Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ania. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 czerwca 2018

Aaaa! Były sobie osły dwa...

Trzeba przyznać, że częstotliwość wpisów na blogu to ja mam iście zabójcze ostatnio!
Jeden na miesiąc, albo i rzadziej...
Nie to, żebym nic nie robiła. No tak się nie da :-D
Tylko jakoś mi pod górkę do pisania. I do robienia zdjęć.
No to dziś trzeba nadrobić. Zwłaszcza, że dziecko moje strasze porobiło zaczepiście piękne zdjęcia temu, co spod szydła mi wyszło.
Powolutku zaczynam lubić szydełko. Ale baaardzo powolutku!
Zanim przystąpię do prezentacji, mały wtręt.
Bajkę o Kubusiu Puchatku zna każdy.
I na pewno każdy wie, że postaci z rzeczonej bajki psychicznie były bardzo nie ten teges...
Krzyś - schizofrenik - gadał z wymyślonymi postaciami i w nie święcie wierzył.
Kubuś - obsesyjne skupienie na miodku.
Królik i jego mania sprzątania - zaburzenia obsesyjno-kompulsywne.
Tygrysek - modelowe ADHD!
Maleństwo - nikogo nie słucha i często kończy się to niebezpiecznymi sytuacjami - ewidentny autyzm.
Mama Kangurzyca - nadopiekuńcza mama z nadmiarem wyobraźni - typowy paranoik.
Sowa - dyslektyk pełnym dziobem!
Prosiaczek - histeryk, tchórz, nerwus. Zaburzenia lękowe jak obszył!
Kłapouchy i jego negatywny stosunek do świata... Toż to ewidentny przykład bardzo głębokiej depresji!

No cóż...

Nigdy nie lubiłam bajki o Stumilowym Lesie. Ale do jednej z postaci miałam zawsze sentyment.
Do której?
Ano do tej:

Ten smętek w oczach...

Te zgarbione plecki i ten ogonek z pozytywnie różową kokardką, byle jak przyczepiony...

Nostalgiczne spojrzenie w siną dal...


No po prostu nie mogłam przejść obojętnie obok tej eskalacji melancholii :-D

Wiedziałam, że u mnie w domu ma szansę  jeśli nie na wyleczenie, to chociaż na wyciszenie deprechy.
I chyba się nie myliłam. Piorunem znalazł kumpla, równie osłowatego jako i on, czyli Lucjusza, kota z piekła rodem:

A potem...
A potem Kłapouchy trafił pod opiekuńcze skrzydełka mojej młodszej córki Anny, czyli często/gęsto upartej jako osiołek, panny wiosen siedemnaście:

Tak więc Kłapouchy znalazł u mnie w domu przynajmniej dwie istoty ( osły!), dzięki którym jego melancholijny paszczor ma szansę uśmiechnąć się od jednego kłapciatego ucha, do drugiego ;-)

Jakiej wielkości jest oślina? 
Nie wiem :-D Spory jest. 
Tu zdjęcie poglądowe z zapalniczką. (Tak, tak! Wiem! Palenie to zuuuooo! Ale ja lubię być zła :-D )


Dane techniczne:
- wzrost - jak na zdjęciu powyżej, czyli około 40 cm. Może więcej. A może mniej :-D
- włóczka - Himalaya Dolphin Baby nr 341 na ciałko (prawie trzy motki), na pyszczek nr 333, wnętrze uszu nr 309, brzuszek 305. 
- grzywka i końcówka ogonka Everyday Bebe 70122 rozczesane rzepem
- szydełko nr 4 ( nie wiem po co się katowałam przy innych zabawkach z tej włóczki szydłem nr 3!)
- wzór darmowy od OliMori

Za przepiękną sesję zdjęciową dziękuję bardzo mojej starszej córce, Joannie :-))))


No więc tego... Szydełko nie jest jednak złem wcielonym... Rozmyślam nad kupnem wzoru od Oli. Na MEGA wielką pszczołę :-D 
Pomyślę... Zobaczymy, co mi z tego myślenia wyjdzie :-D

środa, 10 maja 2017

Dla mojej Ani

Dziś króciutko, konkretnie i po prośbie!

Moje dziecko młodsze, które nie raz i nie dwa przewijało się we wpisach na blogu, jest obciążone pewną wadą genetyczną.
Wada ta jest nieuleczalna, ale na szczęście jakoś tam można z nią żyć...
Chociaż łatwo nie jest.
Czasem ten odziedziczony defekt dość mocno utrudnia normalne funkcjonowanie nastoletniej formy życia, jaką jest Anna.
Frustracja związana z bolesną koniecznością egzystowania we względnie normalnym i zdrowym odłamie społeczeństwa bywa dla Ani nie lada wyzwaniem...
Z jednej strony: egzaminy gimnazjalne...
Z drugiej: konkurs zorganizowany przez Royal Stone "Kalendarz biżuteryjny 2018"
Co wybrać???
Rybki czy akwarium?
Anna wybrała rybki w akwarium :-D
Czyli w przerwach na naukę uszyła naszyjnik sutaszowy.
O ten:

I tenże naszyjnik powędrował na konkurs.
Właśnie trwa głosowanie publiczności.
A teraz moja prośba do Was.
Jeśli naszyjnik podoba się Wam i macie chęć oddania głosu na niego, to kliknijcie O TUUUU i "dajcie lajka" :-) 

Głosowanie jest możliwe tylko dla osób posiadających konto na Facebook'u i tylko do jutra, tj. do 11.05, do godziny 23:59

Aha! Chyba nie wyjaśniłam - ta dziedziczona genami choroba nazywa się robótkoholizm :-D

sobota, 5 listopada 2016

Narzuta na zamówienie

Z zasady nie szyję na zamówienie.
Bo nie lubię szycia pod presją czasu i oczekiwań zamawiającego.
Lubię szyć, bo lubię. Ale na moich warunkach. Czyli wtedy, kiedy mi się chce, kiedy mam czas, wenę i potrzebę pogarbienia się nad maszyną.
Żadnych przymusów, żądań i życzeń!
Po prostu ma mi to sprawiać przyjemność i nie ma być karą za grzechy faktyczne i wydumane.

Ale...

Ale zasady są jak przepisy prawa: istnieją po to, żeby je łamać ;-)

Się złamałam.

No bo jak się oprzeć błękitowi oczu?
Jak można być obojętnym na klapanie rzęsami pod własnym adresem?
Jak można, mówiąc kolokwialnie, olać przymilny i promienny uśmiech?
Jak sprzeciwić się jakże słodkiemu:
- Noooo weeeeeźźźź mi coś uszyj... I niech to coś będzie narzutą, proszę...

No można! Ale trzeba chyba być z kamienia :-D

Moja konstrukcja zewnętrzno-wewnętrzna jest raczej miękka i ulegam takiej eskalacji lizusostwa.

Zwłaszcza, że wypłynęła z dziecka własnego młodszego, czyli Aniusi mojej prywatnej.

Otóż dziecię me stwierdziło, że przydałaby się jej narzuta na łóżko.

- Przecież masz! Dopiero co ci uszyłam kocią!
- Ale chciałabym na zmianę mieć!
- Spadaj na drzewo! - powiedziałam przyjaźnie  progeniturze.
- Noooomamoooonoooweźźźź!!!
- Wypad, rzekłam! Zdania nie zmienię!
- .... (tu było kłapanie rzęsami nad błękitami)
- Nie!
- .... (uśmiech plus to co wyżej).
- Nie mam pomysłu...

No i to zdanko mnie pogrzebało, bo młoda młodsza na ten tychmiast zasypała mnie zdjęciami narzut znalezionych w necie.

Niestety, moja asertywność tradycyjnie legła w gruzach, bo mało roztropnie wyraziłam się pod adresem jednego ze zdjęć słowami mniej więcej:
- O! Fajna!
- To mi ją uszyj!

Cóż było robić? Ino siąść i szyć ;-D

I tak oto powstała kolejna w mojej "karierze" patchworkaskiej narzuta na łóżko:

Szybko się pisze, ale zdecydowanie wolniej się szyje...

Pierwsze wycinanki zrobiłam dokładnie 25.09!


A ostatnie wbicie igły miało miejsce wczoraj ok. godziny 20:00!

Jak widać, czas szycia nie powala na kolana.

I nie dlatego, że narzuta jest jakaś okropnie trudna, czy skomplikowana w szyciu.
Nie. To najzwyklejszy herringbone patchwork.
Ja po prostu nie mam czasu!
Szyłam ją z doskoku i od czasu do czasu.

Oto grafik moich działań:

08.10 pierwsze rozłożenie tego, co pocięłam:


 09.10 - drugie rozłożenie (z grubsza) już z kolorowymi elementami:





16.10 - koniec zszywania tego, co podziabałam.
Top leeeeżyyy i czeka na przypływ czasu...
18.10 - czas się na chwilę pojawił - skanapokowałam.
Kanapka leeeżyyy i czeka na przypływ czasu...
29.10 - rozpoczęcie pikowania.


Następnie wszywanie lamówki.
Najpierw maszynowe, a potem po lewej stronie ręczne:
Ten punkt programu zdecydowanie najbardziej lubię, chociaż jest bardzo pracochłonny.
To taka wisienka na torcie :-D
Tą wisienką delektowałam się dokładnie sześć godzin. Z zegarkiem w ręku.

A dziś mogłam wyjść w sad latem zielony, teraz kolorowy i zrobić fotki najnowszego uszytka.
W różnych pozycjach.

Wertykalnej:


Horyzontalnej:

W zwisie niechlujno-niedbałym:

W stanie rozkładu trawnikowego od boku:

Oraz rozkład trawnikowy ąfas, czyli trapezy rulesss! :-D
Na tym zdjęciu dobrze widać rozkład kolorów.
Dodanie ich było pomysłem Ani, czyli przyszłej właścicielki narzuty.
Dzięki tym kolorowym plamom narzuta nie jest nudna i grzeczna.
Ba! Buńczucznie stwierdzam, że nawet ociera się o styl modern ;-)

W sumie nieważne jaki to styl. Ważne, że Ania jest zadowolona z nowej narzuty i już ją użytkuje.
A ja się cieszę, że W KOŃCU udało mi się SKOŃCZYĆ tego pa(o)tworka. Bo wisiał nade mną jak miecz Damoklesa i po nocach się śnił :-D

Teraz dane techniczne:
- rozmiar - 220 cm na 140 cm
- bawełna szara, kolorowe materiałki, wypełnienie i lamówka kupione u Ewy 
- plecki z flaneli i białą bawełna kupione gdziekolwiek,

Cóż mogę dodać na zakończenie?
Przyroda próżni nie lubi, więc korzystając z wolnego późnego popołudnia zaczęłam szyć coś nowego.
Nie jest to narzuta.
I nie na zamówienie :-D
I może skończę toto w jakimś przyzwoitym czasie, a nie po wieeeelu tygodniach.

sobota, 3 września 2016

Nie samym paczłorkiem człek żyje

No właśnie!
Jak w tytule.
Czasem zaistnieje potrzeba odskoczni od szycia. Niekoniecznie tak sama z siebie ta potrzeba się pojawia.
Nie ukrywam, że zarażona zostałam przez moje trzy koleżanki, a szczególnie przez jedną, znaną powszechnie w paczłorkowym świecie jako Lenka :-)
Lenka jest paczłorkarą że hohoho! Niestety niezblogowaną, więc musicie mi wierzyć na słowo.

Otóż rzeczona ta przemiła pani podsunęła mi pod nos coś, co zupełnie nie ma nic wspólnego z szyciem.
No może na siłę igłę można podciągnąć pod szycie :-D
Był to naszyjnik koralikowy.
Taki, że kopara mi odpadła i tradycyjnie stwierdziłam, że to zupełnie nie dla mnie.
Ale...
Ale jak zobaczyłam kolejne i dość szybko przybywające etapy pracy, to zwyczajnie pękłam i zapytałam krótko i węzłowato:
- Jak to się do cholery robi, bo czuję, że muszę - inaczej się uduszę!
Odpowiedź dostałam szybką i konkretną.
Prościzna! Zwykły peyot na igle!

Tjjjaaaa...
Jak ktoś parę lat temu koraliki porzucił, to mu się zwoje mózgowe odpowiedzialne za dzierganie naszyjników co nieco zastały i zdrewniały...
Ileż ja się naklęłam...
Ileż ja krwistych i soczystych takich tam w przestrzeń posłałam...
Aż w końcu dziecko me młodsze, czyli Anna zlitowało się nade mną i przypomniało mi, jak się igła NIE SZYJE tylko DZIERGA.
Zapewniam Was, że była NAPRAWDĘ baaardzo cierpliwą i nad wyraz skuteczną nauczycielką otępiałej matki swej...
Po okropnie długim kwadransie pojęłam o czym ona do mnie rozmawia i jakoś poszło.
Ba! Mało tego!
Aniusi też się wzór spodobał i umówiłyśmy się, że dziergamy to samo, synchronicznie, ale z różnych kolorów.
Aha! Kolorystykę obu wybrała skrupulatnie Ania, nie ja.
I tak oto, mamy dwa przepiękne naszyjniki:


Zielony robiła Ania...

... niebieski jest hand by me:



Kot Lucjusz bardzo chętnie nam pomagał przy robocie, więc w nagrodę robił za modelkę:

Chociaż czuł się ciut znudzony...

I teraz taki mały paradoks:
robiłam niebieski naszyjnik - na rozpoczęcie roku szkolnego poszła w nim Ania (pasował jej do stroju):

Ania robiła zielony - na rozpoczęcie roku szkolnego poszłam w nim ja (pasował mi do ciuchów):

Obie, niezależnie od siebie, wzbudziłyśmy furorę naszymi ozdobami naszyjnymi:


W sumie, nieskromnie stwierdzę, że wcale się nie dziwię :-D

Bo są oryginale, niepowtarzalne i po prostu super!
Nie pamiętam kiedy byłam tak obmacana przez koleżanki z pracy (koledzy na szczęście trzymali ręce przy sobie).

A Ania przeżywała mniej więcej to samo u siebie w szkole:


Kto by to pomyślał: zwykłe koralki nawleczone na żyłkę, a tyle emocji wzbudzają...
Zachęciłam się tak spektakularnym efektem działania i mam zamiar zrobić sobie kolejny.
Tym razem pomarańczowy.
Nic, tylko znaleźć ochłap czasu, usiąść i wydziergać :-)
Zwłaszcza, że Ania już mi rozpisała schemat, dobrała i naszykowała konkretne koralki.
Tak więc w ramach relaksu po dźwiganiu setek kilogramów bezpłatnych podręczników i ćwiczeń, zasiądę i se dziergnę pomarańczkę.
O! Bo przecież nie samym paczłorkiem człek żyje ;-)

Ps: zdjęcia (pomysł, aranżacja, wykonanie i obróbka) są autorstwa mojej młodszej córki, czyli Anny, poważnej uczennicy klasy trzeciej gimnazjum :-)

niedziela, 1 maja 2016

Ale to już było!

Krótko i na temat.
Chociaż wiele z Was zakrzyknie: ALE TO JUŻ BYŁO! (KLIK)

No było, było. Wiem. Czarne na białym.
Ale się odgrażałam, że będzie takie samo, tylko inne ;-)
W sensie, że młoda młodsza zażyczyła sobie serduszko na swoją ścianę.
Zamówiła i ma:

No i jest mi wdzięczna.
Tak bardzo, że dostałam od niej przecudnej urody zawieszkę sutaszową :-)
Ot taka umowa barterowa, czyli towar z towar ;-)
Ale o tym inną razą :-)
Dziś do podziwiania przedstawiam kolejne serce.
I wiecie co?
Tak mnie najszło na te serducha, że mam ochotę uszyć kolejne. Takie samo. Tylko, że w zupełnie innej kolorystyce.
Ciekawe, czy ktoś zgadnie w jakiej :-D

sobota, 23 kwietnia 2016

Hartowanie gimbazy

Dawno, dawno temu...
Za siedmioma górami, za siedmioma lasami...
Ej! No! Zdecydowanie przesadziłam.
Dawno to było, ale zdecydowanie bliżej. We własnym już ogrodzie. W ogrodzie mojej Babci.
Rosły tam lilie. Tak zwane smolinosy. Uwielbiałam je jako dziecko małe.
Jakaż to była frajda, kiedy wtykałam w nie swój nos i udając, że się zaciągam po pępek zapachem, paćkałam sobie pyłkiem całą buzię, nie tylko nos.
A potem zmykałam przed Babcią i Mamą goniące  mnie z gąbką i okrzykami:
- Monisiu! Buzię trzeba umyć! Cała w pyłku jesteś!
Obie Kobiety bardziej udawały, że mnie gonią, a ja udawałam, że uciekam...
Ot, taka tradycja ogrodowa :-D

Minęło wiele lat... Bardzo wiele...
Smolinosy z ogrodu gdzieś zaginęły i nie było ich bardzo długo.
Asia, czyli moje  starsze dziecko zasmakowało paćkania się ich pyłkiem u mojej ciotki. W ogrodzie swoim, jako się rzekło, nie było rzeczonych. Ale w czym rzecz - zdołała popróbować:-)
Maratony gąbkowo-okrzykowe również zaliczyła.

Natomiast Anna, poważna gimnazjalistka...
No cóż. Niekoniecznie...

Szukałam smolinosów przez wiele lat, bo ze zrozumiałych powodów miałam do nich niekłamany sentyment.

Chyba, podświadomie, miałam nadzieję, że dzięki nim wróci tamten beztroski czas dzieciństwa, tamto bezpieczeństwo i te Kobiety biegające za mną ze śmiechem po ogrodzie...

W sklepie ogrodniczym stały takie pomarańczowe smolinosy. ale jakieś taki mikre.
Pani sprzedawczyni, na moje pytanie, czy nie bywają wyższe, odpowiedziała ze zdziwieniem, że nie. Że taki ich wzrost i uroda. Że nie ma dużo wyższych. Owszem, są lilie tygrysie, ale ona ich nie ma. A poza tym - to już nie będą smolinosy.

Nie powiem - poczułam się zniesmaczona. 
No bo jak to? Takie konusy? Przecież doskonale pamiętam, że nie musiałam się do nich głęboko schylać, żeby wtrynić w nie nos. A teraz trzeba by się było  nieźle poskładać w chińskie osiem, żeby się upaćkać pyłkiem.

Dopiero po dłuższych przemyśleniach dotarło do mnie, że to nie one są niziutkie, tylko że to JA osobiście WTEDY byłam kurduplem i nie musiałam za bardzo się schylać do "wąchania". 
To mnie się zmieniła perspektywa postrzegania świata i własnego ogrodu.
To co kiedyś było dla mnie końcem świata, teraz ma zaledwie kilkadziesiąt metrów długości.
Trawy morskie wcale nie tworzą dżungli amazońskiej, tylko sięgają maksymalnie do bioder.
Leszczyny nie są potomkami Puszczy Kampinowskiej, lecz zaledwie krzakami ciut ponad 4 metry.
A cały ogród można przemierzyć od początku do końca, "na obkoło" cirka ebałt w pięć do sześciu minut.
Ot - perspektywa się skurczyła ;-)
No i tak też było z liliami.

Ale sentyment do nich mi nie minął.

I bezwzględnie postanowiłam mieć. 
Bo tak!

No i w tym tygodniu się mi trafiły.
O dziwo nie nazywają się smolinosy, tylko lilie azjatyckie.
Kupiłam dwie.
Jedną identyczną (pomarańczową) zapamiętaną z dzieciństwa, a drugą w kolorze jakby różowym (?), amarantowym (?). 
I posadziłam na kwietniku.

Ale nie miałam delikwenta do wąchania.
A przynajmniej tak mi się wydawało do dziś.

Anna...

Ha!

O smolinosach może i słyszała, ale nie kojarzyła z tym, co matka w kwietnik upchnęła.

- Aniu! Widziałaś, jak pięknie kwitną te lilie, co je wsadziłam ostatnio? - Zapytałam niewinnie.
- A nie!
- To idź podziwiaj i powąchaj. WARTO!
-Ok.
Dziecko pogalopowało i na szczęście nie usłyszało, że tata za nią zawołał:
- Uważaj! To są smoli...
- CICHO BĄDŹ! - zasyczała żona - Ona o tym nie wie!
- No co ty? Hehehehe! - odparł spacyfikowany mąż.
Anna wróciła po chwili. Na buzi miała rozczarowanie zamiast pyłku.
- Co ty mówisz. Wcale nie pachną.
- Bo za mało się wgłębiłaś - rzekłam z kamienną twarzą. - Musisz bardziej nos w nie wsadzić.
- Ale wtedy pręciki mnie będą łaskotać!
- Trudno. Zapach wydziela słupek. Warto się poświęcić... Idź jeszcze raz.

Dziecko narzekając poszło grzecznie na zad do kwietnika.
A ja, wredna mać, powiedziałam do małżowiny:
- No paczaj! Prawie piętnaście wiosen ma na karku, a tak się daje w konia robić!
- No! Hehehehe!

Po chwili dziecko wróciło... Jakże kolorystycznie odmienione. Policzki, nos i broda calusieńkie w pyłku rudo-brązowym :-D
I co najlepsze - wcale nie zdawało sobie z tego sprawy.
- W ogóle nie pachną! Nic nie czułam. Nos wsadziłam w słupek i nic!
- Yyyy... :-DDD Może w pierwszym roku po posadzeniu nie pachną :-DDD Ale przynajmniej wiem, że uczciwie teraz powąchałaś :-DDDD
- No uczciwie! Pręciki mnie łaskotały! Okropność!
- Hahahahahaha! Ale przeżyłaś. Jakoś! Jak zresztą widzę... :-DDD

Na horyzoncie pojawiła się starsza siostra Anny.
Aśka rzuciła okiem na młodszą sis i się zakrztusiła śmiechem:
- Wąchałaś lilie?
- No tak. A co?
- A nic :-DDDD
- No o co wam chodzi?
- O nic. Kompletnie! Idź do taty i powiedz mu, jakie jesteśmy okrrropne i się śmiejemy, że zapachu nie czujesz, chociaż wąchałaś.
Poszła do taty, rozpartego na bujanej ławce.
- No tato! No! Wąchałam przecież!
- Buhahahahahaha! WIEM!!! :-DDD - Tata nie był lepszy od kobiet na ławce statycznej.
- O co wam chodzi??? - młoda młodsza weszła na wyższe rejestry głosowe typu sopran operowy.
- O nic! - Zgodny chór matki, ojca i siostry wbił ją w jeszcze większą frustrację.
- No dobra! Fotkę ci strzelę i zrozumiesz - żal mi się zrobiło mojej progenitury.
- Aaaaaaaaaa!!! Nienawidzę was! TAK MNIE WKRĘCIĆ!!! WIEDZIELIŚCIE!
- Yessss! Yessss! Yesss! - Zakrzyknęła jej matka wredna. - Byłaś jedynym jeleniem nie znającym smolinosów, to musiałam  to wykorzystać :-DDD
- Jak mogłaaaaaś?!

Jak to, jak mogłam? Normalnie. Najpierw kupiłam, potem posadziłam, a później znalazłam żywy organizm do testów.
Krzywda Annie się nie stała, bo wszak same musicie przyznać, że doznania estetyczne miała zarąbiste:

A że litościwą matką czasem bywam, to paszczorka upaćkanego pyłkiem nie upublicznię.
Bo przecież każdy wie, jak się wygląda po wąchaniu smolinosów.
Czyż nie? ;-)
Zastanawiam się tylko nad jedną sprawą - kiedy moja Anna zadzwoni na błękitną linię i doniesie na matkę wredną... I jak ja się będę wtedy tłumaczyć. Że chciałam jej przybliżyć swoje dzieciństwo?
No nie wiem, czy to podziała.
Pozostaje mi mieć nadzieję, że Ania jest mocno impregnowana na pomysły wszelakie matki swej.
Bo lilie to tylko czubeczek góry lodowej mojej inwencji tówrczej. Taki lajtowy w sumie...
A niech się gimbaza hartuje!
O!

środa, 6 kwietnia 2016

Czarne na białym

Wiosna.
Czas, w którym przyroda budzi się do życia. Nieśmiało pękają pąki na drzewach i krzewach. Zakwitają pierwsze kwiaty. Słońce, jeśli świeci, to  świeci zdecydowanie i konkretnie. Ptaki wracają z emigracji i urządzają swoimi radosnymi trelami pobudki (Bogu ducha winnym ludziom) wściekle bladym świtem.
Wiosna to podobno również czas miłości.
Pewnie przez te ptaszki i inne zwierzątka, co to się łączą w pary i mnożą w tych romantycznych okolicznościach przyrody.
Idąc za ogólną tendencją postanowiłam uszyć coś takiego bardziej uduchowionego i wpasowującego się w aktualne tendencje klimatyczno-sezonowe.
Zwłaszcza, że znalazłam ten wzór.
Początkowo miało toto być kolorowe na wzór oryginału. Czyli takie mocno wiośniane, ale jak przyszło co do czego, czyli do wybierania szmatek, to jakoś tak w rękach pozostawały mi tylko takie czarne...
No cóż.
Przecież miłość bywa nie tylko taka w skowronkach, z kolorowymi motylkami tu i ówdzie.
Wszak bywa i tak bardziej smętna i niespełniona.
Ba! Tragiczna ona bywa, ta miłość.
Wystarczy wspomnieć Tristana i Izoldę oraz tych tam dwoje z Werony.

Tak więc rozgrzeszyłam się i przystąpiłam do cięcia oraz szycia.
Dość zdecydowanie zmniejszyłam wielkość kwadratów składających się na całokształt szyciowiska, bo jakoś nie miałam ochoty stworzyć potwora prawie dwa na dwa metry!
Nawet udało mi się osiągnąć to co zamierzałam i summa summarum mam tak zwany "łolhenging", czyli durnowieszkę naścienną o wymiarach 62 na 57 cm.




Se piknęłam, proszę Was, lotem naćpanej pczoły i całkiem całkiem się prezentuje.
Zarówno z prawej, jak i z lewej strony:


Co to ja pisałam kilka linijek wyżej? Że "mam łolhenging"?
Otóż już nie mam!
Zanim wyszedł spod maszyny, już miał właścicielkę: moje starsze córzydło, które dość mocno krytykowało sposób pikowania (pierwotny, zaznaczam, nie finalny!) i w ramach zrozumienia ze strony matki szyjącej, dostała w łapę prujkę i pruła  dzielnie szew po szwie. Dodam, że nić była monofilowa, więc łatwo jej nie było. O nie! :-D
Sama w sumie sobie winna była, bo wypikowałam tak jak ona chciała i wyszło tak, że... w ogóle nie wyszło. Skruszona wielce, obiecała, że nigdy więcej się wtrancać nie będzie, bo lajkonikiem w kwestii pikowania jest.

Tak więc błędy i wypaczenia mojego dziecka zmieniłam w swój sukces, a makatka typu "Gott mit uns" zawisła na ścianie w pokoju u Chudej:

No i ma takie czarne na białym ;-)

Aha! Młoda młodsza też chce mieć. Tyle, że w kolorystyce nieco bardziej pasującej do jej ścian, czyli szaro-żółtej.
Pomyślę i może uszyję ;)

sobota, 2 kwietnia 2016

Cel uświęca środki

Kłamać to ja za bardzo nie umiem.
Tak jestem skonstruowana i się nie zmienię. Nawet nie będę próbować.
Nawet jak próbuję, to i tak po mnie widać, że coś knuję, bo podobno oczy mi się śmieją.


Ale czasem mijam się z prawdą. W sumie, można by powiedzieć, że  mijam się szerokim łukiem.

Tak też było i wczoraj :-D
Wcale nie mam planów (przynajmniej na razie) porzucać bloga. 
Po prostu skorzystałam z okazji prima aprilisowej i postanowiłam ciut zażartować.
A że to nie była prawda? No cóż - licentia poetica, moi kochani, czyli pierwszego kwietnia wszystkie chwyty dozwolone ;-)

Sądzę, że większość z nas w mniejszym lub większym stopniu "kłamała" wczoraj aż się kurzyło.
Wszak to był ten jeden raz w roku, w którym można cokolwiek konfabulować ;-)

A jak to tak w ogóle z tym kłamstwem jest? 
Można kłamać, czy nie? Czy prawda ponad wszystko? 
Są takie sytuacje, że kłamstwo jest jedynym ratunkiem i wsparciem dla człowieka.
Ale nie będę się tu wspinać na wyżyny intelektualne i udowadniać, że tak faktycznie jest.

Raczej dam przykład, że tak powiem, z własnego podwórka.

Działo się to kilka tygodni temu.
Pojechałam do sklepu w celu zakupienia rybki na obiad. Tak mi się jakoś okrutnie świeżego dorsza zachciało.
Lazłam z koszem do działu rybnego i już wyobrażałam sobie, jak ze smakiem pożeram rybie zwłoki plus frytki plus surówka z kapustki kwaszonej...
- Taaakkk! Dorszyk atlatycki... To jest to, na co tygrysy mają dziś ogromną chrapkę. 
Stanęłam przy ladach iiiii....
- Aaaaaa! ŁOSOŚ!!! ŚWIEŻUTKI! TO JEST TO! Jak ja mogłam zapomnieć o łososiu! Dorsz poczeka, dziś będzie łosoś! 
Idąc do kasy zaśliniona jak buldog nagle doznałam wizji...
Bardzo niefajnej...
Otóż przed oczami duszy mej stanęło mi moje dziecię młodsze, czyli Anna.
Anna łososia nie cierpi. Dlaczego?
No bo łosoś jest: za słony/niesłony/za suchy/za tłusty/za różowy/za blady/przypieczony/surowy i ogólnie ŚMIERDZI!!!
Obiad w towarzystwie Anny i łososia to krwawy horror i koszmarna droga przez mękę, ubarwiana pogróżkami typu:
- Zaraz się porzygam!
- O nie! Nie ma tak dobrze, moja Aniusiu! - zawarczałam pod nosem w kierunku swojej wizji - nie zrezygnuję z łososia przez twoje widzimisię! Łosoś rządzi! 

Aś, jak dowiedziała się co matka na obiad ma zamiar zapodać, najpierw się ucieszyła, a potem stęknęła:
- O nie! Anka...
- Spoko! Coś wymyślę.
- Taaa. Jasssne. Ciekawe co?

W możliwości własnej matki nie wierzyła ;-)

Nastał czas obiadu.
Dzieciny wypełzły ze swoich jaskiń i pojawiły się przy kuchennym stole, na którym czekały talerze z jakże apetyczną (dla niektórych) zawartością.

Asia zasiadła zadowolona przed swoją porcją, a Anna stanęła jak muł na progu kuchni i zawyła jęcząco:
- Łoooosooooś??? FUUUU!

Matka łypnęła na nią złym okiem i zimnym, nauczycielskim (jakże przez obie córki znienawidzonym) głosem rzuciła konkretnie:

-SIADAJ I JEDZ!
- NIE LUBIĘ ŁOOOOOSSOOOSSSIIIIAAAA!!! - rozdarła się gimnazjalistka.

- To nie łosoś.
- Nie? A co? - z młodej młodszej uszło nieco powietrza.
- PSTRĄG. - rzekła matkazawszeprawdomówna bez zmrużenia oka.
- A! To dobrze. Pstrąga chyba lubię? - dziecko wolało zasięgnąć opinii u wyższej instancji, czyli u mamuni swej jedynej.
- Oczywiście. - powiedziałam spokojnie. 
Bazowałam na tym, że pstrąga Ania jadła ostatnio sto lat temu i zapewne zdążyła zapomnieć, że łypał na nią z talerza smutnym, acz pustym oczodołem...

- Mmmm... PYCHA! - zakrzyknęła Anna, połykając pierwszy kęs łososia przechrztę.

Asia, nie wiedzieć czemu, dostała nagle wściekłego ataku kaszlu i dziwnie poczerwieniała na paszczy.
- Huknąć w plecki? - zaproponowałam litościwie.
- Nnnneee, nnniiic mi nie jest... - wydusiła.
- Ość może? - zatroskała się młodsza siostra.
- Może - wydusiła z siebie starsza latorośl.
- Zagryź frytą, to ci pójdzie i może przejdzie - poradziłam z kamienną twarzą i z zaciśniętymi zębami.
To był obiad jakiego nie zapomina się dłuuugo! Oj długo!
Ania jadła aż miło, po każdym kęsie wychwalając pod niebiosa walory smakowe pstrąga i urągając łososiowi, którego NIENAWIDZI!
Aś i matka krztusiły się cyklicznie i na zmianę...

Kiedy obiad został skonsumowany, pogalopowałam w oddalony kąt domu, czyli do piwnicy, w celu ryknięcia śmiechem niepohamowanym i histerycznym...
Aś ze mną.
Kiedy w końcu jakoś otarłyśmy sobie łzy cieknące ze śmiechu, Joanna powiedziała mi z wyrzutem:
- Pstrąg, co? Jak mogłaś tak kłąmać?
- Nie wiem. Samo wyszło. Głupio mi w sumie. 
- No chociaż tyle!
- Ale zjadła! Cel uświęca środki, moja droga!
- Jasssne! A kiedy masz zamiar się przyznać.
- Zaraz. Przecież w ramach zemsty za moje krętactwo nie wyrzyga pstrągo/łososia. Tak sądzę... Chyba...
- Chyba - zachichotała starsza progenitura.

Poszłam odważnie do Ani do pokoju.
- No co tam, myszko? - zagaiłam wyjątkowo inteligentnie.
- A nic. - Młoda czyta jakieś opasłe tomiszcze i nie bardzo ma ochotę na konwersacje.
- Aha...
Chwila milczenia.
Milczenia ciąg dalszy.
I dalej milczenie...
- Tego... Co to ja chciałam? Aha! Weź tu wreszcie posprzątaj, bo burdel masz pokazowy! 
- Dobra, dobra! Posprzątam. Kiedyś. - odparła Anna ze stoickim spokojem.
- Aha... Yyyy... Muszę ci coś powiedzieć, Aniu... To będzie dla ciebie chyba szok, albo coś...
- NOOOO???
- Ekhem... Jakby tu zacząć? 
- Od początku może - Ania prezentowała cierpliwość wręcz kamienną.
- Obiadek ci smakował?
- Smakował. A co?
- A bo ten pstrąg to był łosoś! - wrzasnęła matka.
- Aaaaaa!!! Oszukałaś mnie! Jak mogłaś???
- Mogłam. Z zimną krwią. I bez wyrzutów sumienia! Smakował?
- Bardzo!
- To czemu nie chciałaś nigdy jeść łososia? - byłam zdruzgotana.
- A w sumie, to nie wiem. - i zaprezentowała mi promienny uśmiech...
- To już nie tylko dorszyk i fląderka są jadalne? - zapytałam z nadzieją.
- Tak. Ale nie licz na to, że przekonasz mnie do tuńczyka - powiedziało dziecko, uśmiechając się z wyższością i ponownie chowając nos w książce.

No nie wiem... Pomyślę... 
Wszak cel uświęca środki, czyż nie? :-D 

piątek, 1 stycznia 2016

Mrrr... Koty te prawdziwe i inne

Moje młodsze dziecię od sierpnia posiada nowy wystrój kolorystyczny pokoju.
Zszarzała i przybrudzona biel ścian została zastąpiona żółcią oraz szarością.
Do takiego wystroju trzeba było zmienić zarówno firanki jak i zasłony. Trochę nowych gadżetów i...

- Mamo! Ale ten koc na łóżko to mi zupełnie nie pasuje!

Trudno się nie zgodzić - szafirowy, puchaty koc z kotami ni jak się miał do nowego/starego wnętrza.

Ale udawałam, że ZUPEŁNIE nie wiem, o co mojej córce chodzi. Przecież koc jest czysty, cały, kompletnie niezniszczony. Lata całe jeszcze może posłużyć.
I w ogóle to on taki milusi jest...

Gdzie tam!
Anna nie dała się zagadać.
Grzecznie, acz stanowczo, zażyczyła sobie nowego okrycia na tapczan.
Konkretnego - z kotami.
W tonacji szaro-żółtej. Ewentualnie tylko w jednej z nich.

Matczysko westchnęło i zaczęło kombinować.

Dość długo to trwało, bo trzeba było skrystalizować koncepcję,  skompletować materiały, a przede wszystkim - znaleźć czas na uszycie całkiem konkretnego kawałka narzuty.

Cyklicznie byłam popędzana przez lekko zniecierpliwioną młodą młodszą, ale uspokajałam ją:

- Spoko! W tym roku na bank ją uszyję. I mam tu na myśli rok kalendarzowy, a nie szkolny.

Najpierw lekki trening:


A potem szycie właściwe.



I tak oto, wczoraj, skończyłam.
Czyli słowa dotrzymałam! Wyrobiłam się w obiecanym czasie ;-)

Proszę państwa, oto kocia narzuta:

Lekkie zbliżenie:





Oczywiście Fredziowa kontrola jakości też była, bo bez tego się nie liczy:





A kot Lucjusz pomagał bardzo intensywnie przy pikowaniu. O mało nie spadłam z krzesła jak i tak hopsnął przed sam nos, na maszynę:



Później pomagał mi przy ręcznym podszywaniu lamówki:


Dzięki takiej pomocy narzuta musiała się udać, po prostu nie miała wyjścia :-D

Tak wygląda w miejscu docelowym:



Z poduszką:



No i już jest użytkowana:


Podobno wygodna ;-)

Dane techniczne: 150 cm na 210 cm.

Mrrrr... Koty te prawdziwe i inne dominują! :-D


Ps. inspiracja do kociej narzuty - znaleziona gdzieś w necie. Adresu tradycyjnie nie zapisałam :/

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Kiedyś umrę ze śmiechu!

Jak się kiedyś, gdzieś ukaże mój nekrolog, to możecie być pewne, że umarłam ze śmiechu.
Przez moje latorośle.

Moje córki dostarczają mi nieustannie powodów do dzikich i nieokiełznanych wybuchów śmiechu.

Dziś tylko dwa przykłady imienne.

Anna.
Dzień - sobota.
Starsza jej siostra pokazywała nam - w sensie rodzicom i siostrze swej - coś na swoim kompie.
- Asia! Ale ty masz ikon! - Zakrzyknął tata moich dwóch córek. Faktycznie - monitor Joanny w zasadzie nie potrzebuje tapety - i tak jej nie widać.
Ania siedzi cichutko jak myszka i w pewnym momencie pyta mnie:
- Mamo. A co to jest ten IKON?

Joanna.
Dzień - sobota (taż sama, co wyżej).
Byłyśmy z Anną na Giełdzie Minerałów. W drodze powrotnej, zahaczyłyśmy o Empik i przy okazji umówiłyśmy się tamże z Joanną, powracającą z seminarium magisterskiego.
- To co Chuda? Buty obejrzymy? Nie mam zimówek - Rzuciłam od niechcenia.
- No spoko. Muszę sobie coś kupić, bo mi się buty rozwaliły. Wiatr mi normalnie hula. - Na dowód swych słów podetknęła mi używane swe obuwie pod nos.
Fakt! Stopy Chudej żyły w permanentnym przeciągu. Góra pogniewała się z zelówką na amen!
Dziecko moje starsze wybrało sobie butki, spakowało w pudełko i poszyłyśmy do kasy.
Ja nic sobie nie wybrałam, bo z powodu gigantycznego bólu głowy, nie miałam weny na szperanie po półkach.
Buty, spakowane w pudełku, czekały na założenie do dzisiejszego poranka.
Chuda wyjęła je na światło dzienne i...
I usłyszałam, zduszone, acz krwiste:
- KU...A MAĆ!
- Co jest?
- No co? Sama zobacz!
Buty - nówki nieśmigane. Rozmiar: jeden 37, drugi 38!

Tjaaa...

Pojechałyśmy późnym popołudniem wymienić, a właściwie skompletować obuwie.
Wchodzimy do sklepu. Aś tłumaczy pani:
- Bo kupiłam buty w sobotę, ale jeden jest 37, a drugi 38.
- A jakie mają być? - Zapytała pani.
- 37.
Pani otworzyła pudełko...
- O! Dwa PRAWE!

Tak więc Joanna wykazała się oryginalnością postępowanie - kupiła dwa różne rozmiarowo buty, na tą samą nogę.
W sumie dobrze, że nie zanabyła rękawiczek. Bo jakby tak kupiła dwie lewe, to komentarz nasuwałby się sam ;-)

niedziela, 4 października 2015

Zwyczajna - niezwyczajna

Lubię szyć, co chyba nie jest dla nikogo jakimś specjalnym zaskoczeniem. Raz mi to szycie wychodzi lepiej, a raz niekoniecznie.
Czasem rzucam się z motyką na słońce i... wracam na ziemię cokolwiek poparzona ;-)

Tym razem jakimś cudem udało mi się uszyć coś dokładnie tak, jak powinno być uszyte.


Poduszka?
No nie do końca...

Nie wszystko jest tym, na co wygląda.

Druga strona:



Poduszka dwustronna???
Zdecydowanie nie!

To zwykła, acz nie do końca zwyczajna narzuta:


Czary mary! Nie ma kota, nie ma chmurek :D

Ale jest narzuta i mistrz drugiego planu:

Co się stało z kotem i chmurką?
Ależ są, są!
Z tyłu narzuty.
Oto chmurka:


A kotek jest za chmurką:

Ot takie czary. Raz kot na wierzchu, a raz chmurka.

Po co taki kamuflaż?
Ano po to, żeby narzuta była wielofunkcyjna, łatwa w przechowywaniu i w transporcie.
Kiedy narzuta ma pełnić swoją podstawową funkcję, czyli nakrywczo-przykrywczą, do kieszeni można wsunąć przemarznięte stopy i mieć dodatkowy grzejnik.

Jeśli narzuta ma czekać na zmarzlucha, to lepiej łatwiej ją przechowywać. Albo zabrać ze sobą. Gdziekolwiek.

Jak dojść od chmurki do kota?
To prosta robota (że tak se rymnę).

Najpierw rozkładamy narzutę:


Następnie składamy:





I mamy zgrabny kwadracik. Chmurka z kotkiem są pod spodem.

Następnie wkładamy obie nasze dłonie szlachetne do kieszeni:

Łapiemy od wewnątrz kieszeni  za rogi:
I przewlekamy całość na drugą stronę:

W ten oto sposób znowu mamy kotka.


Czyli w sposób lekki, łatwy i przyjemny zmieniamy dzieciową narzutę o wymiarach 140 cm na 95 cm, w zgrabną poduchę 47 cm na 47 cm :-)

Pierwszy raz zobaczyłam taki sposób na szycie narzuty u Lenki miesiąc temu. I musiałam, no po prostu MUSIAŁAM uszyć takiego cudaka :-D
Cudak ma nazwę całkiem poważną:

Quillow.

Teraz równanie matematyczne w celu wyjaśnienia imienia:

Quillt + Pillow = Quillow

Proste?
Proste!
I łatwe. Zwłaszcza, jak się Lenkę nieco telefonicznie poprześladuje w celu dopytania o pewien szczegół przy wszywaniu kieszeni ;)

Tak więc uszyłam zwyczajną (?) niezwyczajną (?) narzutę po raz pierwszy.

Ale na bank nie po raz ostatni!