczne podwórko pięknie wkomponowane pomiędzy budynki, zielone, z ławeczkami do odpoczynku, latarenkami, gruchającymi gołębiami i atmosferą przytulności. To właśnie to miejsce sprawiło, że polubiłam Zamość i poczułam jego atmosferę.

Zamość, podwórko na tyłach domu Grechuty i "dzikie wino" :)

"Bo w mym domu rośnie pnącze,
okno z drzwiami mi się plącze,
bo w mym domu dzikie wino,
kto je tutaj siał?
"
 (fragm. "W dzikie wino zaplątani")

Do Rynku Wielkiego już niedaleko.. tutaj pojawia się duży plac otoczony malowniczymi, niedużymi kamienicami. Uwagę zwracają zwłaszcza bogato zdobione kamienice ormiańskie, stojące na prawo od ratusza. Są przepiękne i nie mogłam oderwać wzroku od ozdobionych płaskorzeźb, fryzów, ornamentów oraz attyk (górnych elementów budynku w postaci ścianek, balustrad lub wieżyczek osłaniających dach i pełniących funkcje przeciwpożarowe). Na rynku głównym budynkiem jest bardzo paradny ratusz z charakterystycznymi szerokimi, wachlarzowymi schodami i 52-metrową wieżą zegarową.

Zamość, kamieniczki ormiańskie
Zielona to kamienica Wilczkowska, powstała dla rodziny Wilczków. Bogato ozdobiona fryzami (pasami ozdobnymi) i płaskorzeźbami z dwóch stron z przodu i z boku, muszelkami, herbem, świętymi i aniołkami.
Ciemnożółta to kamienica Rudomiczowska, najmniej zdobiona, ale wyróżnia się od innych najwyższymi attykami.
Czerwona - kamienica Pod Aniołem, Pod Lwami lub Bartoszewiczów. Bogato ozdobiona płaskorzeźbami smoka i lwów, postacią Archanioła Gabriela i głowami aniołków oraz ozdobami roślinnymi.

Zamość, kamieniczki ormiańskie
Niebieska kamienica ma nazwę Pod Małżeństwem lub Szafirowa. Ma dwa pasy fryzu z orientalnymi zdobieniami, górny roślinny taki "na bogato". Jedna nazwa wzięła się od koloru budynku, druga od dwóch postaci kobiety i mężczyzny, rzeźb umieszczonych pomiędzy oknami drugiego piętra.

Zamość, kamieniczka ormiańska
Kamienica Pod Madonną lub Sołtanowska z połowy XVII wieku, zbudowana na miejscu drewnianej. Różnokolorowe dekoracje oraz płaskorzeźba z Madonną z dzieciątkiem depczącą smoka, na górze widać nisze zakończone muszelkami.
Przepiękna, jednak chyba często zasłaniana przez różne sceny i reklamy, które również stały, gdy tam byłam i trudno było zrobić zdjęcie..

Zamość, ratusz ze słynnymi wachlarzowymi schodami

Z rynku, wzdłuż ormiańskich kamienic skierowaliśmy się na ul. Bazyliańską i Pereca i docieramy do synagogi. Jest to najlepiej zachowana późnorenesansowa synagoga w Polsce z XVII wieku. Murowany budynek synagogi wzniesiono na planie kwadratu, w stylu późnego renesansu. Po dobudowaniu babińców, czyli części synagogi przeznaczonej dla kobiet, plan przybrał formę prostokąta. Podczas II wojny światowej Niemcy urządzili tu warsztaty stolarskie, potem była tu Biblioteka Miejska. Synagoga jest częściowo odrestaurowana i mieści się tu muzeum. Mnie zachwyciły śliczne okratowania okien babińca, a uwagę zwracają też grzebieniaste attyki (to na górze budynku ;)) osłaniające dach.

Zamość, synagoga - widok z boku, akurat na babiniec. Z boku widać nieodremontowaną część.

Zamość, synagoga - przepiękne okratowanie okien babińca

Idąc dalej ul. Pereca doszliśmy do Rynku Solnego, który leży niedaleko Wielkiego Rynku i na którym handlowano kiedyś solą sprowadzaną z Rusi i Wieliczki. Ładnie tu wyglądają kamienice z podcieniami, czyli z przejściami wzdłuż ścian zakończonych na całej długości filarami, pod którymi teraz chodzą przechodnie, a kiedyś stawiano kramiki. Gdzieś tutaj jest też wejście do podziemnej trasy turystycznej, otwartej od 2011 r. 
Do podziemi nie schodzę, natomiast idę wzdłuż ulicy Solnej i wchodzę do Parku Miejskiego, obok małej niebieskiej fontanny i budynku o nazwie 'Kropla mleka'. Nazwa ta, jak potem wyjaśnia przewodnik, wywodzi się od tego, że przed wojną w urządzonej w tym budynku przychodni wydawano mleko dla chorych dzieci. 

Przechodząc przez zadbany park zatrzymujemy się na chwilę przy starej Bramie Lubelskiej, którą zamurowano swego czasu, żeby nikt, oprócz ówczesnego króla Polski Stefana Batorego tamtędy potem nie przeszedł. Brama Lubelska sprawia wrażenie dziwnie osadzonej w części muru, zabudowanej od dołu, pośrodku zaś jest fragment mostu. Zdjęcia niestety nie zrobiłam... tak samo, jak pałacu Zamoyskich, który stoi niedaleko Katedry Zmartwychwstania Pańskiego i św. Tomasza Apostoła. Pałac sprawia wrażenie nieco zaniedbanego i dawno nie odnawianego. Okazuje się, że był to jeden z pierwszych budynków, jaki zaczęto budować w mieście, a po późniejszych wielu przebudowach dzisiaj nie wygląda zbyt okazale. Na bliższe poznanie nie było już czasu, zajrzeliśmy jeszcze tylko do katedry i przeszliśmy Rynkiem Wodnym i ulicą Żeromskiego aż do starej Bramy Lwowskiej kończąc poznawanie Zamościa.

Zamość, ulica Grodzka, która idąc od bastionu VII do zamku, przecina całe Stare Miasto
stając się jego "kręgosłupem". Głową jest pałac na końcu tej uliczki - widać fragment białego budynku.
Przed pałacem stoi pomnik Jana Zamoyskiego.

Miasto pozostawiło w mojej pamięci bardzo pozytywne wrażenie, widać, że stare budynki są odnawiane, albo ich odnawianie jest w planach. To nieduże miasto, ale ma potencjał. Chętnie tu jeszcze kiedyś wrócę przejść się niespiesznie urokliwymi uliczkami, zajrzeć i odpocząć na jednym z klimatycznych podwórek. I w południe posłuchać zamoyskiego hymnu na Wielkim Rynku..

piątek, 6 czerwca 2014

Czas na wyprawę: Karlova Studanka i karczma w Rejviz

Wracając spod Pradziada zahaczyliśmy o śliczną, czeską miejscowość uzdrowiskową o nazwie Karlova Studánka, leżącą na wschodnim zboczu Pradziada. Miejscowość ta charakteryzuje się najczystszym powietrzem w Europie Środkowej. Jest to piękne miejsce do wypoczynku, nabrania sił i podreperowania zdrowia. Kiedyś była tu osada górnicza, w której wydobywano rudy żelaza, teraz przyjeżdżają tu osoby z problemami górnych dróg oddechowych, po leczeniu onkologicznym, z nadciśnieniem i problemami ze stawami.

Karlova Studánka, jeden z ośrodków uzdrowiska
Słuchając przewodnika przespacerowaliśmy się powoli po tym uzdrowisku, a zaczęliśmy od podziwiania sztucznie utworzonego wodospadu, zasilanego wodą z Białej Opawy, zbierającego również wodę ze zboczy i drobnych źródeł. Może i został wytworzony rękoma ludzkimi, ale wygląda malowniczo, woda spadając kaskadami nawilża powietrze wokół, szum wody działa kojąco.. mówiłam już, że uwielbiam wodospady? Nie? To mówię teraz :) Uwielbiam je!

Karlova Studánka, wodospad
Przeszliśmy obok szumiącego wodospadu parkiem, wzdłuż domów uzdrowiskowych, potoku i dotarliśmy do pijalni wody. Mały budynek, po czesku: Pitny Pavilon, do którego można wejść i napić się węglanowej wody mineralnej typu wodorowęglanowo-wapiennego z wysoką zawartością kwasu krzemowego i żelaza. Dla mnie woda smakowała, i co dziwniejsze, była jakby naturalnie, bardzo lekko gazowana. Nabrałam jej do butelki na drogę. Po drodze widziałam piękny budynek, w którym mieści się uzdrowiskowa pływalnia. Na zewnątrz wygląda jak drewniana 'chata', natomiast w środku było bardzo ekskluzywnie i nowocześnie. Karlova Studánka zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie!

Karlova Studánka, pitny pavilon po czesku, a po polsku pijalnia wody,
bardzo klimatyczny budyneczek

Karlova Studánka, pomiędzy domkami uzdrowiska
piękne otoczenie, spokój, cisza i wspaniałe, czyste powietrze.

Karlova Studánka. W tym pięknym budynku jest basen, można pójść na kąpiele zdrowotne, masaże,
proponowany jest cały system wellness, czyli usług związanych z dobrym zdrowiem, poprawą samopoczucia, aktywnością fizyczną. Jest też restauracja :)

Wracając do naszego hotelu zajrzeliśmy jeszcze do Rejviz, miejscowości w której jest osiemnastowieczna karczma. Gospoda posiada izbę, w której zachowało się wiele rzeźbionych elementów wystroju dawnej karczmy. Charakterystyczne tu są rzeźbione oparcia krzeseł. Na pomysł rzeźbionych krzeseł wpadło na początku XX w. dwóch braci, właścicieli karczmy. Otóż każdy stale przychodzący do karczmy gość miał swoje krzesło z własną, karykaturalną podobizną na oparciu. Jeżeli przychodził do karczmy to zawsze miał prawo do siedzenia na swoim krześle. Oparcia krzeseł są zabawne, niemniej bardzo sympatyczne. Podobno świetnie odwzorowywały nie tylko wygląd, ale również charakter danej osoby! Dzisiaj karczma również oferuje posiłki. Mogliśmy coś zjeść i wypić siedząc na rzeźbionych krzesłach, ponieważ właściciel gospody kontynuuje tradycję i tworzone są nowe krzesła :) Polecam w tej knajpie zamówić gorące maliny z bitą śmietaną. Pyszne!

Karczma w Rejviz

Karczma w Rejviz

Karczma w Rejviz

środa, 4 czerwca 2014

Czas na wyprawę: Wejście na Pradziada

Kolejny dzień i nowa przygoda :) Tym razem zdobywam jeden ze szczytów...

Następnego dnia naszym celem było wejście na górę Pradziad. Góra Pradziad to najwyższy szczyt o wysokości 1492 m n.p.m. w paśmie górskim Wysokiego Jasionika, najwyższy szczyt Śląska Czeskiego i całego Górnego Śląska, najwyższa góra Moraw, a zarazem najwyższy szczyt Sudetów Wschodnich oraz szósty w całym paśmie Sudetów. Długa lista 'naj' i robi wrażenie :)

Trochę obawialiśmy się tego podejścia, ponieważ inną grupę, która wchodziła na Pradziada wczoraj, złapała niezła śnieżyca. Pomimo tego wszyscy wczoraj weszli i zeszli (trójkami, tak było ślisko..) okazało się że nie jest tak źle, ponieważ wszyscy z tamtej wycieczki wrócili bardzo zadowoleni i uśmiechnięci! Bogatsza w ich doświadczenie ubrałam się w podkoszulkę, bluzkę, polar cienki, polar gruby, wiatrówkę i w zanadrzu miałam jeszcze płaszcz przeciwdeszczowy.. na nogach oczywiście grubsze jeansy i buty trekkingowe.. może to nie był najbardziej profesjonalny strój, ale poczułam się w miarę odpowiednio ubrana ;) jak na możliwości w danej chwili...

Ruszyliśmy busem z naszego hotelu w kierunku Pradziada, który znajduje się po czeskiej stronie gór. W planach mieliśmy podjechać do miejscowości Karlova Studanka i z parkingu przy Ovczarni mieliśmy iść pieszo, jednak przewodnik ze względu na jako-taką pogodę zmienił zdanie i podjechaliśmy aż pod schronisko Barborkę. Za Karlovą Studanką w stronę Barborki jedzie się w dość specyficzny sposób, ponieważ jest tam ruch wahadłowy (czes. kivadlo). Pod górę jedzie się o pełnej godzinie, natomiast w połowie godziny następuje zmiana i przez kolejne pół godziny zjeżdża się z góry. Jeśli się nie zdąży, to się czeka aż godzinę na swoją kolej! Wjazd trwa jakieś 20 minut, więc tak naprawdę ma się tylko około 10 pierwszych minut na wjazd...

Podjeżdżając w górę zauważyliśmy głęboko wbite na poboczu drewniane drągi, wysokie na jakieś ok. 2 i pół do trzech metrów. Okazało się, że są one bardzo pomocne zimą przy znajdowaniu drogi. Gdy spadnie śnieg i nic nie widać, to po tych drągach odśnieżarka wie, gdzie jest droga :)

Podjechaliśmy dość burżujsko pod schronisko Barborka (na wysokość 1320 m n.p.m.) i stamtąd pieszo, bardzo ekskluzywną, asfaltową drogą zaczęliśmy wędrówkę pod górę. Pogoda była o tyle dobra, że nie padało, ale też nie było słońca... Widoczność kiepska, a im wyżej wspinaliśmy się, tym większa była mgła i w rezultacie widać było tylko tyle, co w promieniu około 30-50 metrów. Żałowałam trochę, bo okolica, jak się potem okazało na zdjęciach, jest przecudna! Szliśmy więc drogą w górę, na poboczu leżało coraz więcej brył lodu, po bokach majaczyły we mgle na początku drzewa lasu świerkowego, potem coraz więcej krzewów, niskich jałowców i kosodrzewin. Było cicho, spokojnie, przed nami przetaczała się śmietankowa mgła. Dosłownie było widać, jak się przesuwa. Ogromną zaletą było niesamowicie czyste powietrze, malutkim minusem natomiast ogromna wilgoć, która osiadała na włosach i ubraniu drobnymi kropelkami wody..
Schronisko Barborka

Pierwszy etap trasy, niedużo śnieżnych kul, na poboczu śniegu nie ma.. jeszcze :)
Na trasie, drogowskaz - do przejścia jeszcze jeden kilometr pod górę
śnieżne kule coraz większe
Już po pierwszych kilkudziesięciu krokach było mi za gorąco :) Poubierana jak na ciężką zimę, zaczęłam zdejmować wierzchnie okrycia i rozpinać się myśląc sobie, że chyba jednak przesadziłam... ale nie na długo! Ponieważ jak wiadomo, im wyżej się wchodzi, tym robi się chłodniej, tu też ta reguła zadziałała, a jeszcze w pewnym momencie zaczęło porządnie wiać i przestawiać mgłę.. dobrze, że nie nas ;) W każdym bądź razie po jakichś 2 kilometrach pod górę stwierdziłam otulając się i zaciągając kaptur, że absolutnie nie przesadziłam, tylko doskonale się przygotowałam na tę wędrówkę :)

Coraz więcej śniegu leży po bokach i śmietankowa mgła :)
jest też coraz zimniej i bardziej wietrznie
Schronisko Pradziad na szczycie...  jak się potem okazało na zdjęciach przy ładnej pogodzie,
nad kopułą jest wysoka wieża telewizyjna o wysokości 145,5 m, której w ogóle nie było widać...
Już na szczycie, a tu rzut okiem za siebie. Okazuje się, że przyszliśmy znikąd ;)
Po prawej figurka Pradziada witającego przybyłych pod schronisko.
Zanim się obejrzałam okazało się że jestem tuż przed schroniskiem na szczycie. W samą porę, bo wiało już nieźle.. Koniec trasy zauważyłam wtedy, gdy stanęłam nos w nos z rzeźbą Pradziada :) Z tą różnicą, że ja byłam bardziej 'okutana' w ubrania ;))) Schronisko było ledwo widoczne zza mgły, która była tu bardzo gęsta, i o ile na zewnątrz było wietrznie, bardzo mglisto i wilgotno, to po wejściu do środka poczułam się, jakbym weszła do domu - ciepło, sucho, spokojnie i  bardzo przyjemnie :D Uwielbiam schroniska! Sercem każdego schroniska jest miejsce, gdzie można usiąść w cieple, zjeść i wypić coś ciepłego, dlatego też od razu pierwsze kroki skierowaliśmy do restauracji, gdzie za pożyczone korony czeskie kupiliśmy gorącą herbatę na dwuosobową spółkę ;) W takich przypadkach dobrze jest jednak mieć nieco drobnych w kieszeni w lokalnej walucie lub dobrych znajomych z takimi drobnymi ;))
Siedząc przy ogromnym, parującym kubku odpoczywaliśmy i słuchaliśmy przedniej kapeli, która wesoło grała w jednym z kątów restauracji, skocznie okraszając muzykę czeskimi przyśpiewkami. Grali naprawdę świetnie, sami się przy tym nieźle bawili i zebrali niezłe oklaski od rozgrzanych przyjazną atmosferą gości schroniska.

Pokrzepieni gorącą herbatą oraz odpoczynkiem zaczęliśmy się zbierać do wyjścia. Zejście na dół trwało dużo krócej niż wejście, i te 3 km drogi szybko minęły. Na dole w schronisku Barborka czekał na nas obiad: gorące, chrupiące frytki, zapiekany ser oraz grzane wino :)

W trasie

Niedaleko schroniska Barborka.

Niedaleko schroniska Barborka.

... A na Pradziada muszę jeszcze kiedyś wejść, ale już przy lepszej pogodzie tak, żeby wszystko obejrzeć po drodze! Zwłaszcza spadające kaskady wody na Szlaku Doliny Wodospadów..

poniedziałek, 26 maja 2014

Czas na wyprawę: Jaskinie na Pomezi i Nysa

To był krótki wyjazd na opolszczyznę z małymi wypadami do Czech. Zakwaterowaliśmy się sporą grupą rajdową w Hotelu Gorzelanny w Pokrzywnej. Hotel ten, a właściwie dwa hotele Gorzelanny i Carina stoją nad jeziorem u podnóża Kopy Biskupiej na terenie Parku Krajobrazowego Gór Opawskich. Hotele znajdują się po obu stronach jeziorka, pośrodku którego jest pomost łączący brzegi i łatwo dotrzeć z jednego hotelu do drugiego. Hotel Gorzelanny ma dodatkowe atrakcje SPA: basen, jacuzzi, dwie sauny, miejsce do opalania oraz całe zaplecze kosmetyczno-urodowe. Wspaniałe miejsce na wypoczynek po wędrówkach po okolicy, tym bardziej, że kuchnia z niepozbawionym humoru kucharzem również jest wyśmienita! :)

Z nizin w stronę gór jechaliśmy z pewnymi obawami, ponieważ lało już od jakiegoś czasu, a media straszyły powodziami. Pierwszy dzień wycieczki również przywitał nas szumem padającego deszczu, o szumiącym, lekko wzburzonym pod oknem strumyku nie wspominając ;) Grupa była jednak zwarta i gotowa na wyzwania i nie daliśmy się zastraszyć. Gruby polar, odpowiednie buty, kurtka przeciwdeszczowa i płaszcz w zapasie, plecak na plecy i w drogę. Pierwszym naszym celem były Jaskinie na Pomiezi w Czechach. Jaskinie można przecież spokojnie zwiedzać podczas deszczu :)

Jaskinie na Pomezi
Jaskinie te leżą na północ od uzdrowiska Lázní Lipová w Czechach. Są to największe czeskie jaskinie krasowe, które powstały po rozpuszczeniu marmuru, tzw. krystalicznego wapienia. I są niesamowite.

Jaskinie na Pomezi, taki widok czeka tuż po samym wejściu do jaskiń!

Jaskinie na Pomezi - małe jeziorko 
Jaskinie składają się z trzech poziomów, zwiedzałam poziom środkowy o długości 530 metrów.
Chodząc wytyczoną ścieżką pomiędzy wąskimi, i miejscami dość wysokimi, szczelinowymi korytarzami zachwycałam się najróżniejszymi formami stalaktytów, stalagmitów, bogatych nacieków najróżniejszych kształtów: pieska (który jest symbolem tych jaskiń), widziałam ucho słonia, kobietę z dzieckiem, cmentarz hiszpański, głowę goryla, łódź.. wyrzeźbione przez ściekającą wodę falbanki i kamienne wodospady oraz małe jeziorka. Naciekowe kształty tworzą kaskady i ogromne rozdzielone nacieki, co jest typowe dla tych jaskiń. Naprawdę nie spodziewałam się AŻ takiego bogactwa formacji. Zresztą już same nazwy części jaskiń dużo mówią o zawartości: Lodowe pomieszczenie, pomieszczenie u Płaczącej Wierzby, korytarz Rzymskich Łaźni, Białe pomieszczenie, Królewski komin, Skarbiec..


Jaskinie na Pomezi - trasa po jaskini, wszystko ładnie przygotowane i podświetlone
Jaskinia jest żywa, co znaczy, że cały czas trwa jej proces twórczy. Wilgotność w środku jest duża, temperatura stała 7 st.C i doskonale się tam oddycha. Co jakiś czas spadają na chodzących krople wody, ale co ciekawe, skała nie jest śliska. Tak zajęłam się podziwianiem wszystkiego wokół,  że zagapiłam się, w którymś zaułku robiąc zdjęcia i jakoś ominęło mnie dotykanie skalnego serduszka, które to spełnia wypowiedziane w myślach życzenie... mam jednak nadzieję, że to, co ma się spełnić z moich marzeń, spełni się i bez dotykowej deklaracji :)

Wejścia do jaskiń są co 15 minut, bilet dla osoby dorosłej kosztuje 110 CZK (koron czeskich), 80 CZK seniorzy 65+, dzieci i studenci: 60 CZK. Jest też dodatkowa opłata za robienie zdjęć: 40 CZK (około 6 PLN). Na szczęście można tu było zapłacić kartą, więc mam zdjęcia :)
Zwiedza się około 40 minut. Pani przewodnik bardzo starała się mówić po polsku, w sumie dało się zrozumieć ;) Jako ciekawa jaskiń wszelakich powiem Wam, że warto Jaskinie na Pomezi zobaczyć!

Jaskinie na Pomezi - skalny piesek, symbol tych jaskiń

Kolejnym etapem trasy miało być wejście na Kopę Biskupią, najwyższy szczyt o wysokości 889 m n.p.m. w polskiej części Gór Opawskich, na którym wybudowano kiedyś wieżę widokową... ale jakoś wspinanie się na szczyt podczas ulewy, gdzie jest dość strome podejście w glinie i błocie nie bardzo nam się uśmiechało. Z niejakim bólem opuściliśmy tę atrakcję i pojechaliśmy w kierunku Nysy.

W drodze do Nysy...
... zjechaliśmy z drogi prowadzącej do miasta Zlate Hory, żeby zobaczyć kościółek Matki Boskiej Pomocnej - Maria Hilf (czes. Kostel Panny Marie Pomocné - Maria Hilf) stojący na zboczu Góry Poprzecznej, niedaleko Zlatych Hor. Kiedyś w tym miejscu objawiła się przypadkowemu przechodniowi Matka Boska, co upamiętniono drewnianą kaplicą, a po 1995 zburzony wcześniej obiekt odbudowano, m.in. dzięki datkom wiernych z Czech i zagranicy. Kamień węgielny poświęcony został przez papieża Jana Pawła II, w świątyni znajdują się też jego relikwie. Kościółek jest miejscem pielgrzymowania. A my, jak i pewnie niejedni pielgrzymi przybywający do tego miejsca, schowaliśmy się pod dachem przed padającym mocno deszczem.
kościółek Matki Boskiej Pomocnej - Maria Hilf

Nysa
Do Nysy dojechaliśmy również w strumieniach deszczu. Na szczęście dotarliśmy, chociaż już po drodze chwilowo zatrzymywaliśmy się, ponieważ przez drogę zaczęły przepływać strumyki, pojawiające się podczas ulewnego deszczu, mogące powodować osuwy ziemi. Na szczęście służby porządkowe przepuściły nas dalej.

Na pobyt w jednym z najstarszych miast śląskich, zwanego też czasem "Śląskim Rzymem", nie mieliśmy wiele czasu. Najwięcej spędziliśmy go w Bazylice św. Jakuba i św. Agnieszki. W miejscu, gdzie teraz stoi kościół kiedyś było miejsce kultu pogańskiego, potem zbudowano kościółek drewniany, a w 1195 roku położono fundamenty i wybudowano murowany kościół. Wychodzi na to, że w tym miejscu od wielu setek lat proszono o dobre życie :) Kościół wielokrotnie płonął w pożarach, wielokrotnie go też odbudowywano. Ma jeden z najbardziej spadzistych dachów w Europie o ogromnej powierzchni 4 tysięcy metrów kwadratowych oraz jeden z najniżej zawieszonych, ponad ośmiuset-letni żyrandol z wysokimi świecami. Żyrandol jest powieszony tak nisko, że można go dotknąć dłonią. Cechą charakterystyczną, która rzuciła mi się w oczy od razu po wejściu do katedry - są potężne filary w paski, które to okazały się kamiennymi obręczami. W kościele znajduje się zespół rzeźby nagrobnej z XV-XVIII wieku, obejmujący sarkofagi i epitafia nie tylko biskupów tu pochowanych, ale także licznych innych duchownych oraz wielu rycerzy i mieszczan.

Nysa, Bazylika św. Jakuba i św. Agnieszki
po lewej dzwonnica
Nysa, Bazylika św. Jakuba i św. Agnieszki w środku
widać pasiaste, wysokie filary
Bazylika św. Jakuba i św. Agnieszki stoi przy rynku miasta, na którym centralnie stoi wieża ratuszowa, okolona kamieniczkami. Jak się rozejrzałam, to część tych kamieniczek wygląda jak małe, PRL'owskie bloczki. Zabytkowych kamieniczek jest mało.

Nysa, rynek i wieża ratuszowa
Zaczęło wiać, więc razem z deszczem, po całym dniu chodzenia byliśmy już nieco zziębnięci. Przemaszerowaliśmy jeszcze obok Muzeum w Nysie, następnie ul. Grodzką trafiliśmy na były Rynek Solny, gdzie w średniowieczu sprzedawano baryłki soli przywożone z Wieliczki.

Potem kierowaliśmy się w kierunku rynku, gdzie u zbiegu ulic Brackiej i Celnej, przed pastelowymi, zabytkowymi kamienicami stoi barokowa Fontanna Trytona. Jak dla mnie, to stoi ona prawie pośrodku skrzyżowania, ma się wrażenie, że samochody prawie w nią wjeżdżają... Fontanna powstała w 1701 roku, wykonał ją w marmurze nieznany rzeźbiarz. Wzorowana na rzymskiej Fontana del Tritone Berniniego, jest jednym z najcenniejszych zabytków miasta.
Na trzonie fontanny wyrzeźbiono cztery delfiny z otwartymi paszczami, zwrócone w cztery strony świata. W górnej części umieszczono herb Nysy z datą powstania fontanny. Trzon wieńczy czara w kształcie muszli, na której umieszczona jest postać klęczącego Trytona, przedstawionego jako półczłowiek-półryba, z uniesionymi rękoma, grającego na muszli.

Nysa, Fontanna Trytona

Szkoda, że cały czas padał deszcz i wiał dość silny wiatr. Przemoczeni i już zmęczeni, nie mieliśmy ochoty na dalsze zwiedzanie, a szkoda, bo jak widzę teraz w przewodnikach, miasto mimo wielu zniszczeń na przestrzeni wieków, posiada wiele zabytkowych obiektów. Szokiem dla mnie była informacja, że tuż po wojnie, w pierwszej połowie lat 50 nakazano wyburzenie większości ruin Starego Miasta w celu dostarczenia cegieł przeznaczonych do odbudowy Warszawy. Aby sprostać temu zadaniu wyburzono ponad sto zabytkowych kamienic w centrum Nysy! 


wtorek, 14 sierpnia 2012

Tam, gdzie odpoczywam...

Miejscem, gdzie uwielbiam odpoczywać, gdzie czuję się jak u siebie i zawsze naładuję swoje akumulatory są Druskienniki na Litwie. Nieduża, spokojna miejscowość uzdrowiskowa leżąca nad szerokim Niemnem. Można tu wypocząć spacerując wzdłuż Niemna, objeżdżając rowerem okoliczne lasy licznymi trasami rowerowymi po drodze zatrzymując się na czarne jagody, można też popływać w jeziorze, a od niedawna pojeździć całorocznie na nartach.. 

W Druskiennikach są liczne uzdrowiska, aquapark, główna lecznica z pijalnią wody. Uwielbiam wodny odpoczynek w SPA, gdzie można poddać się wielu zabiegom zdrowotnym i upiększającym, wyciszyć słuchając spokojnej muzyki, wygrzać w jednej z 20 klimatycznych saun, po czym oblać lodowatą wodą z beczki. Warto w tym zagonionym świecie nauczyć się odpoczywać, ja się tego nauczyłam właśnie tam.

Druskienniki, Niemen, widok na zakole

 Druskienniki, Główna Lecznica i pijalnia wód
 
Druskienniki, bardzo, ale to bardzo słone Źródełko Młodości
 
 Druskienniki, pałki wodne nad jednym z jezior

 Druskienniki, lilie wodne na jeziorze

  Druskienniki, spotkana w parku wiewiórka

 Druskienniki, stare schody w jednym z zakątków starej części parku

Ciekawi mnie, gdzie Wy najlepiej odpoczywacie?