Oto jeden z moich ukochanych klimatów - ikony.
Boli mnie aż i skręca w środku, bo to takie oszukane ikony. Zrobione decoupagem, a nie pisane ręcznie, w ciszy i skupieniu, w modlitwie.
Obiecuję sobie kurs pisania ikon i odkładam na święte nigdy. Ale może, kiedyś...
Tymczasem jest to, co jest. Niezupełnie tak, jak chciałam, trochę eksperymentów w tej twórczości było - wyszło tak, jak na zdjęciach poniżej.
Co próbowałam?
Po pierwsze ozłocić, po drugie zrobić taki numer jak w schabby chic (pomalować ciemne tło, posmarować smugi i kanty świecą, na to dać złocenie, a potem przetrzeć papierem ściernym), po trzecie pokryć deskę złoceniami a potem przetrzeć ją papierem ściernym tak, żeby widoczny się stał rysunek słojów drewna.
Wnioski z prac?
W krótkich, żołnierskich słowach: nigdy, nigdy, przenigdy nie robić ikon na nowej, wygładzonej, oszlifowanej desce. Tracą duszę. Nowe deski trzeba postarzyć wszelkimi znanymi sposobami.
Koniec i kropka.
Następnym razem tak zrobię...
 |
| Przegląd technik: od lewej po prostu złocenia, złocenia z przecieraniem papierem ściernym aż będzie widoczny rysunek drewna, złocenie sposobem schabby chic. |
A tymczasem u mnie "robią się" (moimi rękami rzecz jasna): kartki świąteczne, wieńce adwentowe, stroiki bożonarodzeniowe, lada dzień wezmę się za ciasto na pierniczki... Szykuję się też na tygodniowy kurs florystyczny, a ze swoich prac wkrótce zdam relację.
Miło mi także bardzo, bo otrzymałam pierwsze w moim krótkim blogowym życiu wyróżnienie od
Kawusiowej5
Dziękuję!!!
Ale na pytania Kawusiowej odpowiem następnym razem :) Lista blogów, które chciałabym wyróżnić, też następnym razem.
No to do... następnego razu ;)
Rosea