- Jaki samochód Ci się podoba?
(Robię poważną minę, zastanawiam się przewracając oczami i błądząc myślami między samochodami czarnymi i ... czarnymi? Nie, tych już jest za dużo. Wolę te retro, w jasnych kolorach)
- Wiesz, najbardziej taki jasny, w kolorze latte.
- Ale nie o kolor pytam, tylko o markę - jaki samochód?
- No przecież mówię, że jasny. A, i mały.
- Hmm...
Tak, nie znam się na samochodach. Przyznaje się.
Wystarcza mi podział na duże i małe. Jasne i ciemne.
Marki, konie i inne wspomagania zupełnie do mnie nie przemawiają.
Bo niby po co?
Ja nie jeżdżę samochodem, to znaczy nie prowadzę.
Mam gdzieś w domu prawo jazdy, ale jeszcze z minionej epoki, więc oprócz wartości sentymentalnej sam dokument nie przedstawia żadnej wartości.
Jak to możliwe, by w XXI wieku nie prowadzić samochodu?!
A bardzo możliwe. I całkiem przyjemne.
Nie jeżdżę, bo nie mam takiej potrzeby.
Tu, gdzie mieszkam, wszystko jest w zasięgu ręki, a raczej nogi, więc najchętniej wybieram spacer jedną z ulubionych ścieżek.
Mój retro dwukołowiec wciąż dobrze się trzyma, więc kiedy tylko mogę wsiadam na rower i ścigam się z wiatrem.
W skrajnych wypadkach - grad, deszcz, huragan, wielkie lenistwo - korzystam bez ograniczeń z mojego prywatnego kierowcy, za co wielka chwała kochanemu W. , bo znosi moje kaprysy z anielską cierpliwością (W.! jeśli dawno Ci o tym nie mówiłam, to pamiętaj, że bardzo to doceniam;).
Jako pasażerka spełniam się całkowicie. Rozglądam na prawo i lewo. Zapatruję bez końca w horyzont. Jem, piję, słucham muzyki, gestykuluję, rozmawiam (no dobrze - kłócę się też , ale chyba coraz rzadziej...?).
Jednym słowem jestem tak zajęta, że nie wyobrażam sobie, jak mogłabym jeszcze zmieniać biegi, panować nad stopami i rozpoznawać po drodze znaki drogowe. Ba, musiałabym je najpierw zauważyć!
Zważywszy jeszcze, że nagminnie mylę kierunki, jako kierowca nie powinnam funkcjonować i na szczęście nie muszę.
Dobrze mi z tym i niech tak pozostanie.
I tak sobie chodząc tu i tam odkrywam zawsze coś nowego, ciekawego. Widok, drzewo, dom, kwiaty - coś, co sprawia, że chcę znów powrócić na tą ścieżkę.
A przy jednej z nich rosną grusze. Rosną za płotem ogrodu, ale część gałęzi pochylają też w stronę nas, spacerowiczów.
Gospodarze najwyraźniej nie lubią gruszek, bo oprócz wszędobylskich os, po ich stronie płotu nikt się nimi nie interesuje. I po mojej stronie ścieżki mogę częstować się nimi do woli. I tak robię. Za każdym razem wracam z siateczką gruszek. Jakich?
Tak, podobnie jak na samochodach, nie znam się na gruszkach. Z tą różnicą, że w przypadku gruszek naprawdę mi wstyd, bo powinnam i chciałabym, a jednak wciąż ich nie rozróżniam.
Małe, duże, twarde, miękkie.
Tylko tyle, a przecież to nawet nie początek. W kwestii gruszek muszę się zdecydowanie podszkolić.
Te, które dosłownie wpadły mi w ręce są malutkie, w środku ziarniste, jędrne i słodkie. Takie bardzo lubię. Ich gruboskórność kryje soczysty, miodowy smak. No i kolor, taki jasny, jak mój ulubiony samochód;)
Ten kolor bardzo zyskuje, gdy zestawi się go z ciemnym tłem. Dla gruszki takim idealnym tłem jest czekolada. Mam ochotę na lekki, szybki, czekoladowy deser. Nie ciasto. Nie mus. Może clafoutis?
Ale ja nie lubię clafoutis! Tak, nie lubię clafoutis klasycznego, ale wersja czekoladowa może zmienić mój punkt widzenia, jak to w innych wypadkach już wielokrotnie bywało.
I wiecie co? Bardzo lubię clafoutis!
Czekoladowe. Z gruszką.
I z malinami, bo mimo pierwszych oznak jesieni, one nadal pięknie czerwienią się na krzakach.
Clafoutis z gruszką i malinami.
Szybkie, pyszne, bardzo proste. Idealne na niespodziewane wizyty.
Wiem na pewno, że wrócę do tego przepisu. Nie wiem tylko jak nazywa się ta gruszka, która do niego wpadła. A Wy wiecie?
CZEKOLADOWE CLAFOUTIS Z GRUSZKĄ I MALINAMI /przepis Julii Child z książki Mastering the Art of French Cooking, Vol. 1, znaleziony tu - klik)
1/2 szklanki przesianej mąki ( to ważne, by w cieście nie powstały grudki)
1/4 szklanki dobrej jakości kakao (także przesiane, z tych samych powodów)
szczypta soli
2/3 szklanki cukru (użyłam ciemnego)
1,25 szklanki mleka (część mleka zastąpiłam śmietaną 30%)
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
3 jajka
opcjonalnie, ale bardzo na miejscu w wersji dla dorosłych jest kilka łyżek pomarańczówki do skropienia gotowego deseru (mniam!)
3-4 świeże gruszki
garść świeżych malin
Wszystkie składniki wymieszać dokładnie razem (można w mikserze), tak by się połączyły tworząc gładką masę. Przygotować naczynia do zapiekania i lekko je natłuścić (użyłam do tego masła). Ja piekłam clafoutis w małych ramekinach, ale można upiec w jednej większej formie i później dzielić na porcje. Z podanych proporcji otrzymałam masę na 8 ramekinów o średnicy 9 cm.
Gruszki obrać i przekroić na pół usuwając gniazda nasienne.
Foremki z masą clafoutis wstawić do piekarnika nagrzanego do temperatury 180 stopni. W wersji oryginalnej owoce zalewa się masą przed zapieczeniem. Ja jednak układam je w foremkach po ok. 5-10 minutach od momentu wstawienia do piekarnika. Wtedy masa zaczyna się lekko ścinać i owoce nie zapadają się na samo dno. Maliny daję jeszcze później, właściwie na kilka minut przed wyjęciem z piekarnika - tak bardziej mi smakują.
Deser zapiekać ok. 20 - 30 minut - czas zależy od tego czy pieczecie w jednym naczyniu czy w kilku mniejszych, wtedy masa ścina się szybciej i pieczenia nie trwa dłużej niż 20 minut. Clafoutis jest gotowe, gdy przejdzie pozytywnie test "suchego patyczka":)