Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śniadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śniadanie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 lipca 2015

Zapraszam Cię na śniadanie - zjedzmy je razem

Śniadanie - parę lat temu było moim najmniej lubianym posiłkiem. 
Nie mogło konkurować z trzema filiżankami kawy wypijanymi w pośpiechu, by dawką uderzeniową zmusić organizm do zawsze zbyt wczesnej pobudki. 
Na szczęście z wiekiem człowiek mądrzeje, a ja rozkochałam się w śniadaniach. 
Kolorowych, chrupiących, sezonowych, pełnych ziaren, owoców, warzyw i wszystkich dobrodziejstw, jakie oferuje sezon. 
Letnie śniadania to oczywiście moje ulubione. 
Smakują najlepiej, jeśli do stołu siadamy wspólnie, a jedzenie staje się nie tylko celem, ale i pretekstem. Do rozmów, uśmiechu, planów i tego trudno uchwytnego szczęścia, jakim jest wspólne celebrowanie chwil. 
A może dacie Cię zaprosić na takie wspólne śniadanie?


W sobotę , 8 sierpnia na pięknym, otoczonym zielenią tarasie Ciachomanii - klik w Bielsku-Białej poprowadzę warsztaty Zdrowe śniadania, na które zapraszam wraz z Agencją Kulinarną Laboratorium Smaku - klik. 
Chcemy Wam pokazać, że śniadania wcale nie muszą być nudne, a te pyszne niekoniecznie są czasochłonne.
Na warsztatach wspólnie przygotujemy słodkie i słone, zdrowe śniadania, których bohaterami będą amarantus, jarmuż, bób, marchewka, pokrzywa, mango, gryka, chrupiące ziarna, pyszne owoce, aromatyczne pasty i domowy chleb. 
Menu warsztatów obejmuje aż 6 wyjątkowych śniadaniowych propozycji i dwie niespodzianki. 
Takiego śniadania na pewno jeszcze nie smakowaliście! Zróbmy i zjedzmy je razem! 

Data: 8 sierpnia 2015 (sobota)
Godzina: 10 - 13
Miejsce: Ciachomania
Koszt: 90zł/os.

Obowiązują wcześniejsze rezerwacje* pod adresem: rezerwacje@agencjakulinarna.pl

*Tylko wpłata na konto jest gwarantem uczestnictwa.

Ilość miejsc ograniczona 

 
Partnerami warsztatów są: 





poniedziałek, 25 listopada 2013

Szczęście to czas. Selerowe karmelki i kasza jaglana. Na dobry początek.




Piszecie i pytacie - Co słychać? Czemu mnie tu nie ma?
A ja jestem, choć mniej widoczna.  
Odpoczywam..., a może zbieram siły.
Przyglądam się i dziwię ... , a może właśnie przestają się dziwić.
Jedni pędzą bezmyślnie, byle do przodu.
Inni jakoś przestali ciekawić.
Ci najważniejsi częściej milczą, jak ja, znają wagę słów i nie rzucają ich na wiatr. To dobrze. 
I dobrze mi tak, gdy nie muszę, a chcę.
Gdy mogę pomilczeć. Pobyć na chwilę tu i potem znowu tam. 
Porozmawiać, posłuchać, zaśmiać się i wzruszyć nie jednym spotkaniem. Prawdziwym. 
Po prostu. 


Używaj daru życia.
Uśmiechów dzieci, kolorów nieba, zapachu kawy,
 ciepłego wiatru i dzwonienia tramwajów. 
Ciesz się mroźną zimą i upalnym latem.
Szczęście to czas. Nie zapomnij o tym ...! 
Michal Viewegh


I nie zapomnij o dobrym początku dnia!
Nauczyłam się, że wyjście z domu bez śniadania to nie jest dobry scenariusz. Posłuchałam mądrych ludzi i zaczęłam je jeść. Robić śniadania nie tylko dla innych, ale także dla siebie. Takie jak lubię. Bez kanapek, wędlin, jajek i kiełbasek. Piekę granole, gotuję owsianki, do kaszki manny dolewam soku z malin, który wciąż pachnie minionym latem i rytualnie w zimne poranki rozgrzewam się kaszą jaglaną. To dobro, jakie sobie ofiaruję i cudowny zastrzyk energii, jakiej teraz naprawdę potrzebuję. 


Porcja kaszy jaglanej z kandyzowanym selerem, prażonymi płatkami migdałów i bursztynowymi wstążkami syropu z agawy albo klonowego. To mój zestaw idealny.
Orzechowy aromat kaszy idealnie łączy się z orzechową nutą selera i pietruszki, do tego chrupiące migdały, ulubiony syrop i już wszystko ma sens, nawet ponure, listopadowe poranki, kiedy wyjście spod kołdry wydaje się być wyczynem ponad ludzkie możliwości.


Na dobry początek zaczęłam od śniadań, później doszły inne przyjemności, jakie sobie podarowałam. Zapisałam się tu i tam, ćwiczę (!), odnowiłam stare znajomości i odkryłam ile dla mnie znaczą i jak bardzo mi ich brakowało. Nie tracę już tyle czasu na to co nierzeczywiste, doceniam jeszcze bardziej to, co prawdziwe. 
Może i Wam przyjdzie ochota na taki  dobry początek...?
Do poczytania albo zobaczenia wkrótce.


KASZA JAGLANA Z KANDYZOWANYM SELEREM, PIETRUSZKĄ I SYROPEM KLONOWYM
/przepis własny/
składniki na 2 duże porcje
 
Ważna uwaga! Nie bądźcie drobiazgowi, nie warto. Najlepiej kandyzujcie od razu cały korzeń selera – oczywiście nie w jednym kawałku! A w ferworze krojenia go na kawałki rzućcie pod nóż także pietruszkę. Dozujcie według potrzeb, pamiętając o tym, by porcję selerowych karmelków odłożyć do puzderka i nosić zawsze przy sobie. To na wypadek, gdyby naszła Was nagła ochota na coś pysznego. 

200 g kaszy jaglanej
szczypta soli
kilka łyżek mleka (opcjonalnie)
0,25 szklanki płatków migdałowych
0,25 szklanki kandyzowanego selera
0,25 szklanki kandyzowanej pietruszki
0,25 szklanki syropu klonowego lub syropu z agawy
garść jagód goji

Kaszę prażymy na suchej patelni, potrząsając delikatnie, do momentu aż zacznie wydzielać przyjemny orzechowy aromat. Zdejmujemy z ognia, przesypujemy na sitko i zalewamy wrzątkiem. Przepłukaną kaszę przekładamy do rondelka z grubym dnem i zalewamy wrzącą wodą – powinno jej być dwa razy więcej od kaszy. Gotujemy pod przykryciem na małym ogniu, nie mieszając, aż wchłonie cały płyn. Jeśli nadal jest za twarda, dolewamy delikatnie niewielką ilość wrzątku. Lekko solimy po ugotowaniu. Tak ugotowana kasza jest sypka. Jeśli lubimy bardziej kleistą, pod koniec gotowania dodajemy większą ilość wody lub mleka. Ugotowaną kaszę mieszamy z podprażonymi na patelni migdałami, kawałkami kandyzowanego selera i pietruszki i polewamy syropem klonowym lub syropem z agawy. 


KANDYZOWANY SELER

czas: 50 minut (nie licząc suszenia)
1 średni korzeń selera
3-4 szklanki wody
ok. 1 szklanka cukru trzcinowego

Seler obieramy ze skórki i kroimy na małe kawałki grubości ok. 3 mm. Przekładamy do rondla, zalewamy wodą i gotujemy ok. 20 minut, do momentu aż delikatnie zmiękną, uważając, aby ich nie rozgotować. Odcedzamy zachowując 0,25 szklanki płynu z gotowania. Ugotowany seler ważymy i wsypujemy do rondla razem z ilością cukru równą wadze selera. Zalewamy odmierzonym płynem i doprowadzamy do wrzenia na średnim ogniu. Zmniejszamy ogień i często mieszając gotujemy do momentu aż powstały syrop niemal w całości odparuje i zacznie się krystalizować. Trwa to ok. 25 minut. Zdejmujemy z ognia i rozkładamy kawałki selera na pergaminie lub folii uważając, aby się ze sobą nie sklejały. Pozostawiamy do całkowitego wysuszenia, a następnie przekładamy do szczelnych pojemników, gdzie mogą być trzymane nawet przez kilka tygodni.
W ten sam sposób kandyzujemy pietruszkę.

sobota, 20 kwietnia 2013

Gazeta przy śniadaniu i kto jeszcze jada podwieczorek? Wspólny chleb z tang zhong i białą kaszą gryczaną.



To paradoksalny luksus. Jednoczyć się z całym światem w niezmąconym spokoju, wśród aromatu kawy. A w gazecie prawie same potworności, wojny i katastrofy. Gdybyś wysłuchał tego wszystkiego w radio, naraziłbyś się na ciosy fraz, walących w ciebie jak w bęben. 


Z gazetą jest zupełnie inaczej. Rozkładasz ją, na ile się da, na kuchennym stole, pomiędzy tosterem a maselniczką. Jakoś tam dochodzi do ciebie, że czasy są pełne okrucieństw - ale pachną przy tym porzeczkowym dżemem, kakao, grzankami ...


Już sama gazeta jako taka działa uspokajająco. Nie ma w niej przecież ani słowa o tym, co w danym dniu naprawdę się dzieje. Wobec szacowności wiekowego nagłówka bieżące kataklizmy wydają się względne. Są tylko po to, by dodać pikanterii, wznieść nieco życia w monotonię rytuału. 


Rozmiary pisma zmuszają cię do statecznej lektury.  
Zawadza kubek z kawą. 
Znaczące jest namaszczenie, z jakim odwracasz strony - chodzi nie tyle o to, by pochłonąć zawartość, ile o jak najlepsze wykorzystanie opakowania.


W filmach świat prasy symbolizują zazwyczaj szalejące maszyny drukarskie i podniecone krzyki ulicznych gazeciarzy. Ale gazeta, jaką znajdujesz rano w skrzynce, nie jest dotknięta tą gorączką. Opowiada o wydarzeniach, które miały miejsce wczoraj, jakby ta niby aktualność właśnie ocknęła się ze snu. A poza tym poważne rubryki są ważniejsze od sensacji. 


Najpierw studiujesz prognozę pogody - to rozczulający absurd: zamiast wyjrzeć na zewnątrz i zobaczyć, co szykuje dzień, destylujesz ją z drukarskiej farby i mieszasz z osłodzoną goryczą kawy. 
Ale najbardziej podnosi na duchu - dzięki swej niezmienności - rubryka sportowa. Porażkom towarzyszy zawsze nadzieja na rewanż, można się odpłacić, nim się odcierpi klęskę ... 


Nic się nie dzieje w gazecie, którą czytasz przy śniadaniu - i właśnie dlatego rzucasz się na nią z takim zapałem. Dzięki niej dłużej napawasz się kawowym aromatem, smakiem ciepłych tostów. Możesz z niej wyczytać, że świat wciąż jeszcze przypomina siebie i że dzień wcale się nie spieszy, aby zacząć. 


Gazeta przy śniadaniu.
A więc to sobota lub niedzielny poranek. 
Śniadanie zwykle późne, dłuższe, leniwe. Gazeta jedna, ulubiona. 
Weekendowe rytuały. Niespieszne i oswojone, jak powolne kadry niemego filmu, oglądane wielokrotnie.
Nie trzeba słów, by rozumieć o co w tym wszystkim chodzi. 


Bywa, że ten film trwa aż do popołudnia. Lenistwo usprawiedliwione.
Już nie myślimy o obiedzie. Kolacja o tej porze nie wydaje się właściwa.
To może podwieczorek?
Tak, przecież to popołudniowe zwolnienie czasu jest właśnie dlatego. 
Mała przyjemność, by rozbudzić apetyt na więcej. 
Podwieczorek.


"Fait petit!" 
Te słowa trzeba mówić z południowym akcentem, wymawiając drugie t - petite. 
Moje dwie babki z Tarn-et-Garonne rzucały mi je w dialekcie w porze podwieczorku. 
"Fait petit". Weź mało. 


Innymi słowy, ukrój grubą pajdę chleba z kilogramowego bochna i dodaj do tego jeden plasterek kiełbasy albo dwa kawałki czekolady.  Nie chodziło o to, żeby nie marnotrawić czegoś dobrego, drogiego i smakowitego, ale o to, żeby stało się cenniejsze, dawkowane w nagrodę, zmuszające do bardzo powolnego jedzenia. 


Miękisz wiejskich bochnów, mdły i zapychający w porze posiłków, nabierał niemal obłocznej lekkości w symbiozie z drobno pokrojonym plasterkiem kiełbasy. 
Trzeba było brać mało, nie dlatego, że to było dobre. 
To było dobre dlatego, że trzeba było brać mało.


Czas przy stole smakuje inaczej jeśli ma w sobie coś wyjątkowego, nie ważne czy to śniadanie czy podwieczorek. 
Magia wspólnego chleba to dobro samo w sobie. Dużo dobra, bo i wiele piekących. 
Na zaproszenie Amber miniony weekend połączył nas wspólnym pieczeniem chleba z tang zhong. Smakował wspaniale na podwieczorek i na śniadanie, zagryzany między kolejnymi stronami gazety.  Azjatycki tang zhong i polska kasza połączone w jednym chlebie zebrały nas przy wspólnym stole. 
Obłoczna lekkość, która uzależnia podobnie jak gazeta przy śniadaniu i leniwy podwieczorek.


Tang zhong to popularna metoda wśród piekarzy azjatyckich, zwłaszcza w Chinach i Japonii. Pieczywo z wykorzystaniem tej metody jest niezwykle miękkie, puszyste, wilgotne i długo pozostaje świeże.
Metoda polega na podgrzaniu niewielkiej ilości mąki z wodą do temperatury 65 C. Otrzymaną emulsją dodaje się do ciasta właściwego. Można przygotować większe ilości i do 3 dni przechowywać w lodówce, pamiętając o tym, aby doprowadzić masę do temperatury pokojowej przed użyciem.
Tang zhong umożliwia większą absorpcję płynów dzięki żelowaniu skrobi, czyniąc chleb bardziej puszystym, miękkim i elastycznym, utrzymującym dłużej świeżość, wilgotność ciasta i jego delikatność.
Tang zhong jest bardzo łatwy w przygotowaniu. Istnieje wiele przepisów na chleb, bułeczki, rogale na słodko lub ostro, nadziewane marmoladą, owocami, albo kawałkami mięsa i sera. Duże możliwości w tworzeniu nowych, własnych przepisów daje zamiana wody na mleko lub sok o dowolnym smaku. 
/informacje o tang zhong cytuję za Tatter i Grahamką - klik/  


CHLEB Z TANG ZHONG I BIAŁĄ KASZĄ GRYCZANĄ
/składniki na dwa bochenki po ok.560 g każdy lub cztery po ok.280g każdy/
oryginalny przepis pochodzi z tej strony - klik 

Brązowy ryż, za którym nie przepadam, zastąpiłam białą kaszą gryczaną. Sprawdziła się doskonale. Była lekko wyczuwalna, dodała skórce lekkiej chrupkości. Upiekłam dwa chleby - jeden typowy dla tang zhong - dzielony na części, drugi w małej okrągłej tortownicy zwinięty w ślimak. 

Chleb smakuje doskonale zarówno ze słodkimi jak i wytrawnymi dodatkami. Jest puchaty i delikatny, dosłownie  to "obłoczna lekkość". 
 Na zdjęciach z galaretką z papierówek z wanilią i miętą. 
 

480g maki chlebowej lub innej silnej /użyłam chlebowej typ 650/
30 g mleka w proszku
40g cukru /dałam 30 g/
8 g soli
8g drożdży instant /dałam 7g/
200 g mleka
170 g tang zhong
40 g masła 
180 g brązowego gotowanego ryżu,niesolonego,ostudzonego / dałam 200 g i zastąpiłam ryż kaszą gryczaną/

tang zhong
30g mąki chlebowej /użyłam typ 650/
150g mleka
Mleko w temperaturze pokojowej i mąkę umieścić w garnku. Wymieszać trzepaczką i postawić na małym ogniu. Podgrzewać cały czas mieszając aż na powierzchni masy pojawia sie "wiry", a całość zacznie gęstnieć.
Zestawić z ognia i od razu nakryć folią spożywczą,odstawić do wystudzenia.



Ciasto chlebowe
W misce umieścić wszystkie składniki ciasta, oprócz ryżu /kaszy/ i masła. Wyrabiać ok 5 minut. Dodać masło i wyrabiać aż ciasto będzie gładkie i błyszczące. Dodać ryż /kaszę/ i wyrabiać aż ryż równomiernie rozłoży się w cieście.
Utworzyć z ciasta kulę i umieścić ją w wysmarowanej tłuszczem misce. Przykryć ściereczką i zostawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.


Wyjąć ciasto na blat i podzielić na dwa lub cztery bochenki. Przykryć i zostawić na 15 minut. Następnie umieścić je w formach i zostawić do wyrośnięcia, aby ciasto wypełniło 80-90% foremki/45min.- do godziny w temp.ok.30 st.C - u mnie rosło w temperaturze pokojowej grzane wiosennym słońcem/.
Piekarnik nagrzać do 190 st.C. Piec chleby ok. 35 minut. Jeżeli za szybko się rumienią,położyć na blachach folię.  Wyjąć z piekarnika i przestudzić na kratce.
Kroić nożem z ząbkami.


Dziękuję Amber i wszystkim Piekarkom za wspaniałe i smaczne chwile w kuchni.
Pod przewodnictwem Amber wspólny chleb z tang zhong piekły:


* cytuję obszerne fragmenty esejów P. Delerme "Gazeta przy śniadaniu" z książki Pierwszy łyk piwa i inne przyjemności oraz "Podwieczorek" z książki Dickens, cukrowa wata i inne smakołyki.

wtorek, 31 maja 2011

TU I TAM nr 11. Majowe kwiaty na talerzu.

Maj. 
Czas najpiękniejszej wiosny.
Odurzone zielenią, ciepłem i kwiatami, zachłystujemy się przyrodą.
Każdy dzień jest niedopowiedzeniem, tajemnicą.
Kwiaty w naszych wazonach, we włosach i na łąkach.
Dwie kuchnie w maju. Tak dalekie i tak bliskie. 
Zasypane majowym kwieciem.
Kwiaty na talerzu.
U Amber w Kuchennymi drzwiami i u mnie w Kucharni.
Nasze kwiatowe TU I TAM.  Zapraszamy!


Majowe łąki nie mają sobie równych.
Pachną, szumią, ćwierkają, bzyczą....
Są piękne.
Codziennie w innej szacie stroją świąt w kolorowe sukna.


Uwielbiam ich poranną wilgoć, gdy w srebrzystych kropelkach rosy migocą pierwsze promienie słońca.
Uwielbiam żar i syk południa, gdy słońce w zenicie dociera w najgłębsze zakamarki, a bzyczenie owadów staje się hipnotyzujące.
Uwielbiam ciepło i złotą dojrzałość późnego popołudnia, gdy powoli milkną i stają się senne. Kolory łagodnieją, ale zapach kwiatów wciąż oczarowuje.


Niemal całą moją łąkę otaczają wiankiem krzaki dzikiego bzu. W cieniu ponad stuletniej lipy coraz odważniej rozchyla gałęzie akacja. W ciepłym powietrzu unosi się lekko i zwiewnie biały puch lipowy. Bzy pachną rześko, cytrynowo. Akacja bzyczy od nalotu pszczół. Łąka znów się przebrała. Tysiącem dmuchawców zrzuciła mniszkowe szaty i ubrała w liliowe koniczyny i strzeliste margaretki.


Zapachy i kolory odurzają. Mam ochotę zanurzyć się w kwiatach dzikiego bzu, przesiąknąć ich cudownym aromatem. Czekam na słodkie truskawki, by zamknąć je w słoikach razem z  aromatem bzu. Już nie mogę się doczekać kiedy zaczną oklejać etykietkami słoiczki z najlepszą pod słońcem konfiturą z truskawek i kwiatów dzikiego bzu.


Podobnie nie mogłam się doczekać skosztowania pierwszej łyżeczki tegorocznego syropu z kwiatów czarnego bzu. Lada dzień gotowa będzie bzowa lemoniada. W majowych łąkach i ogrodach cudowne jest to, że można się w nich zatracić, podziwiać, wąchać i ... zjeść!


Z każdym dniem mój apetyt na łąkę rośnie. Zapełniam kolejne talerze zupą szczawiową, eksperymentuję z sałatkami z mniszka, chronię przed kosiarką stokrotki, by zamienić je w syrop i notorycznie podgryzam bratki (Mamo! Wybacz, to nie ślimaki...). Odliczam kwiaty mniszka na syrop, przedzieram się przez krzaki i pokrzywy, by sięgnąć po bez, kombinuję ja bez drabiny zerwać akacje...

 

To co kiedyś wydawało mi się fanaberią i dziwactwem, dziś uważam za jedno z najwspanialszych kuchennych doświadczeń. Nie wąchać, nie zrywać na bukiety, ale jeść kwiaty! Wiem, że to wciąż może brzmieć ekscentrycznie, ale dla mnie jest cudownym i fascynującym doświadczeniem. Chcę więcej! I cieszę się, że w królestwie jadalnych kwiatów jestem nadal nowicjuszką - ekscytuje mnie to, jak wiele jeszcze pięknych i smacznych kwiatów przede mną.


Pisząc te słowa siedzę na tarasie. Lekki wietrzyk przynosi mi w prezencie mój ukochany zapach czarnego bzu - chciałabym zamknąć go w wielkim flakonie niczym najcenniejsze perfumy. Tego nie potrafię...  Zrobiłam zatem syrop, a świeżo zerwane drobne białe kwiatuszki rozsypałam na talerzu  i zjadłam w pysznym towarzystwie.... Niezwykły smak i aromat kwiatów przeniesiony na talerz zamienia posiłek w coś wyjątkowego. Wszystko smakuje i wygląda inaczej. Chłonę maj w jego najpiękniejszej, kwiatowej formie.


Was też zapraszam na kwiatowe śniadanie, które może też być lekkim lunchem, a nawet deserem. Grzanki z upieczonej wcześniej cytrusowej brioszki posmarowałam miodem z mniszka. Kremową ricottę zmieszałam z syropem z czarnego bzu. W zagłębieniach  grillowanych brzoskwiń ukryłam cudowną marmoladę z pomarańczy sewilskich (Amber, jeszcze raz dziękuję!) i oblałam je delikatnie mniszkowym miodem. Całość jeszcze raz skropiłam syropem z czarnego bzu, obsypałam kolorowym pieprzem i świeżo zerwanymi kwiatami czarnego bzu. Uwierzcie  mi - poezja!


Inspiracją do tego dania był przepis na grzanki z ricottą znaleziony w  książce Julie Biuso Lato bez końca. Przepis na cytrusową brioszkę pochodzi od Bei, podobnie jak przepis na syrop z czarnego bzu. Miód z mniszka zrobiłam na podstawie spisanego kiedyś przepisu - źródła nie pamiętam. Myślę, że swobodnie w zastępstwie brioszki można użyć chałkę lub inne lekko słodkie pieczywo. Nic nie zastąpi jednak aromatu bzów .... 


BRIOSZKA CYTRUSOWA
/składniki na 2/3 porcji oryginalnej/

330 g mąki
otarta skórka z 1 cytryny, 1 pomarańczy i 1 limonki
80 g miękkiego masła
2 jajka + 1 jajko do posmarowania
letnie mleko
1,5 łyżeczki drożdży instant
50 g cukru
1/2 łyżeczki soli


Jajka roztrzepać i dodać tyle mleka, by otrzymać 200 ml płynu. Mąkę wymieszać z solą. Dodać pozostałe składniki i wyrobić gładkie ciasto. Odstawić do wyrośnięcia. Następnie podzielić na 8 części, z każdej uformować kulki i układać obok siebie w formie keksowej (u mnie 22 cm). Zostawić do ponownego wyrośnięcia. Przed włożeniem do piekarnika posmarować jajkiem roztrzepanym z łyżką mleka, Można posypać też z wierzchu cukrem perlistym. Piekarnik rozgrzać do temperatury 200 stopni, piec ok. 30 minut, do momentu aż ładnie się zrumieni i przejdzie pozytywnie test "suchego patyczka".  Jest tak pyszna, że część zjecie na pewno od razu na ciepło, ale część zostawcie do zrobienia grzanek. Ja czasami piekę brioszkę tylko po to, by ją odstawić lub nawet zamrozić i wykorzystać na grzanki lub tosty francuskie. 


SYROP Z KWIATÓW CZARNEGO BZU 
/cytuję za Beą

20-40 baldachów czarnego bzu
1 kg cukru
sok z 1 cytryny
1 litr wody


Kwiaty zbieramy w suchy, słoneczny dzień (najlepiej takie, które są w początkowej, a nie w końcowej fazie kwitnięcia). Zrywamy je delikatnie i równie delikatnie układamy je w misie lub w worku (nie zamykamy go). Pamiętajmy by nie zrywać zbyt wielu kwiatostanów z tego samego drzewa. Po przyniesieniu ich do domu rozkładamy delikatnie kwiaty bzu na papierze, by umożliwić ewentualnym ich mieszkańcom ewakuację ;) 


Nie należy potrząsać baldachami, pozbywamy się bowiem wtedy nie tylko robaczków, ale i pyłku kwiatowego. Następnie, bezpośrednio nad naczyniem w którym będziemy przygotowywać syrop,  odcinamy kwiaty bzu tak, by zachować jak najmniejsze części zielonych gałązek (mogą nadać syropowi gorzkiego posmaku). Im więcej mamy kwiatów, tym mocniejszy będzie nasz produkt końcowy, jednak nawet z 10-15 dużych baldachów otrzymamy aromatyczny, delikatny syrop.

Po oberwaniu kwiatów przygotowujemy zalewę: zagotowujemy wodę z cukrem i sokiem z cytryny i wrzątkiem zalewamy kwiaty (wszystkie muszą być zakryte syropem), przykrywamy i odstawiamy na 2-4 dni, delikatnie mieszając zawartość naczynia mniej więcej raz dziennie. Następnie dokładnie filtrujemy syrop i przelewamy do wyparzonych butelek; jeśli chcemy przechowywać go dosyć długo, syrop należy  zapasteryzować (możemy zagotować go tuż przed wlaniem do butelek). Syrop, który nie jest pasteryzowany przechowujemy zawsze w lodówce, a pasteryzowany – w piwnicy. Po otwarciu syrop przechowujemy w lodówce.


MIÓD Z MNISZKA

500 kwiatów mniszka
1 kg cukru
sok z 1 cytryny

Kwiaty mniszka należy zebrać w słoneczny dzień. Rozłożyć na papierze, aby dać szansę na ucieczkę ewentualnym małym mieszkańcom. Następnie obrać - potrzebne są wyłącznie żółte płatki i zalać wrzątkiem. Odstawić na noc. Następnego dnia odcedzić, najlepiej przez gazę. Kwiaty wyrzucamy, a uzyskany płyn łączymy z cukrem i zagotowujemy. Należy gotować na małym ogniu do uzyskania konsystencji syropu. Pod koniec gotowania dodać sok z cytryny. Gotowy syrop przelać do przygotowanych słoików i odstawić do wystudzenia - po tym czasie jeszcze zgęstnieje i konsystencją będzie przypominał prawdziwy miód. 


KWIATOWE GRZANKI Z RICOTTĄ, MIODEM Z MNISZKA I SYROPEM Z CZARNEGO BZU

kilka kromek upieczonej wcześniej brioszki
1 opakowanie ricotty
kilka łyżek miodu z mniszka
syrop z czarnego bzu
połowki brzoskwiń z puszki
odrobina masła
kolorowy pieprz
świeżo zerwane kwiaty czarnego bzu
marmolada z pomarańczy sewilskich /można zastąpić inną cytrusową konfiturą/


Połówki brzoskwiń odsączyć z syropu i podsmażyć na maśle, aby się zrumieniły. Z kromek brioszki zrobić grzanki i posmarować je miodem z mniszka. Ricottę zmieszać z paroma łyżkami syropu z mniszka - według uznania i zgodnie z Waszymi oczekiwaniami co do smaku. Nałożyć na grzanki. Posypać kolorowym pieprzem - cudownie kontrastuje z kremową ricottą i słodyczą całości. Na środek każdej grzanki położyć odrobinę marmolady, nakryć ją połówkami podpieczonych brzoskwiń. Skropić syropem z bzu i posypać świeżymi kwiatami bzu. Dodatkowo można oblać brzoskwinie niewielką ilością miodu z mniszka. Smacznego!

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails