Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maszyna story. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maszyna story. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 marca 2019

Dobre Duchy

Bardzo proszę czytelników o wnikliwe przeczytanie postu. Zdjęcia są, bo są. Dla przyciągnięcia uwagi.

Pamiętacie mój poprzedni wpis?
Jakby ktoś ominął, to polecam zapoznanie się z nim wnikliwe. Łącznie z komentarzami...

Tak więc...

Maszyna po tamtym wpisie się zjeb..psuła...

Identycznie, jak poprzednio: przepuszczała na dowolnie wybranym ściegu.

DOWOLNIE WYBRANY ŚCIEG to znaczy, że czego bym z szerokiej gamy dostępnych mi wzorów nie wybrała, to nie szyła jak powinna. (to wyjaśnienie do komentarza Strimy, która się burzyła na brak filmików z szycia i precyzyjnego określenia, który to ścieg mi nie działał).

Kolejna naprawa i dooopa znowu z tyłu... :-/

Na szczęście nie jestem AŻ pod taką okropnie złą gwiazdą urodzona.
Czuwają nade mną Dobre Duchy i inne takie tam skrzydlate stróże...

Jeden z Dobrych Duchów (a właściwie Dobry Duch płci żeńskiej) wspomniał o mnie i o moich przebojach maszynowych innemu Dobremu Duchowi (płci męskiej).

Męski Duch się jakby wkurzył i zażyczył sobie od Damskiego Ducha kontaktu do ułomnej właścicielki ułomnej maszyny (do mnie, jak coś).

No i ten Dobry Duch z sympatycznym, męskim głosem zadzwonił do mnie i stanowczo oznajmił, że on (ten Dobry Duch) nie zgadza się z moim osądem maszyny. TEJ maszyny. Bo ona ma szyć, a nie robić mi łaskę. Nie do tego została wyprodukowana. Bo to klasa sam w sobie jest!

Nasze poglądy, jak łatwo się domyśleć, były kompatybilne :-D

Opowiedziałam Dobremu Duchowi jak to z maszyną było.
Dobry Duch wysłuchał cierpliwie mojej  dość żałosnej historii maszynowej , ale nie spuścił mnie po bandzie, tylko zażyczył sobie bezpośredniej konfrontacji.

Nienienie! Nie na ringu!
Mordobicia nie było!

Po prostu przejął ode mnie trupa z dowodami śmierci (szmatka z przykładowymi wyczynami Miss Mercedes).

Jak przejął?
Normalnie.
Z bagażnika emerytowanej Skody Fabii Run do bagażnika jeździdła w kolorze białym z licznymi, kolorowymi napisami typu: JANOME. ELNA, RADOŚĆ SZYCIA i takie tam...

Dobry Duch zapytał mnie czy chcę pokwitowanie przejęcia sprzętu.
Szczerze mówiąc, nie pomyślałam o tym.
- To dobrze, bo nie mam - oznajmił mi Dobry Duch, czym rozbroił mnie do cna :-D
Możecie uznać mnie za lekkomyślną jednostkę, ale jakoś po raz pierwszy nie obawiałam się o swój drogocenny sprzęt (nie)szyjący.
Za dobrze Dobremu Duchowi z oczu paczało ;-)

Minęło kilka dni...
W tzw. międzyczasie wykończyłam panel nr 2, który psuł maszynę i moje nerwy. W sensie, że lamówkę ręcznie podszyłam:



Sakura. Pikowanie z wolnej dłoni :-D
Trochę zbliżeń:







To miał być prezent wręczony w dniu 21.12. 2018. Się jakby z powodu maszyny czas nieco omsknął i przesunął...
Nic to!
Wracamy do czasów współczesnych, czyli mniej więcej do połowy lutego.
Dobry Duch zadzwonił do mnie z informacją, że maszyna została obadana i wyleczona przez solidną grupę techników i MA SZYĆ!!!
A jakby się znowu znarowiła, to mam jak w dym do niego uderzać. BO ONA MA SZYĆ, A NIE TYLKO WYGLĄDAĆ!

Nawet nie wiecie, jak wielki kamień spadł mi z hukiem potężnym z serca!

Wszak Strima spluwa zapewne gęstą flegmą na moje wspomnienie. Zwłaszcza  po niezbyt miłym, acz szczery do bólu poprzednim wpisie...
Tak więc byłam tam spalona do kilku pokoleń w tę i na zad.

Maszyna wróciła do mnie we wtorek.
Usiadłam do niej w sobotę, czym wbiłam w zdumienie mojego małża, który stwierdził, że mam nerwy z żelaza i i podziwia moją cierpliwość.
Wyjaśniłam mu, że po pierwsze nie miałam kiedy wypróbować po raz kolejny zreanimowanego trupa, bo:
- po odbiorze, we wtorek, maszyna była zimna jak wkład w trumnie i zapewne zawilgocona, więc nie chciałam odpalać jej komputerowych flaków zbyt wcześnie
- w środę wróciłam z pracy o 20:00 - tak jakby pełzając bardziej
- w czwartek nieco wcześniej (17:00), ale nie odparowałam po środzie i marzyłam jedynie o wyciągnięciu zwłok na ukochanym fotelu, z kotem na brzuchu
- w piątek sprzątnie hangaru, a w ramach wypoczynku powtórka z kota :-D
Tak więc SOBOTA!

Usiadłam do maszyny, bo wzór już miałam wybrany (PP) i zaczęłam sobie szyć.
Szybko, łatwo i przyjemnie.
Dopóki nie zaczęłam zszywać do kupy.
Okazało się, że wszystko mi powiewa radośnie i nie styka!
I to jak!
O centymetr!
Szlag mnie trafił, sążnistą k...ą rzuciłam publicznie na FB i porzuciłam szycie w cholerę!

Do niedzieli...

Przespałam się z problemem i stwierdziłam, że strzelać z tego nie zamierzam, więc zszywam jak jest. I mam gdzieś, że się wzięło i nie stykło.

Jak pozszywałam, to dotarła do mnie pewna prawidłowość: środkiem pyknęło idealnie, a leżące vis a vis kawałki IDEALNIE TAK SAMO się rozłażą...

Poskrobałam się w rozczochraną i wbiłam się na stronę, z której miałam wzór.
No i się okazało, że kurde TAK MA BYĆ!
Środek się styka, a góra nie :-D
Boszszsz! Co za ulga!!!!
Umiem szyć! :-D
 A teraz on, rzeczony uszytek, co to się "rozjechał":

Szpulki kolorowych nici :-)
Cóż innego mogłam uszyć wskrzeszoną maszyną?
Tylko coś, co się kojarzy bezpośrednio z szyciem.

A gdzie mi się pozornie rozjechało?
No tu:
Widzicie?
Dół, czyli środek idealnie, a góra...
Szkoda gadać :-D
Ale TAK MA BYĆ! Zgodnie z wytycznymi autora wzoru :-)

Bardzo jestem zadowolona z tej mini durnowieszki naściennej.
Mini, bo w porównaniu z konkretną Sakurą ( 33 cale na 44 cale) to 16 na 16 cala to taka minimalizna :-D
Ale...
Wypróbowałam na niej maszynę i dalej testuję na kolejnym uszytku (wszak znowu weekend szyciowy nastał).

Miss Mercedes szyje. Jak huragan!
Tfu tfu! Na psa urok!
Obym nie przechwaliła!

Wiecie co?

Życie i jego meandry nieustannie mnie zadziwiają.

Żeńskiego Dobrego Ducha poznałam dokładnie sześć lat i jeden miesiąc temu.
Ktoś tego Ducha postawił na mojej drodze.
Ten Dobry Duch spotkał się z innym Dobrym Duchem całkiem niedawno, w zupełnie innej sprawie.
I tylko zbieg okoliczności i rozmowa dwóch Duchów sprawiły, że ten drugi Dobry Duch zaistniał w moim życiu.

Dobre Duchy!
Jestem Waszą dłużniczką. Nie wiem, jak mam Wam dziękować.

Dobry Duchu żeński: nie wiem co mam napisać poza banalnym: dziękuję Ci z całego serca, że o mnie pamiętałaś :-*

Dobry Duchu męski: dziękuję, że zainteresowałeś się sprawą kulawej maszyny jednej z frustrowanych i mocno załamanych użytkowniczek Janome.  Dziękuję, że nie wzruszyłeś ramionami, tylko wziąłeś sprawy w swoje ręce. To wraca wiarę w ludzi. I pozwala mieć nadzieję, że nawet ogromne firmy mają na uwadze zadowolenie zwykłych zjadaczy chleba.

Eti - dziękuję :-)

A teraz dane techniczne:
- kolekcja Sakura jest do kupienia u Ewy
- wzór na quilt szpulkowy za free tu
- zdjęcia autorstwa mojego zawodowca, czyli Joanny


niedziela, 3 lutego 2019

Mercedes czy furmanka?

Na początek miło i sympatycznie.
Skończyłam szyć półkę, na podstawie której robiłam tutorial PP


Wisi na ścianie i cieszy me bibliotekarskie oczy :-)
Tytuły na grzbietach, to brzegi fabryczne i tasiemki używane do wiązania JR z nazwami kolekcji oraz nazwiskami projektantów.
Skrzętnie je zbierałam i w sumie nie wiedziałam po co.  No to teraz już wiem :-D

Dalej...
Kilka dni temu dostałam kolejny nr gazety "Szyjemy patchwork".
Jest tam między innymi super tutorial na przeplatankę.

Grzechem byłoby nie skorzystać i w ten oto sposób mam dwie nowe poduszki





Jak widać - maszyna wróciła z naprawy.
Pisałam o jej awarii TU
Do naprawy pojechała 07.01. I znowu ślad po niej zaginął... Jedyny kontakt z "firmą" miałam przez... instagrama! A to tylko dlatego, że wrzucając tam zdjęcie kartonu z trupem w środku, oznaczyłam ich hasztagiem.
Naprawdę kuriozalna sytuacja! Mając mojego maila, nr telefonu, zadają mi pytania przez instagram...
Do tego pytania powalające na kolana: czy maszyna była kupiona u nich i czy mogą mi jakoś pomóc...
Po kilku dniach tej jakże budującej korespondencji zostałam zapewniona, że mechanik zajrzy do maszyny i się ze mną skontaktuje.
No cudnie!
Zadzwonił 16.01.
Pan był miły i mówił długo.
Skrócę jego wypowiedź do dwóch kwestii: maszyna nie szyła po pozycjonowaniu igły z powodu... IGIEŁ!
- Bo używa pani niewłaściwych igieł!
- Słucham?! - myślałam, że się przesłyszałam - nie używam igieł z Biedronki tylko markowych. Najczęściej dedykowanych patchworkom, bo to głównie szyję.
- Eeeetam! Odpowiednie igły do tego modelu to są u nas w sprzedaży. Bo producenci to są różni. Wie pani: tokarka się trochę przesunie i igła już nie jest równa i potem maszyna ściegi przepuszcza.

Moja chora wyobraźnia podsunęła mi wizję pana w przybrudzonym drelichu przy tokarce, jak on te igiełki tak toczy i toczy i toczy... Tak jedną po drugiej... I ze zmęczenia i z nudów ręka mu się cokolwiek omsknęła... I ja na te omsknięte igły trafiam...

Ocknęłam się jednak szybko, bo pan nadal opowiadał. O tych igłach... I o wyższości tych kupowanych u nich nad innymi.

Na chwilę zamilkł, w celu nabrania tchu, więc weszłam mu w słowo i zapytałam:
- Czy po za zmianą igły coś pan jeszcze zrobił? Bo igły też zmieniałam. I nici. Ale oczekiwanych efektów nie osiągnęłam.
- Nici! Nici są ważne! Pewnie ma pani złe nici!
- Nie mam złych nici! Mam dobre nici! I igły też! Coś jeszcze chce pan dodać?
- Wyregulowałem naprężenie pasków napędowych. Taki wie pani PASEK! Jak w samochodzie. Bo żeby samochód jechał, to musi być dobrze naciągnięty pasek. Bo jak się rozciągnie to nie pojedzie.

Umarłam...

- Sądzi pan, że to pomoże?
- Oczywiście!
- A na jak długo?
- Tego nie wiem... Ale jakby coś się działo, to poproszę o telefon. Może wtedy coś zaradzimy.

Cudownie...

Maszyna przyjechała 17.01, czyli w czwartek.
Wyjęłam ją z kartonu dzień później i nie przyglądałam się jej zbyt wnikliwie.
Nie miałam czasu, żeby do niej usiąść i sprawdzić jak szyje.

Zrobiłam to dzień później, czyli w sobotę.
Usiadłam i....
I, cholera jasna, mowę mi odebrało!!!

Mam do Was pytanie - czy tak powinna wyglądać maszyna powracająca z autoryzowanego serwisu?!



To wierzch. W środku nie było lepiej:

Wnętrze lepiło się od smaru, zjadliwie czerwone kłaki z nici i materiału, na którym były przeprowadzane próby szycia po "naprawie", były wszędzie!

Nigdy w życiu nie doprowadziłam żadnej ze swoich maszyn do takiego stanu!

To jest po prostu niechlujstwo i lenistwo!
 Pojechała czysta, wróciła jak po wojnie.

Zastanawiam się, co zrobię, jak znowu się wykrzaczy. Zmuszona jestem do korzystania z tego serwisu, bo  gwarancja na maszynę działa tylko w miejscu jej zakupu.

Nawiasem mówiąc - nie rozumiem tej polityki.
Jak kupię samochód załóżmy 500 km od Warszawy, to na przeglądy i naprawy gwarancyjne będę jeździła do najbliższego punktu ASO, a nie tam, gdzie samochód kupiłam.

Wracając do maszyny: nie mam absolutnie żadnej pewności, że awaria znowu się nie powtórzy (po raz trzeci). Zwłaszcza, że dziś znowu zaczęła jakieś fikoły zapodawać...

Myli się ten, kto sądzi, że po trzeciej naprawie gwarancyjnej skorzystam z przysługującego mi prawa zwrotu lub wymiany maszyny na nową.
A dlaczego?
No to popatrzcie, co mam dwukrotnie napisane w karcie gwarancyjnej:

"Usługa nie podlegająca gwarancji wykonana bezpłatnie"

Sprytnie - w ten sposób maszyna będzie krążyła do zasr...nej śmierci między mną a "naprawcami".

Nieważne, że klient nabity w butelkę - ważne że kasa się zgadza :/

Bardzo żałuję, że sprzedałam swoją poprzednią maszynę - Singera Brillance kupionego w Lidlu. Mimo, że tak te maszyny są obśmiewane przez fachowców i sprzedawców maszyn, ona nigdy mnie nie zawiodła. Szyła jak szatan, nie miała kaprysów. I gdyby nie to, że miała mało miejsca do pikowania nie zamieniłabym jej na inną. Te maszyny nie mają złych opinii. Nigdzie na taką nie trafiłam, a szukałam!

Gdybym wiedziała kupując Janome, że przesiadam się nie na Mercedesa, tylko na furmankę ciągniętą przez wychudzoną chabetę, nie popełniłabym błędu wymiany maszyny.

Na zakończenie to, co zapewne może kogoś zainteresować:
- maszyna marki JANOME model Memory Craft 8200QC
- firma Strima z miejscowości Swadzim.





sobota, 5 stycznia 2019

Nie warto marzyć...

Tak, tak.
Tytuł nie odbiega od rzeczywistości.

Czasem ośmielam się mieć marzenia.
Jedne do spełnienia, inne takie sobie...

Cofnijmy się w czasie o lat niewiele, bo dokładnie dwa.

Pensja mi przyszła na konto.
Niebotycznie wielka pensja! Jakby razy kilka!

Najpierw się ucieszyłam, a potem puknęłam w rozczochraną, że ktoś się kropnął w DBFO (Dzielnicowe Biuro Finansów Oświaty) i po ogarnięciu błędu, przez klika miesięcy będę zasuwać bez apanaży. Trochę smutno...

Ale postanowiłam zastosować strusią metodę, licząc na to , że to piasek ,a nie beton i poczekałam do odbioru tzw. "paska".
Pasek mi powiedział, że to nie pomyłka, tylko nagroda jubileuszowa!

No i znowu - najpierw się ucieszyłam, a potem wpadłam w czarną dziurę rozpaczy pod tytułem: 'Boże! Jak ja już stara doopa jestem!'

Szybko się jednak ogarnęłam, otarłam łzy ze starej, pomarszczonej wiekiem twarzy i zaczęłam myśleć co by tu SOBIE zapodać na pocieszenie, nim się kasa zwyczajnie na zwykłe życie po szwach rozejdzie...

Rower!
Tak, tak!
Kocham jazdę na rowerze. Miałam rower, ale parę lat wcześniej oddałam, bo... nie wolno mi jeździć na rowerze. To znaczy mogę, ale jedynie na takim debilnym, stacjonarnym. Z najlżejszym oporem.
Czyli pedałuję jak głupia, jadę kilometry przed się, a krajobraz ciągle ten sam. Bezsens absolutny!

Doszłam do wniosku, że rower normalny z przerzutkami to będzie prawie to samo co stacjonarny.

Poprzeczkę postawiłam rzeczonemu zakupowi w miarę wysoko:
- ma mieć przerzutki
- ma być lekki
- ma mieć duże koła
- ma mieć  koszyczek na kierownicy, żeby Lucek mógł ze mną jeździć
- ma mieć hamulec w pedałach (w sensie torpedo)
- ma mieć bagażnik
- ma być niebieski względnie miętowy :-D

Udało mi się! Trafiłam na takowy! Kupiłam. Jedynie koszyk na kierownicy musiałam wymienić na odpowiedni do transportowania kota.

Cacy i super?
No nie do końca... Jak chcę nim jechać, to muszę najpierw napompować koła, bo jak się po czasie okazało, wentyle od nowości nie działają (nie podlega gwarancji!).
Pompka podróżuje ze mną na wszelki wypadek jakby wentyl w drodze puścił) w koszyku, pod miękką kołderką Lucka.

Po zakupie roweru kasę jubileuszową ciągle jeszcze miałam.

Trafiła mi się jak ślepej kurze ziarno wymarzona maszyna do szycia.
Pełnosprawna, z gwarancją, nieużywana, w przyzwoitym sklepie z maszynami, za jedną trzecią ceny.
Nie miałam się nad czym zastanawiać.
Kupiłam.
Mam.
Spełniłam swoje drugie wielkie marzenie.

Marzenie szyło przez  pół roku. Potem odmówiło współpracy i powędrowało do naprawców.
Wróciło po miesiącu.
Po naprawie szyłam bardzo mało, bo się zrobiło nagle ciepło i żal było siedzieć w domu przy maszynie.
Do szycia wróciłam wraz z opadem liści i chłodami, czyli w połowie listopada.
Na początku grudnia marzenie (czyli maszyna) zdechła.
Tak samo zdechła, jak poprzednio.
Ambitnie próbowałam ją zreanimować własnemi ręcami kombinując z igłami, nićmi, ustawieniami.
Nic to nie dało.
Poddałam się.
Absolutna kapitulacja...
Maszyna jest znowu spakowana i czeka na kuriera.

Nie warto marzyć.

sobota, 3 marca 2018

Maszyna story

Jak już pisałam w poprzednim poście maszyna mi się wykrzaczyła na śmierć i na amen.
Po pierwszym szoku, ogarnęłam się co nieco i wygoglałam autoryzowany punkt napraw maszyn Janome.
Zgadnijcie, co mi "wywaliło" na dzień dobry? Osławioną i reklamowaną wszem i wobec firmę eti.
No to zadzwoniłam do serwisu i po krótkiej wymianie zdań, dowiedziałam się, gdzie mam zgłosić felerną maszynę, co mam wypełnić i już.
Tak też uczyniłam.
Kurier przyjechał, maszynę odebrał. Przemilczę awanturę z rzeczonym kurierem, któremu nie pasowało, że jestem w pracy akurat wtedy, kiedy jemu pasowało podjechanie do mnie...
Minęły dwa dni od pożegnania maszyny.
Jest piątek - tydzień temu.
Jestem w pracy, zasuwam na wysokości lamperii, bo muszę skończyć bardzo pilną robotę właśnie wtedy, a nie w poniedziałek!
Dzwoni telefon. Na linii serwis, wspomnianej wyżej, autoryzowanej firmy naprawczej.
- Dzień dobry. Mamy pani maszynę, ale nie możemy jej naprawić.
- O mój Boże! Aż tak jest zepsuta?!
- A nieeee... Znaczy nie wiem, bo my jej nie naprawimy.
- ????????
- No bo maszyna nie była kupiona u nas.
- No i? Przecież jesteście AUTORYZOWANYM punktem napraw Janome?
- Tak, ale tylko dla maszyn kupionych U NAS!
- Aha...
- A pani serwis jest w strimie, czyli tam, gdzie pani maszynę kupowała.
- Nie rozumiem. Przecież jesteście AUTORYZOWANYM SERWISEM maszyn Janome.
- Tak jak mówiłem: tylko dla maszyn kupionych u nas.
- Nie sądziłam, że autoryzację wydaje się wybiórczo i dość losowo. Dziwna praktyka.I co teraz?
- Pani się nie martwi. Podrzucimy ją do chłopaków ze strimy, bo blisko mamy.
- Aha...
- Do środka włożymy kartkę z pani danymi.
- Ok. Podrzucajcie i wkładajcie...

Przypominam, że to był piątek, 23.02. Maszynę zgłosiłam do naprawy 19.02 (poniedziałek).
Przeczekałam cierpliwie poniedziałek (26.02), wtorek (27.02). I ciągle nie miałam żadnej informacji od strimy, że maszyna jest już u nich.
W środę (28.02) pękłam w okolicach godziny 14:00 i zadzwoniłam do eti z pytaniem, gdzie właściwie jest moja maszyna?!
Odpowiedź była lekko oburzona:
- No jak to gdzie?! Myśmy ją JUŻ dostarczyli do strimy. Na pewno coś już z nią robią. Ja dam pani telefon, tam jest pani Lucynka i ona wie wszystko.

No spoko. Zadzwoniłam do strimy.
Pani Lucynka okazała się być panią Alinką.
Wyłuszczyłam jej w czym problem i usłyszałam, co następuje:
-Aaaa! Ta Janome! Dziś do nas ją przywieźli i dlatego kojarzę o czym pani do mnie ROZMAWIA.

O tempora! O mores!
Ja rozumiem i sama stosuję dość luzacki styl mówienia, ale nie do licha w sprawach jakby nie było służbowych!
A po drugie: eti rozmawiało ze mną chwilę przedtem w tonie typu: dawno temu już mają pani maszynę, ale się opierd...zapewne.
Zapewne.
Ciąg dalszy wypowiedzi pani Alinki nie nastroił mnie bardziej pozytywnie:
- Teraz nic z nią nie zrobimy, bo serwisant jest chory. Ale powiedział, że po niedzieli zajrzy do niej.

Nie wiem, po której niedzieli - pani Alinka nie sprecyzowała.
Skapitulowałam cokolwiek i powiedziałam:
- Dobrze. Spokojnie. Aż tak mi się nie spieszy. Najważniejsze jest to, że wiem, że maszyna jest już u państwa, bo czułam się mocno zaniepokojona brakiem jakiejkolwiek informacji.
- No to już pani wie.

No wiem. Spoko. Luz. Nie spinaj się, Ata. Wszak brak maila lubi telefonu w kwestii informacji o miejscu pobytu dość cennego sprzętu, to taki niuans nie wart większej uwagi i nerwów...

Teraz małe podsumowanie:
osławiona i tak pozytywnie rekomendowana firma eti dała doopy, moim zdaniem.
Bo w trakcie rozmowy z serwisantem, powinno paść kluczowe pytanie:
- Czy maszyna była kupiona u nas?
Takiego pytania nie było. Szkoda.

Sprzęty w domu mam różne. I jak się psuły w ramach gwarancji, to kontaktowałam się z autoryzowanym serwisem napraw. Ale jak widać, człowiek uczy się przez całe życie, a i tak głupi umiera...

niedziela, 18 lutego 2018

Pierwsze - oby nie ostatnie...

No więc.
Maszynę mam. Miss Mercedes. Janome w sensie dedykowaną patchworkom.
No to trza było wziąć głęboki oddech i zacząć pikować NAPRAWDĘ, a nie tylko na niby, czyli lotem naćpanej pczoły na zepsutym traktorze.
Na czym najlepiej pikować? Na czymś, co nie wymaga długiego i skomplikowanego szycia.
Mój wybór był łatwy, prosty i przyjemny: bieżniczek na stół w tzw. "saloonie".
Bieżników różnorakich wprawdzie mam od pyty, ale kto bogatemu zabroni mieć więcej i więcej.
Zwłaszcza, że wiosna idzie, więc trza jakoś odświeżyć dizajn optyczny.
Wybór był prosty i oczywisty. Od dawna przymierzałam się do uszycia patchworku znanego z sieci pod nazwą DNA QUILT.
Bardzo mi się podobał. Raz, że prosty jak drut w kieszeni, a dwa, że taki (jakby to rzec) dość efektowny.
No to se machnęłam od niechcenia i mam:
Pikowanie. To był mój priorytet. Ponieważ od dawna podoba mi się pikowanie "kamieniami", no to postanowiłam się z nim zmierzyć.
Udało mi się! Efekt naprawdę mnie zadowala i... I co tu dużo mówić: ogromnie mi się podoba!
Fajnie spłaszcza gładkie tło, nie dominując nad "łaciatym" wzorem zasadniczym.
Brukowanie zdecydowanie pokochałam i na pewno nie raz jeszcze zastosuję w patchworkach. O ile będzie mi dane...
Drugi patchwork. który potraktowałam jako szmatę treningową, to cudo znane pod nazwą shedows patchwork. Od baaaardzo dawna podobał mi się i kompletnie nie rozumiem, dlaczego tyle lat zwlekałam z uszyciem. To przecież prościzna jest.

Uszyłam go również w celach treningowo-pikowalniczych.
Tu zastosowałam pikowanie typu "amplituda" (?). Na cieniach gęściutko, na tle rzadko.
Chodziło mi o opanowanie pewnych ruchów i konsekwencji majtania szmatą pod igłą puszczoną luzem, bez transportu.
Fajnie wyszło. Zadowolona jestem z obu tworów.
Zanim przejdę do reszty zasadniczej wpisu, dane techniczne:
bieżnik: 50 cm na 100 cm;
durnowieszka z cieniami: 75 cm na 100 cm.
No więc...
Durnowieszka była/jest ostatnim uszytkiem poczynionym na mojej ukochanej, wymarzonej od lat Miss Mercedes.
Szyłam i pikowałam bez ekscesów. Na lajcie.
Ba! Pikowanie było, jak to powiedziała taka jedna kochana Pierzasta "sik szczęścia przy pikowaniu z wolnej ręki". Tak było. Zaiste.
A potem nastąpiło przyszywanie lamówki...
Ile to trwa zwyczajowo? Na tak małym patchworku ok. 20 min. U mnie to były ponad 4 godziny...
Dlaczego? A no dlatego, że maszyna przestał szyć. Tak po prostu. Zmiana igieł, nici, czyszczenie, smarowanie... Wydawało mi się, że sytuację opanowałam.
WYDAWAŁO MI SIĘ! Równie dobrze, mogłam darować sobie nawlekanie igły i stosowanie różnistych szpulek w bębenku.... Igła robiła dziury, ale efektu szwalniczego nie było. A jak był, to trzy wkłucia i 5 cm "łysego" ciągnięcia nici...
Jakoś dałam radę i lamówkę przyszyłam. Dziś postanowiłam uszyć sobie kocią siatę. Maszyna umarła całkiem: zero wiązania nici górnej z dolną i huk jakby messerschmitt nad chałupą mi kołował.
BA! Mało tego! Płytka ściegowa skakała jak ścigana kocimi zębami pchła!
Łomot i huk maszyny, która z założenia ma być cicha i bezkonfliktowa, nie wpłynęły na mnie pozytywnie...
Po prostu znowu (wczoraj po raz pierwszy było) usiadłam, oparłam głowę o maszynę i zwyczajnie, bo babsku się popłakałam.
No bo jak to?!
Tyle LAT marzyłam o TEJ maszynie! Tyle LAT wyobrażałam sobie, że jakimś cudem udaje mi się ją zdobyć. I jak ją już w końcu mam (CUDEM!), to ona po pół roku niezbyt intensywnego współżycia zwyczajnie UMIERA?!
DLACZEGO?!
Kto mnie przeklął? Za co?
Jutro dzwonię do firmy, która naprawia gwarancyjnie takie maszyny, jak moja. Oby udało się ją wskrzesić.
Bo jak nie, to żegnam się z patchworkami i z szyciem w ogóle. Stareńki mój Łucznik nie nadaje się do pikowania z wolnej ręki, a właśnie w tym się zaczęłam rozsmakowywać... I właśnie takie głupie mrzonki sobie snułam, szyjąc na maszynach, niekoniecznie nadających się do tego typu "szalonych ekscesów". I już nie mam siły, ani chęci obniżać lotów.
Mój shedows quilt i "brukowany" bieżnik mogą okazać się pierwszymi i oby nie ostatnimi "odważnymi" próbami okiełznania pikowania innego niż to, które wyznaczają szwy...