Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cytryna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cytryna. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 września 2013

Chwile jak bilety. Lemon rosemary bread i my cztery.



Są chwile nijakie.
Są chwile stracone.
Są też niechciane.
I są takie, które raz złapane, czasem przypadkiem, będą jak bilet - przepustką.
Do osób i miejsc, gdzie wstęp mają posiadacze tylko takich samych biletów.
Oznaczonych przez słowa, jakie wtedy padły,
przez gest, który zastygł w pamięci,
przez uczucie, które jak koło ratunkowe potrafi cierpliwie utrzymać na powierzchni. 


Mam po bilecie do każdej z nich. 
One mają taki sam.
Możemy podróżować do siebie zawsze, kiedy tylko chcemy, potrzebujemy.
Szanujemy go.
Nie nadużywamy.
Czasem odkładamy na dłużej, a czasem jeździmy w te i wewte. 


Mamy swoje trasy, po których nasze myśli i słowa snują się najchętniej.
Bywa, że zapowiadamy się z wizytą na długo wcześniej.
Bywa też, że wpadamy zupełnie niespodziewanie. 


One.Trzy. 
Każda inna, a jednak tak samo bliskie.
I ta na północy z uśmiechem rozciągniętym od piega do piega.
I te dwie, niemal sąsiadki, zabiegane, zajęte, z mnóstwem planów splecionych między długie loki.
I ja, jedna. Na dalekim południu, z biletem do każdej z nich.


My cztery. Razem.
Z tym samym biletem i planem podróży. 
Do kuchni, piec i plotkować - wirtualnie.
Plotkować i piec - rzeczywiście.
Chleb. A może drożdżówkę. A może coś pomiędzy...


Potrzebna mi była ta podróż, potrzebny powrót do chwil, kiedy zapach chleba otula jak najlepszy przyjaciel i przynosi spokój, po prostu.
Potrzebujemy się.
I Wy też potrzebujecie takich biletów w tylko Wam znanym kierunku.
Nie zgubcie ich, zbierajcie.
Są ważne w dwie strony.  


Chleb cytrynowo-rozmarynowy, a może drożdżowa buchta, a może coś pomiędzy.
Cudowny, puszysty, wilgotny, o aromacie, który nie pozwala na smutek.
Pachnie, jak najlepsze wspomnienia. Smakuje jeszcze lepiej.
Idealny z masłem, domową konfiturą, wspaniały z kozim serem i świeżymi figami.
Rośnie - jak na drożdżach. Znika jeszcze szybciej.
Świąteczny, bo chwile w kuchni, z Nimi, to przecież zawsze święto. 

Dziękuję Magdzie (klik) za zaproszenie w tą wspaniałą, aromatyczną podróż i moim towarzyszkom Asi (klik) i Asiejce (klik) za te uczucia i chwile, które nas łączą.  


CHLEB CYTRYNOWO-ROZMARYNOWY, ŚWIĄTECZNY
/Lemon Rosemary Bread, przepis autorstwa Deborah Madison, cytuję za Magdą, z moimi zmianami/  

1 szklanka pełnego mleka 
5 łyżek masła, krojonego na drobne kawałki 
¼ szklanki miodu (dałam więcej) 
2 łyżeczki drobno posiekanego rozmarynu (sugeruję dać więcej)
skórka starta z jednej dużej cytryny 
2 jajka, roztrzepane 
¼ szklanki ciepłej wody 
2 ¼ łyżeczki drożdży instant (lub 20 g świeżych - w tym wypadku należy zrobić wcześniej rozczyn) 
¾ łyżeczki soli 
1 szklanka uprażonych orzeszków piniowych lub pokrojonych orzechów włoskich (zastąpiłam prażonymi ziarnami słonecznika)
1 szklanka rodzynek sułtanek (*oczywiście zastąpiłam żurawiną) 
4 szklanki mąki

Glazura:
1 żółtko lub całe jajko roztrzepane z łyżką wody, mleka lub śmietany
1 łyżeczką cukru


Drożdże wsypać do ¼ szklanki ciepłej wody i odstawić na ok. 15 min., dopóki nie pojawi się piana. 
W niewielkim rondelku na średnim ogniu podgrzać mleko z masłem, miodem, rozmarynem i skórką cytrynową, mieszając od czasu do czasu. Przelać do miski, odstawić do ostygnięcia i wbić jajka. Następnie wlać do mikstury mlecznej, dodając sól, orzechy i rodzynki. 
Energicznie wmieszać mąkę, dodając po jednej szklance, aż do momentu, kiedy ciasto zacznie odchodzić od brzegów miski. Następnie zagniatać ciasto przez kilka minut, dopóki nie stanie się gładkie. Umieścić w nasmarowanej masłem misce i odstawić, aż podwoi objętość (1-1 ½ godz.). W tym czasie nasmarować formę lub formy masłem. Ponownie zagnieść ciasto, uformować w kulę i umieścić w formie/formach. Pozwolić ciastu wyrastać, aż będzie bardzo miękkie w dotyku i ponownie podwoi swoją objętość (kolejna godzina). Podczas ostatnich 15 minut nagrzać piekarnik do 180 stopni. Ciasto posmarować glazurą i posypać cukrem. Piec ok. 40- 45 minut, studzić na kuchennej kratce. 

* ustawowo, od urodzenia, nie tolerują rodzynek w cieście:)


* ustawowo, od urodzenia, nie tolerują rodzynek w cieście:)


Cieszę się, że chwile spędzone z uczestnikami  podczas sierpniowych warsztatów Smak Lata (klik) także zamieniły się w niezwykłe bilety i nasza wspólna podróż trwa nadal. 
Mam nadzieję, że podobnie stanie się podczas wrześniowego spotkania w Siedlisku na warsztatach PIĄTA PORA ROKU, które tam poprowadzę. Jest jeszcze kilka wolnych miejsc - serdecznie zapraszam. 


PIĄTA PORA ROKU

Kiedy się kończy, kiedy zaczyna?

Jak smakuje? Jak pachnie? Jaki ma kolor?

Odpowiedź jest tylko jedna – WARSZTATY KULINARNE  w Siedlisku

Tu poznacie smak, zapach i magię pory roku, której na próżno szukać w kalendarzach.

Zapraszamy na wyjątkowe, jedyne takie w Polsce

WARSZTATY KULINARNE - PIĄTA PORA ROKU
26-29 września
 W programie cztery dni pobytu, trzy sesje warsztatowe – dwie popołudniowe zakończone wspólną kolacją i jedna poranna kończąca się wspólnym brunchem.
 Na wszystkich uczestników codzienne rano czeka śniadanie. Każdy otrzymuje też w prezencie siedliskowy fartuch oraz smaczne upominki.
Spotykamy się i gotujemy w kameralnej atmosferze, dlatego ilość miejsc jest ograniczona.

Rezerwacja i zapisy do 20 września

Informacje i rezerwacje – warsztaty@siedliskoblanki.com  tel. 696 871 139
Więcej informacji na stronie Siedliska www.siedliskoblanki.com
Relacje z poprzednich warsztatów tu i tu (klik)  

poniedziałek, 30 stycznia 2012

TU I TAM nr 19. Pasta nie jedno ma imię. Pappardelle e maltagliati. List o szczęściu.




Tak niewiele potrzeba.
Mąka, jajka, oliwa.
I dłonie.
One są tu najważniejsze.
Kilka chwil zamkniętych w krawędziach stolnicy.
Ruchy miarowe, czułe, gdy trzeba stanowcze.
Wytrwałość nagrodzona cieniutkim arkuszem.
Niczym kupon materiału, czeka na skrojenie.
Pasta fresca.
 A przy stolnicy Amber i ja.
Zobaczcie co wyszło spod naszych rąk. 


Czy wiecie, że słowo maccheroni (makaron) pochodzi od greckiego słowa macarios oznaczającego szczęśliwy?
Niezmiennie zachwyca mnie to, jak słowa i ich historia potrafią pięknie definiować zjawiska, przedmioty, a przede wszystkim jedzenie.


Zapyta ktoś, ale co ma wspólnego zwykły makaron ze szczęściem?
Trzeba zacząć od tego, że makaron nie jest zwykły, choć wyróżnia go niezwykła prostota. 
Ale to ona właśnie decyduje o jego wyjątkowości. 


Nie trzeba przecież wiele, by rozłożyć na stole wielki arkusz ciasta.
Kopczyk mąki, kilka jajek, parę kropel oliwy. 
Wszystko razem zawinięte w dłonie. 


Masaż, dotyk, czułość.
Kilka chwil zgarniętych w całość.
Ciepło dłoni odciśnięte w kulce ciasta. 
Szczęście łaskocze już powieki i rozsiada się w kącikach ust. 


Zaczynam zbierać myśli, jak przed pisaniem listu.
Chcę być gotowa.
Za chwilę spod wałka wyjdzie cieniutkie jak pergamin, gotowe do skrojenia ciasto. 
Lubię tą chwilę.


W głowie szumi od szczęścia. 
Choć to przecież nie koniec. 
Pora wybrać fason, krój, dodatki. 
Linijka za linijką, kartka za kartką mój list się zapełnia. 


Zaczynam myślami otulać Adresata. 
Zawijam list w jego ulubione smaki, dorzucam szczyptę niespodzianki, odrobinę zaskoczenia. 
Wysyłam. 


Z koperty białego talerza unosi się zapach. 
Widzę jak Adresat pochyla nad nim głowę i zamyka oczy.
Wiem, że właśnie zaczął czytać mój list. 


Najpierw aromat - subtelny, wciągający wstęp, od którego nie można się już uwolnić. 
Linijka za linijką, kartka za kartką pochłania kolejne smaki. 
Opowiadam mu o wiosennej polanie porośniętej niedźwiedzim czosnkiem. 


O gorących sierpniowym słońcu, w którym suszyłam pomidory.
O kwiatach nasturcji, których pąki cudownie udają kapary.
O podróży do ciepłych krajów, w których dojrzewają cytryny.


I o Prowansji, skąd płynie jego ulubiona oliwa. 
Gdy kończy wiem, że wkrótce znów wyślę do niego list.
I wiem, że ten list też będzie o szczęściu. 


Wiem też, że coraz mniej z nas pisze listy na papierze. 
Równie niewiele robi domowy makaron. 
A przecież jedno i drugie wymaga tak niewiele wysiłku, a daje tak dużo - szczęścia właśnie!


Może tym postem uda nam się się z Amber namówić Was do powrotu?
Do prostych czynności, które jeszcze niedawno były tak samo powszechne, jak dzisiejsze wpisy na portalach internetowych i "domowy rosół" instant z gorącego kubka....


Mój list o szczęściu pisałam na grubych linijkach pappardelle i dużych płatach maltagliati.
Do ciasta na makaron dodałam garść czosnku niedźwiedziego, którego zapas nadal znacznie podnosi wartość mojej zamrażarki.


Po rozwałkowaniu nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że ciasto przypomina piękny arkusz papieru czerpanego ...
Chciałam, żeby pasta była najważniejsza, a dodatki jedynie podkreślały jej wyjątkowość. Dlatego zrezygnowałam z przygotowania sosu. 


Grube wstążki pappardelle podałam z oliwą zmieszaną z łyżką czosnkowego confit (przepis tu - klik), posypałam kaparami, świeżo startą skórką z cytryny oraz odrobiną parmezanu. Cudowne, rześkie, uzależniające!


Płaty maltagliati skropiłam obficie oliwą, w której od sierpnia moczyły się suszone pomidory. Stamtąd pochodzą też listki bazylii i oczywiście same pomidory, drobno pokrojone. Nie umiem zdecydować, która wersja jest smaczniejsza - obie w swej prostocie okazały się genialne w smaku. 


PASTA FRESCA Z CZOSNKIEM NIEDŹWIEDZIM 

3 jajka
190 g semoliny 
60 g mąki pszennej
szczypta soli
1-2 łyżki oliwy
garść czosnku niedźwiedziego (użyłam mrożonego, odparowanego)


Na stolnicę wsypać obie mąki,  w środku zrobić wgłębienie i wbić do niego jajka oraz dodać szczyptę soli.  Palcami powoli zgarniać mąkę z brzegów i łączyć z jajkami. Wyrabiać do momentu aż ciasto zacznie formować grudki. Dodać posiekany i odparowany na patelni czosnek niedźwiedzi (podobnie jak szpinak zawiera dużą ilość wody, więc odparowania, zwłaszcza w przypadku mrożonego, jest konieczne). Wyrabiać do momentu uzyskania gładkiego elastycznego ciasta, które nie lepi się do rąk.  Przełożyć do miski, nakryć ściereczką lub folią i odstawić na ok. 30 minut.


Zagniecione ciasto wyłożyć na posypaną mąka stolnicę i wałkować do otrzymania bardzo cienkiego arkusza. Można wykonywać tą czynność za pomocą maszynki do makaronu, ja jednak wolę prace ręczną. Cieniutko rozwałkowane ciasto podzieliłam na dwie części. Z jednej wycięłam paski pappardelle o szerokości ok. 1 cm, drugą pocięłam na prostokąty, choć maltagliati nie muszą mieć regularnych kształtów.
Jak przystało na pasta fresca, oba makarony gotowałam al dente w osolonej wodzie.
Po ugotowaniu odcedziłam i połączyłam z wybranymi dodatkami.


PAPPARDELLE Z KAPARAMI I CYTRYNĄ 

oliwa z oliwek
świeżo starta skórka z cytryny
kapary
1 łyżka czosnkowego confit (ewentualnie można pominąć, ale to już nie to samo)
świeżo starty parmezan do posypania

Ugotowany i odsączony makaron przełożyć do miski. Zalać oliwą zmieszaną z confit, wymieszać i przełożyć na talerze. Posypać kaparami, skórką cytrynową i parmezanem.




MALTAGLIATI Z SUSZONYMI POMIDORAMI

suszone pomidory
oliwa, w której zalane były pomidory
bazylia i czosnek z zalewy

Ugotowany i odsączony makaron przełożyć do miski. Zalać oliwą z suszonych pomidorów. Dodać drobno pokrojone suszone pomidory oraz listki bazylii i płatki czosnku - zawsze dodaje je do oliwy, którą zalewam suszone pomidory. Wymieszać, przełożyć na talerz i zjadać z apetytem;)


Jeśli lubicie prace ręczne, polecam Wam także bardzo domowe orecchiette - przepis tu - klik.

sobota, 2 kwietnia 2011

O miotle, gadżetach i kwadratach. Lemon bars.



"Ceny cytryn nie są jednakowe przez cały rok, można więc sobie zrobić zapas, układając w piasku, w suchem, przewiewnym miejscu lub też powrzucać w przewróconą do góry miotłę, owinąwszy każdą w bibułę".
/Kucharz Warszawski, 1914; więcej o Kucharzu pisałam tu i tu i tu (klik)/


Cóż by to była za kolekcja mioteł, gdybym tak teraz stosowała ten sposób! 
Czuję dyskomfort, gdy nie mam w domu cytryny. Zawsze kupują więcej i robię zapas. Cytryna musi być - do herbaty, ciasta drożdżowego, sosu, zupy, ryb, sałatki, czarnej kawy  przeciw migrenie, no i oczywiście przeciw gorączce. Nie wiem czy znacie ten sposób.  Moja Babcia zawsze kroiła cytrynę w plastry i okładała nimi stopy. To niezawodna metoda, którą i ja stosuję. Działa i naprawdę przynosi ulgę, zwłaszcza jeśli wysoka gorączka trapi dziecko. 


Nie da się ukryć, żyjemy w czasach gadżetów. Ja sama mam sporą kolekcję, ale wyłącznie tych kuchennych, którym nie mogę się oprzeć i często bez namysły kujpuę. Przyznaję - w tej kwestii jestem niepoprawną gadżeciarą.  
Gadżety spotykamy niemal  wszędzie. Służą do wszystkiego. Obieraczka z pojemnikiem na obierki, prowadnica do krojenia równych plasterków, nożyczki z 5 ostrzami, zwijak do tubki z pastą, rozciągacz do obuwia czy solarny odstraszacz kretów (cokolwiek to jest, brzmi groźnie i jeśli nie kreta, to mnie na pewno odstraszył!). 


Niemal co krok atakują nas reklamy i gazetki niezłomnie przekonujące jak nasze życie może ulec cudownej poprawie i wznieść się na wyżyny wygody i luksusu, jeśli tylko skusimy się na zakup, np. klamerek do skarpetek, dzięki którym odwieczny problem "nie do pary" pozostanie jedynie mglistym wspomnieniem. 


Wiele bym dała za to, by zobaczyć minę pewnego domokrążcy, czy mówiąc współczesnym językiem - przedstawiciela handlowego, który swego czasu z pełną przekonania premedytacją dokonywał, nieskutecznych niestety dla niego, prób sprzedania nam w "okazyjnej" cenie niezrównanego, rewolucyjnego i niezastąpionego zestawu pojemników próżniowych do przechowywania żywności, tylko dla nas GRATIS! w komplecie z odpowiednim odkurzaczo-zasysaczem! Gdybym tak wtedy wyskoczyła do niego (choć nie ukrywam, że chętnie także na niego) z miotłą pełną cytryn! Cóż by to była za konfrontacja! 


Już widzę zdumione miny mojej Babci czy Prabaci, gdyby przyszło im uczestniczyć w takiej prezentacji. W ich czasach gadżety były zjawiskiem kosmicznym, niewystępującym na ziemi i nie mającym uzasadnienia. Wystarczyła wiedza. Podstawowa znajomość zjawisk, działań i zachować składników, materii i przedmiotów, której nam chyba coraz bardziej brakuje. Przyzwyczajeni do ulepszeń i wygody, oślepieni nowoczesnością stajemy się coraz mniej samodzielni i coraz bardziej uzależnieni od gotowców i gadżetów. 


Dla mnie naprawdę niepokojącym sygnałem był widok krajalnicy do bananów. Przyłożona do obranego banana kroi owoc w równe plastry. Pod jednym warunkiem - banan musi być wygięty w dokładnie taki sam łuk jak krajalnica. A jeśli nie? Tu pewnie miejsce na kolejny gadżet, chyba że sięgniemy po nóż, który w świetle "cudownej krajalnicy" zdaje się nagle być narzędziem typu retro, vintage czy też old-school.

Wiem, wiem, pewne gadżety są nieuchronne, pomocne czy po prostu naprawdę fajne. Wiem też, że nie przechowujemy już jajek w glinianych naczyniach wypełnionych wapienną wodą , bo mamy do tego lodówki, i nie trzeba już dwóch osób do trzymania nad ogniem cienkiego papieru, który się smaruje woskiem i suszy w powietrzu, by kłaść go później pod ciastka, bo rulony papieru do pieczenia kupujemy w każdym niemal sklepie. Jak wszędzie najważniejsza jest równowaga i zdrowy rozsądek, choć coraz częściej myślę, iż wolę tamtą retro-wiedzę od gadżetów new-age.  


A wracając do cytryn, od zawsze miałam ochotę na lemon bars, czyli kwadraty cytrynowe. Uwielbiam smak i aromat cytryn, a cytrynowe wypieki należą do moich ulubionych. Musiał zatem nastąpić moment, kiedy rześkie lemon bars zagościły w końcu na naszym stole. Przepisów i wariacji na temat kwadratów jest całe mnóstwo. Ja wybrałam wersję z kokosowym spodem i muszę Wam powiedzieć, że to była doskonała decyzja. Uprażone wcześniej wiórki kokosowe dodają wspaniałego aromatu, świetnie komponują się z rześkością cytrynowej masy i powodują, że spód jest rozkosznie kruchy. Lemon bars nas oczarowały. Ich kolor i rześki smak wspaniale pasuje do wiosennej radości i energii, jakiej dostarcza nam każdy słoneczny dzień.  Bardzo Wam polecam. 


Do przygotowania lemon bars wybrałam mój ulubiony kuchenny fartuszek, w którym najchętniej krzątała się kiedyś w kuchni ukochana Prababcia Karolka. Drobne kwiatuszki wydały mi się też odpowiednim tłem do zdjęć kwadratów:) Nie potrafię się przekonać do nowoczesnych motywów z muskularnym kulturystą czy kształtną tu i ówdzie modelką, które nie wiem czemu widuję coraz częściej nadrukowane na kuchennych fartuchach... Czyżby na ich widok ciasto miało lepiej wyrastać, a danie stać się bardziej pikantnym?! Wiecie coś na ten temat?


 LEMON-COCONUT BARS, Kwadraty cytrynowo-kokosowe
 /składniki na 16 porcji/ 

Spód:
1 filiżanka mąki
1/4 filiżanki cukru
1/4 łyżeczki soli
3/4 filiżanki wiórek kokosowych
6 łyżek masła

Nadzienie:
2 lekko rozbite jajka
1/2 szklanki cukru i dodatkowo 2,5 łyżki
1,5 łyżki mąki
1 łyżeczka otartej skórki cytrynowej
1/3 filiżanki soku z cytryny (z ok. 2 cytryn)
2,5 łyżki mleka kondensowanego (niesłodzonego)
szczypta soli


Kokos wsypać na suchą patelnię i trzymając na małym ogniu delikatnie zrumienić. Trwa to kilka minut, trzeba jednak pilnować, aby kokos się nie przypalił. Gdy uzyska ładny karmelowy kolor, zdjąć z ognia i przestudzić. Do dużej miski wsypać mąkę i uprażony kokos. Dodać cukier, sól i masło i zagnieść razem do momentu aż zaczną się tworzyć duże grudki, podobnie jak przy kruszonce. Przełożyć do formy (użyłam kwadratowej o wymiarze 22 x 22 cm) wyłożonej papierem do pieczenia i dociskając kruszonkę palcami równomiernie rozprowadzić na dnie. Wstawić do piekarnika nagrzanego do temperatury 18o stopni i trzymać ok. 10 minut aż spód lekko się zrumieni. 


W tym czasie przygotować cytrynowe nadzienie. W misce ubić lekko jajka, cukier i mąkę. Dodać otartą skórkę i sok z cytryny, mleko i sól. Wymieszać razem, by składniki się połączyły. Wylać na podpieczony spód i ponownie wstawić do piekarnika na ok. 15-20 minut, tak by masa się ścięła, ale nie zrumieniła! Przestudzone ciasto posypać cukrem pudrem i kroić na kwadraty. Smacznego!  



* przepis pochodzi z tej strony (klik)

środa, 1 września 2010

TU I TAM po raz trzeci - Wyspy, na pożegnanie wakacji.

To trzecie nasze spotkanie w TU i TAM. Nasz wspólny pomysł na gotowanie, tworzenie i smakowanie w obu kuchniach jednocześnie - u Amber w Kuchennymi Drzwiami i u mnie, Anny-Marii w Kucharni.
Jesteśmy daleko od siebie i nie możemy spotykać się w jednej kuchni. Może kiedyś...
Dlatego spotykamy się w  TU i TAM.
Kolejne nasze gotowanie zaplanowałam ja. Temat zadany to deser - Pływające Wyspy.
Jak zwykle nie ustalamy przepisu, składników, sposobu wykonania. Zostawiamy to własnej wyobraźni i inwencji. Po prostu bawimy się razem na ten sam kulinarny temat.
Jest niezwykle ekscytująco!



Zapraszamy Was w podróż po pływających wyspach!


Miałam 11 lat, gdy pierwszy raz odwiedziłam Budapeszt. W tamtych czasach wciąż szarej i ponurej Polski taki wyjazd był dla mnie ogromnym przeżyciem. Już sama przeprawa przez pilnie strzeżone granice, godziny wyczekiwania na stresujące odprawy paszportowe, podejrzliwy wzrok nieprzychylnych celników i moja obsesyjna wręcz obawa, że z moim paszportem coś nie tak (nie wiem czemu, ale zawsze byłam przekonana, że zostanę zatrzymana na granicy!) były sporą dawką emocji. Niestety, niezbyt pozytywnych. Na szczęście spotkanie z pięknym, tętniącym życiem Budapesztem, tak innym od świata, jaki znałam i oglądałam na co dzień, rekompensowało wszystkie stresy wielogodzinnej podróży.
Zaraz po przyjeździe zostaliśmy zaproszeni przez naszych węgierskich przyjaciół do ich mieszkania. Pamiętam piękną, trzypiętrową kamienicę, spiralną klatkę schodową i cudowny chłód, jaki powitał nas, gdy przekroczyliśmy próg zacienionej kuchni. Urocza gospodyni wniosła na stół piękną szklaną wazę wypełnioną mlecznym płynem, na powierzchni którego unosiły się puszyste obłoczki. Zaniemówiliśmy.


Nie dlatego, że nie znaliśmy węgierskiego (całkiem dobrze radziliśmy sobie po rosyjsku), ale dlatego, że nikt z nas nigdy wcześniej nie widział, nie jadł, ani nie słyszał o schłodzonej waniliowej zupie z puszystymi kleksami z ubitych białek. Ten deser był olśnieniem. Był cudownym, rześkim i ogromnie radosnym odkryciem, że świat ma nam do zaoferowania tyle innych, nieznanych smaków i połączeń, a desery nie ograniczają się jedynie do wydzielanych porcji wyrobów czekoladopodobnych, jakie wówczas opanowały Polskę.
Widok tej wazy, słodki smak wanilii, puszystość białych obłoków piany i wszystkie emocje, jakie towarzyszyły nam podczas tego upalnego, lipcowego dnia mam w sercu do dziś.


Od tamtej pory byłam na Węgrzech wielokrotnie, smakowałam wiele niezwykłych dań, w tym panierowane plastry gigantycznej...purchawki, wielkie i cienkie jak sznycle wiedeńskie. Poznałam wielu wspaniałych ludzi i odwiedziłam sporo pięknych miejsc, ale gdy zamknę oczy i wypowiem słowo "Węgry" zawsze i niezmiennie pierwszym i najsilniejszym wspomnieniem są właśnie pływające wyspy


Bardzo chciałam po latach powrócić do tego niezwykłego smaku, ale im więcej o tym myślałam, tym więcej rodziło się obaw, że nie dam rady. I nie dlatego, że nie poradzę sobie z przepisem, bo przecież lubię wyzwania, ale dlatego, że zabraknie mi najważniejszych składników - upalnego lipcowego popołudnia, chłodu pięknej kamienicy, wspólnych wakacji tylko z Rodzicami, cudownego uśmiechu gospodyni i pełnych gestykulacji i śmiechu rozmów, jakie zawsze toczyliśmy z gospodarzami.
Tamte wyspy pozostaną wspomnieniem. Ja zrobię inne. Może posmakują moim gościom  tak jak mnie, wtedy przed laty... To będzie moje pożegnanie z wakacjami. 


Cytrynowy śnieg na bazyliowym sosie to moja wersja pływających wysp. Dość odległa od oryginału. Przepis znalazłam na tej stronie (klik) i od razu wiedziałam, że muszę go zrobić. Przepis nie jest trudny, choć samo wykonanie czasochłonne, ale wyłącznie dlatego, że składa się z kilku etapów, kiedy masa się chłodzi lub tężeje. Najlepiej przygotować go dzień przed podaniem, wówczas zarówno cytrynowy śnieg, jak i sos, będą wystarczająco schłodzone.


Dla mnie to idealny, lekki deser - bardzo lubię cytrusowe smaki, a tu ich nie brakuje. Dodatkowo bardzo zaintrygował mnie sos bazyliowy - jest wyjątkowy. Smak bazylii ostatecznie pozostaje echem, ale jest delikatnie wyczuwalny i w połączeniu z cytrynowym smakiem chmurek stanowi idealne dopełnienie. Z pewnością przygotuję go jeszcze nie raz.


CYTRYNOWY ŚNIEG Z SOSEM BAZYLIOWYM
/na 8-10 porcji/

Na cytrynowy śnieg
7 g żelatyny
1/4 szklanki zimnej wody
1 szklanka wrzątku
3/4 szklanki cukru
1 łyżka skórki cytrnowej
1/3 szklanki soku z cytryny
3 białka


Żelatyną zalać zimną wodą i odstawić na 5 minut, by napęczniała. Następnie zalać wrzątkiem, dodać skórkę i sok z cytryny oraz cukier i mieszać dokładnie do momentu, aż cukier się roztopi. Odstawić do wystudzenia, najlepiej wstawić do lodówki na ok. 1 godzinę, od czasu do czasu mieszając. Masa powinna się lekko ściąć i konsystencją przypominać surowe białko. 
W tym czasie ubić na sztywno pianę z białek.
Po wyjęciu z lodówki przełożyć cytrynową masą do miksera i ubijać na średnich obrotach do uzyskania białej, mocno spienionej konsystencji. Dodać ubitą wcześniej pianę i miksować dalej na wysokich obrotach przez ok. 5 minut - masa powinna potroić swoją objętość i być bardzo sztywna. Przełożyć do lodówki na minimum 3 godziny, aby stężała - uzyska konsystencję musu.

Na bazyliowy sos
2 szklanki pełnotłustego mleka
1/3 szklanki cukru
1 filiżanka świeżych liści bazylii
3 żółtka


Mleko zagotować z cukrem i szczyptą soli (trzeba mieszać by cukier się rozpuścił, a mleko nie przypaliło). Zdjąć z ognia i wmieszać liście bazylii. Odstawić na minimum 30 minut, aby mleko nasiąknęło aromatem bazylii. Następnie odcedzić. 
Żółtka delikatnie ubić i zalać połową  mleka, zamieszać i wlać do pozostałej połowy mleka. Wstawić na średni ogień, cały czas mieszając - trzeba uważać, by żółtka się nie ścięły! Gotować do uzyskania lekko gęstego sosu - jest gotowy, kiedy oblepia spód drewnianej łyżki. Schłodzić w lodówce.
 Schłodzony sos przelać do misek lub pucharków, nakładać na niego porcje cytrynowego śniegu  i ozdobić karmelem (cukier rozpuścić w rondelku z niewielką ilością wody i gotować do uzyskania ciemnego, gęstego karmelu - nie mieszać, inaczej zrobią się grudki; polać jeszcze ciepłym karmelem). Karmel cudownie chrupie i stanowi wspaniały kontrast dla lekkiej, piankowej struktury deseru. Smacznego!

* przepis pochodzi z tej strony (klik). 

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails