Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3/6. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 czerwca 2015

Pustułka - Katarzyna Berenika Miszczuk






data wydania: 3 czerwca 2015
ISBN: 9788328020627
liczba stron: 384


Jakie jest dobre miejsce na zbrodnię? Czy musi to być cicha uliczka pozbawiona świateł latarni w centrum szarego miasta?

Na takie pytania możemy natknąć się w blurbie nowej książki Katarzyny Bereniki Miszczuk pt. Pustułka – debiucie autorki w nurcie literackiego kryminału, która postanowiła zdecydowanym ruchem zerwać z najczęściej obieranymi przez pisarzy tłami dla fabuły z morderstwem w tle. Nie przemierzamy tutaj ciasnych i dusznych uliczek małego miasta ani nie tropimy złoczyńcy w jednej z małych wsi gdzieś w Polsce. Tym razem trafiamy na wyspę…

Wyspę nie byle jaką, bo będącą idealnym środowiskiem naturalnym pustułek, ptaków wywodzących się z rodziny sokołów, stworzeń bezwzględnych i drapieżnych. Nic więc dziwnego, że w rejon ich zamieszkania pewnego dnia przybywają tacyż sami ludzie… Rodzina Spyropoulos to bogacze, którzy dorobili się pokaźnego majątku, w tym Wyspy Ptaków. Właściciel biznesu właśnie spędza tam czas (oficjalnie pracując, a nieoficjalnie – romansując), gdy na miejsce przybywa jego córka, żona, syn ze świeżo poślubioną małżonką oraz ciotka z nowym narzeczonym. To doborowe grono łączy chciwość i chęć położenia łapy na choćby jak najmniejszej części majątku, co daje się odczuć już niemal od pierwszych stron powieści, a z każdą stroną wrażenie to przybiera na sile. W powietrzu zaczyna unosić się duszny klimat, który jest zwiastunem nie tylko nadchodzącej nawałnicy. To zwiastun zbrodni… Na Wyspie Ptaków w niewyjaśnionych okolicznościach ginie ofiara i – jak się dość szybko okaże – nie będzie jedyną.

Przyznam, że choć pomysł na umiejscowienie akcji może nie jest specjalnie innowacyjny, to budził moje duże nadzieje na dobrą powieść z dreszczykiem – wszak szukanie mordercy na zamkniętym terenie, z którego nie można się wydostać, to całkiem niezła zabawa dla czytelnika. Niezła, jeśli czarny charakter jest trudny do namierzenia, a w przypadku Pustułki niestety tak nie jest. Uprzedzam więc nałogowych pożeraczy kryminałów, że ten wątek będzie dla was przewidywalny. Wytrawni smakosze gatunku nie będą także zadowoleni z klimatu powieści: niby mamy tu wyspę, wielu potencjalnych morderców (wszak większość postaci nie charakteryzuje się świętością), ale o uczucie napięcia tu raczej trudno. Sami bohaterowie zdają się słabo przeżywać śmierć współtowarzyszy wypadu. Fakt, to rodzina, którą w dużej mierze obchodzą tylko pieniądze, ale… to nadal rodzina. Przez znaczną część fabuły nie mogłam się też wyzbyć wrażenia, że nie czytam kryminału, ale papierową wersję telenoweli brazylijskiej.

Czy zatem Pustułka nie zasługuje na chwilę czasu z nią spędzoną? Zasługuje, ale nie przez każdego. Powieść polecam zarówno fanom pisarki, którzy cenią jej styl, jak i czytelnikom, którzy z jakichś względów po kryminały sięgają rzadko. Prostota i niewymagający styl sprawdzą się też jako przerywnik w momencie, gdy czujemy przesyt lekturami ambitniejszymi. W sam raz na letnie wieczory.


Ocena: 3/6

Oficjalna recenzja dla Lubimy Czytać - LINK.
Wyzwania: "Polacy nie gęsi".

czwartek, 2 kwietnia 2015

Na dno - Quentin Bates





tłumaczenie: Wojciech Kallas
tytuł oryginału: FROZEN OUT
wydawnictwo: C&T Crime & Thriller
data wydania: 3 grudnia 2014
ISBN: 9788374703062
liczba stron: 334


Zastanawiałam się kiedyś, jakie tło geograficzne jest odpowiednie dla rasowego i trzymającego w napięciu kryminału. I choć tak naprawdę dobry pisarz postara się, by każde miejsce na Ziemi było dobre dla jego powieści, to w moim odczuciu najlepiej w tej roli sprawdzają się kraje nordyckie. Autorzy pochodzący z tamtych rejonów nierzadko są mistrzami w oddawaniu w swoich książkach klimatu tych na ogół zimnych i wietrznych zakątków. A czy pisarz, który nie pochodzi stamtąd, ale mieszkał tam przez pewien okres, ma szansę dotrzymać kroku tamtejszym twórcom?

W ostatnich dniach dzięki kryminałowi pt. Na dno Quentina Batesa przyszło mi się przekonać, czy to możliwe. Autor jest Brytyjczykiem, który pewnego razu postanowił rzucić wszystko i wyjechać hen daleko, obierając za metę swojej podróży Islandię. Tak się w majestacie tego państwa zatracił, że chwilowy wypad przerodził się w długi pobyt, który nie tylko rozkochał go w tym miejscu, lecz także dodał mu weny twórczej. Weny w mrocznej odsłonie: głównym tematem tej powieści jest bowiem zagadkowa śmierć pewnego mężczyzny. Jego zwłoki pływające u brzegu morza odnajduje przypadkowy człowiek, który informuje o tym miejscową policję. Śledztwo spada na barki sierżant Gunnhildur Gisladóttir i natychmiast rusza z kopyta. Pierwsze fakty wskazują na to, że śmierć mężczyzny nastąpiła w wyniku nieszczęśliwego wypadku, jednak kolejne zdają się temu przeczyć: bo jakim cudem denat utonął w miejscu oddalonym o około sto kilometrów od tego, w którym po raz ostatni widziano go żywego?

Sprawa okazuje się dużo bardziej zawiła, niż początkowo zakładano – zwłaszcza że może mieć związek z nowo powstającą w pobliżu firmą oraz innym tajemniczym zgonem, który miał miejsce niewiele wcześniej. Śledztwo z dnia na dzień staje się coraz bardziej żmudne i zawikłane, jednak autor nie uronił z niego ani kropelki. Doprawdy rzadko spotykam się z tak szczegółowo i misternie opisanym procesem dochodzenia kryminalnego. Bez wątpienia jest to największy plus powieści, jednak w moim skromnym odczuciu na tym jej pozytywne strony się kończą.

Szczerze mówiąc, wiedziona rzekomym zachwytem pisarza nad rejonami islandzkimi, spodziewałam się znakomitych opisów tła geograficznego powieści, specyficznego nadmorskiego i chłodnego klimatu, który za pośrednictwem kart książki przenikałby mnie na wskroś – niestety niczego takiego nie doświadczyłam.

Kolejny mankament to dreszczyk emocji, napięcie, którego również mi tu zabrakło. Zdaję sobie sprawę z tego, że kryminał wcale nie ma obowiązku zawierać elementów thrillera, jednak jakieś emocje winien wywoływać u czytelnika. Na dno czyta się beznamiętnie i bez większego zaangażowania. Równie „duże” emocje wywołują bohaterowie, którzy ani nie dają się lubić, ani nienawidzić.

Reasumując, Na dno nie jest w moim odczuciu kryminałem wysokiej jakości. Wiele mu brakuje, ale potencjał w sobie ma. Jedynym, ale za to dużym plusem jest dobrze opisany proces śledztwa, a to – jakby nie było – ważny element, który dodaje fabule każdego kryminału jakże cennego realizmu.

Ocena: 3/6


Za możliwość przeczytania książki dziękuję jej Autorowi.

wtorek, 27 stycznia 2015

Carnivia. Herezja - Jonathan Holt





tytuł oryginału: The Abduction
wydawnictwo: Akurat
data wydania: 19 listopada 2014
ISBN: 9788377588246
liczba stron: 432


Gdy na początku tego roku natknęłam się na jedną z pierwszych zapowiedzi debiutu Jonathana Holta pt. Bluźnierstwo, będącym pierwszą częścią trylogii Carnivia, już na wejściu byłam nim mocno zaintrygowana. Książka zapowiadała się naprawdę nieźle, szczególnie z uwagi na wykreowaną przez autora wirtualną Wenecję, która to jest solidnym fundamentem dla wszystkich tomów. Niestety, po zakończonej lekturze przyszło delikatne rozczarowanie, bowiem tego, czego oczekiwałam po tej powieści najbardziej, było najmniej – akcji toczącej się właśnie w wirtualnym świecie Carnivii. Liczyłam też po cichu, że sprawa będzie się miała zgoła inaczej w przypadku drugiego tomu – Herezji.

Jednak, nie licząc samej fabuły, drugi tom trylogii nie różnił się znacząco od poprzednika. Holt ponownie zadbał o to, by czytelnik śledził tok wydarzeń z kilku perspektyw. Już na początku wraz z pułkownikiem Aldo Piolą staramy się odkryć, kto i jak podrzucił ludzkie szczątki na plac budowy nowej amerykańskiej bazy wojskowej we Włoszech. Nie mamy jednak zbyt wiele czasu na zaangażowanie się w sprawę, bowiem do włoskiej policji wpływa zawiadomienie o zaginięciu nieletniej córki amerykańskiego żołnierza. Sprawę bada pani kapitan Kat Kapo oraz powiązana z amerykańskim wywiadem Holly Boland. Dość szybko na jaw wychodzi, że pozornie spokojna i nad wyraz grzeczna córka wojskowego miała swoją drugą, głęboko skrywaną przed otoczeniem, niespokojną naturę. Jeden z tropów w sprawie zaginięcia nastolatki prowadzi w dobrze znane kapitan Kat miejsce – do Carnivii oraz jej założyciela, Daniele’a Barba.

Gdyby tego wszystkiego było Wam jeszcze mało, to nic się nie martwcie – by fabuła nabrała pikanterii, mamy tu jeszcze kontrowersyjny wątek religijny. I faktycznie, pikanterii odmówić się jej nie da, tak jak autorowi pomysłowości na opisywane zdarzenia. Jednak co nam po intrygujących pomysłach na perypetie bohaterów, skoro oni sami nie robią na nas zbyt wielkiego wrażenia? Są niczym aktorzy, którym zlecono odegranie roli, a których osobowości tak naprawdę nie znamy. Niby swoją pracę wykonują dobrze i bez zarzutu, ale nie są charakterystyczni, niczym szczególnym nie wyróżniają się.

Podobnie jest z tempem akcji, które raz postawione na pewnym poziomie w żaden sposób nie chce wspiąć się wyżej. Od Herezji wieje monotonią. Co prawda autor raczy nas scenami, w których śledzimy losy porwanej nastolatki, co zdecydowanie powinno działać na plus powieści, ale rozdziały te są bardzo krótkie i zdecydowanie brakuje im odpowiedniego do sytuacji dramatyzmu. Czy w tym tomie lepiej poznałam wirtualny świat Carnivii? Niekoniecznie. Owszem, jest nieco więcej akcji toczącej się właśnie tam, ale to specyficzne miejsce nadal nie odkrywa przed czytelnikiem swojej magii.

Chwilę nadziei przyniosło mi za to jedno ze zdań opisujących stan znalezionych szczątków ludzkich, bowiem liczyłam, że ta naprawdę zabawna pomyłka redakcyjna może się jeszcze powtórzy i rozbawi mnie równie mocno jak ta pierwsza. Zagwarantowałoby mi to solidną dawkę rozrywki podczas lektury. Niestety, na więcej tego typu kwiatków nie trafiłam, co nie zmienia jednak faktu, że mimo monotonni wypływającej z kart powieści, ta i tak zapisze się w mojej pamięci na dłużej, jeśli nie na zawsze. Doskonale zadba o to jakże brawurowe zdanie:

W pobliżu, ale osobno, leżała noga, wciąż ze stopą[1].

Ach! I na koniec jeszcze słowo komentarza odnośnie stwierdzenia, które padło na okładce książki, jakoby dzieło Holta łączyło w sobie najlepsze cechy powieści Dana Browna i Stiega Larssona. O ile Browna można by tu doszukać się w wątku religijnym, o tyle Larssona tu nie uświadczycie – jest to prosty chwyt marketingowy, który z rzeczywistością wiele wspólnego nie ma.

Moje jakże subiektywne zdanie nie znaczy jednak, że drugi tom Carnivii Holta nie znajdzie swoich fanów. Znajdzie ich wśród entuzjastów nieśpiesznego tempa akcji, wątków religijnych i wybranych wydarzeń z dziejów Włoch.

Ocena: 3/6





[1] J. Holt, Carnivia. Herezja, Wydawnictwo Akurat, Warszawa 2014, s. 15.


Pierwszy tom: Bluźnierstwo.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Akurat.

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Australia - Barbara Dmochowska




wydawnictwo: Wydawnictwo Bernardinum
data wydania: 2014
ISBN: 9788378232728
liczba stron: 248


Wojciech Cejrowski, uznany podróżnik słynący m.in. z gawędziarskiego stylu opowiadania o swoich przygodach twierdzi, że każdy z nas może zobaczyć na własne oczy wszystko to, co widział on sam. Wystarczy tylko ruszyć swoje zacne cztery litery z kanapy i zacząć działać. „Żeby to było takie proste!” – myślałam po każdej przeczytanej lekturze jego autorstwa. Jednak okazuje się, że są na tym świecie ludzie, którzy w sposób mniej lub bardziej świadomy stosują się do jego rady. To znaczy, budzą się pewnego dnia i decydują: dziś wyruszamy w drogę! Podobnie postąpiła autorka książki Australia, Barbara Dmochowska, wraz ze swoim towarzyszem podróży.

Pewnego razu postanowili wprowadzić w życie swoje marzenia – wybrać się w bardzo daleką podróż i zwiedzić Australię. I pewnie nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego i wartego wydania książki, gdyby nie fakt, że za środek lokomocji robił im siedemnastoletni staruszek na czterech kołach – ledwie zipiące Subaru. Swą eskapadę rozpoczęli w Sydney, gdzie przywitał ich osławiony, piękny budynek opery oraz… charakterystyczny zwrot wiecznie wyluzowanych mieszkańców Australii, który będzie im towarzyszył już do samego końca podróży – „no worries”. Między jednym a drugim postojem cieszyli oczy pięknymi okazami, które my – zwykli śmiertelnicy – oglądać możemy tylko na zdjęciach lub w programach przyrodniczych: ptakami, koalami, wombatami, pingwinami i wieloma innymi stworzeniami. Kolejnym osławionym miejscem, do którego zawitali, było drugie co do wielkości miasto Australii – Melbourne. W Tasmanii nie mogło obyć się bez spotkania diabła tasmańskiego i wielu gatunków kangurów (sama nie wiedziałam, że jest ich tak dużo). Potem zahaczyli o Alice Springs, by ostatecznie wojaże zakończyć w Darwin.

Przygód większych i mniejszych mieli wiele, w tym jedną krwawą, co widać nawet na okładce książki. Adrenalina, zachwyt, strach, wycieńczenie upałem i ogrom szczęścia – tego dwojgu podróżników nie zabrakło ani przez chwilę podczas tej długiej wycieczki. Przy takiej relacji nie mogło, rzecz jasna, zabraknąć także zdjęć i jest ich w książce całkiem sporo – najwięcej z krajobrazami, ale nie brakuje też fotografii zwierząt, w tym pięknych i kolorowych ptaków. Co nie znaczy, że jestem fotorelacją w pełni usatysfakcjonowana, bowiem były miejsca tak wyjątkowe, które ta para odwiedziła, że aż prosiły się o uwiecznienie, a w książce się ich nie uświadczy, np. farma motyli (nie ma z niej ani jednego zdjęcia!) czy Wielkiej Rafy Koralowej (całe dwie fotografie).

Sama opowieść o podróży jest poprawna technicznie. Znajdą się w niej ciekawostki, kilka legend rodem z odwiedzanych miejsc czy delikatne rysy historyczne, ale całość podana jest w dość suchy sposób, bez werwy i animuszu. Nie wyczułam u autorki tego zachwytu, który najpewniej towarzyszył jej w czasie eskapady. Oczywiście nie wymagam tu, by każdy podróżnik charakteryzował się tak mistrzowskim gawędziarstwem, którym dysponuje sam Cejrowski, ale jednak w tym przypadku przydałoby się więcej życia. Z tego powodu książka najpewniej nie zagości w mojej pamięci na długo.

To nie zmienia faktu, że fani książek podróżniczych tę pozycję w swojej biblioteczce mieć powinni, zwłaszcza ci kolekcjonujący serię „Poznaj Świat”. Wydawnictwo Bernardinum jak zwykle nie zawodzi w kwestii jakości wydania. Styl i klasa sama w sobie.

Ocena: 3/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Bernardinum.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.


środa, 10 grudnia 2014

Zamknięta prawda - Bartłomiej Basiura





wydawnictwo: Novae Res
data wydania: 10 marca 2014
ISBN: 9788379421077
liczba stron: 534


Jakiś czas temu na którymś z blogów natknęłam się na komentarz, w którym autorka stwierdzała, że nie czytuje książek polskich autorów, bo te są zwyczajnie słabe, a polscy pisarze nie mają zbyt dobrze rozwiniętej wyobraźni, by się tworzeniem powieści należycie zajmować. Kto czytuje książki polskich autorów, ten na pewno teraz kręci głową z dezaprobatą, myśląc, że nie ma w tym prawdy. I faktycznie tak jest. Tych, którzy świetnie radzą sobie na literackim poletku, jest wielu i na pewno nie da się im odmówić wysoko rozwiniętej wyobraźni. Sprawa ma się gorzej, gdy ta zaczyna któregoś z nich ponosić, co nie najlepiej odbija się na dziele, który stworzył. Mimo że autor stworzył całkiem intrygującą fabułę, której zawrotnego tempa akcji naprawdę odmówić się nie da, takie właśnie odczucie wyniosłam z lektury pt. Zamknięta prawda, który wyszedł spod pióra Bartłomieja Basiury.

Historia rozpoczyna się motywem zagadkowej śmierci policjantki. Poznanie okoliczności jej zgonu staje się dla policji niekwestionowanym priorytetem, dlatego do ich zbadania zostaje zatrudniony jedyny w swoim rodzaju specjalista – ekspert od mowy ciała, Michał Drobik. Sprawa z dnia na dzień staje się coraz bardziej zagmatwana i trudna do rozwikłania, dlatego dobrze dzieje się, że dziełem przypadku Drobik zyskuje pomocnika – poznaną na strzelnicy Justynę, kobietę chorą na raka. Ich wspólne śledztwo skrzyżuje swe drogi z tą, którą podąża dobrze znany policji były żołnierz, uczestniczący niegdyś w misji w Afganistanie, Uczeń Carpzova.

Jakbym miała jednym zdaniem opisać wrażenia wyniesione z tej lektury, to powiedziałabym: Panie! To, co tu się dzieje, w głowie się nie mieści! Bo dzieje się naprawdę dużo i to zasadniczo powinno być (i dla wielu czytelników bez wątpienia będzie) największym plusem powieści Basiury. Tylko że autor, według mnie, odrobinę się zapędził, popuszczając wodze swojej fantazji i stworzył fabułę rodem z amerykańskich filmów akcji (której nie powstydziłby się sam Steven Seagal). Osadzona, powiedzmy, w USA wyglądałaby o niebo bardziej realistycznie, niż rozgrywając się m.in. w Katowicach, Krakowie, a nawet pod Kielcami. Zdobycie w sposób legalny broni w naszym kraju nie jest łatwą sztuką, za to bohaterzy Zamkniętej prawdy nie mają z tym problemu. Znajdzie się tu też miejsce na pościg drogą lotniczą i dla córki byłego premiera, która podkłada ogień w jednym z najważniejszych dla społeczeństwa miejsc. Są też strzelaniny, mordobicia, dużo krwi… I wszystko byłoby OK, gdyby cały ten majdan przenieść na arenę amerykańską – byłoby po stokroć naturalniej.

Bohaterowie? Równie „realistyczni”, co sama fabuła. Chora na raka, która w zasadzie już umiera, ale bez problemu ładuje się w całą tę kabałę, bo brakuje jej w życiu wrażeń. Wielce wykwalifikowany specjalista od mowy ciała, który bronią posługuje się jak fajtłapa rodem z Akademii policyjnej i który jest na tyle nierozgarnięty, że w kawiarence zamawia dla siebie…herbatkę redukującą cellulit. Na dobrą sprawę taka kreacja bohaterów jest plusem, bo przynajmniej jest się z kogo pośmiać.

Strona techniczna powieści też nie świeci przykładem, bo zdarzają się większe lub mniejsze wpadki korektorskie typu „tylkopo to”, ale nie rażą one w oczy na tyle, by zabierały chęć dalszego poznawania losów bohaterów. Raziła mnie za to dziwna maniera autora związana z przedstawianiem niemal każdej postaci z imienia i nazwiska – o ile w przypadku tych liczących się dla fabuły bohaterów to nie dziwi, o tyle w przypadku postaci epizodycznych już nieco irytuje. Przez chwilę bałam się, że jeśli autor zdecyduje się na wprowadzenie do fabuły jakiegoś zwierzęcia, to i ono zostanie mi przedstawione z imienia i nazwiska, ale na szczęście nic takiego się nie stało.

Reasumując, nie mogę powiedzieć, bym była Zamkniętą prawdą zachwycona, mogłoby być lepiej, co jednak nie zmienia faktu, że panu Bartłomiejowi Basiurze nie da się odmówić polotu i wyobraźni – wystarczyłoby ją nieco powściągnąć albo lepiej – dostosować do realiów związanych z miejscem akcji.

Fani zawrotnego tempa akcji, barwnych postaci jak i miksów gatunkowych (bowiem tytuł Basiury – to mieszanka sensacji, kryminału i thrillera z wątkiem romantycznym) powinni być zadowoleni z wyboru tej właśnie książki.

Ocena: 3/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Novae Res.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.

wtorek, 2 września 2014

Jeśli powiesz mi, bym przyszedł, rzucę wszystko i przyjdę... ale musisz mnie poprosić - Albert Espinosa





tłumaczenie: Jerzy Żebrowski
tytuł oryginału: Si tú me dices ven lo dejo todo... pero dime ven
wydawnictwo: Albatros
data wydania: kwiecień 2014
ISBN: 9788378856375
liczba stron: 208


Nauczona doświadczeniem wiem już od jakiegoś czasu, że po książkach autorów hiszpańskojęzycznych nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać. Bardzo często zaskakują, intrygują i zapadają w pamięć jako te wyjątkowe. Tak było w przypadku powieści Esther Garcia Llovet pt. Surowe, której jakże oryginalna forma utknęła mi w głowie chyba na zawsze. Inaczej natomiast było z ostatnią moją lekturą rodem z Hiszpanii, czyli Jeśli powiesz mi, bym przyszedł, rzucę wszystko i przyjdę… ale musisz mnie poprosić autorstwa Alberta Espinosy.

Podobnie jak Surowe, powieść Espinosy nie grzeszy objętością – mamy tu raptem trochę ponad dwieście stron zawierających bardzo krótkie rozdziały i pokaźnych rozmiarów czcionkę (jak mniemam, to celowy zabieg wydawnictwa, by dodać książce nieco rozmiaru). Historia weń zawarta nie jest szalenie intrygująca, nie spotkacie się tu z konkretną fabułą i nie dającą chwili wytchnienia akcją. Spotkacie za to głównego bohatera, który oryginalnością bije na głowę wielu innych, bowiem jest nim karzeł na co dzień parający się pracą detektywa. W dodatku zlecenia, jakich się podejmuje, nie są pierwsze lepsze – podchodzi do nich bardzo rygorystycznie i wybiera wedle własnego uznania. Poszukuje zaginionych dzieci.

W dzień, w którym na głowę wali mu się jego prywatny świat i jego ukochana postanawia go opuścić, dostaje kolejne zlecenie i być może dla dobra związku by je odrzucił, gdyby nie miejsce, w jakie będzie musiał się udać, by sprawa ruszyła z miejsca. Jest to Capri, które nierozerwalnie związane jest z detektywem za sprawą jego młodzieńczych lat.

I tak rozpoczyna się podróż bohatera pomiędzy czasem teraźniejszym a całym mnóstwem retrospekcji, które wiodą czytelnika do lat jego dzieciństwa. Po drodze nasz bohater kilkakrotnie próbuje zacząć temat swoich niepowodzeń na polu uczuciowym i gdy już prawie zaczyna zdradzać nam, dlaczego ukochana postanowiła się z nim rozstać, znów wraca pamięcią do lat szczenięcych. Byłam już niemal pewna, że ostatecznie nie dowiem się, co wpłynęło na rozstanie się tych dwojga i że autor zrobi mnie w bambuko, ale… na szczęście tak się nie stało.

Koniec tej krótkiej powieści przynosi odpowiedź na wszystkie pytania. I nawet po epilogu nie jestem w stanie zmienić zdania i powiedzieć, bym miała za sobą opowieść wyjątkową, choć przyznaję, że z początku zachłysnęłam się filozoficznymi wstawkami autora, które oscylują wokół życiowych tematów dotyczących każdego z nas. Myślałam, że im dalej w las, tym owe mądrości czymś mnie zaskoczą, a przede wszystkim odkryją przede mną swą głębię, ale nic takiego nie wydarzyło się. Wszystkie prawidła podane tu w bardzo przystępnym i lekkim stylu są zwyczajnie płytkie i nie niosą ze sobą nic nadzwyczajnego czy odkrywczego.

Jest to świetna lektura na jeden wieczór, jeden niezobowiązujący raz. W mojej pamięci na pewno na długo nie zostanie, ale być może jest ktoś wśród Was, kto doceni jej walory znacznie bardziej niż ja.

Ocena: 3/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Albatros A. Kuryłowicz.

piątek, 8 sierpnia 2014

W niewoli seksu - K. S. Rutkowski





wydawnictwo: Novae Res
data wydania: 2014
ISBN: 9788379421725
liczba stron: 136


Podobno to kobiety mają skomplikowaną naturę, a mężczyźni – wręcz przeciwnie. Jednak większość kobiet zapytana o to, czy z poprzednim zdaniem się zgadza, pewnie miałaby do wtrącenia jakieś małe „ale” na ten temat. Sytuacji, w których kobiety zwyczajnie panów nie rozumieją jest całe mnóstwo i nieraz wtedy chciałybyśmy zajrzeć do głów tych mężczyzn, którzy z jakichś powodów spędzają nam sen z powiek albo przynajmniej zabierają spokój. I ja ostatnio ku temu okazję miałam – oczywiście niedosłowną, bo zdolność telepatii jest mi obca – ale w pewnym sensie udało mi się dokonać tej niemożliwej rzeczy. „Jakim cudem?” – zapytacie. Otóż za sprawą opowiadań K.S. Rutkowskiego pt. W niewoli seksu.

Bohaterami tych tekstów są właśnie mężczyźni, następnie kobiety, które znacząco wpływają na koleje ich losów, zaś spoiwo łączące wszystkie opowieści – to seks. Panowie będący bohaterami opowiadań Rutkowskiego znajdują się na różnych etapach życia, w różnych miejscach świata i mają różne plany, marzenia oraz wizje swojej przyszłości, jednak z tymi samymi potrzebami seksualnymi, które nierzadko wpędzają ich w niezłe tarapaty. Mamy tu emigranta, który będąc na zagranicznym dorobku, korzysta z szansy, jaką podsunął mu los i regularnie sypia z żoną swojego szefa, która to ostatecznie chce go wplątać w morderstwo. Z kolei barowy podrywacz, usiłujący zdobyć względy pięknej barmanki i zaliczyć kolejną noc pełną uciech z nieznajomą, nie spodziewa się, że to on właśnie będzie tym wykorzystanym i poniżonym. Inny, będący ofiarą psychicznej przemocy, której latami dopuszczała się jego małżonka, pewnego dnia postanawia zakończyć swoje cierpienie raz na zawsze, wybierając dla żony karę najsroższą z możliwych. Jeszcze inny – to ofiara chorobliwej zazdrości.

I to zaledwie maleńka cząstka opowieści, które można znaleźć w zbiorze Rutkowskiego. Wszystkie są ciekawe, z dobrymi zakończeniami, dają do myślenia i pozwalają spojrzeć na mężczyzn i ich świat typowo męskim okiem. Takiż sam jest język, którym posługuje się autor – twardy, męski, dosadny i często wulgarny, co wcale nie jest wadą tych utworów, wręcz przeciwnie – pieprzny język dodaje im realizmu.

Jednak nie mogę powiedzieć, by W niewoli seksu miało mi zapaść w pamięć na dłużej. Oprócz chwilowej możliwości zajrzenia w męskie umysły w zasadzie nic więcej z lektury nie wyniosłam. Choć jej tematyka nie jest lekka, to i tak w ostateczności jest ona zbiorem niezobowiązujących tekstów, które czyta się szybko, w ciągu kilku chwil. To dobry przerywnik pomiędzy długimi i trudnymi lekturami. Fanom krótkich form oraz pisarstwa naszych rodzimych autorów zbiór ten bez wątpienia przypadnie do gustu. I jeszcze jedno! Wszystkim spodziewającym się pozycji pokroju 50 twarzy Greya śpieszę z informacją, że to nie ten typ literatury – to nie literatura erotyczna sensu scricto.

Ocena: 3/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję jej Autorowi.

środa, 30 lipca 2014

Rook - Graham Masterton





tłumaczenie: Zbigniew A. Królicki
wydawnictwo: Replika
data wydania: 25 marca 2014
ISBN: 9788376742830
liczba stron: 278


Dziwnie czuję się, gdy po przeczytaniu książki któregoś z poczytnych i cieszących się uznaniem pisarzy mam odczucia zgoła inne od ich wielbicieli. Miałam już tak po lekturze dwóch książek Murakamiego i jednej Deavera (mam tu na myśli powieść pt. Mag). Do tego dość skromnego grona dołącza dziś kolejny autor, który posiada rzeszę fanów na świecie, ale mnie nie porwał i nie powalił na kolana tekstami, które dane mi było czytać. Chodzi tu o Grahama Mastertona. Już ładnych parę lat temu miałam okazję czytać jego Głód. Choć motyw przewodni książki był, według mnie, bardzo dobry, to nie uważam, by autor w pełni i należycie go wykorzystał – czułam pewien niedosyt. W ostatnich dniach znów przyszło mi spotkać się z pisarstwem tego pana i znów nie czuję się usatysfakcjonowana, ale najpierw słów kilka o fabule rzeczonej książki.

Głównym bohaterem powieści Mastertona pt. Rook jest Jim Rook – nauczyciel języka angielskiego, pod którego pieczą znajdują się uczniowie szkoły specjalnej. Jest to młodzież niełatwa we współżyciu, często po burzliwych przejściach (które nierzadko wciąż im towarzyszą) i wymagająca nieco większej uwagi w toku nauczania niż reszta ich rówieśników. Pewnego dnia jeden z uczniów tytułowego bohatera zostaje zamordowany. Jako sprawcę wskazuje się nadpobudliwego i podejrzanie zachowującego się chłopaka z tej samej klasy co ofiara. Jednak pan Rook, znając całkiem nieźle podejrzanego, ma poważne wątpliwości, czy to właśnie on jest sprawcą bestialskiego czynu. Samo rozwiązanie zagadki tego tragicznego w skutkach zajścia jest dużo bardziej zaskakujące niż mogłoby się wydawać i sięga tej materii, do której nikt nigdy nie chciałby się zbliżać…

Mroczna odmiana magii, voodoo, zło – to część tego, z czym przyjdzie się zmierzyć nie tylko głównemu bohaterowi, ale także każdemu czytelnikowi nowej książki Mastertona. I przyznam szczerze, że wątek nadprzyrodzony jest zdecydowanie najmocniejszą stroną tego tytułu. Opisany jest ciekawie, a sceny fantastyczne naprawdę potrafią przyprawić o ciarki na plecach.

Jednakże to jest stanowczo za mało, by uznać tę książkę za choćby dobrą. Powieść jest zdecydowanie zbyt prosta, zbyt banalna i przewidywalna. Pan Rook jest zbyt słodkim bohaterem jak na postać, która ma zmierzyć się z ciemnymi mocami. Uczniowie zadziwiająco szybko pojmują, z czym ich nauczyciel się zmaga i jeszcze szybciej dają temu wiarę. Jim Rook – to taki superman od walki z istotami nadprzyrodzonymi, który bardziej bawi niż wzbudza podziw czy respekt.

Rook – to powieść, która zdaje się być skierowana raczej do młodego czytelnika i to takiego, który nie wymaga zbyt wiele od tego typu opowieści. Wbrew pozorom nie jest to opowieść mroczna, która straszy. Rook – to powieść niezobowiązująca i – o dziwo – relaksująca, która na letni czas jest jak znalazł.

Graham Masterton po raz drugi mnie nie zachwycił, ale nie poddaję się i nie zamierzam tak łatwo odpuścić. Może kolejne moje spotkanie z jego twórczością pokaże mi, w czym konkretnie lubują się jego fani z całego świata. Który z jego tytułów możecie mi polecić?


Ocena: 3/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Replika.
Wyzwania: "Wyzwanie kryminalne".

****************************************************

Kochani, ogłoszenie kuferkowych zwycięzców z lipca może (ale nie musi) pojawić się z opóźnieniem. Uzbrójcie się w cierpliwość. :)

wtorek, 22 lipca 2014

Pozytywnie nieobliczalni - Marcin Brzostowski






wydawnictwo: e-bookowo.pl
data wydania: 2014 
ISBN: 9788378593324
liczba stron: 189


Gdybym miała powiedzieć, co najlepiej charakteryzuje dzisiejsze czasy, to nie miałabym zbyt wielu problemów, by wyróżnić przynajmniej jedną cechę – pęd za pieniądzem i karierą. Jesteśmy tak zaganiani, zapracowani i tak mocno pragniemy zawodowego spełnienia, że często w tym szaleńczym pędzie gubimy to, co w życiu najcenniejsze i zapominamy o tym, co najbardziej się liczy. Rodzina schodzi na dalszy plan, przestajemy szanować zdrowie, a o tym jak bardzo te wartości były dla nas ważne, dowiadujemy się w chwili, gdy jest już za późno na ratowanie czegokolwiek, kiedy już zostajemy sami.

Rafał (lub też Marlon – jak kto woli), główny bohater powieści Marcina Brzostowskiego pt. Pozytywnie nieobliczalni, staje w takim momencie życia, w którym zaczyna docierać do niego, w jakiej pułapce tkwi on sam jak i jego koledzy po fachu. Jest młodym i dobrze radzącym sobie zawodowo prawnikiem. Pracuje w renomowanej kancelarii adwokackiej wraz ze swoim dobrym przyjacielem Robertem. Jednak pewien dzień przynosi gruntowne zmiany w kancelarii – pracę traci Robert a Marlon zostaje sam na placu boju z wymagającą przełożoną i chordą młodych prawników, którzy dla kariery są w stanie zrobić wszystko, po trupach dążąc do celu.

Głównym tematem opowieści Brzostowskiego jest właśnie ten pęd za karierą, zawodowym poklaskiem i pieniędzmi. Świat, w którym liczy się tylko wyścig szczurów a wartości takie jak rodzina, miłość czy zdrowie mają mniejsze lub niemal zerowe znaczenie. Marlon przygląda się temu wszystkiemu z bliska, widzi młodych ludzi, którzy zatracają się w tym świecie i sam ma coraz mniej chęci, by w tym wszystkim uczestniczyć. Przyglądając się mu jako postaci miałam wrażenie, że jest wepchnięty w rzeczywistość, do której w ogóle nie pasuje, w której nie powinien być. Artystyczna i wrażliwa dusza, człowiek piszący teksty piosenek, lubiący się bawić a wciśnięty w garnitur i posadzony za jednym z biurek kancelarii. Człowiek szczery i prawdziwy, zmuszony do obcowania z ludźmi fałszywymi, skrajnie egoistycznymi, nastawionymi wyłącznie na zawodowy sukces.

Nieraz podczas lektury zastanawiałam się, dlaczego Rafał został prawnikiem, dlaczego człowiek o takiej wrażliwości wszedł w świat, w którym najbardziej liczy się pieniądz, skoro dla niego samego kwestie finansowe aż takiego znaczenia nie mają. W związku z tymi przemyśleniami bardzo podobało mi się zakończenie powieści i droga, którą bohater wybrał, choć nie da się ukryć, że w prawdziwym życiu wybór Rafała jest bardzo mało realny – choć jest to tylko moja subiektywna ocena…

Pozytywnie nieobliczalni – to opowieść, która ma czytelnikowi coś do przekazania, ma przesłanie, które zmusza do przemyśleń. To powieść prosta w budowie i w języku, która pozostawia po sobie pewien niedosyt. Jeden wątek (choć, jak pisałam, zmuszający do przemyśleń) – to zdecydowanie za mało, by tytuł ten miał zapaść w pamięć na dłużej i by zostawił po sobie trwały ślad. Troszkę za mało się tu dzieje. Zdecydowanie lepiej w swym całokształcie wypada powieść Słodka bomba Silly tegoż samego autora, której główną i tytułową bohaterkę pamiętam do dziś i bardzo mile ją wspominam. Jednak nie należy zapominać o tym, że Pozytywnie nieobliczalni – to debiut autora z 2002 roku i jak na debiut właśnie tytuł ten wypada całkiem nieźle, dlatego warto się z nim zaznajomić w wolnej chwili.

Ocena: 3/6

Za możliwość przeczytania e-booka dziękuję Autorowi.


wtorek, 6 maja 2014

Badacz potworów - Rick Yancey





tłumaczenie: Stanisław Kroszczyński
tytuł oryginału: The Monstrumologist
seria/cykl wydawniczy: Monstrumolog tom 1
wydawnictwo: Jaguar
data wydania: 15 stycznia 2014
ISBN: 9788376862262
liczba stron: 464


Monstrumolog – któż to taki? – zapytacie. Jest to człowiek o niebywałej odwadze, inteligencji i harcie ducha; człowiek, który chyba niczego się nie boi (albo przynajmniej takie sprawia wrażenie): niestraszna mu najczarniejsza noc, podejrzane trzaski i hałasy a nawet wycieczki późna porą na cmentarz; człowiek, który ma dobre układy z grabarzami… Brzmi groźnie? I słusznie, bo monstrumolog – to nikt inny jak badacz potworów.

Jest nim też doktor Pellinore Warthrop – jeden z dwóch głównych bohaterów powieści Ricka Yanceya pod tytułem – właśnie – Badacz potworów. Doktor – to wybitny znawca swojej dziedziny, który pracuje ciężko dniami i nocami, prawie nie śpi i prawie nie je. Nad tym, by jego życie zawierało choćby podstawowe elementy normalnej egzystencji, czuwa jego młody asystent, Willy Henry. Osierocony przez rodziców, kilkunastoletni chłopiec jest głównym powiernikiem sekretów doktora. Wyrusza z nim na niebezpieczne wyprawy, podczas których spotykają grasujące w okolicy potwory zwane androfagami. Później obydwaj pracują nad stołem sekcyjnym i badają swoje znaleziska. Chociaż sami ze spotkań z potworami wychodzą cało, to nie znaczy, że potwory nie mają swoich ofiar… Wręcz przeciwnie! Dlatego tak niebezpieczne jest zajęcie, którym parają się doktor i jego asystent, i tak ważne jest zapobieżenie szerszemu rozprzestrzenianiu się działalności stworów.

O ile ten telegraficzny skrót tego, co dzieje się w toku fabuły, być może zapowiada się całkiem obiecująco, to szczerze powiem, że książka wzbudziła we mnie bardzo mieszane odczucia. Z jednej strony bardzo podobał mi się klimat grozy, jaki autorowi udało się wykreować. Sceny na cmentarzu czy spotkania oko w oko ze stworami robią mocne wrażenie. Nie brakuje też krwistej makabry i jakże dosadnych opisów.

Sześć stóp od drzwi leżało twarzą w dół ciało (…). Głowa spoczywała wzdłuż ramienia, niemal prostopadle do tułowia, bo szyja została częściowo oderwana od ramion, widać było kręgosłup i serpentyny żył oraz ścięgna i mięśnie. Tył głowy został rozbity, z rany wyciekł mózg: pulpiasta masa, niczym szary rozrobiony twaróg wylewający się z pękniętej misy[1].

Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie bardzo toporne tempo akcji – zbyt wiele tu się nie dzieje. Ja, jako czytelnik już od dawna pełnoletni, byłam nim znużona, więc jak może je odebrać czytelnik w wieku młodzieńczym, którego często tak trudno nakłonić do czytania? Sceny rodem z horrorów obecne są tutaj tylko sporadycznie (choć są naprawdę dobre), a cała reszta – to masa męczących dialogów i zbędnego słowolejstwa autora. Jestem również zaszokowana sugestią wydawcy na okładce, jakoby książka nadawała się dla młodzieży w wieku powyżej 14 lat. Wątpię, czy tak młodzi ludzie powinni czytać tak mocne opisy, w których krew leje się litrami, wnętrzności potworów czy ofiar wypływają z ciał, a stwory wychodzą z grobów. Powiedziałabym, że raczej jest to książka odpowiednia dla wieku 16-17 lat. Choć niektórzy może uznają, że nazbyt czepiam się szczegółów, zważywszy na krwawe i pełne agresji gry komputerowe, w których dzieciaki się lubują…

Ocena, którą książce wystawiam, jest dość wysoka tylko z uwagi na jej dobry klimat i makabrę – te wyszły autorowi przednio. Gdyby nie to, końcowa nota byłaby jeszcze niższa.

Ocena: 3/6




[1] W.J. Henry, Badacz potworów, Jaguar, Warszawa 2014, s. 249.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Jaguar.
Wyzwania: Czytamy literaturę amerykańską.

sobota, 26 października 2013

"Miodowa pułapka" Unni Lindell




tłumaczenie: Maria Gołębiewska-Bijak
tytuł oryginału: Honningfellen
seria/cykl wydawniczy: Cato Isaksen tom 7, Czarna Seria
wydawnictwo: Czarna Owca
data wydania: wrzesień 2013 
ISBN: 9788375546323
liczba stron: 376


W miodową pułapkę wpadłam…

Tworzenie książek wciąż w tym samym nurcie może się znudzić, przejeść. Dlatego niektórzy pisarze czasem odstępują od obranego przez siebie gatunku, którym parali się latami, i sięgają po inny. Tak też zrobiła autorka, z którą miałam do czynienia w ostatnich dniach. Unni Lindell – bo o niej mowa – to uznana norweska autorka tekstów dla młodszych czytelników, która pewnego dnia postanowiła pójść kilka kroków dalej i stworzyć powieść dla dorosłego odbiorcy, mieszczącą się w nurcie kryminału (w 1996 roku wydała powieść pt. „Slangebæreren”).

Na naszym rynku w 2004 roku ukazał się „Czerwony kapturek” jej autorstwa, a w tym roku „Miodowa pułapka” i to o tym drugim tytule dziś wam opowiem.

Kluczowymi postaciami opowiedzianej przez Lindell historii są dzieci. Pewnego dnia po zakończonych zajęciach szkolnych trójka dzieciaków wraca do domu. By skrócić sobie drogę, wybierają drogę, która wiedzie przez ogródek pewnej mało przyjaznej kobiety, Very Mattson. Niestety, niebawem okazuje się, że jedno z dzieci – chłopiec o imieniu Patrik – nie wróciło do domu. Ponadto to właśnie Vera jest osobą, która widziała je ostatnia. Poszukiwania Patrika trwają, ale w tym samym czasie ma miejsce kolejna tragedia. Ciało młodej kobiety zostaje odnalezione na jednej z ulic. Wszystko wskazuje z początku na to, że została potrącona przez samochód, jednak dalsze badania wykazują, iż ofiara miała na sobie dziwne ślady, które na pewno nie powstały na skutek wypadku drogowego.

Do żmudnej pracy nad śledztwem zabiera się komisarz Cato Isaksen, a nie jest mu łatwo, bo do jego wydziału sprowadzają „nową”, Mariane. Stosunki między obojgiem nie układają się dobrze, co utrudnia prowadzenie śledztwa…

Skoro mówię już o postaciach „Miodowej pułapki”, to od razu pokuszę się o wytknięcie największej wady tej książki. Kreacja bohaterów jest, hmm… fatalna to może za dużo powiedziane, ale na pewno słaba. Zarówno Cato, jak i Mariane są mgliści, niemal bezpłciowi – w zasadzie nie da się o nich nic powiedzieć oprócz tego, że nie przypadli sobie nawzajem do gustu. W przypadku kreacji czarnych charakterów też nie jest lepiej, a szkoda, bo tu można było zdziałać wiele. Mamy przecież bohaterkę cierpiącą na schizofrenię, mamy też bohatera o niezdrowych ciągotach seksualnych. Dwa wątki, na których można było zbudować imponujące postaci, zostały totalnie zmarnowane.

Unni Lindell
źródło: www.abcnyheter.no
Samo tempo akcji jest niezłe, ale można się o tym przekonać dopiero po przebrnięciu przez dość monotonny początek. Książka napisana jest bardzo lekko, przystępnym stylem, rozdziały są krótkie (niektóre nawet bardzo), więc dzięki temu czyta się ją w błyskawicznym tempie.

Ostatecznie „Miodowa pułapka” jest tytułem odpowiednim dla niewymagającego czytelnika, takiego, który z kryminałami spotyka się rzadko i nie ma wobec nich wielkich oczekiwań. I choć osobiście bardzo lubię i cenię „Czarną serię”, w której pojawiła się powieść Lindell, to po raz drugi przyszło mi się przekonać, że trafiają się w niej także słabsze pozycje. Ale czy powinno to dziwić? W przypadku serii nie każdy tom musi być przecież idealny.

Ocena: 3/6



Recenzja bierze udział  w wyzwaniu:


wtorek, 22 października 2013

"Pasierbice" Hilary Norman



tytuł oryginału: Twisted Minds
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 2008
ISBN: 9788374698146
liczba stron: 535


Pamiętacie może japoński film grozy pt. „Krąg” („The Ring”)? Kto nie oglądał, temu podpowiem, że kluczową postacią jest w nim kobieta z zasłoniętą przez własne włosy  twarzą i ze spozierającym zza nich, jednym okiem (drugie zakrywają włosy). Jakiś czas temu (dodam, że było to dość dawno) moją uwagę zwróciła pewna książka, a konkretnie jej okładka, która bardzo mi ten film przypominała. Przedstawiała postać dziewczynki z zasłoniętą przez włosy twarzą. Od razu pomyślałam, że to na pewno lektura dla mnie – z dreszczykiem. Mowa o „Pasierbicach” Hilary Norman.

Jak się szybko okazało, książka ta poza okładką, nasuwającą skojarzenie z filmem, nie miała z nim nic wspólnego. A w powieści? Mamy w niej historię Matthew Gardnera, który rażony strzałą Amora postanawia poślubić Karolinę Walters zaledwie po dwóch tygodniach znajomości. Karolina jest wdową i matką trójki nastoletnich dziewcząt: szesnastoletniej Felicyty, czternastoletniej Imogen i najmłodszej, dwunastoletniej Chloe. Choć decyzja o wspólnym życiu zostaje podjęta szybko, a Matthew obawia się, czy podoła roli ojczyma, to dochodzi do ślubu. Nowożeńcy wraz z córkami Karoliny wprowadzają się do willi  o nazwie Aethiopia w Hampstead w Londynie. Matthew wie, że zaskarbienie sobie sympatii pasierbic może nie być łatwym zadaniem, ale wierzy w to, że ta sztuka mu się uda. Okazuje się jednak, że jego nadzieje były złudne… Bardzo szybko bohaterowi zaczynają się przydarzać różne dziwne wypadki. Początkowo są bardzo niewinne i sprawiają wrażenie przypadkowych zdarzeń. Jednak z biegiem czasu pojawia się ich coraz więcej i przybierają na sile rażenia. W końcu dochodzi do tragedii…

Fabuła nie zapowiada się najgorzej, prawda? Tak też myślałam, przystępując do tej lektury, ale niespodzianki, którą zgotowała mi na starcie, w żadnym wypadku się nie spodziewałam. Przykrej niespodzianki… To, co najmocniej mnie zraziło, to ewidentnie źle poprowadzony początek powieści. Nie ma tu nutki tajemniczości ani odpowiedniego wprowadzenia w historię. Tak naprawdę niewiele wiemy o Matthew. Przyjeżdża z daleka, zakochuje się jak podlotek we wdowie, której w ogóle nie zna, oświadcza się i przypieczętowuje to rychłym ślubem. Na tym nie koniec moich negatywnych odczuć… Na początku powieści (mniejsza o dokładną ilość stron) nie ma żadnej sceny, w której brałyby udział osławione już pasierbice, ale autorka od pierwszych jej stron każe czytelnikowi się ich bać! Z góry można spodziewać się, że są złe i mocno w całej historii namieszają… Niestety, moim zdaniem ten słaby początek zaważył na całokształcie „Pasierbic”. Co mamy potem? Trochę nierealistycznych wydarzeń, w których posunięcia Matthew wydają się być chwilami kompletnie niezrozumiałe, ale na to już można przymknąć oko. Jakieś plusy? Na pewno odpowiednie tempo akcji i fakt, że nie sposób się nudzić podczas tej lektury – dzieje się dużo. Jest też zaskakujący element zakończenia, który stanowi atut powieści. Postacie nastolatek pod względem rysów osobowościowych naprawdę są nieźle skonstruowane, widać pomiędzy nimi znaczące różnice; najmocniej odstaje Chloe i tym samym najbardziej szokuje na końcu powieści.


Pomimo wszystko nie uważam, abym straciła czas, zapoznając się z tą powieścią. Do ideału jej bardzo daleko, ale sam wątek główny był dobrym pomysłem autorki i dla niego warto zdecydować się na lekturę. Mniej drobiazgowi (w porównaniu ze mną) czytelnicy powinni być zadowoleni.

Ocena: 3/6


Recenzja bierze udział w wyzwaniu:


sobota, 7 września 2013

"Zgliszcza" Gregg Olsen + konkurs




tłumaczenie: Jan Hensel
tytuł oryginału: A Cold Dark Place
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 13 czerwca 2013
ISBN: 9788378395300
liczba stron: 464


Autorze! Nie pisz bestsellerów za wszelką cenę!


Z niejakim panem Greggiem Olsenem przyszło mi się już spotkać wcześniej, przy okazji jego poprzedniej książki pt. „Wszędzie śnieg”. Jej fabuła nie była może jakoś specjalnie innowacyjna, ale szczególnie podobał mi się styl autora – dosadny, okraszony specyficznym humorem. Dlatego nie wahałam się ani chwili przy podejmowaniu decyzji, czy przeczytać najnowszą powieść jego autorstwa, która niedawno miała premierę na naszym rynku. Szczerze przyznam, że liczyłam na podobne wrażenia z lektury jak poprzednio. Czy były takie? O tym za chwilę. Najpierw kilka słów na temat fabuły wspomnianej książki.


Mowa tu o „Zgliszczach”, których akcja umiejscowiona jest w Stanach Zjednoczonych (podobnie było w przypadku utworu „Wszędzie śnieg”). Pewnego feralnego dnia nad Cherrystone w stanie Waszyngton przechodzi tornado, siejąc zniszczenie oraz pozbawiając życia rodzinę Martinów. Gdy policjantka Emily Kenyon przybywa na miejsce tragedii, okazuje się, że Martinowie nie zginęli w wyniku nieszczęśliwego zrządzenia losu – na ciałach ofiar widoczne są rany postrzałowe. Pora więc rozpocząć śledztwo w poszukiwaniu mordercy. Podejrzenia szybko padają na adoptowanego syna Martinów, Nicka, który zniknął w tajemniczych okolicznościach. To jednak nie koniec dramatów, ponieważ niebawem ginie bez śladu córka policjantki, Jenna. Dziwna zbieżność w czasie zaginięć Jenny i Nicka nasuwa podejrzenie, że dziewczyna jest w opałach i stoi za tym Nick. Czy podejrzenia są słuszne?

Tego Wam nie zdradzę, ale powiem za to troszkę o moich odczuciach po lekturze. We wstępie pisałam, że liczyłam na podobne wrażenia, jak w przypadku powieści „Wszędzie śnieg”. Niestety, przeliczyłam się i to bardzo. Pierwsze, co mnie zraziło w tej książce, to skłonność autora do retrospekcji, a ściślej rzecz ujmując, do przesadnego braku chronologii zdarzeń. Raz mamy czas teraźniejszy, potem (przykładowo) pojawia się sytuacja sprzed wystąpienia tornada, potem znów wracamy do teraźniejszości, aby cofnąć się w czasie aż o dwadzieścia lat. Oczywiście nie należy zapominać o tym, że przy niemal każdej z tych „podróży w czasie” poznajemy innych bohaterów – dużo tego, zdecydowanie za dużo. Łapałam się na tym podczas czytania, że musiałam sobie przypominać, co tak właściwie jest głównym wątkiem fabuły, bo w natłoku bohaterów oraz zdarzeń gdzieś mi to umykało.

Kolejny zarzut dotyczy samej historii – jest tak wymyślna, że aż nierealna. Autor chyba bardzo chciał napisać coś oryginalnego, niespotykanego i tak się na tym punkcie zafiksował, że zbyt popuścił wodze swojej fantazji. Chciał napisać za wszelką cenę bestseller i nie zawahał się przed użyciem każdego z możliwych środków, zwyczajnie przedobrzając. A bohaterzy? Żaden nie przykuł mojej uwagi na dłużej, żaden mnie nie zaintrygował i nie dał do myślenia.

Co tu dużo mówić? Jest słabo. Liczyłam na coś więcej, bo Gregg Olsen przekonał mnie wcześniej, że talent ma. Nawet cieszyłam się, że nie tylko Skandynawowie piszą dobre kryminały – Amerykanie także. I nadal się tego trzymam, bo uznaję, że „Zgliszcza” to tylko drobny wypadek przy pracy, który Olsenowi już się nie powtórzy – przynajmniej tego autorowi od siebie życzę.


Ocena: 3/6




Recenzja bierze udział w "Kryminalnym wyzwaniu".


EDIT: 07.09.2013 godz. 12:09

Na śmierć zapomniałam! Jeśli ktoś  - mimo mojej niezbyt przychylnej opinii - chciałby przeczytać "Zgliszcza", to może się zgłosić w konkursie na moim profilu FACEBOOK'owym, który trwa do 10 września włącznie godz. 23:59. :) Link: https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=680599741970041&id=261963227167030

wtorek, 28 maja 2013

"Bilbord" J.D. Bujak + Prośba :)



Kochani, jak już wielu z Was pewnie słyszało istnieje prawdopodobieństwo, że widget Dołącz się do tej witryny zostanie wkrótce usunięty z blogów. Na to miejsce może wskoczyć widget Google + (na górze po prawej stronie mojego bloga). 

W związku z  tym proszę Was byście dodawali mnie do kręgów i obserwowali stronę bloga na: Google+ https://plus.google.com/u/0/b/106863287001341882698/106863287001341882698/posts. 

Ważne! Obserwujcie stronę Książkówka a nie mój profil (Ewa--). To dość istotna różnica, bo na profilu nie chciałabym dodawać postów na temat wpisów na blogu itd. Będę robić to na stronie Google + Książkówki.

*********************************************************





    Kilka miesięcy temu na powrót uwierzyłam w świętego Mikołaja. No co? To, że za kilka niedługich lat wybije mi z łoskotem trzydziestka, przecież mi tej możliwości odebrać nie może – mylę się? Wiedziałam, że się ze mną zgodzicie, no ale ja nie o upływającym czasie dziś chciałam rozprawiać… Mikołaj jest i miewa się bardzo dobrze. Jest kobietą, mieszka w… i bloguje mniej więcej od tego samego czasu co ja. Mikołaj (może lepiej Mikołajka?) gdzieś tam się natknął na wołanie mego serca, dotyczące chęci posiadania kryminału, który blogosfera recenzencka przerobiła chyba już ze wszystkich możliwych stron – tylko chyba ja się ostałam jak ten samotny rodzynek. I tak oto chwilę później do moich rąk trafił „Bilbord” Joanny D. Bujak – za co, moja droga Kraino Czytania, jeszcze raz Ci z całego serca dziękuję.

    Z przeczytanych wcześniej przeze mnie recenzji na temat rzeczonej książki dowiedziałam się, że czeka mnie krwista, pełna trupów przygoda, z akcją pędzącą niczym najszybsze metro świata – i nie mogę powiedzieć, by to wszystko nie przywitało mnie już na starcie. Dzieje się tu, oj dzieje!
Mamy więc sielską scenerię Kazimierza Dolnego oraz kwiaciarni, w której pracuje główny bohater – Krzysztof Pasłęcki. Krzysztof odziedziczył ten piękny przybytek po poprzednim właścicielu. Choć nie ma tu nikogo bliskiego oprócz swojej narzeczonej, to czuje się dobrze i bezpiecznie – co najważniejsze. Jednak nadchodzi dzień, w którym to poczucie ma się mocno zachwiać w posadach. Brutalna i bardzo niesprawiedliwa dla niego przeszłość zaczyna znów pojawiać się w jego życiu, uderzać siłą tarana – szczególnie nocami. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że wkrótce zostaje zamordowany dostawca Krzysztofa a na terenie kraju szaleje seryjny morderca, zabijający kobiety przy pomocy bardzo wyszukanych metod. Czy psychopata spędzający spokojny sen z powiek wielu ludziom to ten sam, który pozbawił życia dostawcę? Jeśli tak, to dlaczego wybrał akurat kwiaciarnię Krzysztofa? I dlaczego on sam tak bardzo boi się o swoje życie?

    Wiele pytań i tyle samo odpowiedzi znajdziecie w książce pani Bujak. Co jeszcze Was czeka podczas lektury? Ogromna ilość morderstw i co za tym idzie -- wartka akcja; nie sposób się nudzić. Kolejny pozytyw „Bilbordu” to naprawdę dobrze sportretowani bohaterowie – wczułam się mocno w sytuację Krzysztofa z lat dzieciństwa. Jednak, jak się okazuje, książka ta nie jest pozbawiona wad.
Morderstw weń ukazanych jest tak wiele, że chyba nawet osoba zajmująca się korektą tekstu powieści miała ich w pewnym sensie dość, bo nie doszukała się nader istotnego błędu w opisie jednej ze zbrodni. Mianowicie:

POCZĄTEK SPOILERA

Zabił kobietę, nasmarował ciało czymś, co przyciąga owady, i obsypał wiadrem karaluchów i innego robactwa. Podobno spora część tego obrzydlistwa utknęła w przełyku. Biegły lekarz stwierdził, że udusiła się robalami, które powchodziły jej do nosa i ust.[1]

Z sensu pierwszego zdania wynika, że morderca najpierw zabił kobietę, a następnie obsypał ją robactwem. W kolejnym zdaniu zaś wygląda to tak, jakby jeszcze żywą ofiarę zaatakowały insekty, i gdy te odcięły jej dopływ tlenu, kobieta zmarła.

KONIEC SPOILERA

    Co prawda tylko raz w całej książce spostrzegłam taki błąd w konstrukcji zdania, jednak jest to dość istotna i ważna scena (jedna z wielu) i szczególnie tu taka wpadka nie powinna była mieć miejsca.

    Ponadto sam fakt, że opisywane zbrodnie psychopata przeprowadzał według bardzo wymyślnych scenariuszy, początkowo zdawał się być atutem utworu (byłam pod wrażeniem pomysłowości autorki), ale w miarę rozwoju akcji sposoby uśmiercania i opisy ogólnego widoku zwłok stawały się aż nazbyt wymyślne, wręcz nierealistyczne. Sam morderca z kolei zdaje się być obdarzony umiejętnością… teleportacji! Co rusz morderstwa miały miejsce w innych zakątkach Polski; gdybym to ja była autorką powieści, postawiłabym na umiejscowienie wszystkich zbrodni w obrębie jednego województwa – dodałoby to fabule prawdopodobieństwa.

    Jak pisałam wcześniej, przeszłość nawiedza Krzysztofa najmocniej w snach – zważywszy na tempo akcji i ilość morderstw w tym kryminale, wątek, w którym Krzysztof zmaga się z tym, co widzi w snach, zdecydowanie jest zbędny – jak to się mówi: co za dużo, to nie- zdrowo. Fabuła i bez tego wątku byłaby nad wyraz wciągająca i interesująca, a tak mam wrażenie, że autorka zwyczajnie przedobrzyła.

    Wszystko to, co mi się w „Bilbordzie” nie podobało, nie zmienia jednak faktu, że powieść tę czyta się bardzo szybko i dobrze. Fani konkretnego tempa akcji oraz dużej liczby ofiar i urozmaiconych relacji z miejsca zbrodni będą usatysfakcjonowani.

Ocena: 3/6




[1] J. D. Bujak, Bilbord, Prószyński i S-ka, Warszawa 2012,  s. 145-146.

sobota, 11 maja 2013

"Kobieta" Jack Ketchum, Lucky McKee + ogłoszenie

"The Woman" Jack Ketchum, Lucky McKee


tłumaczenie: Mateusz Kopacz
wydawnictwo: Replika
data wydania: grudzień 2012
ISBN: 978-83-76741-00-0
liczba stron: 220




Gdy groza wzbudza obrzydzenie…


   Nie wiem, jak wy, ale ja nie mam specjalnie dobrych doświadczeń, jeśli chodzi o lekturę książek pisanych przez duety. W najlepszym razie kończą u mnie z oceną dobrą. Wyjątkiem (chyba potwierdzającym regułę) jest „Talizman”, napisany przez Stephena Kinga wraz z Peterem Straubem, który urzekł mnie swoim klimatem, ale… to w końcu King miał swój udział w tworzeniu tej powieści, więc inaczej być raczej nie mogło. Tym razem dałam się skusić szczególnemu duetowi, który tworzą: pisarz należący do ulubionego przeze mnie kręgu oraz drugi, zupełnie mi nieznany.

   Pierwszy z nich to Jack Ketchum, amerykański twórca literatury grozy, który ma za sobą tak dobrze przyjęte przez czytelników utwory, jak: „Jedyne dziecko” czy „Dziewczyna z sąsiedztwa” (ekranizacja w 2007 roku). Choć autor ten w moim odczuciu raz pisze wyśmienicie, a innym razem nieco gorzej, to i tak z dużą dozą ciekawości oczekiwałam na kolejny tytuł z jego nazwiskiem na okładce.
 


Tuż obok niego pojawiło się nazwisko zdecydowanie mniej znanego producenta, reżysera, scenarzysty i aktora filmowego – Lucky’ego McKee. To właśnie on pracował przy ekranizacji „Straconych” oraz niedawno wydanego u nas „Rudego”. Panowie postanowili połączyć swoje siły oraz talenty i pokusić się o popełnienie powieści grozy, na którą składają się dwie części – „Kobieta” oraz „Reproduktor”. Czy ta współpraca zaowocowała sukcesem i przyniosła prozę godną uwagi? Naturalnie o tym powiem za chwilkę, najpierw co nieco o fabule.
   Jedną z głównych postaci pojawiających się w powieści jest ona, kobieta. Istota dzika, w której dominują pierwotne instynkty. Znalezienie pożywienia oraz przetrwanie to priorytety w każdym dniu jej życia, wypełnionego po brzegi niebezpieczeństwem. Jest też on, Christopher Cleek, szanowany prawnik ze szczęśliwą rodziną w domowym zaciszu. Pewnego feralnego (dla nich obojga tak naprawdę) dnia Christopher zobaczył Kobietę na wpół nagą, kąpiącą się w strumieniu. Już wtedy wiedział… Wiedział, że będzie tylko jego… Schwytał ją i uwięził w piwnicy własnego domu, gdzie – jak wyznał rodzinie (żonie, synowi oraz dwóm córkom) – postanowił ją ucywilizować. Ale czy na pewno o to chodziło?

   Jak się dość szybko okazuje, sprawa ma drugie dno – istota tego specyficznego porwania wiąże się z tym, co najciemniejsze, najbardziej brudne, najgorsze w człowieku. Zdaje się, że światy dwojga bohaterów w pewnym momencie znajdują wspólny rejon – są chwile, w których oboje są tak samo prymitywni, choć Cleek jest dobrze wykształconym człowiekiem. Są sytuacje, w których obojgiem targają podobne zwierzęce instynkty, chociaż w niektórych momentach mężczyzna zdaje się znacząco odbiegać poziomem rozwoju i ucywilizowania od dzikiej kobiety…

   I właśnie to jest w powieści gorszące. Cleek jako człowiek wykształcony i głowa rodziny pozwala, by na całe to perwersyjne szaleństwo patrzyły jego dzieci – Peg, dorastająca i borykająca się z własnymi problemami nastolatka, Brian, dopiero odkrywający własne „ja” i chłonący zachowanie ojca jak gąbka, oraz czteroletnia Darleen, nazywana czule Złotkiem. Sceny, w których dzieci Christophera patrzą na akty pastwienia się (to wyjątkowo łagodne określenie – wierzcie mi) ojca nad Kobietą, zwyczajnie mnie przerosły… Mnie, fankę mocnej literatury, którą trudno czymkolwiek zaskoczyć i zniesmaczyć. W trakcie lektury, im bardziej zapuszczamy się w głąb makabrycznej opowieści, tym bardziej pogłębia się, niestety, nasze obrzydzenie i to jest według mnie największy minus tej pozycji. Literatura może traktować o wszystkim, poruszać najbardziej drażliwe tematy, ale każdy czytelnik ma swój smak, pewne granice wrażliwości, poza które nie chciałby wykraczać…
   




W powieści tandemu Ketchum – McKee przeszkadzał mi ponadto wulgarny język. Niby to nic nowego u Ketchuma, prawie norma, ale w powiązaniu z bardzo młodymi bohaterami, występującymi w utworze, mocno mnie irytował i przeszkadzał w odbiorze lektury.
   Aby jednak nie było tak, że ja – fanka Ketchuma – nie dostrzegłam żadnych pozytywów w opowieści sygnowanej także jego nazwiskiem, powiem, że sam pomysł połączenia dwóch światów: dzikiego, pierwotnego, ze zwierzęcymi cechami (reprezentowanego przez kobietę) oraz tego, który my znamy na co dzień (cywilizowanego) jest bardzo udany. Także sceny spod znaku drastycznego horroru, z – przykładowo – szczegółowo opisanymi aktami kanibalizmu, są do bólu wyraziste i dobrze pełnią swoją funkcję, czyli wzbudzają niesmak, obrzydzenie i strach.

   Tym razem nikomu swojej ostatnio przeczytanej lektury nie polecę, powiem tylko, że biorąc ją do ręki, robicie to na własną odpowiedzialność. To wy sami zadecydujcie, czy chcecie poznawać tak brutalną i perwersyjną historię. To nie jest książka dla każdego. To książka dla „starych wyjadaczy”, koneserów literatury grozy!


Ocena: 3/6




**************************************************

Kochani, jedna z naszych koleżanek-blogerek rusza właśnie z nowym projektem (podziwiam ją za zapał!:)). Utworzyła nowy blog, na którym będzie... pisać w języku angielskim. Co będzie można na nim znaleźć?



Chciałabym, aby znalazły się tam nie tylko recenzje książek, ale też teksty dotyczące literatury, jak relacje ze spotkań autorskich (jeśli ktoś w takich uczestniczy), wywiady z pisarzami (jeśli ktoś takowe przeprowadza) i tym podobne rzeczy. W związku z tym chciałabym zachęcić Was do wzięcia udziału w tym projekcie-wyzwaniu. Tak więc jeśli znacie język angielski dość biegle w piśmie, posiadacie konto na Blogspocie (jeżeli nie, to zawsze możecie założyć), piszecie na swoich blogach (albo gdzieś indziej) o literaturze, to zapraszam Was do udziału w tej akcji. Wystarczy, że prześlecie do mnie maila (aga510@op.pl), a ja natychmiast uczynię Was współautorem bloga.