Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasteczka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasteczka. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 grudnia 2014

Przepisy na święta

W tym roku (znowu) czasu przed świętami mam jakby coraz mniej...
Jednak na pewno znajdę go tyle, by przygotować moje ulubione świąteczne smakołyki. 
Może i Wam przypadną do gustu i wybierzecie jeden z proponowanych poniżej przepisów?
Polecam i pozdrawiam! 


niedziela, 17 lutego 2013

Jeden czy dwa? Północ - Południe. Tureckie księżyce.




"Krąg się powiększył. Milczano. Po rzece chodził srebrny dreszcz, po niebie - obłoki. Każda rzecz odmieniała się ciągle. Dach fary raz wyglądał jak ze szkła, raz jak z aksamitu. Miasteczko drzemało wśród swojej zacisznej kotliny, to znów szczerzyło renesansowe attyki w przytomnym i nieprzyjaznym uśmiechu.


Mene odezwała się:
- Księżyc był czerwony, kiedy TAMCI ludzi szli spać. Teraz jest biały. Zupełnie inny. 
Czy też TAMCI wiedzą, jak wygląda biały księżyc?
Jeremi odpowiedział:
- Może w ogóle są dwa księżyce ... Jeden dla TAMTYCH, drugi - tylko dla nas." *


Północ - Południe.
Dwa światy. 
Setki kilometrów.
Tysiące innych spraw. 
A nad tym wszystkim Księżyc. 
Jeden?


Północ.
Tam mieszka.
Nosi w sobie słowa lekkie i piękne jak motyle. 
Wypuszcza je na wolność subtelnie, nieśmiało, jakby to były bańki mydlane, w których ukryła tajemnicę.
Szczęśliwy ten, kto taką bańkę złapie zanim pryśnie.
Szczęśliwe jest Południe, bo ma ich całą kolekcję. 


Południe. 
Pewnego dnia wyrusza na spotkanie Północy. 
Poznaje ją od razu - ciepły uśmiech w laurce cynamonowych piegów. 
To może być tylko Ona. 
Północ z Południem znajdują wspólne słowa, odkrywają te same myśli i są sobie tak samo potrzebne.


Czy widzisz ten sam księżyc?
Czy pokrywa Twoje morze tym samym srebrnym dreszczem, który przeszedł po szumiącej wstążce mojego górskiego strumyka?
A może w ogóle są dwa księżyce . . . 
Jeden dla TAMTYCH, drugi tylko dla nas?


Ten drugi srebrzy się bielą lukru, pod którym chowa najsłodsze wspomnienia z dzieciństwa.
Pachnące niedostępnym rumem i leczącym smutki kakao. 
Ten drugi to uśmiechnięty rogalik ust Babci Pauliny.
Tej z Północy, i tej z Południa.


Tureckie księżyce Babci Pauliny.
Pieczone tylko od święta.
Podkradane ukradkiem przez dziecięce paluszki z nadzieją, że nikt z dorosłych nie zauważy. 
Kakaowa puszystość pełna mielonych orzechów. 
Wilgotna od rumu, który rozgrzewa zmysły i zastyga w grubej warstwie lukru.


Dwa księżyce, dwa światy. 
Dzieciństwo zakradające się w rumowe opary dorosłości.
Dorosłość wędrująca po nitce rumowego zapachu do utraconego dzieciństwa. 


Północ - Południe.
Dwa światy. Dwa księżyce.
Jeden tam wysoko, drugi schwytany w lepkie od lukru palce. 


Tureckie siężyce. 
Historia ich nazwy na zawsze już pozostanie dla Południa tajemnicą, która odeszła wraz z uśmiechem Babci Pauliny. 
Pozostał spisany na kartce przepis, który Południe podarowało Północy. 


W tej samej chwili na niebie Północy i Południa pojawił się ten sam biały księżyc, a za nim kolejny i następne. 
Są smaki, które nie powinny być tajemnicą. 
Teraz i Wy wiecie, jak wyglądają tureckie księżyce, pieczone od święta, gdy Północ spotyka się z Południem.


Występują: 
Północ - Asiejka 
Południe - Anna Maria, czyli ja

Koniecznie wybierzcie się w podróż na Północ, by zobaczyć jak tam (klik) wyglądają tureckie księżyce.
Północna Asiejko! Dziękuję za wszystko:* 


TURECKIE KSIĘŻYCE
/z przepisu Babci Pauliny/ 

15 dag masła
15 dag cukru pudru
5 żółtek
5 białek
5 dag gorzkiego kakao
7 dag mąki
10 dag mielonych orzechów
szczypta soli

Lukier
20 dag cukru pudru
ok. 1-2 kieliszki rumu 



Masło utrzeć na puch z cukrem pudrem. Dodawć stopniowo po jednym żółtku nadal ucierając, a następnie dosypywać stopniowo przesiane kakao i mąkę oraz zmielone orzechy.
W osobnym naczyniu ubić na sztywno pianę z białek ze szczyptą soli i delikatnie wymieszać ją z masą kakaową. Wyłożyć na dużą natłuszczoną lub wyłożoną papierem do pieczenia blachę o wymiarach ok. 25 x 38 cm. Piec ok. 15 minut. 

W tym czasie cukier puder utrzeć z rumem na lukier. Gorące ciasto skropić z wierzchu dodatkowo rumem i jeszcze ciepłe polać z wierzchu lukrem. Gdy lukier zacznie delikatnie się zsiadać, przy pomocy okrągłej foremki lub krawędzią niewielkiego kieliszka wycinać księżyce.


* cytat z opowiadania Dwa księżyce Marii Kuncewiczowej

czwartek, 18 października 2012

Kilka dni. Kruche. O smaku chałwy.




PIĄTEK:
Poranek w bibliotece, jak zawsze przed weekendem. 
Jesienny spacer ze szkoły z Synkiem, żeby wymienić jeszcze najwięcej słów, uśmiechów, spojrzeń. 
W domu czeka walizka.
Łapczywie otwarta na wszystko co do niej wkładam.
Szykuję miejsce na piernik, ten rodzinny, z historią. 
Starannie owinięty w pergamin pojedzie ze mną daleko, by Ktoś bardzo odległy stał się najbliższy.


Późne popołudnie.
Gorąca linia telefonów.
Wyścig z czasem.
Walka z komunikacją.
Dreszcz emocji, rozgoryczenie, złość. 
Pościg na miarę dobrego filmu akcji. 
Bez powodzenia. 
Do mnie i do mojej walizki nie dołączy Ktoś, z kim tak dobrze się podróżuje. 
Noc.
Zajadam smutek wielką porcją chałwy. 



SOBOTA:
Długo przed świtem odległe Miasto jeszcze śpi. Wita mnie mgłą, deszczem i ponurym mrokiem.
Koła zaspanej walizki stukoczą samotnie po pustych ulicach.
Mijam niewyspanych taksówkarzy i błądzącego kota.
Dopiero w hotelu przypominam sobie znaczenie ciepła. 
Zapadam się w miękkim łóżku.
Parę godzin, a miasto i ja budzimy się w lepszym nastroju. 
Pierwsze promienie słońca i pierwsze uśmiechy.
Znajome twarze i te zupełnie nowe, coraz więcej uśmiechów, słów, radości. 
Najwięcej wtedy, gdy spotykam te Wyjątkowe Osoby. 
To właśnie One zamieniają te dni w czas-nie-do-zapomnienia.


Dużo rozmów. Słów. Mądrych i nie.
Prawd i kłamstw.
Przerysowań i stereotypów.
Rozważań.
Odkryć.
Zachwytów.
Dużo emocji.
Sobota o smaku piernika i nocnej pizzy.
Pełna dźwięków niezwykłej muzyki.
Prostych i szczerych słów.
Sobota. Dobry dzień. 

NIEDZIELA:
Nareszcie się wysypiam.
Nie daję się ponieść porannej gonitwie, by zdążyć tu i tam. 
Długie i leniwe śniadanie.
Obiecany samej sobie spacer do ukochanych miejsc Miasta. 
Poranny rześki chłód.
Miejskie migawki.
Ciepło mijanych kawiarni.
Kłótnie mew.
Bruk ukochanej uliczki. 


Zagadanie w tramwaju. Pogubienie przystanków.
Rozmowy, uśmiechy, postanowienia.
Żal rozstania zmieszany z radością powrotu. 
Nocna podróż pociągiem.
Kolejna chałwa.



PONIEDZIAŁEK:
Zmęczenie, radość, pocałunki, uściski. 
Wielkie litery powitania wypisane niebieską kredą przed wejściem do domu.
Kawa. Dużo kawy.
Popołudniowe rozmowy przerywane natarczywym, niepokojącym wyciem syren. 


WTOREK:
Wizyta w Budynku. Czekam na R. 
W jednej z sal miejscowa wokalistka udziela lekcji śpiewu. 
Słyszę młody, donośny głos " Uparcie i skrycie, och życie kocham cię, kocham cię nad życie...".
Ciało przeszywa dreszcz. Głos jest mocny. Niesie się echem po korytarzu i piętrach. 
Wygania obojętność.


Przychodzi R. Zdyszana.
Już czytam z twarzy. Przeczuwam, że...
... syreny.
Spłonął dom przyjaciół.
Nie ma nic. 
Nic. 


Nie ma najważniejszego - zbioru ponad kilku tysięcy książek, które błądziły z Nimi przez lata po Polsce, by w końcu znaleźć swój dom, tu, gdzie już go nie ma....
...nie ma.
Ciszę, upartą i bezradną, przerywa ten sam głos "Uparcie i skrycie, och życie kocham cię, kocham cię nad życie".
Czy to przypadek?
Chcę wrócić do domu. Już, teraz. 


W głowie dudnią te same słowa - życie, życie...
Co w nim ważne, ulotne, co przynosi pocieszenie, co pomaga...
Wszędzie szukam chałwy. Trywialne? 
Może i tak. Ale ja muszę ugryźć życie. Poczuć, że jest namacalne, czasem gorzkie, czasem za słodkie, ale moje. 
Poczuć, że może mieć smak, który przepędza smutek i bezradność. 

Nie mam już chałwy. 
Piekę ciastka, które mają jej smak.
Takie kruche pocieszenie. 
Kilka dni mojego życia, pełne zwykłych i niezwykłych chwil. Teraz wiem, że każda jest ważna.


CIASTECZKA Z TAHINI

1/2 szklanki tahini
100 g masła
1/2 szklanki cukru (w tym 2 łyżeczki cukru z wanilią)
2 szklanki mąki
opcjonalnie 1 łyżka zmielonej kawy
lub garść maku


Masło utrzeć z cukrem i tahini, dodać mąkę wymieszaną z przyprawami - jeśli ich używacie (ja tym razem postawiłam jedynie na smak chałwy), zagnieść ciasto. Formować lekko spłaszczone kulki wielkości orzecha włoskiego.
Ja do formowania użyłam specjalnej drewnianej foremki.  Piec 13 min. w temperaturze 170 stopni - ciasteczka nie powinny się zezłocić, gdy tylko zaczną pękać są dobre.  


* przepis znaleziony u Moniki i Ali - pozdrowienia Dziewczyny:)

niedziela, 5 lutego 2012

Pani róża i makaroniki. W duecie z Desperate Housewife.


Ktoś mnie niedawno o Was zapytał.
Tak, o Was - o Czytelników bloga.
Kim jesteście?
Czy Was znam?
Co mnie z Wami łączy?


Ależ pytanie, prawda?! 
Bo, czy ja naprawdę wiem, kim jesteście?
Czy my się znamy?
I tak, i nie. 


Większość z Was zna mnie lepiej niż ja znam Was. 
Zaglądacie. 
Przychodzicie w odwiedziny. 
Często zostajecie na dłużej. 
Zasiadacie do stołu, czytacie w moich myślach. 
Odchodzicie i wracacie. 


Wielu z Was przed wyjściem zostawia podarunek. 
To słowa. 
Wasze słowa dla mnie.
Ważne. Ciepłe. Serdeczne. 
Czasem zabawne, czasem zaskakująco szczere. 


A więc poznaję Was po słowach.
Po ukrytych między nimi uczuciach, które z każdą wizytą dopełniają Wasz portret. 
Mimo to, większość z Was pozostaje dla mnie zagadką.
Nie przestajecie mnie intrygować, zadziwiać. 
Im bliżej się poznajemy, tym większą mam ochotę na kolejne spotkanie. 


Zwłaszcza z tymi z Was, którzy odwiedzają mnie cichutko, na paluszkach, by nie zostać zauważonym. 
Rozumiem Was, sama najczęściej tak właśnie odwiedzam innych.  
Nie widzę Was, ale intuicyjnie odczuwam Waszą obecność. 


Właśnie - intuicja.
Ona gra tu niezwykle ważną rolę, choć nie wychodzi na scenę, a pełni wyłącznie funkcję suflera. 
Dotychczas mnie nie zawiodła. 
Nieomylnie rozpoznała Osoby, które stały się częścią mojego życia. 


Gotuję z Wami.
Rozmawiam. 
Zaczynam dzień poranną kawą i oglądaniem zdjęć z końca świat. 


To nic, że jesteście daleko.
To nic, że nie poczuję aromatu kawy zamkniętego w murach pewnego francuskiego mieszkania. 
To nic, że gdy gotujemy razem, nie mogę wsadzić widelca w Waszą potrawę. 


To wszystko mogę sobie wyobrazić.
Ale Wy jesteście naprawdę. 
I to jest ważne.
I za to Wam dziękuję!


Choć większości z Was pewnie nigdy nie poznam, namiastką pozostają nasze spotkania w kuchni. 
To wyjątkowe chwile. Osobno, a jednak razem. 
Rozmawiamy o jedzeniu, poznajemy się, odkrywamy podobieństwa, znajdujemy różnice. 


I w tym wszystkim pozostajemy sobą. 
Nic na siłę, na pokaz, nie ma słów  "wypada", "muszę".
Są zbyteczne, przecież łączy nas jedno - ta sama pasja, i to ona pozwala nam się zrozumieć. 


Małgosia. Jedna z Was.
Podziwiam ją za bezpośredniość, za otwartość i poczucie humoru, z jakim opisuje swoje życie jako Desperate Housewife. I za długie listy, jakie do mnie wysyła. Szczere i prawdziwie. Dziś takie listy to rzadkość. 


Dawno temu umówiłyśmy się na wieczorne pieczenie makaroników. Jak to z Małgosią bywa, było niezwykle zabawnie, zwłaszcza kiedy przyznała, że w piekarniku odpadło jej pokrętło do ustawiania temperatury.  Nie muszę chyba wspominać, że dla tych najkapryśniejszych ciasteczek świata, temperatura pieczenia grą rolę kluczową....


Korzystałyśmy z instrukcji obsługi makaroników, którą zamieściłam w tym poście - klik. Wybrałam wersję różaną. Patera makaroników pachniała jak świeżo zerwany bukiet róż. Zamiast barwnika użyłam suszonych wczesnym latem płatków róż, które po zmieleniu dodałam do masy białkowej.


Ucierane z cukrem płatki róż połączyłam z odrobiną mascarpone i lekko doprawiłam kilkoma kroplami soku z cytryny. Powstała wspaniała, aromatyczna masa, którą zlepiłam makaroniki.  Pani róża w takim wydaniu po prostu rozpływała się w ustach. 


MAKARONIKI RÓŻANE - ROSE MACARONS
/na 30 sztuk makaroników - już po sklejeniu/

110 g cukru pudru
60 g migdałów (bez skórki)
60 g białek
40 g cukru kryształu
1 łyżka suszonych płatków róż 


Białka ubić na sztywno, pod koniec ubijania dodając cukier aż do uzyskania gładkiej, lśniącej piany. Migdały, płatki róż i cukier puder zmiksować dokładnie razem w malakserze. Po zmiksowaniu przesiać, większych grudek migdałów nie wsypywać. Ubitą pianę przełożyć do zmielonych migdałów i dokładnie połączyć stosując wskazówki opisane w tym miejscu (klik)


Gdy masa jest gotowa, przełożyć ją do rękawa cukierniczego lub szprycy i wyciskać na przygotowaną wcześniej blachę z papierem do pieczenia. Następnie odłożyć na min. 30 minut. 
Piekarnik nagrzać do temperatury 170 stopni. Makaroniki piec przez 10-11 minut. Po wystudzeniu ściągnąć z papieru i odstawić na minimum jeden dzień, by rozmiękły. 


MASA RÓŻANA 

kilka łyżek ucieranych z cukrem płatków róż
odrobina mascarpone
kilka kropel soku z cytryny

Wszystkie składniki połączyć i wymieszać razem. Proporcje i ilość zależą od tego, jak słodka jest konfitura i ile masy chce się uzyskać. Najlepiej kierować się kluczowymi zasadami - na oko i do smaku;)
Gotową masą przekładać makaroniki. Po 1-2 godzinach zmiękną i staną się idealnie mięciutki zachowując lekko chrupką skorupkę. Mniam!

Małgosiu! Dziękuję za wszystko!

Pewnie nikt nie uwierzy, ale rodzaj pieczonych makaroników aż do publikacji posta  trzymałyśmy w tajemnicy.  Sama nie mogę uwierzyć, że obydwie uległyśmy urokowi róży...

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails