Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gruszki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gruszki. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 października 2014

niedziela, 30 września 2012

TU I TAM nr 27. Słodko-słony świat. Gruszki i sernik z gorgonzoli z sosem pigwowym


Ponętna.
Iście rubensowska.
Zaokrąglona gdzie trzeba, z pięknie wyrzeźbioną kibicią.
Tylko czasem pozornie gruboskórna, o wnętrzu słodkim i jędrnym.
Uwielbia dobre towarzystwo, najchętniej o francuskim rodowodzie.
Nie stroni też od czekolady, wina i korzennych zapachów.
Gruszka. Królowa września.
Wzięła we władanie nasze kuchnie, Amber i moją.
Uległyśmy z rozkoszą.
Urokom gruszki nie można się oprzeć.
Oto do czego nas zainspirowała.
Zapraszamy!


Zupełnie nie wiem gdzie się podział.
Choć dobrze pamiętam, kiedy się zaczął i szczerze przyznam, że cieszę się bardzo, iż już się kończy. 
Wrzesień.
Właściwie niczego sobie. 
Mogę nawet powiedzieć, że to jeden z moich ulubionych miesięcy. A jednak...


A jednak tym razem trochę mnie zawiódł. 
Choć gotowa jestem przyznać, że trochę winy leży też po mojej stronie.
Pogoda zdecydowanie minęła się z moimi oczekiwaniami. 
Parę ważnych spraw zamarło pod ciągłym znakiem zapytania, a ja już chciałabym postawić kropkę.


Potok w ogrodzie po prostu wysechł ukazując smutną anatomię kamiennych wnętrzności, które z każdym dniem coraz bardziej szarzeją. Bez tego wodnego szeptania i kojących monologów wodospadu świat zdaje mi się niekompletny.


Ciągle nie znalazłam czasu, żeby pójść na grzyby i zaczynam odbierać niepokojące przesłanki, że powinnam to marzenie przesunąć na przyszłą jesień. 
Wyprawa po kasztany skończyła się pełnym goryczy stwierdzeniem, że zostały nam już same obeschłe łupiny ...


Przecięty palec, kontuzja kolana, jak zawsze nieproszona migrena w komplecie z rozrywającym głowę dźwiękiem narzędzi zmieniających nową łazienkę w gruzowisko nie pozwalają mi myśleć o wrześniu zbyt pozytywnie.
Jednak pisząc te słowa dochodzę do wniosku, że może wcale nie jest aż tak źle.


Na grzyby pójdę za rok. 
Kolano przestało boleć.
Palec szczęśliwie nadal stanowi jedną całość. 
Zza sterty gruzu wystaje rura, która już od jutra ma przestać przeciekać. 
Nocna ulewa napełniła nadzieją mocno już zrezygnowane koryto potoka.


W piętrzącym się przy łóżku stosie książek znajduję słowa, które przeciągają mnie na drugą stronę lustra. Tam wszystko ma inny wymiar, smak i znaczenie.
Dawno nie czytałam tyle co teraz.  Mam wrażenie, jakbym pozbyła się wszystkich słów, które gromadziłam przez lata, a teraz zapełniam się innymi, zupełnie nowymi. O wielu rzeczach zaczynam myśleć zupełnie inaczej, na nowo, bardziej zdecydowanie. Chciałabym wierzyć, że lepiej.


Jeszcze tylko parę słów, kilka kroków, a to do czego zmierzam, zacznie się urzeczywistniać.
A zanim nadejdzie wyczekiwany październik, z lubością wgryzam się w gruszki.
To mój wrześniowy sposób na poprawę nastroju.


Szczerze mówiąc najbardziej lubię takie prosto z drzewa. Trzymane za ogonek i obgryzane po pestki. W ciastach, tartach i deserach za nimi nie przepadam. Zwykle wtedy stają się mdłe i tracą swój gruszkowy charakter.
O wiele bardziej lubię podkreślać ich smak ostrymi serami. Właśnie dlatego moje gruszki smakują tak, jak mijający wrzesień: słodko-słono; jak życie po prostu.


Gruszki i gorgonzola pasują do siebie idealnie. Wymyśliłam więc sobie sernik z gorgonzoli na spodzie z krakersów z solą morską (przepis tu - klik) z  gruszkami w pysznym pigwowo-gruszkowym sosie.  Rezultat przeszedł moje oczekiwania.
Ostrość sera cudownie kontrastuje z miodową słodyczą gruszek. Słodki sos doprawiony nalewką z pigwy pasuje tu idealnie. Całość tworzy słodko-wytrawny deser, który na stałe wpisuję w moje wrześniowe menu. Choć przyznam, że jest tak dobry, iż mogę go jeść przez okrągły rok.


SERNIK Z GORGONZOLI Z GRUSZKAMI W SOSIE PIGWOWYM

75 g pokruszonych krakersów - użyłam domowych z tego przepisu (klik)
350 g twarożku - użyłam serka President
150 g gorgonzoli
100 ml śmietany kremówki
2,5 łyżki żelatyny
sól, pieprz do smaku
3-4 łyżki stopionego masła
kilka małych, dojrzałych gruszek
ok. 8 łyżek galaretki z pigwy 
nalewka z pigwy - kilka chluśnięć;) 
szczypta imbiru
ew. sok z cytryny


Przygotować tortownicę lub formę o średnicy 16 cm i wyłożyć spód papierem do pieczenia. Twarożek przełożyć do miski. Krakersy zmielić lub drobno pokruszyć, zmieszać z roztopionym masłem i wyłożyć nimi dno formy. Do małego rondelka przelać śmietanę i dodać gorgonzolę. Podgrzewać na małym ogniu do momentu aż ser się stopi i powstanie dość gładki sos. 


W tym czasie żelatynę namoczyć w niewielkiej ilości wody. Gdy napęcznieje dodać ją do ciepłej śmietany z gorgonzolą i energicznie wymieszać tak, by dokładnie się rozpuściła. Całość przelać do miski z twarogiem i wymieszać, by całość idealnie się połączyła. Doprawić do smaku solą i pieprzem i wylać na spód z krakersów. Chłodzić w lodówce do momentu, aż sernik stężeje - u mnie nie trwało to dłużej niż 30 minut. 


Gdy sernik się chłodzi przygotować gruszki i sos. Gruszki obrać ze skórki, przeciąć na pół i wykroić delikatnie gniazda nasienne. Do szerokiego rondelka z grubym dnem włożyć galaretkę z pigwy, dodać kilka łyżek wody, szczyptę imbiru i podrzewać aż stanie się płynna. Dodać część nalewki z pigwy i włożyć gruszki wewnętrzną stroną do dna. Trzymać na małym ogniu, aż gruszki lekko zmiękną. Wyjąc wszystkie z wyjątkiem jednej - gotować ją dalej aż się rozpadnie, a następnie zmiksować lub zmiażdżyć widelcem, by zagęściła sos. Jeśli jest za słodki, można doprawić odrobiną soku z cytryny. Zdjąć z ognia i przestudzić.
Jeszcze ciepłe gruszki ułożyć na wierzchu sernika i podawać polane sosem.


Polecam Wam także pokazywane wcześniej na blogu: 

czwartek, 8 marca 2012

Gruszki na wierzbie? Nie. W soli. Z sosem cajeta.



"Niezbyt dojrzałe gruszki, gatunku winiówek i innych twardszych układać do baryłek posypując sieczką lub prosem, baryłkę zalewa się pakiem i zatapia do studni, jak z ogórkami, uważając, by nigdzie w baryłce szpary nie było, przez którą mogłaby się woda dostać. Tym sposobem dadzą się przechowywać do połowy zimy." *
*Kucharz Warszawski, rok wydania 1914
 

A teraz ?
Co się zmieniło?
Gruszki na wierzbie nadal nie rosną.
Na szczęście! 
Choć obserwując to co się dzieje, zaczynam się obawiać, czy aby na pewno zaoszczędzony mi będzie ten widok. 


A studnie?
Gdzie się podziały?
Te prawdziwe, głębokie, dudniące echem, z wiadrem na sznurze. 
Nie te drewniane atrapy stojące na działce obok pstrokatych krasnali. 


Kiedy ostatnio nabraliście wody ze studni? 
A może powinnam zapytać czy kiedykolwiek Wasze ręce kręciły kołowrotkiem, oczy wypatrywały głębi, w której powoli znikało wiadro, uszy nasłuchiwały pierwszego plusku dna, a usta łapczywie gasiły pragnienie cudownie zimną, rześką wodą? 


Tak, wiem. Nie jest nas wiele. 
Moja studnia w ogrodzie też już od dawna nie działa. 
Odkąd ptaki uwiły w niej gniazdo co roku zamieszkiwane przez pięknie trelującą parką, nikt z nas nie myśli o tym, by zakłócić ich spokój.


Studnia to przeżytek. 
A kto to widział chować w niej baryłki gruszek i ogórki?
Kto jeszcze pamięta, że ich babcie i dziadkowie tak robili?


Wszystko to trochę brzmi, jak te gruszki na wierzbie. 
Mamy wodę z dystrybutora. 
Modelowo kształtne rozmiary owoców dostępnych niemal wszędzie przez cały rok - nie trzeba kręcić korbką, by wyciągać je ze studni.
Teraz jest łatwo, szybko, wygodnie. Pełen komfort. 


A ja jednak tęsknię za niewygodą. Oddałabym za darmo pakiet komfortu w zamian za gruszki ze studni. Za cały łańcuch myśli, jakie moja Prababcie tkała przez cały rok, by w porę zasiać, zasadzić, wykopać, schować, zawinąć, zasypać .... 
Po prostu żyć rytmem natury.  Bez fałszywych nut półproduktów i nienaturalności. 


I choć tkam swój łańcuch, czasem czuję się bezsilna wobec nowoczesności i jej siły, która jak huragan burzy stare zwyczaje, zmiata tradycję i miażdży emocje. 


Jestem staromodna. Niedzisiejsza. 
Zanurzam się w przeszłości, jak w głębokiej studni łapiąc odbijające się echem głosy, wspomnienia. 
Im dalej, tym lepiej.


W studni pamięci odbija się wspomnienie gruszy. Pochylona ciężarem dojrzałych owoców, podawała je wprost do rąk sięgających po nie przez kuchenne okno. Piękny to był widok i najpyszniejsze gruszki, jakie jadłam. Gdyby nadal rosły, schowałabym je na zimę do piwnicy. 


Musiałam jednak kupić w sklepie. 
Są dobre. Po prostu dobre i nic więcej. 
Chciałam, żeby smakowały jeszcze lepiej. 
Zasypałam je solą i upiekłam.  


Zmieniły karnację, zachowały kształt, nabrały soczystości i przeszły subtelnym jak mgiełka aromatem soli. 
Lepiej, o wiele lepiej. 
A zatem to jeszcze nie koniec. Potrzebne coś jeszcze, by powiedzieć, że smakują najlepiej. 
To coś to cajeta


Cajeta to meksykańskie dulche de leche z koziego mleko. Można  go także przygotować używając pół na pół mleka koziego i krowiego. Ale dla mnie to już nie to samo. 
Jeśli lubicie kajmak, ten sos też zawładnie Waszym sercem i podniebieniem. 


Polałam nim upieczone w soli gruszki. Zachwyciły mnie strużki cajeta spływające po jeszcze ciepłych krągłościach. Rubensowskie kształty w karmelowym jedwabiu. Dopiero teraz smakowały idealnie, choć może byłyby jeszcze lepsze, gdybym wyciągnęła je ze studni...


GRUSZKI PIECZONE W SOLI Z SOSEM CAJETA

4 gruszki
ok. 2 kg soli 
1 litr mleka koziego
2 szklanki cukru 
1 laska cynamonu
1 laska wanilii
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1-2 łyżki rumu


Gruszki umyć, osuszyć. Przygotować głębokie naczynie do zapiekania i na dno wysypać warstwę soli tak, by tworzyła cienką warstwę. Ułożyć na niej gruszki zachowując między nimi odstępy i zasypać resztą soli - powinna je niemal całkowicie zakrywać. Wstawić do piekarnika nagrzanego do temperatury 150 stopni i piec ok. 35-45 minut - do momentu aż zmiękną (można sprawdzać patyczkiem). 
Upieczone gruszki oczyścić lekko z soli i polać sosem cajeta.


CAJETA 

Przygotowanie tego sosu wymaga czasu i cierpliwości. Osoby, które ich nie mają lub po prostu wolą wygodniejszy i szybszy pakiet, mogą zastąpić cajeta sosem karmelowym - przepis tu  i tu


W naprawdę dużym, wysokim i szerokim garnku (im szerszy garnek tym szybciej masa będzie gęstnieć i nabierać koloru) połączyć mleko i cukier i gotować na średnim ogniu, od czasu do czasu mieszając, przez 15 min.


Sodę rozpuścić w 3 łyżkach zimnego mleka lub wody. Garnek z mlekiem zdjąć z ognia i mieszając dodać do niego sodę. Należy uważać, bo mleko się w tym momencie spieni i podejdzie do góry - dlatego garnek musi być odpowiednio wysoki. Masa w tym momencie lekko zgęstnieje i zmieni kolor na beżowy.


Mieszając odczekać aż piana nieco opadnie. Postawić ponownie na jak najmniejszym ogniu i na początku mieszając cały czas (najlepiej drewnianą łyżką), odczekać, by piana bardziej opadła, a potem mieszać już tylko od czasu do czasu.


Czas takiego zagęstniania trwać będzie ok.1,5 do 2 godzin, do czasu aż masa ściemnieje i nabierze takiej gęstości, jakiej sobie życzymy. Od czasu do czasu mieszać. Pod koniec, gdy masa jest już coraz bardziej gęsta,  mieszać trzeba będzie dość często, by nie przypalić.
Gotową cajetę nieco przestudzić, dodać rum i ekstrakt waniliowy. Można przelać do słoika lub od razu stosować do przepisów.


Uwaga! W czasie studzenia może pojawić się na powierzchni piana i absolutnie nie można masy mieszać. Mieszanie spowoduje wtórną krystalizację cukru i masa zamiast być płynna zwyczajnie zbryli się, straci połysk i zrobi się nieprzejrzysta. Pianę można będzie usunąć po wystygnięciu.


* przepis na gruszki pochodzi z tej strony - klik
** przepis na sos cajeta cytuję za Samirą - klik 

czwartek, 22 września 2011

Wpadła gruszka do ... clafoutis. Czekoladowego. I maliny też.


- Jaki samochód Ci się podoba? 
(Robię poważną minę, zastanawiam się przewracając oczami i błądząc myślami między samochodami czarnymi i ... czarnymi? Nie, tych już jest za dużo. Wolę te retro, w jasnych kolorach)
- Wiesz, najbardziej taki jasny, w kolorze latte.
- Ale nie o kolor pytam, tylko o markę - jaki samochód?
- No przecież mówię, że jasny. A, i mały. 
- Hmm...

Tak, nie znam się na samochodach. Przyznaje się.
Wystarcza mi podział na duże i małe. Jasne i ciemne. 
Marki, konie i inne wspomagania zupełnie do mnie nie przemawiają. 
Bo niby po co?

Ja nie jeżdżę samochodem, to znaczy nie prowadzę.  
Mam gdzieś w domu prawo jazdy, ale jeszcze z minionej epoki, więc oprócz wartości sentymentalnej sam dokument nie przedstawia żadnej wartości.
Jak to możliwe, by w XXI wieku nie prowadzić samochodu?!


A bardzo możliwe. I całkiem przyjemne. 
Nie jeżdżę, bo nie mam takiej potrzeby.
Tu, gdzie mieszkam, wszystko jest w zasięgu ręki, a raczej nogi, więc najchętniej wybieram spacer jedną z ulubionych ścieżek. 
Mój retro dwukołowiec wciąż dobrze się trzyma, więc kiedy tylko mogę wsiadam na rower i ścigam się z wiatrem. 


W skrajnych wypadkach - grad, deszcz, huragan, wielkie lenistwo - korzystam bez ograniczeń z mojego prywatnego kierowcy, za co wielka chwała kochanemu W. , bo znosi moje kaprysy z anielską cierpliwością (W.! jeśli dawno Ci o tym nie mówiłam, to pamiętaj, że bardzo to doceniam;).


Jako pasażerka spełniam się całkowicie. Rozglądam na prawo i lewo. Zapatruję bez końca w horyzont. Jem, piję, słucham muzyki, gestykuluję, rozmawiam (no dobrze - kłócę się też , ale chyba coraz rzadziej...?). 


Jednym słowem jestem tak zajęta, że nie wyobrażam sobie, jak mogłabym jeszcze zmieniać biegi, panować nad stopami i rozpoznawać po drodze znaki drogowe. Ba, musiałabym je najpierw zauważyć! 
Zważywszy jeszcze, że nagminnie mylę kierunki, jako kierowca nie powinnam funkcjonować i na szczęście nie muszę.
Dobrze mi z tym i niech tak pozostanie.


I tak sobie chodząc tu i tam odkrywam zawsze coś nowego, ciekawego. Widok, drzewo, dom, kwiaty - coś, co sprawia, że chcę znów powrócić na tą ścieżkę.
A przy jednej z nich rosną grusze. Rosną za płotem ogrodu, ale część gałęzi pochylają też w stronę nas, spacerowiczów. 


Gospodarze najwyraźniej nie lubią gruszek, bo oprócz wszędobylskich os, po ich stronie płotu nikt się nimi nie interesuje. I po mojej stronie ścieżki mogę częstować się nimi do woli. I tak robię. Za każdym razem wracam z siateczką gruszek. Jakich?
Malutkich, szaro-burych.


Tak, podobnie jak na samochodach, nie znam się na gruszkach. Z tą różnicą, że w przypadku gruszek naprawdę mi wstyd, bo powinnam i chciałabym, a jednak wciąż ich nie rozróżniam.
Małe, duże, twarde, miękkie.
Tylko tyle, a przecież to nawet nie początek. W kwestii gruszek muszę się zdecydowanie podszkolić. 


Te, które dosłownie wpadły mi w ręce są malutkie, w środku ziarniste, jędrne i słodkie. Takie bardzo lubię. Ich gruboskórność kryje soczysty, miodowy smak. No i kolor, taki jasny, jak mój ulubiony samochód;)


Ten kolor bardzo zyskuje, gdy zestawi się go z ciemnym tłem. Dla gruszki takim idealnym tłem jest czekolada. Mam ochotę na lekki, szybki, czekoladowy deser. Nie ciasto. Nie mus. Może clafoutis?


Ale ja nie lubię clafoutis! Tak, nie lubię clafoutis klasycznego, ale wersja czekoladowa może zmienić mój punkt widzenia, jak to w innych wypadkach już wielokrotnie bywało. 


I wiecie co? Bardzo lubię clafoutis! 
Czekoladowe. Z gruszką. 
I z malinami, bo mimo pierwszych oznak jesieni, one nadal pięknie czerwienią się na krzakach. 


Clafoutis z gruszką i malinami.
Szybkie, pyszne, bardzo proste. Idealne na niespodziewane wizyty. 
Wiem na pewno, że wrócę do tego przepisu. Nie wiem tylko jak nazywa się ta gruszka, która do niego wpadła. A Wy wiecie? 


CZEKOLADOWE CLAFOUTIS Z GRUSZKĄ I MALINAMI
/przepis Julii Child z książki Mastering the Art of French Cooking, Vol. 1, znaleziony tu - klik)

1/2 szklanki przesianej mąki ( to ważne, by w cieście nie powstały grudki)
1/4 szklanki dobrej jakości kakao (także przesiane, z tych samych powodów)
szczypta soli
2/3 szklanki cukru (użyłam ciemnego)
1,25 szklanki mleka (część mleka zastąpiłam śmietaną 30%)
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
3 jajka 
opcjonalnie, ale bardzo na miejscu w wersji dla dorosłych jest kilka łyżek pomarańczówki do skropienia gotowego deseru (mniam!)
3-4 świeże gruszki
garść świeżych malin


Wszystkie składniki wymieszać dokładnie razem (można w mikserze), tak by się połączyły tworząc gładką masę. Przygotować naczynia do zapiekania i lekko je natłuścić (użyłam do tego masła). Ja piekłam clafoutis w małych ramekinach, ale można upiec w jednej większej formie i później dzielić na porcje. Z podanych proporcji otrzymałam masę na 8 ramekinów o średnicy 9 cm.
Gruszki obrać i przekroić na pół usuwając gniazda nasienne.

Foremki z masą clafoutis wstawić do piekarnika nagrzanego do temperatury 180 stopni. W wersji oryginalnej owoce zalewa się masą przed zapieczeniem. Ja jednak układam je w foremkach po ok. 5-10 minutach od momentu wstawienia do piekarnika. Wtedy masa zaczyna się lekko ścinać i owoce nie zapadają się na samo dno. Maliny daję jeszcze później, właściwie na kilka minut przed wyjęciem z piekarnika - tak bardziej mi smakują.


Deser zapiekać ok. 20 - 30 minut - czas zależy od tego czy pieczecie w jednym naczyniu czy w kilku mniejszych, wtedy masa ścina się szybciej i pieczenia nie trwa dłużej niż 20 minut. Clafoutis jest gotowe, gdy przejdzie pozytywnie test "suchego patyczka":)
Ja lubię najbardziej jeszcze ciepłe, skropione (polecam obficie:) pomarańczówką - pycha!


A jeśli macie ochotę na gruszki w wersji wytrawnej odsyłam Was do zeszłorocznego przepisu na jesienne smaków otulenie - klik i bardzo polecam terrinę z koziego sera z karmelizowanymi gruszkami - klik.


Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails