czwartek, 30 grudnia 2010

Haftowanki - cuda wianki...

Skończyłam w pierwszy dzień Swiąt SAL-owy obrazek. Dzis zaniosłam go do oprawców. Należy mu się. Oprawcę mam od paru lat jednego i tego samego. Jest nim/nią moja koleżanka z podstawowki. Ona wie czego chcę i co mi sie podoba, zaakceptuje każdy, najbardziej szalony pomysł, a co najważniejsze, mamy przednią zabawę przy wyborze ramek i passepartout. Zaniosłam jej trochę pracy, bo razem z SAl-owym wiankiem, dostała SAL-ową choinkę, która juz nie jest poduszką (przy kotach jest to wysoce problematyczne)oraz zające pasące sie na łące ;)

Docelowo Wszystkie te obrazki maja wisieć w przedpokoju, zatem będą mialy zielone passepartout i srebrne, (wianek i choinka), badź drewniane, (zające), ramki. Tak sie jakos złozyło, ze zieleń dobrze sie z nimi komponowała. Nic na siłę zatem. Przerabiałysmy wersję hardcorową czerwoną, oraz niebiańsko niebieską, niemniej zielenie wygrały. Okaże sie po Nowym Roku czy to trafiony wybor ;)

No dobra, ale my tu gadu, gadu...





Zdjęcia jakosci nijakiej, ale przed wyjsciem do oprawcow okazało się, że baterie w aparacie padły. Zostały zakupione w drodze do i sfocone u oprawcy ( a oprawca jak wiadomo wariata zrozumie ;)).

A tak ogólnie, to kompletnie do mnie nie dociera, ze jutro Sylwester. Jakas sie taka zrobiłam ostatnio "tu i teraz", że nie wybiegam zbytnio do przodu. "Jutro" to bardzo odległy termin... W ogole jakos tak... nie wiem... ten rok był z gatunku parszywych. Nie żeby mnie osobiscie jakos dotknął, ale pech gonił pech... (że o sytuacji w naszym Kraju nie wspomnę)

Kochani! Ale jest Sylwester. Co do tego wątpliwosci nie ma. Kieckę mam juz przygotowaną, bo Osobisty jak sie juz tak calkiem "zamementomorowałam" postanowił zaprosić mnie na BAL! Idę. Posiedzę i popatrzę... Żartuję! Zamierzam odwrócić zły omen! Zamierzam tańczyć, a kto wie, może i smiać się? Czas pokaże. W każdym razie wczesniej zdrowie/żałoby i inne problemy przeszkadzały. A teraz BAWMY SIĘ!!!

I tego Wam Kochani Życzę, jesli nie w Sylwestra to w ten Nowy Rok! Życie cudem jest! A więc bawmy się i CIESZMY, a reszta sama przyjdzie!

OLE!

(mam nadzieję...)

środa, 29 grudnia 2010

Cudo z second handu i nowi mieszkańcy

Kochani, nie zrozumcie mnie źle: To nie nurzyca, ani grzybki ;) ;) ;) Podobnież takich własnie nowych mieszkańców można sobie przyniesć z SH ;) ;) ;) Nie sprawdziłam, choć wielokrotnie korzystam.

Od jakiego czasu mój blog z "dziergaczo-kociego" zrobil się "niewiadomojako-narzekający". Zatem aby przywrocić go na właciwe tory pokazuję co obiecałam"
Oto przed Wami cudo z second handu, rzecz, którą docenią Ci, co w temacie ;)



Torba jaka jest każdy widzi. DMC mowi wiecej....

....Ale ZAWARTOSĆ torby...



Nie pozostaje obojętna dla nikogo! Nawet Kotki zainteresowały się cudami nad cuda!

Ponad 100 igieł różnej wielkosći i grubosci! Kanwy! Gotowe hafty! WZORY!!! Orginalne wzory DMC i z CrossStichera!!! W tym Anioł Bozego Narodzenia!

I to wszystko za jedyne 17 zlociszy...

Bajka!

Taki oto Mikołaj do mnie przyszedł początkiem grudnia!

A 11 listopada przybyli do nas: Król Życia Mruczek (biały) i jego Mroczne Alterego Pechowiec Skrzypek. Bracia.
Mruczek z życia czerpie pełnymi garsciami. Skrzypek, nie umie miauczeć (skrzypi jak juz musi), jest po ostrym zapaleniu jelit i poznał ciemną stronę nocy. Jak już wyzrowiał, postanowił czerpać z życia tak jak Mruczek w związku z tym nie ma już prawe żadnych wąsów bo sobie wszystkie połamał... Niezle z niego ziółko ;)

I może tyle na ten temat, bo ostatnio cokolwiek powiem, zostaje jak wiecie użyte przeciwko mnie...

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Weźmi czarno kure czyli tfu, tfu, na psa urok!

Przedostatni mój post kończył się słowami: "Zgłaszam VETO!"

"Mówisz-masz"- powiedział Pan Bóg, a Diabeł za jego plecami zasmiał się złosliwie...
Post pisalam z niedzieli na poniedziałek, a w poniedziałek rano o godzinie 7.10 rymsnęłam jak długa na chodniku. Można powiedzieć, że łapałam zająca, ale tak naprawdę to chciałam złapać zielone swiatło... Padłam jak długa twarzą w bloto posniegowe, ktore degustowalam niechcący. Pozbierałam się szybko, stwierdziłam: Zyję, jest dobrze. Wróciłam do domu, przebralam się i następnym pociągiem udałam sie do pracy mojej kochanej jedyne 80 km ode mnie. Do tej pory szło nieźle. Ale... hmmm.. co ten pociąg tak trzęsie, kolano boli, spodnie robia sie ciasniejsze, trace figure czy jak? Ręka zdrętwiała, kruca, nie jest dobrze. Dotelepalam sie jakos do pracy, w koncu przytrafiło sie to w drodze do, zatem zgłosić trza, protokół, dwoch swiadków i takie tam. A! I podbić książeczkę. OK Mogę zacząc peregrynować odwrotnie. Postanowiłam isc do SOR w moim miescie wiedząc ile trwa oczekiwanie mogłabym później kloszardować na dworcu do rana. Pomyslalam sobie: "Moze Panbucek zastosował swoją pokrętna logikę i chcial mi dać parę dni oddechu".

Może i chciał, ale nie znał chyba polskich realiow...

Dworzec.
Pierwszy dzień nowego rozkładu pociągów.
I schody.
Do przejscia podziemnego. I na peron.
Szlag! Nie jest to proste ze spuchniętym jak bania i bolącym jak jasny gwint kolanem.
Zlazłam.
Następnie wylazłam.
Co słyszę? "pociąg Regio z... do... wjedzie wyjątkowo na peron 2. Za zmianę peronu przepraszamy."
SZLAG!
Zlazłam. Wylazłam. Przyjechał. WLAZŁAM DO.
Stoimy.
Informacja przez radiolę "pociąg regio z... do... z powodu awarii w dniu dzisiejszym nie odjedzie. Na peron 1 zostanie podstawiony skład zastępczy. Podróżnych uprasza sie o opuszczenie skladu i zmianę peronu. Za utrudnienia przepraszamy"
SZLAG!!!
WYLAZŁAM Z. ZLAZŁAM DO PRZEJCIA. WYLAZŁAM NA PERON 1.
Podstawili zastępszy. Wlazłam do. Nabity na maxa. Stoję.
Jedziemy.
Dwie stacje przed moim miastem ZEPSUŁ SIĘ!!!
JASNY SZLAG!!!
O godzinie 18.30 bylam juz na miejscu. Odebrana przez Osobistego, zostałam zawieziona na SOR. O 1 w nocy byłam juz w domu.
Bez L4.
SOR jak sie później okazalo nie wydaje ale... jak Pan doktor slusznie stwierdził : "No to pani już wie, że osteoporozy to Pani raczej nie ma bo przy takim rymsnięciu to złamianie byloby z przemieszczeniem, a tak to stłuczenie tylko. Na L4 to prosze nie liczyć, bo, DROGA PANI, GDYBYSMY W TYM KRAJU DAWALI ZWOLNIENIA WSZYSTKIM CO SIE WYWROCILI TO NASZ KRAJ POGRĄZYŁBY SIE W KRYZYSIE"
Co racja to racja...Choć swiat juz od dwoch lat walczy to Polska jednak zieloną wyspą jest na mapie.
ALE MNIE CHOL... tego BARDZO boli...
Powiedzieć, że następnego dnia zerwalam sie rączo do pracy byłoby sporym nadużyciem... Czulam sie jakby mnie kto, nie przymierzając, bejsbolem przejechał...
"W życiu trza twardym byc nie miętkim" i żadna Pani Susan Ojczyzny w kryzysie nie pogrąży! Jakims tam pociagiem dotelepalam sie do pracy, posiedzialam, wrocilam. Nie dam sie zabić za stwierdzenie, że Polska moją pracą tego dnia aż tak bardzo się wbogaciła...
Następnego dnia Uczynni Gimnazjalisci wrzucili mi petarde pod nogi, która to petarda oczywicie wybuchła, robiąc w zimowym puchowym mym płaszczu 4 wielkie dziury!!!
JASNY (piii) (piii) (piii) SZLAG!
Zanim sie spostrzegłam uczynnie uciekli...
Nie powiem gdzie ja wtedy miałam Ojczyznę i Drogich Rodaków...
To był parszywy tydzień, do samego końca. I następny też nie lepszy
Ostatniego tygodnia czekałam jak kania dżdżu, bo od czwartku już było wolne! Jak na skrzydlach lecialam w srode po pracy do domu! Ale... co mnie tak glowa dziwnie ćmi? Po przyjciu do domu już wiedziałam...

MIGRENA!

Sprobujcie robić zakupy swiateczne z ogromnym bólem i swiatłowstrętem ze wszystkich sił starając się, za przeproszeniem, nie obheftać współklientów.
Wrażenia BEZCENNE, Za wszystkie inne wszak można zapłacić...

Jasny szlag! Niech ten rok sie już skończy!!!

P.S. A następnym razem to juz strach będzie zgłosić veto...

(SOR- Szpitalny Oddział Ratunkowy)

niedziela, 5 grudnia 2010

Candy adresik i małe usprawiedliwienie...

Ostatnio tak dużo sie dzieje, że nie mam kiedy napisać porządnego posta! Nazbierało sie juz pewnie na jakies trzy...
Po pierwsze już wiem, a przynajmniej na to wygląda, że pewnie nie zdążę z SAL-owym obrazkiem... Wieki już nie dziergałam! I niestety w najbliższych dniach się nie zanosi. Zaczął się gorący czas na studiach, kolokwia, kolokwia, kolokwia... te zaliczone i te nie ;)
W pracy młyn, a do tego pociągi+ snieg+ mróz+160 km do pokonania codziennie= DRAMAT!!! Codziennie jestem tak co najmniej godzinkę w plecy, w zeszły poniedziałek trzy... Przychodzę późno, chce mi się spać a tu obiad, małe sprzątanko (aby Polska nie zginęła) i... nauka...
Po drugie od 11 listopada mieszkają z nami 2 nowi współlokatorzy. Tak, Kochani, mamy 2 nowe kotki, które przyniosły do naszego domu, oprócz oczywiscie przewspanialej radosci, mnóstwo kocich choróbsk. Zwłaszcza jeden, który choruje na ostre zapalenie jelit. Już myslałam, że będzie po kociku... Ma antybiotyk i co się z tym wiąże, biegam z nim na zastrzyki. Doba stanowczo jest za któtka!
Po trzecie po pewnej wizycie w second handzie wzbogaciłam sie o taką perełkę dziergaczą, że normalnie jestem przeszczęliwa ! Problem z tym jest niestety taki, że to cudo czeka gdzies w lazience na pranie i obfotografowanie a ja się nie mam tym kiedy cieszyć!!!
Muszę powiedzieć, że już dawno takiego zawirowania w życiu nie miałam! To jest cos koszmarnego tak ciągle nie mieć czasu!!!
Zgłaszam VETO!

Z tego wszystkiego już jakis czas temu zapisałam sie na candy u Lacrimy. Chętnie zapisałabym się na jeszcze kilka ale nie mam czasu.
Nauka decupage jest moim marzeniem. I frywolitki, ale to kiedys. Decupage zdecydowanie na mojej licie jest wyżej.




Chwalić Pana Boga, że w mojej pracy mam prawo do wakacji...

niedziela, 21 listopada 2010

[*]



Parę lat temu odeszła Ona... On nigdy się z tym nie pogodził... Kochali sie tak bardzo, że po Jej odejsciu Jego życie straciło blask... Dzis sa już razem...
Zabrali ze sobą potężny kawał mojego dzieciństwa...

Wujku pozdrów ode mnie Ciocię...


* zdjęcie znalezione w sieci

czwartek, 4 listopada 2010

Aktualności

1). Pewna Pani pisze wielce intrygującą pracę magisterską. Wypelnilam zatem ankietę, czego i Wam, drodzy Współdziergacze, życzę ;o)



2). Postępy w dzierganiu wianka można zobaczyć TU

poniedziałek, 1 listopada 2010

Świąteczny SAL 2010

No tak.
Wiedziałam, że tak będzie.
Że nie wytrzymam i się zapiszę.
Nie miała baba kłopotu ;o).
Ale jak się na Boga nie zapisać, jak tam takie cuda powstają?

Do dzieła zatem.
Będę wyszywać wianek.
Proszę sie nie pomylić. To nie wianek, który MIAŁAM kiedys ;o), ani nie: KIEDYS będę wyszywać wianek, tylko TERAZ będę wyszywać WIANEK SWIĄTECZNY. ;o)
Bo tu, ze strony moich rodzinnych przesmiewców różne warianty już mi sugerowano ;o)



Wianek, jak wygląda, każdy widzi. Postępy swoje prezentujemy TU . Ja tutaj, na moim blogu nie będę nimi Państawa zanudzać. Uraczę Was efektem końcowym ( o ile takowy nastąpi ofkors!- jak nie nastąpi, to w odpowiednim czasie ukaże się z etykietą :Work in progess" na swiete nigdy) ;o) Może jednak nie będzie tak źle...

czwartek, 28 października 2010

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...

Gdzie mój wędras jest???...
Zabawa miała się skonczyć najdalej w lipcu a ja do tej pory wysłałam swoj, potem jeszcze dwa i słuch zaginął i po moim i po pozostałych...
Kto 'skrytożerczym' przetrzymywaczem wędrasiów jest? Hę?



'A taki byl piękny, amerykanski... szkoda'

środa, 27 października 2010

Co kobieta robi nocą?...

Dzierga koty ofkors!





A o czym pomysleliscie? Oj oj! :o) ;o) ;o)

Przypomnienie!

Do 27 listopada można wziąć udział w fajnym konkursie literackim (dziergaczo-literackim własciwie)

u aneladgam

Warto!

wtorek, 26 października 2010

A Dictionary of Homes (2)

Domki Kasiulka jutro a najdalej pojutrze pojadą do KasiS





Pierwszy raz dziergałam jedną nitką rozdzielonej muliny. Nigdy tak nie dziergałam ponieważ bałam sie prześwitow, tymczasem obraz dziergany jedną nitką wygląda jak naszkicowany delikatnie kredką. Przepięknie to wygląda na żywo i chyba muszę przewartościować swój system wartości dziergaczych ;) Nie zmienia to faktu, że co się naprułam to moje. Kolorki, które róznią się odcieniem o ton, dziergane nocą powodują pewnego rodzaju nadużycia wyrazowe ;) Wyrazy owe raniły uszy mojego wrażliwego meża ;) Jednakowoż (!) efekt wart był wysiłku ;)

czwartek, 14 października 2010

Tajemnica pustego przedziału...

Wszystkie tajemnice można łatwo rozwiązać, trzeba tylko pomysleć...

Codziennie pokonuję wiele kilometrów podróżując pociągami. Czasami są one zatłoczone a czasem mam przedział, ba nawet wagon, tylko dla siebie. Bajka? Nie do końca...
Tajemnica pustego przedziału jest banalna i zamyka się w kilku punktach:

1) Brak ogrzewania
2) Przerwanie trakcji kolejowej ( a ja dowiaduję sie o niej jako jedna z ostatnich ;) Eh, lajf)

Jakis czas temu zniknęło mi tło na moim blogu. Tajemnica: jak i kiedy dokładnie. Zagoniona nie zaglądałam tu juz chwilę.

Pytałam...
Na różnych forach rożnych fachowców...
Usuń ciasteczka. Zmień przeglądarkę. Usuń dodatki.

Nie pomagało...

Kiedy nie wiesz co zrobić przeczytaj instrukcję...

Dzis, tak z glupia frant, weszlam na stronę Nessy Vardamir od ktorej dostalam poprzednie tło. I oto co ukazało sie mym szukającym pomocy oczom:

"Error 503 - czyli blogger głupieje... a ja wraz z nim.
Po exporcie i imporcie danych z dwóch blogów i scaleniu w jeden- okazało się, że blogger poprzestawiał znaczniki w kodach.
A to znaczy, że poznikały tła u wszystkich, którzy korzystali z moich teł.
Właśnie je poprawiłam i jeżeli gdzieś komuś się jeszcze nie wyświetlają, to proszę:
Odnajdźcie swoje tła tutaj na blogu ( przez ETYKIETY ) i na nowo skopiujcie kody wklejając je u siebie na stronach."

I życie stało sie prostsze... ;) ;) ;)

niedziela, 3 października 2010

RR - A Dictionary of Homes (1)



Od tygodnia już u KasiS. Dobra wiem, że początek za miesiąc ;) Taki mały falstarcik nie w tę stronę co potrza ;) Ale chyba lepiej w tą niż w drugą? ;) ;) ;)
Pozdrawiam jesiennym sloneczkiem ;)

poniedziałek, 13 września 2010

Candy adresik



Rzutem na tasmę, bo losowanie 15 wrzenia u Lacrimy

czwartek, 9 września 2010

Wspomnienia z wakacji cz.2

Przychodzi facet do lekarza, pokazuje mu pamiątke z wakacji i pyta:
- Panie doktorze to krosty czy syfilis?
- Niestety syfilis - odpowiada lekarz
- No własnie, bo skąd u mnie krosty... ;) ;) ;)

Spokojnie, kochani podczytywacze, nie przywiozłam z wakacji choroby ani takiej, ani innej ;) Przywiozlam za to PRZEPIS. Mało tego. Przepis ów wcielilam w życie, sprawdzając organoleptycznie czy zjadliwy. Zjadliwy- w sensie "nadający sie do spożycia". Tyle, ze u mnie kuchenne akrobacje są tak samo prawdopodobne jak i te krosty u ww pana... Potrafię zepsuć każdy przepis i z każdego placka uczynić zakalec bądź deskę do zabijania much.
Chleb stał sie moim, ba, NASZYM, rodzinnym nałogiem, a pieczenie go - moim nowym hobby. Rozdaję go na prawo i lewo po kawalku z przepisem i pieką go już wszyscy w bliższej i dalszej okolicy. Można powiedzieć, ze rozprzestrzenia sie lepiej niz wszy ;) ;) ;)

Daję go i Wam, drodzy moi:

CHLEB

1 kg mąki "Diamant" (typ 405)
1 litr ciepłej wody (kranówka)
kostka drożdży
1 łyżka cukru
1 łyżka soli
1 szkl. otrąb pszennych
1 szkl. płatków owsianych
½ szkl. słonecznika
½ szkl. pestek dyni
½ szkl. siemienia lnianego

Wszystkie sypkie składniki wymieszać w misce. Zrobić zaczyn z drożdży (drożdże, 1 łyżka cukru, 1 łyżka mąki, 1 szkl. wody) Jak zacznie delikatnie rosnąć wlać do miski. Dopełnić resztą wody (3 szkl.) Wymieszać wszystko tak aby nie było grudek mąki. Podzielić na 2 części. Dwie foremki keksówki wysmarować lekko olejem, włożyć masę, wierzch lekko zwilżyć ręką namoczoną w wodzie. Piec 1 godz. w 180 stopniach C. Wkładać do zimnego piekarnika, nie czekając aż wyrośnie.
Alternatywnie można włożyć pojemnik z wodą (do piekarnika) żeby chleb był miękki. Ja nie wkładam, ale po wyjęciu z piekarnika na krotko przykrywam mokrą ścierką (5-10 minut)


Podobno ważne jest, zeby to była mąka Diamant. Nie pytajcie mnie dlaczego, bo to dla mnie zbyt trudne do ogarnięcia. Kupcie ją poprostu ;), albo kombinujcie z inną na własna odpowiedzialnosć ;)

Ja nie mam dwóch keksówek bo do tej pory nie mialam takiej potrzeby. Piekę je w keksowce i małej tortownicy:



Smacznego!

piątek, 27 sierpnia 2010

Wspomnienia z wakacji

Bardzo Wam dziękuję za wsparcie po odejciu Gryzeldy... To bardzo ważne.
Ten post napisałam zaraz po powrocie z urlopu, jednak złosliwosć aparatu który nie chcial oddac zdjęć i późniejsze wydarzenia spowodowały, że publikuję go dopiero teraz.


Urlop był krótki, jak to urlopy mają w zwyczaju ;) Ile by nie trwał zawsze będzie krotki. Zaplanowany był co do najmniejszego szczegółu ale jak to w życiu bywa… hmm… pogoda popsuła szyki.
Plan był taki: 4 dni Władysławowo, potem Kołobrzeg i Ogrody w Dobrzycy, potem odwiedziny Rodziny w okolicach Świnoujścia.
Władysławowo było strzałem w 10. Pogoda jak drut! Kobiety lubią brąz i kobiety miały brąz, a nawet czerwień i inne odcienie pośrednie ;) Trzeciego dnia wybraliśmy się z mężem rowerami do Helu… jakieś 40 km bo jeszcze kręciliśmy się po okolicy… Okolice przepiękne! Wzdłuż całego Półwyspu Helskiego jest ścieżka rowerowa i jedzie się jak po masełku brzegiem morza! Bajka! Niestety dla kogoś takiego jak ja, mającego siedzący tryb pracy… hmmm… dość powiedzieć, że okolice „okołopupia” … no cóż… Ale warto było ;) Jednak z powrotem wróciliśmy Pekapem nie wiedzieć czemu ;)
Nadmorski Park Krajobrazowy zaliczam na poczet odfajkowanych:



Następnego dnia zachmurzyło się i trochę popadało. Wprowadziłam w życie „Plan B”. Jak pisałam zabrałam ze sobą parę rozgrzebanych haftów. Zatem „Wiosna” Alfonsa Muchy doczekała się backstich’y:



Następnego dnia w planie była teleportacja do Kołobrzegu i dalej do Hortulus w Dobrzycy. W tym momencie diabeł ogonem nasz urlop nakrył!!! Od tego momentu wszystkie plany jeden po drugim brały w łeb! O jaka ja byłam nieszczęśliwa!!!
Otóż zaraz jak wyjechaliśmy z Władysławowa do Gdyni otwarło się niebo i wylało cała wodę jaką w sobie miało… Lało całą drogę z Gdyni do Kołobrzegu. I to lało tak potężnie i wiało tak okrutnie, ze łamało drzewa… Nawet w Wiadomościach o tym mówili. Jasny szlag! Nie tracąc nadziei, z duszą na ramieniu jednak przedostaliśmy się do Dobrzycy. Dostać się tam… no cóż bardzo trudno jest jak się nie ma własnego środka transportu i tylko liczy na publiczny. A liczyć na publiczny musieliśmy, gdyż 2 dni przed wyjazdem jakiś pan oślepiony słońcem wjechał nam w diup.
Dojechaliśmy. Weszliśmy do sklepu zaopatrzyliśmy się w płaszcze przeciwdeszczowe a tu zonk!!! Ogrody zamknięte z powodu zalania!!! Ogród japoński a w zasadzie oczko wystąpiło z brzegów! Jasny szlag!!!
Co ja się naprosiłam tych ludzi :
- biorąc na litość (taki szmat drogi przebyliśmy)
- oraz podstępem (zakupimy u Państwa kalosze w cenie bardzo drastycznej)
- znowu litością (napiszemy oświadczenie, ze wchodzimy na własną odpowiedzialność a jak się utopimy zrezygnujemy z odszkodowania ;) )
Jedyne ustępstwo na jakie poszli to pozwolili obejść naokoło i porobić kilka zdjęć przez szpary w ogrodzeniach… Dali nam także pana anioła stróża, który pilnował, żebyśmy jednak się nie pomylili i nie weszli przez czysty przypadek, no bo przecież nie specjalnie ;) ;) ;)
Opłakane (bardzo dosłownie) efekty tego spaceru widać poniżej :













A mnie, tak samo jak i Wam, pozostaje tylko spacer wirtualny
No chyba, że ktoś poczuł się w jakiś sposób zachęcony i zapragnie pojechać. Trudno powiedzieć czy polecam (buuu!) ale z tendencją na „tak”. Ja w każdym razie kiedyś je zobaczę (cholera jasna!)

Tego samego dnia przedostaliśmy się w okolice Świnoujścia. Następnego dnia pogoda jak drut!!! Holender jasny złośliwy jeden!!! Słoneczko, fakt, że i wiaterek ale jednak NIE padało!!! Podłość (ludzka?) nie zna granic!
Na znak protestu wcielałam w życie drugą część „Planu B”.
„Jesień” Alfonsa Muchy doczekała się backstich’y:



Tym samym wszystkie Cztery Pory Roku czekają na wypranie i oprawców.
Potem pospacerowalismy troszkę po Puszczy Goleniowskiej
Reszta w następnym poście.

niedziela, 22 sierpnia 2010

Dzierga się



RR u KasiS
Obrazek ma być wyslany 1.09. 2010.
Wystarczy "tylko" wyszyć domek...

czwartek, 12 sierpnia 2010

Żegnaj...

Przyjaciółko szarych dni...



Moja iskierko szczęscia... spoczywaj w pokoju...

wtorek, 10 sierpnia 2010

"Miejsce"

Urlop się skończył jakiś czas temu, ale jakoś nie mogłam się wziąć za pisanie. A pisać jest o czym... Najpierw jednak obiecane „Miejsce”. Znajduje się ono w Warszawie i ciekawa jestem czy Warszawianki będą wiedzieć gdzie dokładnie ono jest ;) Rozwiązanie quizu na końcu posta.
Uwaga, zaczynamy:



Dach garażu:











I pomysl z trawą, który już wykorzystałam w moim prywatnym Kew Gardens ;)



I zjazd dla niepelnosprawnych





Czy już wiecie gdzie to jest???

Jeszcze nie?

No to podpowiem ;)



Myslicie, ze doceniają fakt, ze pracują w tak pięknym miejscu???

Hmm...

W drodze powrotnej już w Krakowie, a dokładniej w Galerii Krakowskiej zakupiłam sobie coś o czym marzyłam od baaardzo długiego czasu! A jest to… kanwa 14 w kolorze surowego lnu!
Kosztowała majątek, ale co tam. Hobby to hobby ;)



Kolor, jak to zwykle z kolorami na zdjęciu bywa, przekłamany.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Niespodziewany wyjazd!

Kochani 'Miejsce' musi poczekać. Wszystko musi poczekać ;)
Jadę na niespodziewane wakacje nad Bałtyk. Decyzja z tzw 'dzis' na jutro'. Małżonek dostał urlop a to u niego baaardzo wielka rzadkosć! Musimy to wykorzystać. Postanowilismy objechać Wybrzeże od Gdańska do Swinoujscia, zaliczając po drodze kilka parków i ogrodów...
Trzymajcie kciuki, bo akurat za oknem niezłe pandemonium jest. Jakas burza gigant...

Będę za dwa tygodnie!

Pa!

P.S. Zabieram jakąs gigantyczną liczbę rozgrzebanych haftów ;) w razie gdyby taka pogoda jak ta teraz za oknem miała potrwać dłużej... (tfu, tfu, tfu! na psa urok!)

czwartek, 15 lipca 2010

Ogrodowy weekend rozmaitości cz. 3

Była proza, potem poezja, teraz czas na 'tfurczosć' własną... 'From the mountain' bardzo przepraszam ;) ;) ;)

Z Ogrodu Botanicznego do Ogrodu Ujazdowskiego prowadzi kładka, wzdłóz której jest niby to zwykła rabatka...



Lecz jak się jej tak bliżej przyjrzeć...









... można zobaczyć przesłanie dla kosmitow... WWRRRÓÓÓĆĆ! Dla samolotow ofkors ;)

Dla tych, którzy nie znają Warszawy od strony ogrodów: wzdłuż Alei Ujazdowskich znajdują się obok siebie 3 wielkie parki. Pierwszy, ktorego nazwa sprawia najwiecej radosci obcokrajowcom - Łazienki, następnie Ogród Botaniczny, dalej kladka nad jakąs okrutnie ruchliwa ulicą i Park Ujazdowski (w dwóch częsciach). Z braku czasu zwiedzilam tylko jedną. Parki te w sobotnie popołudnie były prawie calkowicie wyludnione. Jako, że poruszam sie po nieznanych mi miejscach zazwyczaj kompletnie bez planu miasta, za główne źrodło informacji sluży mi przyslowiowy 'koniec języka'. I tak też dowiedziałam się o drugiej częci Parku Ujazdowskiego, że piekny, że stare domy, że warto odwiedzić, ale, tu cytat "Pani, nie samej bo tam strasznie torebki wyrywają". No to nie poszłam, zeresztą czas mnie okrutnie gonił. Będzie okazja za rok ;)
Zreszta już ta pierwsza częsć zachęca do tego, zeby tam jeszcze wrocić. Zobaczcie sami...













I skwerek z rzeźba dla dorosłych, nieletnich uprasza się o zamknięcie oczu ;) ;) ;)



I ostatni rzut oka przed wyjciem



Jeszcze chwila i zamienię sie w warszawską syrenkę ;)



Zachęcam Wszystkich, ktorzy odwiedzaja Stolicę do odwiedzenia tych sąsiadujących ze sobą parków. A moze i rdzennych mieszkańców, na codzień zagonionych, na chwilę oddechu w zielonej oazie? Z doswiadczenia wiem, że własnego miasta można nie doceniać i nie widzieć jego uroku. Dopiero spojrzenie z zewnątrz jest kierunkowskazem ;)
Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze. Miło, ze posty nie-dziergacze też wywołują chęć komentowania ;)
Udręczonych moimi ogrodami uspokajam: dzierga się ;)i to sporo ;) i się fajną dzierganą rzecz w podroży kupiło, ale o tym jak opuscimy 'Miejsce'...