Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z historią w tle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z historią w tle. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 sierpnia 2013

"Przyzwoitka" Georgette Heyer

Ponieważ za oknem panują zupełnie piekielne temperatury, a słońce przyświeca tak, jakby miało zamiar usmażyć nas na amen, nie mam siły na nic, a mój mózg zamienił się w wysmażoną jajecznicę (coś mi to smażenie po głowie chodzi, hm...). Wzięłam się więc za lekturę niewymagającą myślenia. Lekką, miłą i przyjemną. Wzięłam się za romans w wykonaniu pani Heyer.

Polubiłam tę autorkę jakieś dwa lata temu, zachęcona recenzjami śmietanki literackiej. I tak twórczość Georgette Heyer stała się taką moją odskocznią, czymś lekkim, przy czym mogę się kompletnie zrelaksować. Do tej pory trafiałam na naprawdę niezłe powieści, niestety nie tym razem.

Przyzwoitka, bo tę powieść przeczytałam, pozbawiona dla mnie jest humoru i ciekawych bohaterów. Dialogi nie skrzą się dowcipem, a akcji właściwie brak. Czyli brak jest tego wszystkiego, za co polubiłam twórczość Heyer. Czytało się to dziełko szybko i lekko, nie jest kompletnie złe, ale nie jest to to, co chciałam dostać. Polecać więc nie będę.

środa, 7 grudnia 2011

"Z zimną krwią" Robert Foryś

Zachęcona dwiema pozytywnym recenzjami znalezionymi na obserwowanych przeze mnie blogach oraz, nie ukrywam, świetną okładką, sięgnęłam po książkę nieznanego mi do tej pory Roberta Forysia Z zimną krwią. I spokojnie mogę powiedzieć, że warto było.

Z zimną krwią mimo że wydana została przez Fabrykę Słów, którą kojarzę przede wszystkim z fantastyką, jest kryminałem osadzonym w czasach, gdy na tronie zasiadał Stanisław August Poniatowski. Jak dla mnie mieszanka idealna.

W Warszawie dochodzi do bardzo brutalnych morderstw, na dodatek być może z podtekstem politycznym. Do szybkiego i cichego rozwiązania sprawy zostaje skierowany bywały w świecie rotmistrz Hieronim Woyski.

Cóż, mnie ta książka bardzo przypadła do gustu. Nawet jej nie przeczytałam, ale najnormalniej w świecie ją połknęłam. Spodobał mi przede wszystkim główny bohater. Samotny żołnierz, z tajemniczą przeszłością, cyniczny, inteligentny, świetny szermierz. Mający dar wplątywania się w bardzo kłopotliwe sytuacje. I właśnie od takiej sytuacji zaczyna się cała powieść: po wygranym pojedynku musi uchodzić z Anglii. Postanawia więc wrócić do kraju, gdzie rodzina Czartoryskich przydziela mu zadanie rozwiązania brutalnych morderstw. Od tej pory podążamy wszędzie tam, gdzie Woyski: zasiadamy do stołu z wielkimi tych czasów, krążymy po ciemnych zaułkach XVIII wiecznej Warszawy, odwiedzamy burdele i spelunki, trafiamy nawet na egzekucję. A wszystko po to by złapać seryjnego mordercę.

Książkę czyta się naprawdę szybko: jest interesująca i sprawnie napisana. Ma także nieźle poprowadzoną intrygę. Mnie jej lektura sprawiła przyjemność i na pewno sięgnę po następne książki pana Forysia.

poniedziałek, 21 listopada 2011

"Karaibska krucjata" Marcin Mortka


Nie jeden już raz przyznawałam się, że morza nie lubię. Wody się boję, nigdy więc nie nauczyłam się pływać, podczas lekcji na basenie w LO przyprawiałam mojego nauczyciela o zawał serce, niemalże co chwilę idąc na dno. Sama się więc sobie dziwię, czemu w sumie lubię książki i filmy z morzem związane. Uwielbiam serię C.S. Forestera o Honblowerze, zawsze przepadałam za piratami. Teraz znowu sięgnęłam po kolejną książkę o podobnej tematyce, tym razem z naszego podwórka. I bardzo dobrze zrobiłam!

William O'Connor w sumie nie chciał zostać piratem. Po prostu tak czasem bywa, że człowiek nie ma innego wyjścia i musi się zbuntować przeciw złu, niestety ponosząc tego konsekwencje. Na szczęście dobrze się ułożyło dla Billy'ego, że ma za sobą oddaną załogę i wiernych przyjaciół, którzy samego go nie zostawią. Nawet wtedy, gdy dzielny kapitan niewielkiej Magdaleny postanowi co chwilę wpadać w niezłe kłopoty, walcząc z okropnymi piratami, przeciwstawiając się Hiszpanom czy ratując damę z opresji.

Dylogia Marcina Mortki jest po prostu rewelacyjna. Nie bardzo wiedziałam za co się biorę, bo niczego wcześniej o tych książkach nie czytałam, po prostu poszłam do biblioteki, a część pierwsza, Płonący Union Jack, sama wpadła mi w ręce. Już po pierwszych kilkunastu stronach wiedziałam, że muszę zdobyć i część drugą. Bo czego w tych książkach nie ma? Są świetni bohaterowie, jest niesamowicie dużo zwrotów akcji, jest przedni humor i jest intryga. Są abordaże i walki, są tawerny i są niespokojne wody. Cała wspaniała, niesamowicie oryginalna, załoga co chwila wystawiana jest na niejedną próbę. Walczą i z pogodą na pełnym morzu, i z nieobliczalnym przeciwnikiem.
Nie ukrywam, że mnie się najbardziej podobały postacie i humor zawarty w tych książkach. Całym sercem polubiłam kapitana O'Connora, młodzieńca skorego do 'strzelania focha', ale niesamowicie dzielnego. Moim kolejnym faworytem jest porucznik Edward Love - człowiek o nieskazitelnych manierach i zawsze idealnym mundurze. Z resztą cała załoga, aż po dwie okrętowe papugi, to galeria cudnych po prostu oryginałów. Dzięki nim śmiałam się niejednokrotnie podczas lektury powieści.

Karaibską krucjatę polecam wszystkim z czystym sumieniem: jeśli macie ochotę na zabawę, śmiech i dużo, czasem niemalże niemożliwych, przygód. Ja na pewno nie miałam bym nic przeciw temu, by dylogia stała się trylogią.

piątek, 9 września 2011

"Baron i łotr" Kamil Gruca

Jeszcze do niedawna wydawało mi się, że nie dostanę w swoje ręce książki, powieści historycznej, napisanej przez polskiego autora, która by mi się spodobała. Na szczęście Kamil Gruca zmienił moje przekonanie. Jestem po lekturze jego powieści Baron i łotr i chcę więcej.

Francja roku pańskiego 1415. Właśnie zakończyła się bitwa pod Azincourt, fatalna w skutkach dla francuskiego rycerstwa. Ale dla kilku rycerzy angielskich to jeszcze nie koniec zmagań. Muszą się oni udać w pościg za zdrajcą.

Barona i łotra czytało mi się świetnie. Zagłębiałam się w książkę i nie liczyło się dla mnie nic więcej. Dostałam spory kawałek niezłej rozrywki. Autor świetnie pisze, żywo i bez chwili nudy. Jego bohaterowie mają swoje konkretne cechy, nie są papierowi, a przygody i wyzwania jakie ich spotykają są dość wiarygodne i ciekawe. Moim zdaniem książka Kamila Grucy jest bardziej powieścią awanturniczo-przygodową, niż historyczną. Owszem autor wplata cały czas właściwe nazewnictwo, szczególnie w przypadku uzbrojenia (tu przydaje się mały słowniczek, umieszczony na końcu książki), są małe scenki rodzajowe w tle, ale akcja to głównie pościgi, porwanie i intrygi. Mnie się to podobało. Dzięki temu cały czas się coś dzieje, są nowe zwroty akcji, nowi bohaterowie.
Trochę myląca może być okładka. Sugeruje ona opisy bitewnych zmagań, ciągłych pojedynków. Ale tego w tej książce nie dostajemy, co w sumie mnie troszkę zawiodło. Owszem kilka starć mamy opisanych, ale jak dla mnie zabrakło czegoś większego.

Gorąco polecam i trochę żałuję, że nie zaczęłam od debiutu autora, Panów z Pichfork, gdzie miałabym szansą lepiej poznać głównych bohaterów Barona i łotra.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak literanova.

wtorek, 26 lipca 2011

"Koniec pieśni" Wojciech Zembaty

Jeszcze jakieś pięć, sześć lat temu właściwie nie czytywałam polskich autorów. Byłam wtedy mocno zainteresowana głównie powieścią angielską z dziewiętnastego wieku i polska literatura mnie kompletnie nie obchodziła. Ale przypadkiem wpadła mi w ręce książka Mai Lidii Kossakowskiej i otworzył się dla mnie nowy świat: polska fantastyka. Obecnie jest niemalże podstawą mojego książkowego uzależnienia, co powoduje, że sięgam nawet po debiutantów. I takim właśnie debiutantem jest Wojciech Zembaty.

VI wiek. Brytania, znosząca wyniszczające i krwawe najazdy Sasów. Wielki król Artur umiera, a wraz z nim siła Brytów.
Lata współczesne w Warszawie, do znużonego psychologa przychodzi młody chłopak, prosząc o pomoc w pokonaniu nawiedzających go koszmarów.
Oba te światy, tak zupełnie różne i odległe od siebie, połączy jeden przedmiot - wspaniały, złoty torques, obdarzony wielką mocą.

Po przeczytaniu ostatniej strony stwierdziłam, że jest to naprawdę niezła książka. Ma ciekawą fabułę, która po prostu wsysa czytelnika. Na początku nie mogłam sobie wyobrazić, jak współczesna Warszawa i celtycka jeszcze Brytania mogą zostać połączone. Ale autorowi się to udało i to dość sprawnie. Akcja co chwilę się przenosi z jednej rzeczywistości do drugiej, oba te odmienne światy się przeplatają, a to powoduje, że powieść czyta się niezwykle szybko. Szalenie podobała mi się kreacja świata Brytów: te fragmenty czytało mi się jak bardzo dobrą powieść historyczną.
Koniec pieśni
jest powieścią szalenie krwawą, momentami wulgarną i mroczną. Nawiedzają ją przebrzmiali bogowie i okrutne demony. Jest w niej magia i krwawe rytuały. Bohaterowie przenoszą się do innego wymiaru, śmierdzącego zepsuciem i stęchlizną. Mamy także opisy zmagań wojennych, potyczek i bitew. A w tym wszystkim kilkoro bohaterów, próbujących się odnaleźć i zrealizować swoje cele. To wszystko powoduje, że książka ma wyrazisty i mocny charakter, który akurat mnie odpowiadał zupełnie.

Ale są też w debiutanckiej powieści Zembatego braki. Dla mnie za szybkie, zbyt pośpieszne było zakończenie. Miałam wrażenie, że niektóre wątki zostały po prostu ucięte. Także niezbyt podobały mi się współczesne dialogi bohaterów celtyckiej Brytanii.
Do samego wydania mogę się bardzo przyczepić tylko o literówki - szczególnie na końcu było ich zatrzęsienie.

Ogólnie Koniec pieśni jest dla mnie niezłą, sprawnie napisaną lekturą, łączącą fantazję, powieść historyczną i legendę króla Artura. Książka spodobała mi się na tyle, że daję autorowi, mimo kilku niedociągnięć, kredyt zaufania i chętnie sięgnę po jego następna powieść.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak literanova.

środa, 1 czerwca 2011

"Ostatnie królestwo" Bernard Cornwell

Po przeczytaniu fantatsycznej Trylogii Arturiańskiej Bernarda Cornwella nie mogłam się doczekać, kiedy uda mi się dopaść jego kolejną książkę, Ostatnie królestwo. Na szczęście nastąpiło to dość szybko i mogłam sobie spokojnie i bez przeszkód ponownie zatonąć w lekturze świetnej powieści historycznej.

IX wiek, Anglia. Kraj podzielony jest na kilka księstw, zazwyczaj zwaśnionych ze sobą. I właśnie w tym momencie, siejący postrach wszędzie tam, gdzie się pojawią, wikingowie postanawiają podbić Wyspy Brytyjskie. Na drodze do całkowitego zwycięstwa stanie im jednak Alfred, władca Wessexu.

Świetna powieść historyczna, czyli taka jakiej się spodziewałam po Cornwellu. Jest to w tej chwili zdecydowanie jeden z moich ulubionych pisarzy. Ma on bardzo dobry styl, który potrafi czytelnika kompletnie zaczarować. Powieść pełna jest akcji, co strona właściwie coś się dzieje; pełna jest walk, starć i krwi. Jednocześnie autor przemyca wspaniałe opisy statków, uzbrojenia czy zwykłego życia codziennego bohaterów powieści. Co istotne Ostatnie królestwo nie jest pozbawione lekkości i humoru. Postacie wykreowane przez Cornwella są wyraźne, a każda z nich ma swoje własne, indywidualne cechy.

Cornwell podobnie jak w Trylogii Arturiańskiej wykorzystał tutaj pewne rozwiązania: jest to m.in. narracja pierwszoosobowa i fakt, że główny bohater, który opowiada nam o swoim życiu, za młodu również wychowywał się po stronie wroga. Ale w żaden sposób nie umniejsza to przyjemności z lektury. Dla mnie rewelacyjna powieść i z niecierpliwością czekam na kolejną część, Zwiastun burzy. Polecam!

czwartek, 7 kwietnia 2011

"Wilkozacy. Wilcze prawo" Rafał Dębski

Rzadko mi się zdarza sytuacja, kiedy po przeczytaniu ostatniej strony nie wiem jak ocenić całą książkę. A tak właśnie jest teraz, w przypadku powieści Rafała Dębskiego Wikozacy. Wicze prawo. Sytuacji nie ułatwia mi fakt, że jest to moje drugie spotkanie z twórczością pana Dębskiego: po przeczytaniu Kiedy Bóg zasypia... byłam tak samo rozdarta.

Okres po powstaniu Chmielnickiego. Wśród Kozaków od dawna krążyły opowieści o Wilkozakach, krwiożerczych przemieńcach żyjących wiecznie, których prawo mówi, że sicz jest najważniejsza. Sehij i Marika przekonali się boleśnie, że nie jest to tylko czcze gadanie...

Książka na pewno przyciąga naprawdę niezłą okładką: to ona mnie skusiła, żeby w bibliotece sięgnąć po Wilkozaków. Dopiero w domu dotarło do mnie, że przyniosłam książkę autora Kiedy Bóg zasypia.... Spodobał mi się także sam pomysł: wilkołaki na Siczy, czasy powstania Chmielnickiego. Czemu nie? Może być ciekawie! I w sumie było. Początek mocny, dość krwawy, sporo obiecujący. Pomysł z Kozakami, którzy potrafią przemienić się w wilki naprawdę trafiony. W końcu jakieś nadnaturalne stworzenia z naszego podwórka. A jednak książka mnie nie porwała. Czemu? Mam wrażenie, że czasami cała historia traciła impet, zamierała i po prostu robiło się nudno. Było to przyczyną częstego odkładnia przeze mnie książki, a co za tym idzie długiego okresu jej czytania i tracenia wątków. Trochę chyba za dużo, jak dla mnie, było zagłębiania się w przemyślenia bohaterów, szczególnie Mariki, a za mało akcji.

Czy warto więc Wilkozaków przeczytać? Jeśli jest się miłośnikiem fantastyki, a szczególnie tej z elementami historii, to tak. Ja w sumie nie żałuję lektury, tylko tego że mogło być nieco lepiej.

piątek, 18 lutego 2011

"Serce zakonu" Robert Borkowski

W minionym roku obchodziliśmy okrągłą rocznicę bitwy pod Grunwaldem. Sięgnęłam więc po książkę, której akcja rozgrywa się na tle tych historycznych wydarzeń. Poza tym miałam ochotę na jakąś dobrą powieść historyczną, a o taką, szczególnie polską, ostatnio mam wrażenie coraz trudniej. Lektura Serca zakonu utwierdziła mnie niestety tylko w tym przekonaniu.

Jedyne co pozostało mi w pamięci po lekturze tej powieści, to stylizowany język, co akurat w tym przypadku się nie sprawdziło i niestety utrudniało lekturę, opisy burzliwego życia miłosnego jednego z braci zakonnych, głównego bohatera oraz mało tajemnicza zagadka. Nie wiem na czym polegał problem, ale powieść tę czytało mi się naprawdę dość trudno: potrafiła momentami nudzić, walczyłam z chęcią odłożenia jej na półkę, dodatkowo czasami autor wpadał na jakieś dziwne rozwiązania akcji. Zupełnie nie tego szukałam. A szkoda, bo w końcu ogólnie pomysł nie był zły, w końcu bitwa pod Grunwaldem, Zakon Krzyżacki, to naprawdę ciekawe tematy.

piątek, 5 marca 2010

"Bitwa" Patric Rambaud (Nagrody literackie)

Sama nie wiem tak do końca czemu sięgnęłam po tę właśnie książkę. Gdy zobaczyłam jej tytuł na liście możliwych lektur coś mnie tknęło i postanowiłam, że ją przeczytam, bo choć za Napoleonem nie przepadam, to wiek XIX uwielbiam.

Bitwa Patrica Rambauda jest przedstawieniem bitwy z roku 1809 stoczonej pod Aspern-Essling pomiędzy wojskami Napoleona, a oddziałami austriackimi. Co warto dodać, była bitwą dla Francuzów przegraną.

Książka ta jest świetnie napisana. Autor ma dobry styl, malowniczy, acz trochę surowy, co bardzo dobrze sprawdza się przy relacjonowaniu wojennych zmagań. Całość podzielona jest na rozdziały odpowiadające dniom i nocom podczas których toczona była ta bitwa. Jesteśmy świadkami wszystkich ważniejszych wydarzeń dziejących się na polach bitwy dzięki zabiegowi podzielenia narracji pomiędzy kilku głównych bohaterów. Bohaterowie ci, to zarówno zwykli, prości żołnierze z różnych dywizji, lekarze i sanitariusze, jak i ludzie na najwyższych stanowiskach, marszałek Massena czy nawet sam Cesarz. Rambaud bardzo dobrze oddaje realia epoki, przedstawia różne zachowania ludzkie podczas działań wojennych oraz opisuje grozę i horror wojny. Bardzo dobra lektura.

czwartek, 31 grudnia 2009

"Trafalgar" Bernard Cornwell

Człowiek czasem żyje sobie spokojnie w jakimś przekonaniu, wzdycha że żal, że szkoda, ale nic więcej nie robi. I sam sobie winien! Tak było w przypadku moim i książek Cornwella o Richardzie Sharpe'ie. Filmami, które powstały na podstawie powieści tego brytyjskiego pisarza, zachwycałam się już jakiś czas temu, głównie dzięki naszej telewizji. I od tego czasu ciągle narzekałam, że nikt nie wydał tych powieści u nas. A tu niespodzianka: cztery pierwsze książki są już dostępne i na naszym rynku. Można było sprawdzić i sięgnąć po nie wcześniej... Bo warto!

Indie, 1805 rok. Richard Sharpe wraca do domu, do Anglii, choć dla tego młodego żołnierza, wywodzącego się z nizin społecznych, prawdziwym domem jest armia. Udaje mu się zaokrętować na jeden ze statków i czeka go teraz długa i nudna, jak się z pozoru wydaje, podróż. Co może ją nieco ubarwić? Może piękna i wyniosła arystokratka lub zdrada kapitana jednostki i oddanie jej w ręce wrogich Francuzów?

Filmy już znam. Teraz z radością zabrałam się za książki. Trafalgar nie jest pierwszą chronologicznie powieścią, ale niczemu to w sumie nie przeszkadza, spokojnie można je czytać poza kolejnością. Nasz główny bohater, Sharpe, jest już chorążym. Ten młody człowiek, mimo pewnych braków jeśli chodzi o ogładę i kulturę oraz obycie, od razu skrada sympatię. Jest dzielny, waleczny, ma swój honor oraz pewność siebie. Zawsze włącza się do akcji, podejmując wyzwanie. Tym razem los rzuca go w wir bitwy morskiej, jednej z największych. Sharpe razem ze swoim przyjacielem, kapitanem Chasem, walczy pod dowództwem lorda Nelsona w bitwie pod Trafalgarem. Nie znam się na wojskowości, ani na marynistyce. Jednak książki i filmy poświęcone tej tematyce, o dziwo, sprawiają mi przyjemność, np. cykl o Hornblowerze Forestera. Bo mimo iż Sharpe jest strzelcem, ta akurat powieść w całości traktuje o morzu. Cornwell wspaniale, malowniczo i ciekawie odmalowuje starcie floty brytyjskiej z połączonymi flotami francuską i hiszpańską. Ja przerzucałam kartkę za kartką. Świetnie mi się czytało tę powieść i na pewno niedługo sięgnę po następne.
Muszę jedynie zaznaczyć, że mogłaby być, a nawet powinna być, lepsza redakcja: zdarzały się literówki i pomyłki znaków interpunkcyjnych. Co do tłumaczenia nie mam żadnych zastrzeżeń. Mam nadzieję, że wydawnictwo Erica będzie kontynuowało tę serię.

czwartek, 6 sierpnia 2009

"Czarna bandera" Jacek Komuda (Kolorowe czytanie)

Normalnie do morza mnie nie ciągnie, wręcz odwrotnie: unikam słonej wody jak mogę. Jednak po lekturze kilku wspaniałych książek C.S. Forestera o Hornblowerze chciałam się przekonać jak z tą tematyką radzi sobie polski pisarz, w dodatku autor fantasy. I nie ukrywam, że w dodatku piratów zawsze darzyłam nutką sympatii. Zasiadłam więc chętnie do Czarnej bandery Jacka Komudy. I dobrze, bo bawiłam się świetnie podczas jej lektury.

Czarna bandera jest zbiorem sześciu opowiadań o pirackiej braci rodem z Karaibów. Nie ma jednak sensu doszukiwać się podobieństw do bohaterów ogólnie znanego filmu Verbinskiego. Piraci z Czarnej bandery to stare wilki morskie, okrutne i chciwe, klnące na potęgę, szybko chwytające za broń i naprawdę ciężko jest poczuć do któregokolwiek z nich sympatię. A jednak o ich przygodach czyta się z dużą przyjemnością. Największa w tym zasługa stylu Komudy: malowniczy, barwny i świetnie wystylizowany język oraz wiarygodne opisy zdarzeń i miejsc. Także bohaterowie jego opowiadań są pełnokrwiści i realni. Spotykają ich za to nieco mniej realne przygody. I właśnie to jest kolejnym plusem tego zbioru. Oprócz zwykłych morskich wypraw, bitew, abordaży czy pijatyk i bijatyk w portowych knajpach opowiadania Komudy są pełne morskich legend, przesądów, niewiarygodnych postaci z piekła rodem, nadprzyrodzonych elementów. Tworzy się dzięki temu swoisty klimat, czasami nawet ocierający się o horror. A jak w horrorze często bywa, zło nie zawsze musi być pokonane...

Ja z czystym sumieniem polecam Czarną banderę Jacka Komudy, bo to wyjątkowo udane połączenie morza i fantastyki. Mimo iż akcja każdego z jego opowiadań rozgrywa się na morzu, nie ma w tym zbiorze ani krzty monotonni. A czegóż na gorące letnie wieczory można chcieć więcej, jak chłodu bryzy morskiej, dreszczyku emocji i wartkiej akcji?

sobota, 17 stycznia 2009

Horatio Hornblower

Nie lubię morza. Panicznie wręcz boję się wody. Na statkach i promach nie czuję się bezpieczna. Pomimo tego przeżywam teraz okres fascynacji literaturą marynistyczną. A wszystko to przez Horatio Hornblowera.

Dawno temu, podczas jakiś ferii zimowych, zobaczyłam w naszej tv film o dzielnym marynarzu. I z jakiegoś powodu po prostu oczu od telewizora nie mogłam oderwać. Moja radość była tym większa, że telewizja wyemitowała, z tego co pamiętam, wszystkie osiem filmów cyklu (The Even Chance, The Examination for Lieutenant, The Duchess and the Devil, The Frogs and the Lobsters, Mutiny, Retribution, Loyalty, Duty). Najprawdopodobniej główną przyczyną mojego natychmiastowego zachwytu był tytułowy bohater filmów: Horatio Hornblower służący w Royal Navy w okresie wojen napoleońskich. Bohater dość specyficzny: marynarz, a cierpiący na chorobę morską; skryty, dość wstydliwy i zamknięty w sobie, a potrafiący wzbudzić wśród marynarzy respekt i szacunek; nieporadny, trochę nerwowy i niedoświadczony, a umiejący zaplanować i przeprowadzić idealną akcję. Poza tym posiadał wszystkie najważniejsze cechy pozytywnego bohatera: odpowiedzialny, odważny, działający z głową, honorowy, skromny. W rolę Horatio wcielił się walijski aktor Ioan Gruffudd, i nie ma co ukrywać, że właśnie on był kolejnym powodem mojej fascynacji tymi filmami. Gruffudd jest dobrym aktorem, a Hornblowerem jest po prostu idealnym. Moim zdaniem ta rola to rola jego życia. Teraz, gdy czytam książki Forestera, przed oczami mam właśnie jego - dla mnie Ioan jest Hornblowerem; jak to napisała moja koleżanka, AineNiRigani, to w dużej mierze dzięki mimice, gestom, modulacji głosu i idealnemu wyglądowi fizycznemu. Co do samych filmów ja osobiście nie mam im nic do zarzucenia. Jeśli chodzi o żeglugę jestem kompletnym laikiem, nie potrafię więc określić, czy wszystko to co jest w filmie przedstawione jest realne i wierne, czy też nie do końca i ewentualnie w jakim stopniu. Na moje oko realia są dobrze oddane. Scenariusze trzymają niezły poziom i mimo przeróbek oddają klimat książek. Aktorsko też jest bardzo dobrze. Poza wspomnianym już przeze mnie Gruffuddem w serii występują: świetny Robert Lindsay (kapitan Pellew, który z czasem zaczyna traktować utalentowanego Hornblowera jak syna), Jamie Bamber i Paul McGann (porucznicy Kennedy i Bush, najbliżsi przyjaciele Horatio, gotowi dla niego wiele zrobić), Paul Copley i Sean Gilder (Matthews i Styles, wierni marynarze z załogi Hornblowera). Poza tym w epizodach m.in.: Philip Glenister, Greg Wise, Samuel West.

Widziałam te filmy już nie raz i nie dwa i na pewno będę do nich wracać jeszcze wiele, wiele razy, bo oglądanie przygód dzielnego Horatio sprawia mi ogromną przyjemność.





Naturalnie zachwycona filmami musiałam sięgnąć po książki C. S. Forestera o Horatio Hornblowerze. Póki co zdobyłam trzy pierwsze tytuły z całego cyklu (jedenaście powieści plus Vademecum): Pan midszypmen Hornblower, Porucznik Hornblower oraz Hornblower i jego okręt "Hotspur". Mam jeszcze książkę Parkinsona Horatio Hornblower. Jego życie i czasy, która była bardzo miłym prezentem urodzinowym od Gosi. Przeczytałam póki co dwie pierwsze i nie jestem rozczarowana. Książki są świetnie napisane, dobrym stylem, bardzo przystępnie. I mimo że pełno jest w nich terminów, które akurat dla mnie są czarną magią, nie zwracam na to uwagi, bo przygody Hornblowera po prostu bardzo wciągają. A terminy związane z żeglugą zawsze można sparwdzić, choćby i w necie.

W pierwszej części poznajemy Hornblowera jako młodego chłopaka, zaledwie siedemnastoletniego. Jest midszypenem na "Justynianie". Mimo dolegającej mu choroby morskiej doskonale daje sobie radę i nabiera doświadczenia; jest bystry, zdolny, świetnie radzi sobie z matematyką. Niestety budzi to zawiść innych, czasem starszych od niego stażem, midszypmenów. W końcu dochodzi do konfliktu między Hornblowerem, a brutalnym Simpsonem. Gdy wybucha wojna Horatio zostaje przeniesiony na pokład fregaty JKM "Indefatigable" pod dowództwem kapitana Pellew. Służąc pod tym kapitanem Hornblower uczestniczy w wielu różnych walkach, po raz pierwszy dowodzi jednostką, smakuje goryczy porażki, ląduje we Francji, zdaje egzamin na porucznika, styka się z zarazą i spotka fałszywą księżnę.
W Poruczniku Hornblowerze spotykamy Horatio po kilku już latach służby. Tym razem w stopniu porucznika służy na na pokładzie liniowca "Renown", którym dowodzi kapitan-legenda Sawyer. Niestety jest on chory psychicznie; wszędzie widzi spiski, nie ufa swoim oficerom, znęca się nad ludźmi. Hornblower wraz z pozostałymi oficerami, w tym z porucznikiem Bushem, stają w obliczu buntu. A rozkazy admiralicji rzucają ich aż do Indii Zachodnich, gdzie załoga musi pokonać twierdzę hiszpańską, a na Haiti toczą się walki niepodległościowe. Po powrocie do kraju podczas krótkiego okresu pokoju, kiedy to nasz bohater zostaje zdemobilizowany, musi on walczyć z ubóstwem, na horyzoncie natomiast pojawia się pewna młoda kobieta.

Na pewno z dużą przyjemnością będzie mi się czytało następny tom przygód Horatio, Hornblower i jego okręt "Hotspur", tymbardziej że jest on, i kolejne części, tajemnicą dla mnie, ponieważ ekranizaje obejmują właściwe tylko dwie pierwsze powieści. Jestem przekonana, że się nie zawiodę!