Pokazywanie postów oznaczonych etykietą groch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą groch. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 października 2018

Szwedzki czwartkowy obiad i miasto z kamienia

Tak się złożyło, że poleciałem ostatnio do Sundsvall na północy Szwecji. Oczywiście nie prywatnie tylko służbowo, bo poza tym, że miasto jest zagłębiem szwedzkich firm IT, to turystycznie nie jest zbyt obleganym kierunkiem. Tak jak w przypadku wielu moich podróży, staram się wycisnąć z każdej destynacji ile można i szukam w niej ciekawych miejsc, jak i liznąć trochę obcej kultury głównie kulinarnej. Tak było i tym razem.

Dlaczego Sundsvall nazywane jest miastem z kamienia? Do pewnego momentu było jak wiele tego typu skandynawskich osad drewniane, ale po kolejnym wielkim pożarze postanowili zbudować domy z bardziej praktycznego surowca. Oprócz tego poczynili pewne dodatkowe zabezpieczenia jak np. taki pas ziemi, który w przypadku pożaru miał zatrzymać ogień, aby nie przedostał się do drugiej części miasta. Obecnie zadrzewiony, pełni funkcję dekoracyjną.


Szwedzi są bardzo przywiązani do swojej tożsamości, gdzie nie dali sobie do końca wprowadzić kultury z Azji i najważniejsze święto to letnie przesilenie. Nawet jeśli są ateistami to i tak bardzo często odwołują się do legend. Kolejnym sposobem, traktowanym trochę z przymrużeniem oka są pomniki smoków, w myśl zasady - zwalczaj ogień ogniem. Można je spotkać niemal wszędzie, gdzie każda licząca się w mieście firma ma swojego.


Sundsvall słynie z tego, że w XIX wieku zaczął się tu pierwszy strajk generalny w Szwecji, które to wydarzenie czeka na swój memoriał. Tzn. na nowy, bo stary był niewystarczający :) 
Jest tu również podobno pierwsze kasyno w Szwecji.


Mimo, że w mieście niewiele jest i tak włodaże dokładają wszelkich starań żeby było tu bardzo ładnie. I tak w porcie można spotkać ciekawe rzeźby. Człowiek kot vs kot.


 Oraz bardzo ciekawa, która odzwierciedla tęsknotę Szwedów za dniem :)


No tak bo tam się bardzo szybko robi zimą ciemno. Dlatego w wielu domach możecie zaobserwować lampki na oknach. Oprócz tego, że ma to obecnie wymiar praktyczny, bo wrzuca od strony okna więcej światła, to wzięło się to z ludowej tradycji. Niegdyś wierzono, że jest to swoista latarnia dla członka rodziny będącego na morzu, który dzięki temu wróci cały i zdrowy.


W okolicy są dwie ciekawe górki, jedna ze skansenem, leśnymi szlakami i wierzą widokową. Nie mogłem odmówić sobie przyjemności wejścia na nią, tym bardziej, że co prawda, ściana prawie pionowa, ale było trochę ułatwień :)


Widok z góry imponujący.


Ale miało być też o kulturze. Zwiedziłem muzeum. Budynek zaskakujący jak na tak małe miasto.


W środku znalazłem domowej roboty "kwierlek", o którym pisałem przy okazji tego wywiadu.


Co mi się szczególnie podobało, to brak podziału na toalety damskie i męskie, dzięki czemu nie trzeba było czekać w kolejce, kiedy druga była wolna.


Ale co ze mnie za Polak jeśli nie piszę o alkoholu :) Alkohol jest dostępny tylko w państwowych sklepach oznaczonych takim symbolem. Ten był czynny do godziny 19:00. Nie muszę chyba pisać, że ceny nie były niskie :)


Natomiast w markecie były darmowe torby foliowe, gdyż ich cena jest prawdopodobnie zawarta w towarach. U nas też zawsze była, a każda kolejna to już tylko zysk dla sklepu.


Każdy kraj ma swoje rytuały. Jeśli pójdziecie do restauracji w Szwecji w czwartek, to prawdopodobnie spotkacie kogoś kto je grochówkę i naleśniki z dżemem.
Jako, że grochówka została wymyślona przez armię rzymską, tu również kojarzona jest z wojskiem i można kupić ją w specjalnych puszkach w stylu militarnym.


Składniki:

naleśniki:
- mąka
- woda
- olej
- dżem truskawkowy

grochówka
- groch
- marchewka
- seler
- pietruszka
- majeranek


Wykonanie:
Z mąki i wody robimy lejące się ciasto. Dodajemy trochę oleju i smażymy z niego cienkie naleśniki na patelni. Smarujemy dżemem i zawijamy.
Groch moczymy kilka godzin. Warzywa trzemy na tarce i gotujemy z grochem do momentu, aż nasiona się rozgotują na papkę. Doprawiamy ulubionymi przyprawami i majerankiem.
Podajemy razem, z tym, że jemy najpierw zupę :)
Czasami Szwedzi jedzą do obiadu słodki piernikowy chleb.
Piją głównie kawę, ale, co dla mnie było świetnym pomysłem, zdarza im się pić kisiel z dzikiej róży.

Na koniec widok na Tatry z samolotu. Mimo, że siedziałem w małym samolocie w jednych z droższych linii lotniczych, to i tak mniejszy tłok niż na Giewoncie, a stosunek ceny do jakości lepszy niż w Zakopanem :) Reasumując. Jeśli Tatry to tylko stąd :)



piątek, 22 grudnia 2017

Kryzysowa wigilia - tradycyjna.

Tradycja to obyczaje właściwe dla określonej grupy społecznej, które są przekazywane z pokolenia na pokolenie. Dla wielu z Was jest ważna tak bardzo, jak dla Tewje Mleczarza. Tradycja podlega, jak to się fachowo mówi, ustawicznemu doskonaleniu. Wynika to z faktu, że zmieniają się warunki, w których przyszło im istnieć i nie ma sensu utrudniać sobie życia. Bywa i tak, że pewne tradycje były aktualne kiedyś, a nie są już aktualne dziś. Tak jak ta, o której opowiadała anegdota z przycinaniem mięsa po dwóch stronach, przed pieczeniem. Czasem tradycje się ścierają. Co do tego, że wigilijna wieczerza jest tradycją, jesteśmy zgodni. Potwierdza to nawet Tłoczyński, bohater filmu Miś, autor słynnego monologu. Natomiast przyczyny owej bywały różne.
Najstarsza była związana z nowym rokiem. Zanim wymyślono kalendarz z jakim teraz mamy do czynienia, mierzono czas na podstawie pewnych regularnych prawidłowości, które odbywały się w przyrodzie. Na potrzeby tego artykułu i jako, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, nazwijmy go ruchem słońca. Początek nowego roku przypadał na moment, w którym dni stawały się coraz dłuższe, albo jak to poetycko stwierdzono, "słońce wygrało nad ciemnością". Takie okazje były powodem do świętowania. Zaryzykuję stwierdzeniem, że to najstarsze święto znane ludzkości.
I tak to się toczyło długie lata, ludzie cieszyli się, że przeżyli jeden rok. Dziękowali, prosząc jednocześnie, aby kolejny był dobry. Potem nastąpił okres migracji kultury z Bliskiego Wschodu na nasze ziemie i nastąpiło starcie kultury europejskiej i azjatyckiej. Początkowo ta druga próbowała przeforsować swoje święto na początku stycznia, ale ostatecznie musiała pójść na kompromis i zaadoptowała istniejące święto do swoich celów. Tak powstało Boże Narodzenie.
Jakiś czas to sobie funkcjonowało, aż nastąpiło kolejne starcie tradycji i w miejsce duchowej abstrakcji wszedł namacalny konsumpcyjny materializm. Podobnie adaptując istniejące już święto.

Chciałbym się tym razem cofnąć do tej najstarszej tradycji, oczywiście poddanej doskonaleniu, ale dobrowolnym, a nie w wyniku starcia.
Tradycyjnie powinno być 12 dań, tyle ile jest miesięcy w roku, no bo w końcu to on jest naszym punktem odniesienia, ale kryzys to kryzys i zgodnie z tradycją przyjętą na tym blogu, i zwyczaju gdzie status materialny decydował o ilości dań, będzie 6.



Zupa grochowa z grzybami


Można było w bardzo prosty sposób zmierzyć czy rok był dobry czy zły. Decydowała o tym ilość plonów. Dlatego właśnie na potrawach zbożowych skupiano się podczas tej wieczerzy. Ryby przyszły dopiero w wyniku pierwszego starcia tradycji, o którym pisałem, kiedy na te tereny wkroczyło z Azji chrześcijaństwo.
Podczas tych wieczerzy zostawiano też puste miejsca wierząc, że przyjdą na nią nasi przodkowie. Wszak do przodków miano ogromny szacunek, ze względu na to, że sprowadzili nas na ten świat. Problem był w znalezieniu wspólnego języka. Należało się wprowadzić w pewien trans, używając substancji psychoaktywnych. Stąd w tradycji wigilijnej mamy grzyby, w które, mam nadzieję, każdy się zaopatrzył w sezonie i wysuszył, bo obecnie w sklepach są dość drogie.
Postarałem się zrobić ją również tylko ze składników dostępnych w tamtych czasach.

Składniki:
- groch
- seler
- pietruszka
- grzyby suszone
- pieprz ziołowy

Wykonanie:
Groch moczymy kilka godzin. Pietruszkę, seler i grzyby gotujemy w wodzie. Kiedy się ugotują, warzywa wyciągamy. Dodajemy wypłukany groch i gotujemy aż zmięknie. Doprawiamy solą i pieprzem ziołowym.

Carpaccio z pieczonego buraka z sosem jałbkowym

Niby jakieś carpaccio, ale składniki tradycyjne. Według wierzeń jabłka i buraki gwarantowały zdrowie. W nowym roku chyba chcemy być zdrowi, co nie?

Składniki:
- buraki
- jabłka 
- olej rzepakowy

Wykonanie:
Buraki obieramy i pieczemy w piekarniku w temperaturze 180 stopni. Ile czasu, zależy od wielkości. po godzinie proponuję sprawdzać. Jabłka też obieramy, ale trzemy na drobnej tarce. Jabłka mieszamy z olejem, a buraki kroimy na cienkie plasterki. Ja podałem jak widać na talerzu po lewej, ale może będziecie mieli lepsze pomysły.

Szczodraki ze śliwkami suszonymi

Kiedyś to święto nazywane było Szczodre Gody. Na pamiątkę tego, w niektórych częściach kraju jada się małe bułeczki zwane szczodrakami. Zazwyczaj są drożdżowe, ale ja zrobiłem na zakwasie. I to gryczanym :)

Składniki:
- kasza gryczana niepalona
- śliwki suszone

Wykonanie:
Kaszę zalewamy taką ilością wody, aby tylko ją przykryć. Moczymy przez dobę w ciepłym miejscu. Następnie wszystko miksujemy i zostawiamy na kilka godzin. Ciasto jest dość płynne, dlatego musimy użyć foremek. Jajowate foremki napełniamy do połowy masą, kładziemy śliwkę, albo dwie i przykrywamy tą samą masą. Wkładamy do nagrzanego na 180 stopni piekarnika. Powinno wystarczyć 15 minut.

Bliny owsiane z makiem

Bliny to jedna z najstarszych form pieczywa, a mak to też bardzo stara forma narkotyzowania się,  choć nie typowa dla Europy. Trafiła do nas z tego samego miejsca co chrześcijaństwo, czyli Bliskiego Wschodu. Jak już wspominałem wcześniej, trzeba było niegdyś doprowadzić się do pewnego stanu, aby nawiązać kontakt z zaświatami. Stąd ten mak na wigilijnych stołach. Obecnie mak, w wyniku jakiejś paranoi jest pozbawiony "mocy", gdyż ustawodawca naiwnie myśli, że przy takiej dostępności do narkotyków, komuś się będzie chciało w domu robić heroinę. Nie byłoby to takim problemem, gdyby nie fakt, że stracił on też swoje walory smakowe.

Składniki:
- płatki owsiane
- mak

Wykonanie:
Płatki owsiane mielimy na proszek. Dodajemy mak i tyle wody, aby powstało nam gęste, lejące się naleśnikowe ciasto. Nalewamy na patelnie i smażymy małe placki.

Kutia
Była to tak wypasiona potrawa, że symbolizowała dostatek. Wszystkie najlepsze dary natury w jednym. Co prawda kasza jaglana jest znanym symbolem biedoty, ale stała się nią znacznie później. Obecnie zresztą wraca do łask. Tu w towarzystwie darów lasu. Miód, który niegdyś zbierano i orzechy.

Składniki:
- kasza jaglana
- mak
- miód
- orzechy laskowe

Wykonanie:
Kasze jaglaną gotujemy, a następnie mieszamy z pozostałymi składnikami.

Piwo

Piwa nie zrobiłem, tylko kupiłem. Nie jestem jeszcze na tym etapie :) Piwo było tradycyjnym napojem. Najnowsza teoria antropologów mówi, że początkowo ziarno było uprawiane właśnie po to aby produkować napoje, a nie chleb :)

Jak widzicie powodów do obchodzenia wigilii jest wiele. Główny to taki, że to najstarsze święto znane ludzkości. Część obchodzi ze względów religijnych. Natomiast zagorzali miłośnicy wyższości nauki mogą sobie powiesić jabłko na drzewie z okazji urodzin Izaaka Newtona.

Jak to mawiają na zachodzie. Happy Holidays :)



poniedziałek, 17 lipca 2017

Bieszczady - wyprawowe jedzenie - peas pudding i kaszotto

Plan był ciekawy, wyruszyć z Ustrzyk w godzinach porannych, dojść na Halicz, stamtąd z górki do Bukowca i przespać się pod wiatą. Potem powrót wzdłuż granicy i znów wiata. Tyle teorii. Jak to zwykle w życiu bywa, nie wszystko poszło tak jak planowaliśmy. Zwłaszcza, jak się opiera na niewiarygodnych źródłach, ale po kolei.

Pierwszą noc w Ustrzykach, oczywiście Górnych, spędziliśmy w Białym Hoteliku. To takie baaardzo klimatowe, przypominające schronisko miejsce, które ma wszystko czego trzeba, łącznie z przemiłą właścicielką :) No i tuż przy szlaku czerwonym. Wzięliśmy nasze wielkie plecaki ze wszystkim, czego będziemy potrzebowali na 3 dni i w drogę. Lekko nie było, ale trasa obliczona była na 6-8 godzin i tyle było do wytrzymania z takim balastem.
Pogoda dopisywała więc widoki przednie. Dla takich warto się męczyć.


Odbiliśmy trochę, aby zdobyć Tarnicę, czyli najwyższy szczyt polskich Bieszczad. Gdzie obskoczyły nas małe motyle :)


Kolejny punkt Halicz czyli gdzieś tam.


Po drodze przystanek na skałce i widok na Tarnicę, z której zeszliśmy.


Po drodze jeszcze trochę lokalnej zwierzyny :)


Na Haliczu przerwa na chałwę i idziemy szukać naszej ścieżki. Ta ścieżka jest na mapach google, a co najważniejsze była na mojej mapie analogowej, tylko w terenie jej nie było. Nie było też drugiej, ani trzeciej. Pomimo kluczenia i zawracania. Gratuluję wydawnictwu Expressmap tak wspaniałych kartografów, którzy sobie wysysają dane z palca. Jeszcze bardziej będę im gratulował jak dowiem się o jakimś zgonie z tego powodu. Chyba, że jest to element skomplikowanej strategii obronnej kraju, jak to powiedziała nasza kolejna gospodyni -  Mapy są dla szpiegów. 

Żebyśmy wiedzieli, że przyjdzie nam zrobić trasę turystyczną, to jak wielu turystów na szlaku, byśmy się modnie ubrali i zabrali małe plecaki, także wkurzeni opracowaliśmy plan B. Tym planem było Wołosate i schronisko, a Bukowiec będzie następnego dnia. Był jeszcze jeden problem. Balast na plecach po 10 h marszu (doliczając nieudane próby znalezienia ścieżki) zaczynał być odczuwalny, więc zdecydowaliśmy przynajmniej się najeść. Znaleźliśmy dobre miejsce, blisko strumienia i tam postanowiliśmy przygotować posiłek. U mnie było to kaszotto jaglane. Idea była taka, żeby nie trzeba było długo gotować, a najlepiej w ogóle :)

Składniki:
- płatki kaszy jaglanej
- suszone pieczarki
- suszona włoszczyzna
- wysuszony groszek konserwowy (opcjonalnie)


Wykonanie:
Wszystko mieszamy i zalewamy wrzącą wodą. Jeśli chcemy dodać groszku to musimy wcześniej dodać go do wody, żeby zdążył nabrać wody. Samo zalanie go wodą nie wystarczy, aby napęczniał. Groszek możemy sobie wysuszyć wcześniej w piekarniku, lub specjalnym do tego celu urządzeniu.


Myśleliście, że nieistniejące ścieżki to koniec niespodzianek? Na mapie było również nieistniejące schronisko. Na szczęście przygarnęła nas miejscowa pani, która skutecznie zgasiłaby zapał każdego, kto chciałby się tam przeprowadzić. Rano, dzięki temu, że jak to powiedziała  - dzień wcześniej wypiła sobie piwko - pojechaliśmy z nią do sklepu jej samochodem, dzięki czemu mogliśmy sprowadzić nasz środek transportu bez konieczności straty czasu na marsz z Wołosatego do Ustrzyk. Tym bardziej, ze marsz po asfalcie to żadna atrakcja.

Nadszedł czas na właściwy cel naszego wypadu. Chyba najmniej uczęszczany szlak do źródeł Sanu. Dokładnie to czego szukam w górach - spokój :) A jeśli już ktoś ma go zakłócić to ewentualnie naturalni mieszkańcy :)


Bukowiec to taka wioska która najpierw została całkowicie wysiedlona, a potem zrównana z ziemią za pomocą materiałów wybuchowych. Zostały tylko drobne ślady. Połowa krzyża, reszta pewnie na złomie.


Jedyne co tak naprawdę zostało to cmentarz i ruiny cerkwi, wraz z chrzcielnicą.


Szlak jest naprawdę dziki i mało uczęszczany, ale bardzo malowniczy. Wiadomo, że każdy mostek poprawia atrakcyjność szlaku :)


Po drodze spotkaliśmy sporo czarnych (tak, on jest czarny tylko teraz złożył skrzydła :)) motyli Apatura iris , które upodobały sobie moje spodnie. napotkane w zimie, według góralskich legend zwiastowałyby zgon. Skojarzenie ze śmiercią nie jest przypadkowe. Oprócz żałobnych barw, które przybiera, motyl ten żywi się substancjami powstającymi na zgniłych organizmach.
Jako, że było lato, zgon nastąpił, ale odwracalny :)


Następne w kolejności - Sianki. Kiedyś był to wielki ośrodek sportów zimowych, łącznie z torem saneczkowym i skocznią narciarską, a teraz ... no cóż, już nie jest, delikatnie mówiąc. Tu ruiny dworu Stroińskich z zasypanym wejściem do piwnicy, co by nikt nie wchodził.


No i grobowiec hrabiostwa. Tak przy okazji. Wiecie, że w Polsce nie było takich tytułów? (tak wiem, że przewodniczącym ZSP jest hrabia, ale to też dla mnie kuriozalne ) Kto i za co nadał to tej rodzinie pozostawiam do spekulacji :)


W końcu źródło. Jest i ono. 


W drodze powrotnej spotkaliśmy straż graniczną, która za pomocą przyjacielskiej pogawędki, sprawdziła czy wszyscy mówimy po polsku. Widoki też niczego sobie.


I kolejna noc w Białym Hoteliku. Tym razem na obiad peas pudding.

Składniki:
- groch łuskany
- papryka wędzona


Wykonanie:
Groch moczymy i gotujemy. Suszymy np. w piekarniku i mielimy na pył. Dodajemy wędzonej papryki i innych ulubionych przypraw. Możemy to zabrać ze sobą wszędzie Kiedy potrzebujemy, zalewamy tylko wrzącą wodą.

Wieczorem relaks przy lokalnych trunkach. Tak oto czarny motyl przepowiedział przyszłość. Nie moją na szczęście :)


W drodze powrotnej jeszcze Sanok i wystawa poświęcona Beksińskiemu, o którym większość osób usłyszało najpierw przy okazji jego śmierci, a cała reszta przy okazji ubiegłorocznego filmu. Oto jego mądrości kulinarne, które wisiały w zrekonstruowanej pracowni.

A także "wagina pośród chmur" czyli słynny pomnik czynu rewolucyjnego w Rzeszowie. Nie wiem o jaką rewolucję chodzi, ale jak na niego patrzę to myślę, że seksualną :)


Reasumując. Jako, że Bieszczady sa specyficzne to i turystów jest coraz mniej, bo młodzież woli spędzać czas na smartfonach, a nie w dzikim terenie, a jak już jada w góry, to żeby było tam wi-fi, to wygrywa ekonomia i z bazami noclegowymi coraz gorzej. Łatwych asfaltowych szlaków gdzie można zaprezentować swój drogi sprzęt jak na wybiegu (vide -Morskie Oko) tez nie ma, wiec wszyscy zainteresowani takim czymś już odpadają. Miejsc na nowobogackie rozrywki (czytaj narciarstwo) brakuje, także poza sezonem ruch mniejszy. Z drugiej strony też nikt nic nie robi żeby  turystów było coraz więcej. Często można było spotkać rodziców, którzy chcieliby zarazić swoje dzieci zajawką na Bieszczady, ale co z tego skoro schroniska zlikwidowane. Dobrze, że są ładniejsze wiaty, tylko szkoda że jest na nich zakaz przebywania po zmroku. Nie wiem jak się to ma do ich funkcji ochronnej. Ogólnie panuje tam swoisty dualizm, bo z jednej strony nie chcemy turystów włóczykijów, bo nie zostawiają dutków, a z drugiej strony nie ma infrastruktury dla tych dutkowych. Na szczęście jest jeszcze sporo miejsc dzikich, które znam (np. Łupków) i do takich pewnie wybiorę się następnym razem, ale najpierw niech się lato skończy, bo góry latem to nie dla mnie. Teraz był wyjątek, żeby się lepiej na dworze spało :) Natomiast, ze względu na ilość przeróżnej zwierzyny, którą spotkałem, duży plus.

poniedziałek, 8 lutego 2016

Konfitowane Inguday Tibs pieczona sałatka buraczana i Kik Alicha

Jeszcze ostatnie wydanie, modnej w tym sezonie, kuchni etiopskiej. W zawsze modnym wydaniu - fusion. Przygotowana nieco inaczej (co również jest modne w tym roku) i wyjątkowo nie w towarzystwie placków injera. W następnym wpisie pokażę jeszcze inny sposób przygotowywania obiadu.
Konfitowanie to powolny sposób przyrządzania potraw w tłuszczu. Problem z tłuszczem polega na tym, że na ogniu podgrzeje on się nam do wyższej temperatury i wtedy danie zostanie usmażone. Wyjściem z sytuacji jest zastosowanie kąpieli wodnej.
Sałatka z buraków jest zasadniczo nudna, ale pieczona w folii aluminiowej, zwłaszcza w towarzystwie innych składników, nabiera ciekawego smaku.
Kik Alicha to w zasadzie coś rzadsze od purée z grochu, ale gęstsze od grochówki. Tyle, że z dodatkiem kurkumy. 

Składniki:

Inguday Tibs:
- małe pieczarki
- cebula

Sałatka buraczan(a/o-ziemniaczana)
- buraki
- marchewka
- cebula
- cytryna
- ziemniaki (opcjonalnie)

Kik Alicha
- groch łuskany
- kurkuma
- kminek


Wykonanie:
Cebulę kroimy w półplatserki i razem z pieczarkami wkładamy do słoika. Zalewamy wszystko olejem i zamykamy słoik. Przygotowujemy garnek z wodą i wkładamy do niego słoik z pieczarkami. Gotujemy na bardzo małym ogniu.
Buraki i resztę warzyw kroimy w kostkę mieszamy razem, dodajemy trochę oleju i pieczemy owinięte w folię aluminiową w piekarniku, nastawionym na 180 stopni.
Groch moczymy przez kilka godzin, płuczemy,, a następnie gotujemy w małej ilości wody do miękkości, w razie potrzeby uzupełniając poziom płynu. Dodajemy kminek i kurkumę oraz odpowiednią ilość podstawowych ulubionych przypraw.

niedziela, 8 lutego 2015

Polska pita z polskim hummusem i polskimi oliwkami :)

Arabskie danie w polskim wydaniu. Przykładów spolszczonych dań mieliśmy wiele. Sushi, którego Japończycy nie biorą do ust, pizza z farszem z podsmażanej cebuli i koncentratu pomidorowego (można jeszcze taką dostać w Słupsku na Wojska Polskiego :) ).  W czasach PRL-u powstawały nawet dania kuchni chińskiej z ograniczonych produktów dostępnych wtedy w naszym kraju. W tej sytuacji moje danie jest w pełni uzasadnione :)
Jako pity użyłem tradycyjnego naleśnika, hummus zrobiłem z powszechnego u nas grochu, a oliwki według XIX wiecznej receptury z niedojrzałych śliwek.

Składniki:

Oliwki:
- zielone śliwki mirabelki
- woda
- sól
- olej

Hummus
- groch łuskany
- musztarda

Pita
- mąka
- woda
- olej


Wykonanie:
Oliwki musimy przygotować dużo wcześniej. Co najmniej miesiąc. Zbieramy zielone śliwki, myjemy, wrzucamy do słoika, zalewamy mocno słoną wodą (200g na litr) zostawiając trochę miejsca, które uzupełniamy olejem. Po miesiącu, a najlepiej po półtora są już zdatne do jedzenia. Spokojnie można wrzucać do nich jakieś dodatki np. czosnek, chilli itp.
Groch moczymy kilka godzin. Odlewamy wodę, dolewamy nowej i gotujemy do miękkości. Miksujemy i doprawiamy musztardą.
Wodę mieszamy z mąką, aby powstało nam lejące się ciasto. Dolewamy trochę oleju i smażymy płaskie naleśniki.
Do naleśnika dodajemy nasz hummus i podajemy z oliwkami. 
Informacja dla przezwyczajonych do amerykańskich standardów: UWAGA NA PESTKI! :)

wtorek, 7 stycznia 2014

Khichdi

Pod tą bardzo egzotyczną, pochodzącą z południowej Azji, nazwą kryje się banalne danie jednogarnkowe (ewentualnie dwu), które możemy przygotować w każdych prawie warunkach, a jeśli wcześniej się to odpowiednio przygotuje, mocząc składniki, to ilość tych możliwości przygotowania wzrasta. W każdym razie w wolnym tłumaczeniu oznacza to ryż razem z rośliną strączkową. Zazwyczaj jest do tego używana soczewica, ale ja miałem akurat groch :)

Składniki:
 - groch łuskany
 - ryż
 - kminek


Wykonanie:
Groch moczymy całą noc i gotujemy z ryżem. Z tym, że ryż gotuje się szybciej dlatego albo umieszczamy go w garnku z ugotowanym już grochem i gotujemy jeszcze 15 minut, albo gotujemy osobno i mieszamy. Doprawiamy obowiązkowo kminkiem, ale i innymi ulubionymi przyprawami.

czwartek, 24 grudnia 2009

Groch z kapustą

Specjalne wigilijne wydanie. Groch z kapustą trochę inaczej.

Składniki:
- groch
- majeranek
- kapusta kiszona
- czerstwy chleb
Wykonanie:
Chleb kroimy na kostki i podsmażamy na grzanki. Groch moczymy przez noc w wodzie i gotujemy do miękkości. Rozgniatamy, mieszamy z grzankami i dodajemy trochę majeranku. Kapustę kroimy, gotujemy  lub smażymy i podajemy z grochem.