Kłamać to ja za bardzo nie umiem.
Tak jestem skonstruowana i się nie zmienię. Nawet nie będę próbować.
Nawet jak próbuję, to i tak po mnie widać, że coś knuję, bo podobno oczy mi się śmieją.
Ale czasem mijam się z prawdą. W sumie, można by powiedzieć, że mijam się szerokim łukiem.
Wcale nie mam planów (przynajmniej na razie) porzucać bloga.
Po prostu skorzystałam z okazji prima aprilisowej i postanowiłam ciut zażartować.
A że to nie była prawda? No cóż - licentia poetica, moi kochani, czyli pierwszego kwietnia wszystkie chwyty dozwolone ;-)
Sądzę, że większość z nas w mniejszym lub większym stopniu "kłamała" wczoraj aż się kurzyło.
Wszak to był ten jeden raz w roku, w którym można cokolwiek konfabulować ;-)
A jak to tak w ogóle z tym kłamstwem jest?
Można kłamać, czy nie? Czy prawda ponad wszystko?
Są takie sytuacje, że kłamstwo jest jedynym ratunkiem i wsparciem dla człowieka.
Ale nie będę się tu wspinać na wyżyny intelektualne i udowadniać, że tak faktycznie jest.
Raczej dam przykład, że tak powiem, z własnego podwórka.
Działo się to kilka tygodni temu.
Pojechałam do sklepu w celu zakupienia rybki na obiad. Tak mi się jakoś okrutnie świeżego dorsza zachciało.
Lazłam z koszem do działu rybnego i już wyobrażałam sobie, jak ze smakiem pożeram rybie zwłoki plus frytki plus surówka z kapustki kwaszonej...
- Taaakkk! Dorszyk atlatycki... To jest to, na co tygrysy mają dziś ogromną chrapkę.
Stanęłam przy ladach iiiii....
- Aaaaaa! ŁOSOŚ!!! ŚWIEŻUTKI! TO JEST TO! Jak ja mogłam zapomnieć o łososiu! Dorsz poczeka, dziś będzie łosoś!
Idąc do kasy zaśliniona jak buldog nagle doznałam wizji...
Bardzo niefajnej...
Otóż przed oczami duszy mej stanęło mi moje dziecię młodsze, czyli Anna.
Anna łososia nie cierpi. Dlaczego?
No bo łosoś jest: za słony/niesłony/za suchy/za tłusty/za różowy/za blady/przypieczony/surowy i ogólnie ŚMIERDZI!!!
Obiad w towarzystwie Anny i łososia to krwawy horror i koszmarna droga przez mękę, ubarwiana pogróżkami typu:
- Zaraz się porzygam!
- O nie! Nie ma tak dobrze, moja Aniusiu! - zawarczałam pod nosem w kierunku swojej wizji - nie zrezygnuję z łososia przez twoje widzimisię! Łosoś rządzi!
Aś, jak dowiedziała się co matka na obiad ma zamiar zapodać, najpierw się ucieszyła, a potem stęknęła:
- O nie! Anka...
- Spoko! Coś wymyślę.
- Taaa. Jasssne. Ciekawe co?
W możliwości własnej matki nie wierzyła ;-)
Nastał czas obiadu.
Dzieciny wypełzły ze swoich jaskiń i pojawiły się przy kuchennym stole, na którym czekały talerze z jakże apetyczną (dla niektórych) zawartością.
Asia zasiadła zadowolona przed swoją porcją, a Anna stanęła jak muł na progu kuchni i zawyła jęcząco:
- Łoooosooooś??? FUUUU!
Matka łypnęła na nią złym okiem i zimnym, nauczycielskim (jakże przez obie córki znienawidzonym) głosem rzuciła konkretnie:
-SIADAJ I JEDZ!
- NIE LUBIĘ ŁOOOOOSSOOOSSSIIIIAAAA!!! - rozdarła się gimnazjalistka.
- To nie łosoś.
- Nie? A co? - z młodej młodszej uszło nieco powietrza.
- PSTRĄG. - rzekła matkazawszeprawdomówna bez zmrużenia oka.
- A! To dobrze. Pstrąga chyba lubię? - dziecko wolało zasięgnąć opinii u wyższej instancji, czyli u mamuni swej jedynej.
- Oczywiście. - powiedziałam spokojnie.
Bazowałam na tym, że pstrąga Ania jadła ostatnio sto lat temu i zapewne zdążyła zapomnieć, że łypał na nią z talerza smutnym, acz pustym oczodołem...
- Mmmm... PYCHA! - zakrzyknęła Anna, połykając pierwszy kęs łososia przechrztę.
Asia, nie wiedzieć czemu, dostała nagle wściekłego ataku kaszlu i dziwnie poczerwieniała na paszczy.
- Huknąć w plecki? - zaproponowałam litościwie.
- Nnnneee, nnniiic mi nie jest... - wydusiła.
- Ość może? - zatroskała się młodsza siostra.
- Może - wydusiła z siebie starsza latorośl.
- Zagryź frytą, to ci pójdzie i może przejdzie - poradziłam z kamienną twarzą i z zaciśniętymi zębami.
To był obiad jakiego nie zapomina się dłuuugo! Oj długo!
Ania jadła aż miło, po każdym kęsie wychwalając pod niebiosa walory smakowe pstrąga i urągając łososiowi, którego NIENAWIDZI!
Aś i matka krztusiły się cyklicznie i na zmianę...
Kiedy obiad został skonsumowany, pogalopowałam w oddalony kąt domu, czyli do piwnicy, w celu ryknięcia śmiechem niepohamowanym i histerycznym...
Aś ze mną.
Kiedy w końcu jakoś otarłyśmy sobie łzy cieknące ze śmiechu, Joanna powiedziała mi z wyrzutem:
- Pstrąg, co? Jak mogłaś tak kłąmać?
- Nie wiem. Samo wyszło. Głupio mi w sumie.
- No chociaż tyle!
- Ale zjadła! Cel uświęca środki, moja droga!
- Jasssne! A kiedy masz zamiar się przyznać.
- Zaraz. Przecież w ramach zemsty za moje krętactwo nie wyrzyga pstrągo/łososia. Tak sądzę... Chyba...
- Chyba - zachichotała starsza progenitura.
Poszłam odważnie do Ani do pokoju.
- No co tam, myszko? - zagaiłam wyjątkowo inteligentnie.
- A nic. - Młoda czyta jakieś opasłe tomiszcze i nie bardzo ma ochotę na konwersacje.
- Aha...
Chwila milczenia.
Milczenia ciąg dalszy.
I dalej milczenie...
- Tego... Co to ja chciałam? Aha! Weź tu wreszcie posprzątaj, bo burdel masz pokazowy!
- Dobra, dobra! Posprzątam. Kiedyś. - odparła Anna ze stoickim spokojem.
- Aha... Yyyy... Muszę ci coś powiedzieć, Aniu... To będzie dla ciebie chyba szok, albo coś...
- NOOOO???
- Ekhem... Jakby tu zacząć?
- Od początku może - Ania prezentowała cierpliwość wręcz kamienną.
- Obiadek ci smakował?
- Smakował. A co?
- A bo ten pstrąg to był łosoś! - wrzasnęła matka.
- Aaaaaa!!! Oszukałaś mnie! Jak mogłaś???
- Mogłam. Z zimną krwią. I bez wyrzutów sumienia! Smakował?
- Bardzo!
- To czemu nie chciałaś nigdy jeść łososia? - byłam zdruzgotana.
- A w sumie, to nie wiem. - i zaprezentowała mi promienny uśmiech...
- To już nie tylko dorszyk i fląderka są jadalne? - zapytałam z nadzieją.
- Tak. Ale nie licz na to, że przekonasz mnie do tuńczyka - powiedziało dziecko, uśmiechając się z wyższością i ponownie chowając nos w książce.
No nie wiem... Pomyślę...
Wszak cel uświęca środki, czyż nie? :-D