Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cukinia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cukinia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 lipca 2014

Przecieram oczy ... Kurki, groszek, cukinia czyli trzy razy tarta



Przecieram oczy...
Aż tyle?
Niemal dwa miesiące?
Tak długo?
Jak to?
A jednak....


A jednak blogowe lenistwo sięgnęło zenitu.
Bardzo chciałam coś napisać - mam na to dowody ukryte w folderach, plikach, wciąż nieuporządkowanych zdjęciach, skrawkach myśli spisanych na wszędobylskich kartach i schowanych w zakamarkach pamięci.
A jednak rzeczywistość okazała się silniejsza, bardziej atrakcyjna.


Chwile nie o odrzucenia.
Poranki niespieszne, o smaku skąpanych rosą owoców.
Leniwe przedpołudnia beztrosko gubiące balast "przed" i dryfujące sennie do złocistych, słonecznych popołudni, z których nie chce się już wysiadać i płynie się rozkosznie do rozegranej świerszczami nocy.


Lato, wakacje. Dni nad rzekę, godziny na hamaku, chwile, gdy znów jest się dzieckiem.
Nic nie muszę, choć pewnie czasami powinnam.
To mój luksus.
Zasłużyłam i nie oddam.
Tak mi dobrze, choć obok pierwszych fioletów na jeżynach, zaczynam już dostrzegać delikatne jak babie lato nitki tęsknoty.


Popołudniowy deszcz zamyka mnie w domu. Krople grają na parapecie znajomy rytm.
W tym rytmie lubię pisać. Lubię snuć myśli o jedzeniu.
Dziś krążą wkoło trzech tart.


Tarta.
Jak talerz, okrągła i gotowa przyjąć cokolwiek mamy ochotę na nią położyć.
Pieczenie tart jest cudowną zabawą. Najpierw trochę rzemiosła, praca rąk, które wyrównują brzegi i wylepiają dno. Potem już czysta fantazja. Zdobimy "talerz" własnym smakiem, porą roku, fantazją chwili.


Trzy talerze, trzy wytrawne tarty. Dwie jasne, jedna z domieszką razowego koloru i smaku.
Doskonałe na ciepło, idealne na zimno.
Będą Wam smakować na pikniku i na letnim przyjęciu.

Tarty upiekłam dla magazynu Spring Plate, którego cały piękny i smaczny nowy numer możecie obejrzeć tutaj - klik.


TARTA Z KOLOROWĄ CUKINIĄ
/składniki na formę o średnicy 27 cm/

Na spód
1 1/2 szklanki mąki
szczypta soli
1 żółtko
1-2 łyżki zimnej wody
125 zimnego masła

Na nadzienie
1/2 zielonej cukini
1/2 żółtej cukini
1 opakowanie sera feta
1 jajko
1-2 ząbki czosnku
1/2 szklanki śmietany kremówki 30%
sól, pieprz do smaku
oliwa z oliwek

Wszystkie składniki na spód tarty przełożyć do miski i zagnieść na gładkie, elastyczne ciasto. Zawinąć w folię kuchenną i schłodzić w lodówce minimum przez 2 godziny, a najlepiej przez całą noc.
Schłodzone ciasto rozwałkować dość cienko i wyłożyć nim wysmarowaną lub wyłożoną papierem do pieczenia formę. Spód nakłuć widelcem w kilku miejscach – zapobiegnie to wybrzuszaniu się ciasto podczas podpiekania. Piekarnik z termoobiegiem nagrzać do temp. 190 stopni i wstawić spód tarty do wstępnego podpieczenia na kilka minut.
W tym czasie przygotować nadzienie. Fetę przełożyć do miski, dodać jajko, śmietanę i rozgniecione ząbki czosnku. Całość rozgnieść widelcem i wymieszać (mogą zostać grudki sera). Doprawić do smaku solą i pieprzem. Masę przełożyć na podpieczony spód, wyrównać. Cukinie pokroić na dość cienkie plasterki i układać na masie serowej. Posmarować z wierzchu oliwą i wstawić do piekarnika na kolejne 15-20 minut. Tarta jest gotowa kiedy masa serowa zetnie się, a cukinia zacznie się leciutko rumienić. Pyszna zarówno na ciepło, jak i na zimno. Idealna na piknik. 


TARTA Z MIĘTĄ I GROSZKIEM CUKROWYM

/składniki na formę o średnicy 27 cm/

Na spód
1 1/2 szklanki mąki
szczypta soli
1 żółtko
1-2 łyżki zimnej wody
125 zimnego masła

Na nadzienie
250 g kremowego serka
spora garść świeżej mięty
1 jajko
1/3 szklanki śmietany kremówki 30 %
groszek cukrowy (kilkanaście strąków)
sól, pieprz do smaku

Wszystkie składniki na spód tarty przełożyć do miski i zagnieść na gładkie, elastyczne ciasto. Zawinąć w folię kuchenną i schłodzić w lodówce minimum przez 2 godziny, a najlepiej przez całą noc.
Schłodzone ciasto rozwałkować dość cienko i wyłożyć nim wysmarowaną lub wyłożoną papierem do pieczenia formę. Spód nakłuć widelcem w kilku miejscach – zapobiegnie to wybrzuszaniu się ciasto podczas podpiekania. Piekarnik z termoobiegiem nagrzać do temp. 190 stopni i wstawić spód tarty do wstępnego podpieczenia na kilka minut.
Strąki groszku obrać z włókien i wstawić do lekko osolonej wody na kilka minut. Powinny tylko lekko się podgotować, aby nie stracić chrupkości.
Serek przełożyć do miski, dodać jajko, śmietanę i posiekane liście mięty. Całość wymieszać, aby składniki połączyły się razem. Doprawić do smaku solą i pieprzem. Masę przełożyć na podpieczony spód, wyrównać. Udekorować z wierzchu strąkami zielonego groszku i wstawić do piekarnika na kolejne 15-20 minut. Tarta jest gotowa kiedy masa serowa się zetnie i zacznie leciutko rumienić. Pyszna zarówno na ciepło, jak i na zimno. Idealna na piknik. 


TARTA Z KASZĄ GRYCZANĄ I KURKAMI
/składniki na formę o średnicy 27 cm/

Na spód
1 szklanki mąki pszennej
1/2 szklanki mąki pszennej razowej
szczypta soli
1 żółtko
1-2 łyżki zimnej wody
125 zimnego masła

Na nadzienie
1/2 szklanki kaszy gryczanej /przed ugotowaniem/
ok. 150 g twarogu
1 jajko
1-2 ząbki czosnku
1/2 szklanki śmietany kremówki 30%
sól, pieprz do smaku
3-4 łyżki masła
spora garść kurek

Wszystkie składniki na spód tarty przełożyć do miski i zagnieść na gładkie, elastyczne ciasto. Zawinąć w folię kuchenną i schłodzić w lodówce minimum przez 2 godziny, a najlepiej przez całą noc.
Kaszę gryczaną ugotować na sypko, przestudzić i wymieszać dokładnie z twarogiem. Doprawić do smaku solą i pieprzem, dodać czosnek.
Kurki lekko posiekać i wrzucić na patelnię z rozgrzanym masłem. Doprawić solą i pieprzem i podsmażać lekko przez 2-3 minuty (nie dłużej, bo staną się „gumowate”).
Schłodzone ciasto rozwałkować dość cienko i wyłożyć nim wysmarowaną lub wyłożoną papierem do pieczenia formę. Spód nakłuć widelcem w kilku miejscach – zapobiegnie to wybrzuszaniu się ciasto podczas podpiekania. Piekarnik z termoobiegiem nagrzać do temp. 190 stopni i wstawić spód tarty do wstępnego podpieczenia na kilka minut .
Kurki przełożyć do miski z kaszą, dodać śmietanę, jajko i wymieszać całość. Jeśli trzeba, doprawić do smaku solą i pieprzem. Masę przełożyć na podpieczony spód, wyrównać. Można udekorować z wierzchu kilkoma kurkami. Wstawić do piekarnika na kolejne 15-20 minut. Tarta jest gotowa kiedy masa się zetnie i zacznie leciutko rumienić. Pyszna zarówno na ciepło, jak i na zimno. Idealna na piknik. Można podawać z sosem grzybowym lub podsmażonymi lekko na maśle kurkami.

piątek, 25 marca 2011

W marcu jak w ... Casserole. I niezbędna uwaga.



"681. Niezbędna uwaga. 

Głównym zadaniem i podstawową troską każdej gospodyni musi jednak pozostać codzienny domowy obiad. Po pierwsze winien on być podawanym punktualnie, tak jak wymaga rozkład czasu w rodzinie, a więc w oznaczonym czasie wszystkie potrawy muszą być gotowe.  Po drugie, podawane jedzenie ma być zdrowem i pożywnem, po trzecie - musi odpowiadać pieniężnym warunkom domu. Nie zawsze tanie i nie zawsze drogie potrawy, tylko stosowna ich zmiana z zwróceniem uwagi na porę roku, powinna być przewodnią zasadą każdej gospodyni. Tak np. zimą ograniczamy się przeważnie strączkowemi roślinami i kaszą, co nie jest potrzebne latem, gdy jest dość młodej jarzynki, to możemy przyrządzić bardziej pożywną zupę, a do mięsa dać sałatę. Stół świąteczny urozmaicamy leguminą, tortem, etc. Główną jednak zasadą, jak to było już parę razy nadmieniane, pozostanie stosowny rozkład i kolejna zmiana różnych potraw. "   Kuchania Koszerna, Rebekka Wolf


I co Wy na to?
Zgadzacie  się?
Przyznam, że mnie ten tekst ogromnie rozbawił, choć rozumiem "jego dobre intencje". 
Wyobraziłam sobie sfrustrowaną gospodynię nerwowo zerkającą na zegar i do garnków, uwikłaną myślami  czy zdążę na czas, czy obiad jest wystarczająco zdrowy i pożywny i odpowiedni na zasobność portfela? A, i czy pasuje do pory roku? Co będzie jeśli z roztargnienia sałata trafi na stół w środku zimy? Czy da się naprawić takie faux pas?


Uff, potwornie męczące i dalekie od tego czym dla mnie jest przygotowanie wspólnego posiłku. A jest to przede wszystkim przyjemność. Radość łączenia, ciekawość smaku i oczekiwanie na to, by wspólnie zasiąść do stołu. Nie dręczę się myślami o obiedzie. Pozwalam im swobodnie i bez przymusu przepływać przez głowę. Rozglądam się bez pośpiechu szukając wskazówek - może kryją się w jednej z książek kucharskich, a może w koszyku z warzywami albo czekają zziębnięte w zamrażarce... Lubię ten moment zaskoczenia, gdy idąc tropem przeróżnych pomysłów i składników docieram do celu.

Teraz zaczyna się kolejny ekscytujące moment. Kuchnia zamienia się w małą (a czasami całkiem sporą) orkiestrę. Stukają noże, dołącza się perkusja garnków, w tle coś syczy, bulgocze, paruje. A ja, niczym dyrygent z wielką łyżką próbuję i mieszam i prowadzę tą orkiestrę do kulminacyjnego momentu. Szykuję miejsca, wybieram talerze, sztućce, miseczki, nakrywam do stołu. Rozchodzące się z kuchni zapachy rozesłały już zaproszenie. Nie musimy się nawoływać ani czekać na siebie. Siadamy razem do stołu. Muzyka kuchni ustępuje miejsca słowom przy stole. Jemy, rozmawiamy, śmiejemy się, sięgamy po kolejne dokładki. I szczęśliwie nikt nie patrzy na zegarek. Najzwyczajniej w świecie cieszymy się tą wspólną chwilą. Tym, że możemy razem usiąść do stołu. Po prostu. 


Wiem, że nie zawsze wspólny posiłek jest możliwy. Doskonale rozumiem, że odwieczny dylemat "co na obiad?" nie raz dręczy i frustruje zamieniając gotowanie w przymus i męczącą konieczność. I mnie czasami także dopada to uczucie. Ale nawet w takich chwilach, gdy nie mam czasu ani pomysłu, mobilizuje mnie myśl o tym, że nie muszę wymyślać wyszukanych dań, przecież bliskich ucieszy nawet najprostszy posiłek - ulubiona pomidorowa czy naleśniki z serem. Jeśli przygotujemy go z sercem, doprawimy go najlepiej na świecie.  Jedzenie gotowane z przymusu, na czas i bez przyjemności nigdy nie będzie tak smaczne jak byśmy chcieli. 


Weekendowe wspólne obiady smakują nam najbardziej. Wtedy nikt się nie spieszy, mamy czas i głowy pełne pomysłów. Nie patrzymy na zegarek, wstajemy kiedy chcemy i robimy to na co mamy ochotę. Ja od dawna miałam ochotę na casserole cukiniowo-fasolowe. Przepis znalazłem i zaznaczyłam już dawno temu w jednej z moich ulubionych małych książeczek z BBC GoodFood "Let's cook - 52 Summer Vegetable Dishes" (tej samej, którą znalazłam na wyspie - klik) . 


Nazwa casserole pochodzi z języka francuskiego i oznacza ceramiczne naczynie do zapiekania, w którym gotowe danie jest  podawane i określane także mianem casserole. Pierwsze wzmianki o daniach typu casserole pochodzą z XVIII wieku, kiedy danie to przygotowywane było na bazie ryżu i mięsa. Wersji casserole jest chyba tyle ile wzorów i form samych naczyń do zapiekania. Można przygotować je z mięsem i warzywami, z rybą lub z samymi warzywami. To właściwie taka odmiana zapiekanego gulaszu lub potrawki.  


Ostatni marcowy weekend zamiast oczekiwanej wiosny zasypał nas śniegiem. Sprawdziło się przysłowie, że w marcu jak w ...No właśnie w casserole, w którym znalazła się "zimowa" fasola, ale i zielona jak wiosna cukinia. Cudownie aromatyczna, pełna pysznych warzyw  potrawa zajadana z chrupiącymi grzankami była idealnym daniem na sobotni nastrój i pogodę. Ta wersja casserole nie wymaga ani dużo czasu ani pracy, wspaniale smakuje, jest pożywna i zdrowa. Podałam ją w samą porę, to znaczy wtedy, gdy wszyscy poczuliśmy się głodni. No i zimowo-wiosennymi składnikami pasowała do marcowej zmiennej pogody. W ten oto sposób mogę śmiało mianować się wzorcową gospodynią , z tą różnicą, że gotowałam w iście radosnym i pełnym dobrych myśli nastroju ani razu nie spoglądając na zegarek.


CASSEROLE CUKINIOWO-FASOLOWE
/składniki na 4 porcje/

1 łyżka oliwy
1 duża cebula
3 średniej wielkości cukinie
150 ml wytrawnego białego wina
2 puszki pomidorów 
140 g czarnych oliwek
2 puszki białej fasolki flageolet 
2 łyżki świeżego rozmaryny
50 g masła
2 ząbki czosnku
2 łyżki siekanej pietruszki
sól, pieprz
1 bagietka 


Cebulę i cukinie pokroić na plasterki. W garnku rozgrzać oliwę i wrzucić na nią cebule, a po ok. 2 minutach cukinie. Trzymać na średnim ogniu przez ok. 10 minut, do momentu aż zmiękną i lekko się zrumienią. Dolać wino, doprowadzić do wrzenia i gotować 2 minuty (lub chwilę dłużej), aż wino w połowie wyparuje. Dodać pomidory z puszki, oliwki, fasolkę odsączoną z zalewy (można też samemu ugotować wcześniej fasolę - ja tak zrobiłam) oraz rozmaryn. Zagotować i dusić przez ok. 5 minut. Doprawić do smaku.
Masło połączyć z czosnkiem oraz pietruszką. Bagietkę pokroić na dość cienkie kromki, wysmarować masłem z ziołami. Ułożyć na potrawce z fasoli i zapiekać przez ok. 5-10 minut, aż grzanki ładnie się podpieką i zrumienią.


Moje zmiany - nie dodałam czarnych oliwek i rozmarynu, bo zwyczajnie zapomniałam :) , ale dodałam za to pokrojone w plasterki dwie duże marchewki. Grzanki wysmarowałam oliwą i posypałam suszonymi ziołami, a później posypałam także tartym parmezanem.  Casserole jedliśmy razem z kuskus - bardzo pasował, zwłaszcza razem z sosem, jaki powstał podczas przygotowania casserole. Pyszne, pożywne i zdrowe danie - bardzo Wam polecam!


* cytat pochodzi z książki Kuchania Koszerna, Rebekka Wolf, wyd. TENTEN - dziękuję Monice za Hamantaschen, bo to dzięki naszemu wspólnemu pieczeniu (klik) odszukałam tą książkę i teraz z zaciekawieniem się zaczytuję:)
** przepis cytuję za książką Let's cook - 52 Summer Vegetable Dishes, BBC Good Food, rok wydania 2005

czwartek, 16 września 2010

Prace ręczne. Orecchiette pomidorowe.



Gdy chodziłam do szkoły na lekcjach zwanych potocznie  "pracami ręcznymi" uczyliśmy się szydełkowania, haftowania i robienia na drutach. Późną jesienią szykowaliśmy budki dla ptaków, wiosną szyliśmy na maszynie letnie bluzki. Zaliczyłam też tekturowy peryskop, misę z masy papierowej i małą makietę księżyca.
Raz zrobiliśmy sałatką ziemniaczaną. 
Osiem lat szkoły i tylko raz dane nam było zamienić "prace ręczne" w gotowanie, a właściwie samo krojenie, bo ugotowane ziemniaki przyniosły nam ze stołówki panie kucharki.
Nie wiem jak Wy, ale ja ogromnie żałuję, że moja szkolna edukacja szerokim łukiem omijała temat jedzenia i gotowania. Zazdroszczę dzieciom, które żyją w krajach, gdzie poznawanie smaków i aromatów stanowi integralną część nauki. Przeraża mnie świadomość, że zbliżamy się do modelu, jaki oglądaliście pewnie w rewelacyjnej serii programów "Jamie w szkolnej stołówce". Dzieci w angielskich szkołach nie potrafiły nazwać cebuli, były bliskie omdlenia na samą myśl o zjedzeniu sałaty, a porcje zdrowych i pełnowartościowych obiadów niemal w całości trafiały do kosza. 
Byłam pod wielkim wrażeniem Jamiego, który przebrany bodajże za kolbę kukurydzy stawał na głowie, by namówić dzieci i rodziców do odstawienia chipsów, batonów i innych fast-foodowych zapychaczy. W końcu najbardziej opornych uczniów zaprosił do wspólnego przygotowania obiadu. I to był prawdziwy sukces. Dzieci nie tylko wspaniale sobie poradziły z gotowaniem, ale przede wszystkim zjadły z apetytem przekonując się, że zdrowe jedzenie jest naprawdę smaczne. 


Od dwóch tygodni mam w domu Pierwszoklasistę. Wczoraj wróciłam z pierwszego szkolnego zebrania. Już wiem co przewiduje program nauczania na ten rok i że ścieżka matematyczna zakłada naukę liczenia do ... 10! Nie wiem jeszcze czy uda się namówić wychowawczynię na zajęcia "kulinarne". Wiem za to,  co czeka na dzieci w szkolnym sklepiku. Codziennie, jeszcze przed pierwszym dzwonkiem ustawia się tam długa kolejka małych i troszkę większych klientów. Kolejka wolno się posuwa, bo towaru jest dużo, a wybór ciężki: zielone żelki "na metry" czy gumy "łamiszczęki"; Cola czy oranżada; chipsy z papryką czy z bekonem; jadalny papier czy różowa żelkowa żaba, a może hot-dog, hamburger czy ....
Czy tylko ja uważam, że towar w sklepiku nadaje się do całkowitej wymiany? Czy nie można zamienić żelek na owoce, wstrętnie żółtej oranżady na soki owocowe, a ociekającego keczupem hot-doga na świeżą drożdżówkę? 
Czy dzieci zahipnotyzowane ilością słodyczy i chipsów będą miały ochotę na miskę sałaty, domowy obiad? Wciąż mam nadzieję, że tak.
Czy możemy coś zrobić? Oczywiście! Zaprośmy dzieci do kuchni. Gotujmy i pieczmy razem. Pozwalajmy im dotykać, wąchać, mieszać i bałaganić. Niech zaprzyjaźnią się z warzywami, mąką, surowym ciastem. Jeśli tylko mamy czas organizujmy dzieciom kuchenne "prace ręczne" i uczmy ich, jak zostać smakoszem zdrowego jedzenia. 


U mnie na ostatnich zajęciach z "prac ręcznych" powstał domowy pomidorowy makaron orecchiette. Ciasto jest niebywale plastyczne, właściwie do złudzenia przypomina plastelinę, co gwarantuje dzieciom wspaniałą zabawę i ogromne chęci do współpracy. Po ugotowaniu makaron jest miękki i sprężysty. Ja podałam go  z czosnkiem i cukinią, tak jak w przypadku spaghetti, o którym pisałam tu. Możecie oczywiście przygotować swój ulubiony sos.
Namawiam Was gorąco do "prac ręcznych" , a do tego przepisu na makaron w szczególności! Smak jest wyśmienity, a satysfakcja z samodzielnie przygotowanego obiadu bezcenna!


POMIDOROWE ORECCHIETTE
/NA 4 PORCJE/

350 g mąki pszennej
4 żółtka
160 g koncentratu pomidorowego
sól, pieprz
2 łyżki oliwy

Wszystkie składniki na ciasto dokładnie zagnieść i odstawić pod przykryciem na minimum 20 minut. 
Ciasto podzielić na kilka mniejszych części i uformować z nich cienkie wałeczki o średnicy ok. 1/2 cm. Pokroić je na kawałeczki równiez ok. 1/2 cm. Każdy z nich rozgnieść kciukiem, aby powstało wgłębienie na kształt muszelki. 


Ja z części ciasta przygotowałam też makaron w kształcie wałeczków, niestety nie pamiętam nazwy - może Wy wiecie jak się nazywa?
W garnku zagotować osoloną  wodę. Makaron wrzucić do wrzącej wody i gotować ok. 5-6 minut. Odcedzić. 
Przygotować sos. 


CUKINIA Z CZOSNKIEM

1 średnia cukinia
3 duże ząbki czosnku
oliwa
sól, pieprz


Cukinię umyć, osuszyć i pokroić w cieniutkie paseczki - ja używam do tego specjalnej "obieraczki-krajaczki". Czosnek obrać i pokroić na cienkie plasterki. Oliwę rozgrzać na patelni, wrzucić czosnek i smażyć do momentu aż nabierze delikatnie złotego koloru , dodać pokrojoną w paseczki cukinię i podsmażać ok. 5 minut, doprawiając do smaku solą i pieprzem. Gdy cukinia zmięknie, dodać przestudzony makaron, dobrze połączyć z resztą składników. Wykładać na talerze dodatkowo skrapiając oliwą. Smacznego!
 

* przepis pochodzi z magazynu KUCHNIA 5/2009, wprowadziłam moje drobne zmiany.

** ten przepis to moja propozycja do akcji Smacznie i pomidorowo oraz Viva la pasta

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Urywki historii i kawałki ciasta. Maczane w oliwie. Focaccia.

Jej historia sięga ponad 2000 lat. To jeden z najstarszych gatunków pieczywa. Uważa się, iż przepis podstawowy ma pochodzenie etruskie. Choć wiele wskazuje też na to, iż wywodzi się ze starożytnej Grecji. 
Nie bez powodu nazwano ją z łacińskiego focacio, czyli ognisko domowe. Nazwa podkreśla ważną rolę jaką odgrywała od wieków gromadząc rodzinę wokół paleniska, na którym początkowo była wypiekana.  


Uważana za prekursorkę współczesnej pizzy, pierwotnie byłą jedynie mieszanką wody, mąki i soli. Ze względu na śródziemnomorski klimat nie sprzyjający fermentacji drożdży, oryginalnie pieczona była bez ich udziału i z pominięciem wyrastania ciasta. 


Z natury ma być płaska,  dlatego przed pieczeniem ciasto nakłuwa się lub robi w nim wgłębienia, by zapobiec nadmiernemu wyrastaniu w trakcie pieczenia. Popularne jest także  smarowanie jej oliwą, by ciasto było z wierzchy chrupiące, a wewnątrz wilgotne. 


Najpopularniejsza z rozmarynem, oliwkami, solą morską, szałwią i oliwą, przygotowywana jest także w wersji na słodko z miodem, rodzynkami czy skórką pomarańczową. Receptura, choć czasami lekko modyfikowana, doczekała się uznania w wielu częściach świata. W Burgundii znana jest jako foisse lub fouaisse, a w innych częściach Francji jako fougasse. Argentyńczycy mają swoją fugazza, a Hiszpanie hogaza


Focaccia. Zgromadziła nas wczoraj przy wieczornym stole kusząc cudownym zapachem świeżego pieczywa, aromatem rozmarynu, morskim klimatem soli i ciekawością jak będzie smakować z cukinią. Choć nie mamy tradycyjnego paleniska, zjadaliśmy ją w iście pierwotny sposób. Rwąc łapczywie, ciepłe jeszcze kawałki maczaliśmy je z  upodobaniem w oliwie. 


Upieczona tym razem z podwójnej porcji zniknęła za jednym rodzinnym posiedzeniem. Idealnie chrupiąca skórka, cudownie puszysty środek, wspaniale pasujące do niej dodatki i nie mający sobie równych klimat wspólnego, rodzinnego biesiadowania na długo pozostanie w naszej pamięci. Spróbujcie koniecznie! 

FOCACCIA Z CUKINIĄ, ROZMARYNEM I SOLĄ MORSKĄ


SKŁADNIKI
(przepis na ciasto cytuję za Asią z Kwestii Smaku

20g świeżych drożdży
300  ml ciepłej wody
500 g mąki
2 łyżeczki soli
oliwa z oliwek
1 mała cukinia
3 łyżeczki gruboziarnistej soli morskiej
rozmaryn


Drożdże rozkruszyć w misce, dodać 120 ml ciepłej wody, 1 łyżeczkę cukru i 4 łyżki mąki. Wymieszać i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia, na około 20 minut.Mąkę przesiać do miski i wymieszać z 2 łyżeczkami  soli oraz 2 łyżkami oliwy z oliwek. Dodać drożdże oraz resztę ciepłej wody. Składniki wymieszać w misce i połączyć w kulę. Ciasto wyłożyć na posypany mąką blat. Wyrabiać przez 15 minut, aż będzie gładkie i elastyczne.  Można także wyrabiać mikserem. Na blacie rozsmarować jedną łyżkę oliwy, wyłożyć ciasto i rozwałkować je na placek ok. 40 x 40 cm. Blachę do pieczenia wysmarować oliwą i wyłożyć na nią rozwałkowane ciasto. Przykryć przeźroczystą folią i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia, na 1,5 godziny. Piekarnik nagrzać do 220°C. Cukinię pokroić na cieniutki plasterki. Ciasto posmarować  oliwą, posypać solą morską, powtykać listki rozmarynu i nałożyć plasterki cukinii. Odstawić ponownie do wyrośnięcia na godzinę. Wstawić do nagrzanego piekarnika i piec przez 15 - 20 minut na złoty kolor. Podawać z oliwą z oliwek.

środa, 5 maja 2010

GORĄCY KUBEK W DESZCZOWY DZIEŃ



Pada. Pada już trzeci dzień. Ma padać kolejne dwa, może trzy...Kiedyś taka deszczowa pogoda  budziła we mnie chandrę, a pochmurne niebo mogło konkurować z równie pochmurnym nastrojem. Teraz jest inaczej. Nauczyłam się cieszyć z każdej pogody. Nie była to lekcja łatwa, ale jakże potrzebna. Deszcz, zimno, wiatr - szukam energii w każdym kaprysie pogody. I zawsze znajduje! Myślę, że ciepło jest w nas, w środku. Wystarczy roztoczyć je wokół siebie. I szukać. Szukać dobrych stron tego co tylko pozornie wydaje się pochmurne. Przez mokrą szybę obserwuję mój ziołowy ogródek, doniczki z pomidorami, kwiaty. Deszcz wyręcza mnie w podlewaniu. Powracam do ulubionej zimowej herbaty z pomarańczami. Za chwilę zagrzeje dłonie gorącym kubkiem z zupą. Gęstą, pożywną. Usiądę na fotelu, otulę ciepłym kocem i posłucham deszczu.  Posłuchacie ze mną? 
 
ZUPA-KREM Z CUKINI
składniki na 2-3 porcje

2 średnie cukinie
1 duża cebula lub 3 szalotki
2-3 średnie ziemniaki
2 ząbki czosnku
oliwa
sól, pieprz do smaku
3/4 l wody lub bulionu warzywnego

Cukinię umyć i ściąć końcówki (nie obieram ze skórki, dzięki czemu zupa zyskuje na kolorze). Cebulę i czosnek obrać i pokroić. W garnku podgrzać oliwę, wrzucić na nią czosnek i cebulę, aż stanie się szklista, a czosnek się lekko zrumieni. Dodać pokrojoną w cienkie plasterki cukinię oraz obrane i pokrojone drobno ziemniaki. Chwilę razem podsmażać. Zalać wodą / lub bulionem. Gotować ok. 10-15 minut. Doprawić solą i pieprzem. Ugotowaną zupę zmiksować, i jeśli trzeba doprawić jeszcze dodatkowym ząbkiem czosnku. Podawać z grzankami. Smacznego! 


środa, 21 kwietnia 2010

SPÓŹNIONE SPAGHETTI Z CZOSNKIEM I CUKINIĄ













Choć uwielbiam czosnek pod każdą postacią i w większości dań, nie planowałam udziału w Dniu Czosnku. Potrawa z czosnkiem w roli głównej jakoś nie wysuwała się na pierwszy plan, gdy myślałam o kulinarnych pomysłach na ten tydzień. A jednak, zupełnie spontanicznie czosnek jednak zdominował nasz wczorajszy posiłek, choć o jeden dzień za późno, by dołączyć do grona jakże ciekawych czosnkowych potraw. 
Bardzo lubię ten moment, gdy z kompletnej pustki w głowie nagle powstaje pomysł na połączenie prostych składników, które zmieniają się w smaczną i nową potrawę. I tak ostatnia w koszyku cukinia związała się z makaronem opływając w oliwie i cudownym aromacie czosnku. Nie wiem czy spaghetti z czosnkiem i cukinią ma jakąś własną nazwę, ale nawet bezimienne z pewnością trafi na nasze talerze jeszcze nie raz. Polecam! 

SKŁADNIKI NA 2 PORCJE
makaron spaghetti (z odmierzaniem właściwej ilości miałam zawsze kłopot, dlatego teraz korzystam z miarki ;)
1 średnia cukinia
3 duże ząbki czosnku
oliwa
sól, pieprz

Cukinię umyć, osuszyć i pokroić w cieniutkie paseczki - ja używam do tego specjalnej "obieraczki-krajaczki". Czosnek obrać i pokroić na cienkie plasterki. 

 Makaron wrzucić do osolonej wody i ugotować al dente. Odcedzić. Oliwę rozgrzać na patelni, wrzucić czosnek i smażyć do momentu aż nabierze delikatnie złotego koloru , dodać pokrojoną w paseczki cukinię i podsmażać ok. 5 minut, doprawiając do smaku solą i pieprzem. Gdy cukinia zmięknie, dodać przestudzony makaron, dobrze połączyć z resztą składników. Wykładać na talerze dodatkowo skrapiając oliwą. Nie miałam akurat tartego parmezanu, ale myślę, że byłby także mile widziany, choć nie jest konieczny. Smacznego!

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails