Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seria: o mnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seria: o mnie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 października 2012

Błogosławieństwo


Błogosławieństwo
Wielu ludzi przechodzi jeszcze etap buntu... Nie ma w tym nic złego, tyle że jest mi szkoda ich zmarnowanej energii.
Obiecałam, że napiszę artykuł jak ja wyszłam z tego etapu choć nie wiem czy mi się uda zrobić to zrozumiale.
Zacznę może od tego, że zostaliśmy wzajemnie zaprogramowani ... stworzyliśmy sobie boga na nasz wzór i podobieństwo, a więc oddzielonego od nas. Do tego większość z nas nawet myśleć się boi, że jest potężna i ma moc stwórczą... I ten początek jest doskonałym momentem byśmy wzajemnie sobą manipulowali, zrzucając winę na "innych", nie ważne czy to na sąsiada, współmałżonka czy też na Reptirian i rządy tajne... tak, czy tak ego się cieszy, samolubstwo rośnie i miota nami jak wiatr jesiennym liściem.

Kluczem jest  ODPOWIEDZIALNOŚĆ.

W innych artykułach pisałam już jak trudno było mi się przyznać do wielu cech inwolucyjnych...

Miałam takie doświadczenie....




... Kilka lat temu gdziekolwiek się nie ruszyłam, tam była jakaś wiadomość, że ktoś zabił małe dziecko... to mnie bardzo poruszało, emocje mnie rozsadzały. Wpadłam na pomysł, by nie włączać radio, aby nie słyszeć tych wiadomości... nie pomogło. Wiadomości mnie nadal zalewały aż w końcu zamknęłam się w domu, wszystko powyłączałam i zaczęłam dosłownie wykłócać się z bogiem ... ze sobą ... z Jeszuą... nawet nie wiem z kim... bunt tak był wielki, że walczyłam z całym światem.

Moim argumentem było, że ja nigdy nie zabiłam dziecka, więc nie ma we mnie winy. Logiczne, prawda?

A jednak odpowiedź mnie powaliła... to, że nigdy tego nie zrobiłam nie oznacza, że nie jestem do tego zdolna... emocje ponownie zagotowały się. Na tym przykładzie pokazano mi, że też mam ręce i też mogę dzieckiem walnąć o cokolwiek... różnica tkwi jedynie w dokonanych wyborach. Emocje się nieco uspokoiły, zaczęłam słuchać.
Dowiedziałam się, że mam możliwości takie same jak mordercy dzieci i to właśnie świadczy o mojej równości z nimi...
Ha ha ha, moje ego nadal było zbuntowane. Jednak dalsza część tej nauki, wprawdzie dopiero po wprowadzeniu w życie, jednak mnie odmieniła.
Okazało się, że moje emocje są jakby informacją, gdzie jest potrzebna moja energia do wprowadzenia harmonii.
Na gorąco rozpoczęłam błogosławić wszystkich morderców dzieci, prosząc by biorąc dziecko na ręce zapewniali mu bezpieczeństwo... Nieco uspokoiłam się i przy następnych wiadomościach na ten temat kierowałam swoją energię na błogosławieństwo... Szczerze mówiąc nabierałam przekonania, że tak będzie w nieskończoność a jednak się myliłam.
To doświadczenie trwało kilka miesięcy, aż nabrałam nawyku i ... od lat nie słyszę już o mordach na dzieciach.... serio, nie twierdzę, że ich nie ma. Wiem, że w tym temacie swoją pracę wykonałam.

Jednak to doświadczenie, to był dopiero początek. Do dziś badam swoje emocje i zdarzenie, które je wywołuje traktuję podobnie.

Przestałam marnować swoją energię na pretensje. Owszem, zdarza się jeszcze, że trwa chwilę zanim się połapię ... nie jestem doskonała... jednak dość szybko się orientuję i wracam do błogosławieństwa, bo to działa.

Jak wiemy, Ziemia jest na końcówce wszystkich cykli i trzeba posprzątać plac zabaw.
Nieustannie zalewani jesteśmy wiadomościami o destrukcji...
Radium Solaris ... kosmiczna rasa z innej konstelacji, mówi tak:

" Nieharmonijne zachowania generujące przemoc, zamieszanie, lęki, niepokój, nieszczęścia, ból, urazy, podziały muszą zostać przetransmutowane w działaniach na rzecz dobra wszystkich współbraci, wszystkich stworzeń i innych form życia istniejących na planecie..."
Niech więc nie dziwi fakt, że nasze emocje mogą być poruszone... praca jest ogromna, a świadomych pracowników niewielu.

Kochani, życzę nam by wystarczyło nam odwagi i siły błogosławić każdą destrukcję i transmutować w Piękno i Harmonie dla naszego wspólnego dobra.


Hania

Cytat pochodzi z książki: Radium Solaris Most kosmicznego światła autora Ramaathis - Mam.

wtorek, 16 października 2012

Przyjaciele


Przyjaciele

Architekci z konstelacji Perseusza, przekazali, że wszelkie cierpienie jest lekarstwem na choroby Ducha.

Mój duch musiał być poważnie chory, bo większość doświadczeń ziemskich w moim długim życiu mogę przyrównać do zażywania chininy ... wydawało mi się chwilami, że nie dam rady. I właśnie w takich chwilach pojawiała się pomoc.

W tym artykule opiszę moich przyjaciół, którzy wiele lat pomagali mi przetrwać i zrozumieć najtrudniejsze momenty jakie sobie stworzyłam. Ponieważ doświadczenia ziemskie były nazbyt intymne, więc oszczędzę opisu tych doświadczeń a skupię się na pomocy jaką otrzymywałam.

Kiedy opuściły mnie Istoty o wyglądzie przypominającym motyle, czułam się bardzo osamotniona. W moim otoczeniu nie było kogoś, kto by pocieszył czy przytulił, ot tak z czystej bezinteresownej miłości... sami twardzi nauczyciele... ech myślałam, że już tylko poduszka będzie przyjmować moje łzy i narzekania....

Aż tu nagle, w środku dnia stanął przede mną jegomość nie z tego świata, choć całkiem realny, mogłam go dotknąć nie tylko zobaczyć. W zdumieniu przyglądałam mu się. Był mego wzrostu, dość "okrągły", miał głowę smoka i pulchne wszystkie kończyny. Jego skóra miała kolor omszałej zieleni, którą okrywał zabawny strój na wzór staromodny a na głowie miał czapkę z daszkiem. W sumie niesamowicie przyjacielski i taki uśmiechnięty każdą komórką.
Przytulił mnie swymi grubymi łapkami i powiedział, że jest moim dziadkiem i już nie może dłużej spokojnie patrzyć na moje życie, bo serce mu pęka. Zalała mnie fala ciepła, spokoju i takiej miłości, że  prawie tonęłam we łzach wzruszenia. Powiedział, że mam go wzywać za każdym razem, gdy tylko uznam to za potrzebne.

Pierwsza wizyta trwała tylko moment, jednak ten moment dał mi siłę do dalszego życia.
Z Dziadkiem widywałam się bardzo często. Z czasem, jak się przystosowałam energetycznie, zabierał mnie do siebie.
Pierwszy raz znalazłam się na Jego terenie, kiedy to przygniotło mnie ogromnie trudne doświadczenie ... wyglądało jakbym była sama jedyna na tym świecie pełnym zła... wtedy zabrał mnie w podróż.
Znalazłam się na pięknej łące porastającej zbocze góry. Sam widok zapierał dech w piersiach i to czyste krystalicznie powietrze... i zapachy, aromaty nie znane na Ziemi.
U boku Dziadka pojawiła się niesamowita Smoczyca. W odróżnieniu do ciemnozielonego Dziadka, cała była biała, bardziej smukła i taka pełna miłości, spokoju... przytuliła mnie i powiedziała, że jest partnerką dziadka i bardzo chce bym poczuła ponownie radość (zgubiłam tą radość i myślałam, że na zawsze).

Oboje mnie objęli i poprowadzili w dół zbocza, skręciliśmy za skałą i moim oczom ukazał się rozkoszny widok... na łące baraszkowało bardzo dużo małych smoczątek, lekko popchnęli mnie w ich kierunku i powiedzieli, bym dobrze bawiła się z rodzeństwem.
Dorosłe smoki obserwowały całą zabawę i nie ingerowały. Jak sięgam pamięcią, na Ziemi nigdy nie bawiłam się tak radośnie i zapamiętale... jednak przyszedł czas powrotu.
Nie bardzo chciałam powracać, jednak Dziadek powiedział, że tak trzeba i jeszcze, że mam zadanie nie zakończone, jednak nie powiedział jakie to zadanie. Natomiast poprosił bym po powrocie przywoływała radość, przykładowo na spacerach. Powiedział, że mam otwierać usta i wydawać dźwięk, aż rozpoznam w nim to doświadczenie, które właśnie opuszczałam.
Długo to trwało nim udało mi się poczuć ponownie to uczucie radości...

Innym razem Dziadek i Biała Smoczyca pokazali mi swoją jaskinię pełną wewnętrznego światła i przeogromnych kryształów w najróżniejszych kolorach. Często bywałam w tym domu moich przyjaciół. Jednak moja ostatnia wizyta wyciska nawet w tej chwili fontannę łez.

Mniej więcej sześć lat temu, w 2006 roku pojawił się Dziadek, był bardzo zamyślony i poprosił bym odwiedziła jego jaskinię. Na miejscu byliśmy prawie natychmiast. Długo mnie przytulał... nawet teraz gdy piszę te słowa wstrząsa mną płacz... wiedziałam, że coś wisi w powietrzu, jednak nie wiedziałam co, a Dziadek tym razem był bardzo milczący.

Po chwili poprosił bym zbliżyła się do kryształów. Przede mną ukazało się siedem kryształów wyrzeźbionych w niesamowicie piękne trony. Poprosił bym siadała na tronie na jego znak i w kolejności jaką mi wskaże.
Pierwszy  tron był z przezroczystego wyraźnie czerwonego, a jednak jasnego czerwonego kryształu.... siadłam... było to wygodne siedzisko i czułam się tak bezpiecznie. Po chwili Dziadek pokazał mi następny. tym razem koloru przezroczystej moreli tron... Kolejny miał kolor jak słońce... następny jak nieoszlifowany szafir... tak przesiadałam się jeszcze na niebieski... ciemno granatowy (indygo) i ostatni był tak eterycznie delikatny kolor... ni to biały, ni to jasno fiołkowy...

Gdy zeszłam z ostatniego tronu, Dziadek patrząc mi głęboko w oczy powiedział, że musi zniknąć na jakiś czas z mojego życia, bo ma bardzo pilne sprawy... nie mogę go na razie wzywać... on sam jak już będzie mógł przyjdzie do mnie...
Widząc moją rozpacz powiedział, że jestem teraz już przygotowana i mam robić to co jest właściwe... mam iść wśród ludzi i być im przyjacielem. Mam tulić płaczących, uśmiechać się do smutnych i robić to co moje serce powie.
Wiśta wio, łatwo powiedzieć... a ja bałam się ludzi tylko potrafiłam ten strach ukryć ... Dziadek jednak wiedział o tym i powiedział, że otrzymałam wszystko, co mi będzie potrzebne... jeśli uznam że potrzebuję więcej pomocy, mogę przyjść do tej jaskini sama i powtórzyć to doświadczenie...
 Miałam jeszcze miliony pytań i chyba liczyłam, że tak zatrzymam Dziadka.... jednak On rozmył się przed mymi oczami...

Pozwólcie, że na tym skończę, bo fala wzruszeń mnie zalewa a chcę edytować ten tekst jak obiecałam jednak przeszkadza mi morze łez, więc wybaczcie... jak będę gotowa napiszę więcej.

Tak jak obiecałam, płaczących przytulam, smutnych obdarzam uśmiechem... łączę własną radość i miłość z Twoją...
Hania









poniedziałek, 15 października 2012

Moment jak wieczność


Moment jak wieczność




Przyszedł czas, gdy mogę już mówić otwarcie, więc w tym artykule podzielę się kolejnym momentem z mego życia, który mimo upływu czasu pozostaje wciąż świeży i żywy we mnie.

Moi rodzice przeszli gehennę drugiej wojny światowej i po wyzwoleniu postanowili się oddzielić od kościoła ... nie tyle od tego czegoś większego, nie od tradycji rodzinnych... tylko od instytucji. Więc kiedy się urodziłam jako ich trzecie dziecko, postanowili, że jako jedyne z rodzeństwa nie będę ochrzczona... To miało dla mnie wiele implikacji, jednak ten artykuł jest nie o tym.

Tak więc nie miałam kontaktu z religią instytucjonalną, miałam też niewielu przyjaciół wśród rówieśników, bo dla nich byłam odszczepieńcem... takie były początki mojej drogi w dorosłe życie.


Od najmłodszych lat byłam mocno zżyta z przyrodą... godzinami spędzałam czas z ptakami, ślimakami i innymi braćmi mniejszymi.... zresztą to zostało mi do dziś.

Zdarzenie o którym jest ten artykuł miało miejsce około pół wieku temu. Uczęszczałam już do liceum... miałam nie więcej niż siedemnaście lat.

Pewnego dnia, szłam jak codziennie do szkoły. Mieszkam w małym i malowniczym miasteczku. Przechodziłam właśnie przez niewielką rzeczkę, obok starego i pięknego budynku, w którym do dziś znajduje się bank. Tak więc po prawej i lewej stronie miałam zieleń skweru, a na wprost właśnie ten budynek banku, natomiast w głębi, w tle był budynek mojej szkoły. Moje plecy ogrzewało wrześniowe słońce, a w sercu czułam dziwną tęsknotę choć nie wiedziałam za czym tak mocno tęsknię....
Jakiś impuls nakazał mi podnieść głowę i zobaczyłam ... To co zobaczyłam trudno jest oddać słowami nawet poety, więc wybaczcie mi, że ułomnie to opiszę.

Nad budynkiem banku unosił się złoty, błyszczący słonecznie pojazd podobny do tych z rycin o rydwanach. Wszystko było złote, łącznie z przepięknymi i ogromnymi rumakami.
W pojeździe była tylko jedna postać .... osoba bardzo wysoka. Miała ponad trzy metry wzrostu a może nawet więcej, biło z niej piękno, doskonałość i coś jakby dostojeństwo. A jednak ta postać była bardzo przystępna i mimo majestatu w dziwny sposób bardzo bliska. Serce młodej dziewczyny gwałtownie zabiło. Pomyślałam, że jest to mężczyzna, którego pokochałam... usłyszałam Jego piękny, dźwięczny głos : Chcesz przejechać się ze mną?

Natychmiast znalazłam się w tym rydwanie obok Niego. Powiedział mi ze śmiechem, że nie jest ani mężczyzną ani kobietą ... dopiero po latach dowiedziałam się, że taką postać mają istoty z innych wymiarów. 
W tym momencie byłam tak zachwycona i zafascynowana, że z wrażenia nawet nie pamiętałam imienia jakie mi wymienił... nie pamiętam gdzie byłam ani co robiłam a nawet jak długo trwało to doświadczenie.... Byłam SZCZĘŚCIEM...
W pewnym momencie pomyślałam, że pewnie już rozpoczęły się lekcje, jednak dla mnie to już nie miało żadnego znaczenia... Jednak Istota zatrzymała pojazd nad budynkiem mojej szkoły a ja posłusznie znalazłam się przed drzwiami wejściowymi. Było mi bardzo smutno i źle, że mam wracać do tego świata nieprzyjaznego. 
Usłyszałam tylko: tak trzeba. Gdy pojazd znikał usłyszałam jeszcze, że będzie przy mnie i kiedyś ponownie się spotkamy ... i ten jego kojący, perlisty śmiech wypełnił moje obolałe serce jak balsamem.

Do szkoły weszłam zdziwiona, że nikt nic nie widział, wszyscy spieszyli się do klas tak jakby się nic nie stało... a ja byłam odmieniona.
Pierwszą osobą jaką spotkałam była moja polonistka, która zauważyła że coś mi się przytrafiło... tak kobieta długo była mi nie tylko nauczycielem ale i również przyjacielem.
Opowiedziałam jej co mi się przytrafiło... wysłuchała w skupieniu i szacunku. Jednak poprosiła bym nikomu o tym nie opowiadała, bo ludzie jeszcze nie są gotowi usłyszeć.

W mojej głowie powstała myśl, że ta Istota, to pewnie to COŚ, bóg... chciałam koniecznie dowiedzieć się więcej. Moja polonistka, kochana kobieta, pomagała mi więcej niż tamte warunki pozwalały, poznać odległą starożytność... mitologię... a nawet kontynuację tych "mitów" w obecnym życiu. Za jej namową przeczytałam cały Stary Testament, wiele sutr i Wedy... szukałam tej ukochanej Istoty jednak nie znalazłam jej tam, gzie jej wówczas nie było...

Ziemskie doświadczenia toczyły się swoim rytmem, a moje poszukiwania swoim... Mijały lata, zmieniały się koleje mego losu.... aż teraz mogę dzielić się swymi wspomnieniami... 
Właśnie to jest jednym z wielu.

Pozdrawiam wszystkich czytających, życząc im również spotkania ze swoją Istotą.

 Hania


wtorek, 9 października 2012

I tak to jest









W tym artykule opowiem o pewnym przełomie, który ma wiele wspólnego z obecnym teraz.
Pod koniec ubiegłego wieku w mim życiu następowały gwałtowne zmiany i nawet wtedy mówiłam , że świat mój się wali... ha ha ha nawet nie wiedziałam, że to dopiero początek. Życie mnie przygniatało, więc zaczęłam szukać rozwiązań. Nie było to proste, bo wiedza na temat duchowości była jeszcze prawie niedostępna, jednak jakimiś kanałami koleżanka znalazła mistrza Rei Ki i zdecydowałam się na inicjacje.
Po pierwszym stopniu byłyśmy zachwycone nowymi możliwościami i bardzo często robiłyśmy sobie na wzajem zabiegi. Do mego życia wkroczyła magia.
Na początku pojawiły się przepiękne Istoty o skrzydłach jak u motyli, bajecznie kolorowe. Mnie prowadziły zielona i niebieska... Zaczęła się moja nauka, którą dzieliłam się z koleżanką. Świat, który mi pokazały był tak fantastycznie piękny, że z trudem wracałam do swojej rzeczywistości. Po prostu bajka nieco podobna do przedstawionej w filmie Awatar.
Tuż przed inicjacją drugiego stopnia, Ula robiła mi zabieg. Położyłam się wygodnie, zamknęłam oczy i od razu pojawiły się obie Istoty, roześmiane zachęciły mnie do podróży.
W miarę jak pędziliśmy z niebywałą prędkością znikały miejsce, w którym byłam... cała Ziemia zamieniła się w piękną błękitną kulę... mijaliśmy gwiazdy.... miałam wrażenie, że cała podróż odbywa się jak jazda windą. Po jakimś czasie z ciemni kosmosu wyłoniła się inna planeta. Nawet nie zdążyłam dokładnie jej się przyjrzeć bo nagle wylądowaliśmy przed dziwnym i ciekawym obiektem. Było to coś na wzór wielkiego budynku o kulistych kształtach i całkowicie zrobiony jakby z przezroczystego diamentu. Miałam wrażenie, że świeci i przekonanie, że jest przezroczysty choć z zewnątrz nie było widać co jest w środku.
                                         Krętą ścieżką Istoty poprowadziły mnie w stronę budynku. Bardzo wysokie drzwi same się otworzyły i weszliśmy do środka.


Było to dziwne i ogromne pomieszczenie całkowicie zalane światłem, choć nie zobaczyłam źródła tego światła. Na środku tej sali było coś na podobieństwo łóżka operacyjnego... trudno to opisać znanymi słowami. Moi opiekunowie poprosili, bym się położyła na tym łożu. Gdy już leżałam, zobaczyłam że u góry, pod sufitem jest coś na wzór oszklonej antresoli całkowicie wypełnionej różnej maści i kształtu Istotami. Czasem można zobaczyć coś takiego na ziemi, gdy studenci medycyny obserwują operację...trochę poczułam się nieswojo, zrodziła się wątpliwość jednak sprawy potoczyły się szybko.
Do sali wszedł dość niski i szczupły człowieczek o wyglądzie szalonego naukowca... był ubrany w marynarkę, koszulkę sportową i zwykle spodnie. Przykuły mą uwagę jego włosy dość jasne kręcone, z regularną łysiną na ciemieniu... często drapał się po tym miejscu. Dość szybko chodził wkoło stołu na którym leżałam a moi przewodnicy coś mu tłumaczyli. Rozmawiali bardzo śpiewnym językiem, którego nigdy nie słyszałam.
Po chwili usłyszałam, jak ten profesorek mówi: tak schrzanionego człowieka jeszcze nie miałem.
To mnie poruszyło, chciałam coś wyjaśnić... zaprotestować, jednak uciszył mnie wzrokiem.

Właściwie to mnie nie uciszył tylko spojrzał na sam środek kopuły, skąd zaczęła spływać... no właśnie, nie mam słów, więc opiszę jak to skojarzyłam. Było to pasmo jakby tęczy z dodatkowymi kolorami... razem naliczyłam tych kolorów trzynaście. Płynęły miękko, w regularnych odstępach  skręcając się jak sploty sznura.
Gdy obserwowałam to zjawisko, usłyszałam wyraz DNA (wtedy niewiele wiedziałam co to jest) i zrozumiałam, że teraz będę już kompletnym człowiekiem... następnie wszystko zniknęło i prawie natychmiast znalazłam się w moim ciele. Jeszcze moi eteryczni przyjaciele uściskali mnie, następnie oddali głęboki ukłon i nim zdążyłam się im ukłonić zniknęli...
Otwarłam oczy i ze zdumieniem stwierdziłam, że jest już ciemno... spytałam jak długo trwał zabieg. Byłam przekonana, że na maksa pół godziny... Okazało się, że minęło prawie pięć godzin !!!
Po tej podróży moi eteryczni przyjaciele już się nie pojawili... było mi smutno bez ich towarzystwa. Nawet namalowałam ich postacie w nadziei, że się pojawią... niestety te Istoty już się nie pojawiły.
Zrobiłam drugi stopień Rei Ki... następnie mój mistrz stwierdził, ze tylko po znakach dodatkowych mogę otrzymać pierwszy znak mistrzowski, poddałam się presji... i tu nastąpił zwrot na mojej drodze. Nastąpiła dłuższa przerwa, bo aż trzy letnia... ale to już temat na kolejny artykuł.


Pozdrawiam Świetliście i Radośnie
Hania

piątek, 3 lutego 2012

Jestem kim jestem



Seria: o mnie

Cała moja nowa droga rozpoczęła się pod koniec lat 60 ubiegłego wieku. Byłam młodziutką osobą, niespełna 19 lat, i kształtowaną przez poprzedni (i obecny) system edukacyjny. Tak po prawdzie nie miałam z kim porozmawiać o tym co dzieje się w moim wnętrzu. Były to czasy "głębokiej komuny", w których nawet kościół jako instytucja nie potrafił się odnieść do tego typu zagadnień, nie tylko bliska rodzina. Wszyscy się bali ... takie to były czasy.

Jak nastąpił przełom polityczny ... zaczęły namnażać się w postępie geometrycznym różne trendy ezoteryczne, różnej jakości i ogromne ilości książek. Szczerze mówiąc było tylko trudniej ...
Dopiero od około 6 lat przybywa tej właściwej świadomości prawdy i przestaję być traktowana przez otoczenie jako dziwoląg.

Od późnych lat 60 ubiegłego wieku miałam kontakt z wirami bajecznie kolorowych energii, które w języku ludzi znane są pod nazwą Anioły. Z czasem te wiry w dynamiczny i falowy sposób pokazywały mi geometryczną budowę Wszechświata. Pokazywały jak określona bryła rozbudowuje się i jak się nadbudowuje, i jak tworzy się przepiękny wzór pełen zmieniających się kolorów.

Poprowadzona przez te piękne Istoty spisałam wiedzę, w sposób zrozumiały dla ludzi i tak w 2005 roku zaistniała strona "Skrzydła Anioła". Z różnych przyczyn przeniosłam się na blogera w 2009 roku i umieściłam tą wiedzę na blogach: Anioły i ludzie, oraz Runy i moje ich rozumienie. Osobnym blogiem jest Homoseparatus, gdzie dzielę się swoją wiedzą z zakresu "Instrukcji obsługi człowieka".

Wracając do tamtych dawnych czasów ... wówczas królowała tylko i wyłącznie fizyka Newtona. To wszystko czego doświadczałam było tak wielkim zagrożeniem, że w imię jedynie słusznej wartości działała inkwizycja społeczna poprze wyśmiewanie czy nawet umieszczanie w zakładzie psychiatrycznym. Jakoś udało mi się przeżyć te trudne czasy ... W moim wnętrzu,pod wpływem osobistych doświadczeń,a zrodziła się silna potrzeba bycia pomocą dla ludzi, którzy dopiero się budzą lub rozpoczynają kroczenie nową drogą, drogą światła.
Tak zrodziła się idea Gabinetu pod Aniołami.

Od moich pierwszych doświadczeń do dziś upłynęło 40 lat. Zmieniło się we wszystkich dziedzinach życia bardzo, bardzo dużo i w tym 2012 roku zmiany postępują jeszcze szybciej. To wygląda tak, jakby nasz świat pogłębił się w chaosie... i jest to świetny moment.
Możemy w tym czasie odbić się od dna upadku ludzkiej świadomości i wspólnie budować nową i lepszą rzeczywistość opartą na wzajemnym szacunku. I dobrze się stało, że ziemska nauka, choć w bólach, to jednak rozwija się w kierunku prawdy oraz włącza te poziomy abstrakcji, które w przeszłości znane były tylko mistykom. Jest to droga do zrozumienia siebie samego i świata w którym żyjemy, jak również własnej roli jaką odgrywamy w budowie tej rzeczywistości.

"Prawda cię wyzwoli" jest stwierdzeniem prawdy, do której z pokolenia na pokolenie świadomość ludzi dojrzewała.
Obecny, 2012 rok, jest tym momentem czasu, w którym domykają się wszystkie cykle ... jeden po drugim... a w społeczeństwie gwałtownie wzrasta świadomość. Podobno do końca roku ludzie z rozwiniętą świadomością osiągną masę krytyczną i rozpocznie się powszechna budowa nowych cykli zwanych "czwartym porządkiem Pana".

Bez względu na poziom świadomości, każda Istota ma do odegrania w tej budowie swoją rolę. Wystarczy zrezygnować z nawyku oceniania zjawisk i ludzi ... i rozpoznać własne zadanie w tym wielkim dziele.
Nie ma znaczenia jak będziesz ćwiczyć i rozwijać swoją kreatywność. To może być zarówno gotowanie potraw, czy pisanie wierszy lub prozy... czy jeszcze coś innego.  W tym wszystkim chodzi o bycie kreatywnym na różne sposoby i pozostawanie w szacunku do drugiego człowieka uznając jego prawo do własnych wyborów.

Ten artykuł powstał w odpowiedzi na wiele pytań czytelników młodszych niż ja sama ... moje artykuły nie płyną z mego ludzkiego mózgu (jest on tylko komputerem biologicznym)... one płyną z licznych doświadczeń mojej Istoty.

W głębokim szacunku
Hania