Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróżnicze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróżnicze. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Australia - Barbara Dmochowska




wydawnictwo: Wydawnictwo Bernardinum
data wydania: 2014
ISBN: 9788378232728
liczba stron: 248


Wojciech Cejrowski, uznany podróżnik słynący m.in. z gawędziarskiego stylu opowiadania o swoich przygodach twierdzi, że każdy z nas może zobaczyć na własne oczy wszystko to, co widział on sam. Wystarczy tylko ruszyć swoje zacne cztery litery z kanapy i zacząć działać. „Żeby to było takie proste!” – myślałam po każdej przeczytanej lekturze jego autorstwa. Jednak okazuje się, że są na tym świecie ludzie, którzy w sposób mniej lub bardziej świadomy stosują się do jego rady. To znaczy, budzą się pewnego dnia i decydują: dziś wyruszamy w drogę! Podobnie postąpiła autorka książki Australia, Barbara Dmochowska, wraz ze swoim towarzyszem podróży.

Pewnego razu postanowili wprowadzić w życie swoje marzenia – wybrać się w bardzo daleką podróż i zwiedzić Australię. I pewnie nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego i wartego wydania książki, gdyby nie fakt, że za środek lokomocji robił im siedemnastoletni staruszek na czterech kołach – ledwie zipiące Subaru. Swą eskapadę rozpoczęli w Sydney, gdzie przywitał ich osławiony, piękny budynek opery oraz… charakterystyczny zwrot wiecznie wyluzowanych mieszkańców Australii, który będzie im towarzyszył już do samego końca podróży – „no worries”. Między jednym a drugim postojem cieszyli oczy pięknymi okazami, które my – zwykli śmiertelnicy – oglądać możemy tylko na zdjęciach lub w programach przyrodniczych: ptakami, koalami, wombatami, pingwinami i wieloma innymi stworzeniami. Kolejnym osławionym miejscem, do którego zawitali, było drugie co do wielkości miasto Australii – Melbourne. W Tasmanii nie mogło obyć się bez spotkania diabła tasmańskiego i wielu gatunków kangurów (sama nie wiedziałam, że jest ich tak dużo). Potem zahaczyli o Alice Springs, by ostatecznie wojaże zakończyć w Darwin.

Przygód większych i mniejszych mieli wiele, w tym jedną krwawą, co widać nawet na okładce książki. Adrenalina, zachwyt, strach, wycieńczenie upałem i ogrom szczęścia – tego dwojgu podróżników nie zabrakło ani przez chwilę podczas tej długiej wycieczki. Przy takiej relacji nie mogło, rzecz jasna, zabraknąć także zdjęć i jest ich w książce całkiem sporo – najwięcej z krajobrazami, ale nie brakuje też fotografii zwierząt, w tym pięknych i kolorowych ptaków. Co nie znaczy, że jestem fotorelacją w pełni usatysfakcjonowana, bowiem były miejsca tak wyjątkowe, które ta para odwiedziła, że aż prosiły się o uwiecznienie, a w książce się ich nie uświadczy, np. farma motyli (nie ma z niej ani jednego zdjęcia!) czy Wielkiej Rafy Koralowej (całe dwie fotografie).

Sama opowieść o podróży jest poprawna technicznie. Znajdą się w niej ciekawostki, kilka legend rodem z odwiedzanych miejsc czy delikatne rysy historyczne, ale całość podana jest w dość suchy sposób, bez werwy i animuszu. Nie wyczułam u autorki tego zachwytu, który najpewniej towarzyszył jej w czasie eskapady. Oczywiście nie wymagam tu, by każdy podróżnik charakteryzował się tak mistrzowskim gawędziarstwem, którym dysponuje sam Cejrowski, ale jednak w tym przypadku przydałoby się więcej życia. Z tego powodu książka najpewniej nie zagości w mojej pamięci na długo.

To nie zmienia faktu, że fani książek podróżniczych tę pozycję w swojej biblioteczce mieć powinni, zwłaszcza ci kolekcjonujący serię „Poznaj Świat”. Wydawnictwo Bernardinum jak zwykle nie zawodzi w kwestii jakości wydania. Styl i klasa sama w sobie.

Ocena: 3/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Bernardinum.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.


czwartek, 30 października 2014

Rio Anaconda - Wojciech Cejrowski





wydawnictwo: Zysk i S-ka
data wydania: 8 września 2014
ISBN: 9788377855676
liczba stron: 440


Uwielbiam programy podróżnicze Wojciecha Cejrowskiego i uwielbiam jego książki o tej samej tematyce, ale wierzcie mi – nie lubię o nich pisać. Nie dlatego, że książki tegoż pana są marne. Wręcz przeciwnie – są tak piekielnie dobre, że po pierwsze, nigdy nie wiadomo, od czego zacząć relację z wrażeń po lekturze, a po drugie, w ogóle nie wiadomo, co napisać. Bo chciałoby się zacytować całość i zwieńczyć to słowami: „bierzcie i czytajcie to czym prędzej wszyscy”.

Książki Cejrowskiego zasługują na uznanie, a przynajmniej każda z tych, które dane mi było czytać. Podobnie jest z ostatnią, którą miałam w ręce, tj. Rio Anaconda, a która zabrała mnie w dalekie zakątki dżungli amazońskiej, by pokazać mi skrawek codzienności jednego z ostatnich żyjących plemion indiańskich. Zakładając oczywiście, że nasza wszędzie wpychająca się na siłę cywilizacja nie sprawiła, że plemię Carapana – bo o nim mowa – już przestało istnieć (wszak od pierwszego wydania książki już minęło trochę czasu). Nim jednak wraz z autorem tam dotrzemy, czeka nas długa droga i kilka przystanków. Pierwszym z nich jest Los Llanos, rozdarte pod względem własności między Wenezuelą a Kolumbią. I choć to jeszcze nie dżungla, to emocji nie brakuje: mamy tu podszyte łapówkarstwem pertraktacje z urzędnikami, lot rozlatującym się samolotem na trumnie z zawartością… A także owady, kajmany i wszędobylski skwar.

Kolejnym przystankiem jest kolumbijskie miasteczko (w którym błoto obecne jest wszędzie) – Mitú. W Mitú lepiej za dużo o nikim nie wiedzieć – dla własnego bezpieczeństwa. Lepiej też nie przywiązywać się zbyt mocno do nikogo, bo niektórzy giną w niewyjaśnionych okolicznościach i nigdy się nie odnajdują (zapewne też dlatego, że nikt ich nie szuka). Ty, jako obcy, nie możesz zbyt wiele wiedzieć o mieszkańcach tego miejsca, ale wiedz, że oni wiedzą o Tobie wszystko.

W Mitú wsiądziemy na łódź i będziemy płynąć bardzo, bardzo długo otuleni bardzo, bardzo gęstą mgłą. Na tyle gęstą, by nie widzieć tego, kto łodzią kieruje. Na tyle namacalną i przerażającą, by byle szmer dobiegający zewsząd był w stanie przyprawić o atak serca. Na szczęście autor odważny jest. Zresztą musi, bo prawdziwe niebezpieczeństwa i chwile grozy dopiero przed nim. I przed Tobą, drogi Czytelniku.

Dopiero gdy na końcu rejsu dotrzemy do wioski, a w niej uda nam się znaleźć kogoś, kto zechce nas przeprowadzić przez dżunglę i wskazać drogę do miejsca, w którym przebywa jedno z ostatnich dzikich plemion Carapana, wtedy tak naprawdę zaczniemy się bać. Wtedy boją się wszyscy. Nawet miejscowi przewodnicy, którzy w pewnym momencie biorą nogi za pas i zostawiają biednego pana Wojciecha na pastwę dzikiej natury w puszczy amazońskiej. Wyobrażacie sobie? Sami, samiuteńcy na ogromnej połaci dzikiej przyrody, gdzie nic nie jest znane, gdzie nic nie jest pewne, gdzie niemal wszystko może przynieść śmierć…

A to nadal nie jest ten moment, w którym autor i my wszyscy zaznamy strachu absolutnego. To, co najgorsze, dopiero nadejdzie, kiedy spotkamy się oko w oko z Szamanem. Celowo piszę „Szaman” z wielkiej litery, bo to prawdziwy Szaman (nie oszust i szarlatan, który tylko udaje, że coś wie i potrafi, a których nie brakuje w amazońskich wioskach) – taki który posiada Moc, który zagląda do czyjejś głowy i czyta myśli, taki który leczy bez środków farmaceutycznych, taki który potrafi znikać… Włos na głowie jeży się od tego, co autor serwuje pod koniec Rio Anacondy… A jeżeli jeży się Czytelnikowi, to co przeżywał sam podróżnik?

Nie do pomyślenia… Do przeczytania! Gruntownego! Od deski do deski! A najlepiej dwa razy pod rząd. By poznać ten zanikający już kawałek świata, w którym cywilizacja jeszcze na dobre nie rozpanoszyła się, choć na Dzikich Ziemiach już stawia swoją obutą stopę. By poznać zwyczaje, kulturę i mentalność tych ludzi. By zobaczyć, jak żyją, co jedzą, czego pragną. Wreszcie, by zastanowić się nieco nad własnym życiem, tym czego pragniemy i do czego dążymy. Wierzcie mi, Rio Anaconda daje do myślenia mocniej niż niejedna obyczajówka czy poradnik z cyklu: „Co jest najważniejsze w życiu?” Rio Anaconda – to książka idealna pod każdym względem.

Ocena: 6/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuje wydawnictwu Zysk i S-ka.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.

piątek, 25 lipca 2014

Wyspa na prerii - Wojciech Cejrowski





wydawnictwo: Zysk i S-ka
data wydania: 11 lipca 2014
ISBN: 9788377855256
liczba stron: 304


Morza szum, ptaków śpiew… Drinki z parasolkami, plaże z prażącym piaskiem… Nie, nie chodzi o wakacje pod palmami ani moje, ani autora książki, która ostatnio umilała mi czas i zabrała w daleką podróż – on na takie się nie pisze. Zamiast tego lubi wyzwania, przygody, zakątki niecodzienne albo surowe, często nieprzyjazne człowiekowi. Dlatego nie zdziwiło mnie, że miejsce, które stało się dla niego drugim (albo może lepiej – kolejnym) domem, znajduje się na prerii, gdzie hula wiatr, piach i pył wdzierają się w każde zakamarki, a ludzie mówią możliwie szybko i krótko, by niepożądane drobinki nie wdarły się do ich ust przy mocniejszym podmuchu. Tam, gdzie otoczenie najczęściej przybiera kolory szarości, czerwieni i wszędobylskiej rdzy.

Rzecz dzieje się współcześnie, w Arizonie, tuż przy granicy z Meksykiem. Dziki Zachód dawno przestał być dziki, ale mieszkańcy prerii wciąż o tym zapominają. Preria jest trochę dzika, trochę niepiśmienna. Nie jest zacofana! Po prostu poszła w inną stronę niż nasza cywilizacja. Posłuchajcie…[1]

Oj, jest o czym słuchać, gdy historie wychodzą z ust (tu: spod pióra) Wojciecha Cejrowskiego. Chyba każdy, kto choć raz obejrzał któryś z odcinków jego programów podróżniczych w telewizji lub przeczytał choć jedną z jego książek o tej samej tematyce, wie, że jest to niekwestionowany mistrz gawędziarstwa. Gawędziarstwa z polotem, podszytego humorem, nieraz ironią, z ogromną dawką wiedzy i inteligencji. Tego wszystkiego nie mogło zabraknąć również w najnowszej jego pozycji pt. Wyspa na prerii.

Jak to się stało, że tym razem autor wylądował w Arizonie? – zapytacie. A tego Wam nie zdradzę. W ogóle postanowiłam tym razem zdradzić jak najmniej z treści książki, bo i po co, skoro Wojciech Cejrowski zrobi to ode mnie po stokroć lepiej? Powiem Wam jedynie, że to książka pisana stylem jakże typowym dla tego znanego i cenionego podróżnika. Nie jest to żaden przewodnik ze zbiorem miejsc, które należy koniecznie zobaczyć, będąc w Arizonie. Książka opowiada raczej o tym, jak wygląda życie codzienne w tym dość surowym dla gringo miejscu, w którym każdy dzień przynosi niespodzianki i gdzie nikt nie uprzedzi nas o tym, co może nas tu spotkać, nikt nam nic nie doradzi – dla mieszkańców Arizony wszystko jest normą, z którą są tak oswojeni, że ciężko im choćby pomyśleć o tym, że ktoś może czegoś nie wiedzieć. Postanowiłeś wreszcie wysprzątać porządnie swój drewniany i trzeszczący domek na prerii za pomocą wiadra z wodą i szmaty? Błąd! Wszystko będziesz miał oblepione czerwonym pyłem – tu sprząta się wiatrem. Postanowiłeś zrobić pranie i wywiesić je na zewnątrz do wyschnięcia? Błąd, każdy Twój ciuch będzie w czerwonym pyle. Postanowiłeś wpaść z niezapowiedzianą wizytą do sąsiadów? Błąd, całkiem możliwe, że ten, zgodnie z prawem, odstrzeli ci rękę lub nogę (jeśli od razu nie zabije cię na miejscu), gdy tylko postawisz stopę na jego posesji.

Zapytacie może, co taki obieżyświat jak Cejrowski robi w miejscu, gdzie najbardziej pożądaną czynnością jest nicnierobienie? Dokładnie, nie robi nic, a jak już coś robi, to tylko wtedy, gdy musi: kiedy wysiądzie pompa od wody, kiedy silny wiatr zerwie dach z domu, kiedy trzeba jechać po świeży zapas margarity i limonek, kiedy kończy się pakowany lód, kiedy kornik w końcu zeżre nogi od krzesła, na którym autor siedzi co dzień na porczu (Cejrowski tym spolszczonym słowem określa porch, czyli konstrukcję, która jest jednocześnie i gankiem, i przyzbą tak charakterystyczną dla tamtych rejonów świata i którą często oglądamy w filmach). Na prerii nigdy nic się nie robi bez konieczności, bo na robienie czegoś w sposób spontaniczny jest zwyczajnie za gorąco.

A czy taki gringo jak Cejrowski w ogóle ma szansę dogadać się z miejscowymi? Czy może się z nimi zaprzyjaźnić? Może, ale jest to proces długotrwały i wymaga (chyba jak wszędzie) zaznajomienia się z obowiązującymi w stadzie zasadami (w Arizonie ludzie w istocie żyją niczym zwierzęta w stadach). Ty musisz ich dobrze poznać i robić to tak, by nikogo nie urazić i nie być wścibski – tak jak robią to oni. Mieszkańcy Arizony zdają się mieć nadprzyrodzone zdolności, bo mimo że nie przebywają fizycznie obok ciebie, to wszystko o tobie wiedzą. Wiedzą, że pompa ci wysiadła, że pranie porwał ci wiatr i zostawił na krzakach, że w wyjątkowo wrażliwe miejsce się poparzyłeś… Wiedzą wszystko, zaś o sobie powiedzą ci tyle, ile sami będą chcieli i w odpowiednim według nich momencie. Jak już ten dzień nadejdzie, to przekonasz się, ile jest barwnych życiorysów wokół. Jest facet, który zbiera od ludzi nagromadzone nerwy oraz stres i raz na jakiś czas wybucha, robiąc przy tym niemałą rewolucję (np. przeganiając na cztery wiatry natrętnych urzędników), jest żona listonosza, która miała bardzo, ale to bardzo bujną przeszłość, a teraz jest bardzo, ale to bardzo bogobojną matką pięciu synów[2]. Są też inne odważne kobiety, które po odbyciu służby wojskowej wróciły z mniejszymi lub większymi uszczerbkami na zdrowiu – jedna bez nogi, druga bez oka, ale z opaską w miejscu opustoszałego oczodołu i kolejna bez oka, ale za to z solidnym zapasem sztucznych gałek, które dobiera do stroju czy okoliczności (przy tym nie ma problemów z wymianą protezy przy rozmówcy w barze…).

I choć pewnie teraz wydaje się Wam, że całkiem sporo zdradziłam z tego, co serwuje lektura, to wierzcie mi, że jest to ledwie maleńki pierwiastek z tego, co opowie Wam Cejrowski. Czy muszę Was szczególnie zachęcać do poznania tej książki? Wydaje mi się, że nie. Czy muszę utwierdzać Was w przekonaniu, że jest wyśmienita i żal się z nią rozstawać? Też myślę, że nie, bo kto kojarzy autora, na pewno nie ma żadnych wątpliwości w tym względzie. Skuszę się jednak na pochwałę w kierunku wydawnictwa, które postarało się, by wydanie Wyspy na prerii było piękne i wysokiej jakości. Twarda oprawa, szycie, kredowy papier, wysokiej jakości zdjęcia… Małe wielkie cudeńko, które każdy nałogowy zbieracz książek musi mieć w swojej kolekcji.

Ktoś jeszcze ma wątpliwości, czy skusić się na tę książkę? Mam nadzieję, że nie, ale jeśli znajdzie się jeszcze taki rodzynek, to niech je czym prędzej porzuci. Wyspa na prerii urzeka, przywiązuje do siebie, uzależnia, a na koniec zostawia z dwoma skrajnie różnymi odczuciami. Po pierwsze, z radością, że tak wspaniałą podróż odbyliśmy, a po drugie ze smutkiem, że trwała tak krótko…

Ocena najwyższa z możliwych: 6/6





[1] W. Cejrowski, Wyspa na prerii, Zysk i S-ka, Poznań 2014, s. 7.
[2] Tamże, s. 99.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.

wtorek, 11 lutego 2014

Chiny od góry do dołu - Marek Pindral





seria/cykl wydawniczy: Poznaj świat
wydawnictwo: Bernardinum
data wydania: 10 października 2013
ISBN: 9788378232346
liczba stron: 392

Marek Pindral to Pomorzanin z pochodzenia, który zawodowo zajmuje się nauczaniem języka angielskiego. Jak wiadomo, nie samą pracą człowiek żyje, dlatego warto mieć jakieś zainteresowania, hobby i pasje. Dla Pana Marka są to podróże. W zeszłym roku na naszym rynku nakładem wydawnictwa Bernardinum ukazała się relacja z jednej z nich: podróży nie byle jakiej, bo do kraju, którego liczba ludności przekracza już 1,35 miliarda – do Chin.

źródło: "Chiny od góry do dołu" M. Pindral
Chiny od góry do dołu, bo o tej książce mowa, to swoisty zbiór wspomnień z tej niezwykłej przygody. Śmiało można nazwać dwuletni pobyt autora w Państwie Środka właśnie „przygodą”, mimo że pojechał tam w celach zawodowych (by uczyć tamtejszych studentów języka angielskiego). Bo jak inaczej określić pobyt w miejscu o tak specyficznej, orientalnej kulturze? Całej sytuacji dodaje pikanterii fakt, że komunizm trzyma się tam władzy bardzo mocno, a pojawienie się białego człowieka zawsze wzbudza mniejszą lub większą sensację.

Wszystko to razem wzięte to istna mieszanka wybuchowa, krótko mówiąc. Wybierając się do Chin, oprócz chęci poznania orientalnego kawałka świata i żądzy nowych doznań, trzeba przede wszystkim wyposażyć się w solidne zapasy cierpliwości i otwartości, dlatego autor bardzo szybko obiera sobie mantrę pomocną w oswajaniu się z nową rzeczywistością:

Bądź otwarty, bądź otwarty, bądź otwarty.

Powtarza sobie te słowa naprawdę często i to jeszcze zanim opuszcza nasz kraj, ponieważ aby móc przekroczyć granicę Chin, trzeba dostatecznie dobrze udowodnić tamtejszym władzom, że jest się zdrowym na ciele i umyśle. Wystarczy jedynie dostarczyć zaświadczenie o tym, że nie choruje się na tyfus, polio, błonicę, szkarlatynę, trąd, psychozę maniakalną, paranoidalną, syfilis, HIV… i całą masę innych chorób.

Na szczęście to mały pikuś dla autora i już niebawem przemierzy kawał drogi samolotem, by za chwilę wsiąść na pokład promu, który odkryje przed nim uroki jednej z najdłuższych rzek świata – Jangcy. Co prawda w dużej mierze będą to spokojnie dryfujące sobie kubki po zupkach chińskich oraz inne śmieci, ale… Lada chwila dopłynie do celu swego rejsu, czyli Chengdu, gdzie rozpocznie karierę wykładowcy na jednej z chińskich uczelni.

źródło: "Chiny od góry do dołu" M. Pindral
By pokazać się od jak najlepszej strony i zrobić wyśmienite pierwsze wrażenie, autor postanawia zjawić się na uczelni wcześniej i przywitać się z każdym studentem z osobna przy drzwiach sali wykładowej. Jak wielkie było jego zdziwienie, kiedy po dotarciu na miejsce okazało się, że studenci już siedzą w środku i przerabiają materiał, który miał być tematem zajęć, wie już tylko sam Pan Marek. A to dopiero początek wielu niespodzianek, niesamowitych opowieści i ciekawostek z życia oraz kultury Chińczyków.

Jak ten kraj wypada w oczach białego, amatora w dziedzinie znajomości Państwa Środka i w dodatku Polaka? Bardzo barwnie i bardzo kontrastowo. Z jednej strony Chińczycy to naród szalenie pracowity i sumienny, ale z drugiej bardzo podporządkowany komunistycznej władzy i sprawiający wrażenie, jakoby nie miał własnego zdania na żaden temat. Na każdym kroku podkreśla się korzyści wynikające z panowania Komunistycznej Partii Chin, mówi się jak władza dba o rodaków i jak Chiny prą naprzód pod jej przewodem. Propagandowa papka serwowana jest Chińczykom niemal na każdym kroku od wielu lat, dlatego chyba nie ma się co dziwić, że niektórzy naprawdę wierzą w to, co słyszą.

Inni jednak, w rozmowach face to face, otwierają się i mówią o tym, co im się nie podoba w ich kraju, wskazują na wszechobecną biedę czy brak równego dostępu do służby zdrowia: ta dostępna jest tylko dla bogaczy, a ci, których na nią nie stać, zwyczajnie umierają.

źródło: "Chiny od góry do dołu" M. Pindral
Choć liczba ludności to największa potęga Chin, nikt się ze zwykłymi, szarymi ludźmi nie liczy. Po jednym z większych trzęsień ziemi autor ogląda zniszczenia na rozległym terenie: po domach zwykłych mieszkańców nie ostał się kamień na kamieniu, podczas gdy budynki rządowe stoją prawie niedraśnięte. Oczywiście, po kataklizmie rząd wspomaga poszkodowanych, ale cóż z tego, skoro pieniądze, które do nich trafiają, często okazują się fałszywe…

Jednak, by nie pozostawiać Was z wrażeniem, że autor opowiada tylko o ciemnej stronie Chin, dodam, że mieszkańcy tej części świata ukazywani są przez Pindrala jako niezwykle sympatyczni, ciepli i dobrzy ludzie. Mimo warunków, w jakich żyją i mocno trzymającej ich w ryzach komunistycznej władzy, to bardzo barwni i radośni ludzie. Ich kultura oraz styl życia intrygują świat od dawna i chyba już zawsze będą to robić.

Przydałby się tylko ktoś, kto pokazałby im, że mają wpływ na własne życie, że mogą wiele zmienić (choć nie wszystko i nie każdy) wbrew słowom, które autor tak często od nich słyszał:

Mark, a co my możemy poradzić? Musimy się dostosować.

Choć książka Pindrala (który wyjeżdżając do Chin, wiedział o nich tyle, co każdy przeciętny Polak) w żadnym wypadku nie jest typowym przewodnikiem turystycznym, czy schematyczną pozycją podróżniczą, choć pisana jest bardzo lekkim stylem, w formie wspomnień, to naprawdę świetnie przybliżyła mi ten piękny kraj. Wiele wątpliwości rozwiała, a niektóre potwierdziła (niestety głównie te o zabarwieniu pejoratywnym), jednak przede wszystkim ukazała piękno chińskiej kultury oraz urok dusz tych, którzy ją tworzą.

Książkę polecam przede wszystkim tym, którzy po literaturę podróżniczą sięgają rzadko, a chcieliby dowiedzieć się co nieco o Chinach w sposób przystępny, lekki i niewymagający.

Ocena: 5/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Bernardinum oraz APG Studio.


piątek, 25 października 2013

"Zabawka Boga" Tadeusz Biedzki


Jak w każdy piątek zapraszam wszystkich na Dyskusyje. Dziś jest tam mój dzień i mówimy o tym, czy Stephen King wypada lepiej na ekranie, czy też na kartach swoich powieści - KLIK. :)


**************************************************


wydawnictwo: Bernardinum
data wydania: 10 października 2013
ISBN: 9788378232506
liczba stron: 328


Czasem po prostu czuje się wewnętrzny przymus i musi się to zrobić! Bo nie można spokojnie pracować ani spać, a czytanie książek z ulubionego gatunku nie daje takiej przyjemności, jak dotąd… W takim momencie nie ma innego wyjścia… Po prostu trzeba przeczytać coś, co swoją tematyką i klimatem skrajnie odbiega od naszych dotychczasowych upodobań.

zdjęcie pochodzi z książki
Podjęłam to ryzyko w ostatnich dniach i sięgnęłam po książkę, która normalnie nie powinna mnie zainteresować nawet przez ułamek sekundy. A jednak jej się to udało! I nie poświęciłam jej krótkiej chwili, ale całkiem pokaźny kawałek czasu, bo… była (i jest) naprawdę dobrze napisana.

Do rzeczy jednak! Nazwisko Tadeusza Biedzkiego nie było mi dobrze znane. Kiedyś się co prawda o uszy obiło i – co pewniejsze – wpadło w oko podczas obserwowania internetowych dyskusji o książkach, ale o tym autorze niewiele mogłabym powiedzieć. A okazuje się, że to doświadczony pisarz. Swego czasu współpracował z „Polityką” oraz „Przeglądem Tygodniowym”, potem przyszedł czas na „Trybunę Śląską”. Ponadto jest wytrawnym biznesmenem i… podróżnikiem. To z zamiłowania do podróży właśnie narodziła się książka „Sen pod baobabem” oraz ta, o której dziś wam opowiem, mianowicie „Zabawka Boga”.

zdjęcie pochodzi z książki
Pewnego dnia Autor dostaje list. Niby nic nadzwyczajnego, prawda? A jednak okazuje się, że jest to wiadomość od dawnego przyjaciela, który został zakonnikiem i zamieszkał w Etiopii. Andrzej (wspomniany przyjaciel Autora) przekazuje mu informację o istnieniu pewnej niezwykłej pamiątki sprzed… dwóch tysięcy lat! I nie jest to byle jaki przedmiot… Odnalezienie go może naprawdę dużo namieszać w głowach naukowców, historyków, jak i chrześcijan. Zakonnik sugeruje w liście do Autora, że chciałby, aby to właśnie on zajął się poszukiwaniami niesamowitej pamiątki, ale daje mu możliwość samodzielnego podjęcia decyzji, czy zaangażuje się w całe przedsięwzięcie. Jednak kto nie podjąłby ryzyka, aby choć spróbować dotrzeć do takiego znaleziska i móc popatrzeć na coś, co ma ponad dwa tysiące lat i należało do…? Ale tego już wam nie zdradzę, sami dowiedzcie się, do kogo.

Autor wraz z żoną podejmuje się wyzwania i wyrusza w długą podróż szlakiem wytyczanym przez wskazówki przyjaciela, ale żeby sprawa nie była nazbyt prosta, wskazówki te są zaszyfrowane w wierszu napisanym po łacinie. Z niemałą pomocą pewnego księdza udaje się w końcu przetłumaczyć tekst. Wynika z niego, że by odkryć tę intrygującą tajemnicę, muszą przebyć drogę z Jerozolimy aż do Efezu. Choć ta długa podróż w końcu staje się faktem, to nie będzie ona prosta, łatwa i zawsze przyjemna, w dodatku zostanie niesmacznie okraszona licznymi niepowodzeniami.

Gdy już mi się wydawało w trakcie lektury, że znam dalszy przebieg zdarzeń, Autor zrobił mnie w przysłowiowego konia, bo niespostrzeżenie cofnął się w czasie do 36 r.n.e! Potem zabrał mnie do roku 1186 i ówczesnej Jerozolimy, potem do Damaszku, Rohy i Prowansji. Cała historia kończy się znów w naszych czasach.

zdjęcie pochodzi z książki
Przedstawiona w „Zabawce Boga” podróż w czasie i przestrzeni jest naprawdę fascynująca i odsłania przed czytelnikiem nieznane miejsca oraz zagadnienia, o których wcześniej nie słyszał (tak przynajmniej było w moim przypadku). By nie być gołosłownym, Autor dzieli się z czytelnikiem wieloma fascynującymi, ukazującymi piękno odwiedzanych miejsc, fotografiami. Nie da się też narzekać na tempo akcji, bowiem cały czas coś się dzieje. Reasumując, mamy tu interesującą historię, która jest połączeniem fikcji z tym, co wydarzyło się naprawdę (zakładając, że po książkę sięgnie osoba wierząca, która tak to właśnie odbierze), a wszystko to umieszczone jest na podróżniczym tle.
Kto lubi takie zestawienia, chyba nie powinien dłużej się zastanawiać, czy warto po „Zabawkę Boga” sięgnąć. Warto, a jakże!


Ocena: 5/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Bernardinum.

Recenzja bierze udział w wyzwaniu:

wtorek, 1 października 2013

"Czarne gwiazdy" Ryszard Kapuściński




seria/cykl wydawniczy: Biblioteka Gazety Wyborczej
wydawnictwo: Agora SA
data wydania: wrzesień 2013 
ISBN: 9788326812590
liczba stron: 208


Czasem zaniedbuję niektórych autorów, choć wcale nie chcę tego robić. Co gorsza, zdarza się to w przypadku pisarzy, których bardzo cenię, bo ich twórczość wyjątkowo przypadła mi do gustu. Do czego taki stan rzeczy prowadzi? Do ogromnych i przenikliwych do szpiku kości wyrzutów sumienia… Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by temu przeciwdziałać i przeprosić się z lubianym artystą. Mnie dodatkowo pomogło w tym wydawnictwo Agora.

Wznowiło bowiem tytuł długo (bo od pięćdziesięciu lat!) nieobecny na naszym rynku, mianowicie „Czarne gwiazdy” Ryszarda Kapuścińskiego. Jest to zbiór siedemnastu reportaży z lat 1960–1962, relacjonujących pobyt autora na czarnym lądzie, a konkretnie w Ghanie i Kongo. Kapuściński przybliża nam sylwetkę ówczesnego premiera Ghany, którym był Kwame Nkrumah, a także premiera Konga, Patrice’a Emery Lumumby. Oczywiście pojawiają się w jego relacjach także inne osoby, ale to nie one są tytułowymi „czarnymi gwiazdami”.

W relacjach tych nie brak polityki, opisów ówczesnej sytuacji państw afrykańskich, osobistych przemyśleń autora podawanych w bardzo charakterystycznym dla tego autora stylu. Oto jak pisze o kolonach:

Kolonowie żyją w zamkniętych dzielnicach. Może tam wejść czarny, ale tylko w dzień. Jeżeli biały ma interes, wzywa czarnego do siebie. Czarny musi wtedy stać za furtką, na ulicy. Kolon siedzi w fotelu na werandzie. I tak rozmawiają. Słowa pokonują średni dystans dwudziestu-trzydziestu metrów. Ta odległość jest konieczna ze względów higienicznych: oddechy białego i czarnego nie mogą się mieszać.[1]

W mocny, ale jakże prawdziwy w odniesieniu do tamtych czasów, sposób pisze Kapuściński o problemach rasowych:

Dawniej złościły mnie książki o Afryce: tyle w nich o białym i czarnym. Kolor taki i siaki we wszystkich odmianach. Aż wreszcie pojechałem sam. I wtedy zrozumiałem. Od razu dostaje się swój przydział, swój tor. Od razu ta skóra swędzi. Albo razi, albo wywyższa. Człowiek nie może z niej wyskoczyć, ale przeszkadza mu ona żyć.[2]

Niby mamy rok 2013, a nie 1960, ale jakże prawdziwe są nadal te słowa! Łatwo się o tym przekonać – wystarczy znaleźć się w odpowiednim (albo raczej nieodpowiednim) miejscu i czasie. Szczerze wątpię, by to miało się kiedyś definitywnie skończyć…

Osoby, które pomyślą, że reportaże te mogą być w obecnych czasach wyjątkowo nieaktualne, będą w błędzie. Osoby młode, które obawiają się, że niewiele zrozumieją z tego, co przekazywał kilkadziesiąt lat temu polski „cesarz reportażu”, mogą spokojnie pozbyć się tych obaw, bowiem w posłowiu autorstwa Bogumiła Jewsiewickiego znajdą niezbędne informacje dotyczące historii oraz sytuacji politycznej opisywanych zakątków Afryki, ułatwiające zrozumienie całości.

Osobiście uważam, że Kapuściński ma w swoim dorobku znacznie lepsze pozycje, takie jak „Cesarz” czy „Heban”, ale każdy fan tej ikony polskiego reportażu powinien „Czarne gwiazdy” znać.

Ocena: 4/6



[1] R. Kapuściński, Czarne gwiazdy, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2013, s. 22.
[2] Tamże, s. 148.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Agora.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań:


Do spotkania z Kapuścińskim nakłoniła mnie AnnRK (http://soy-como-el-viento.blogspot.com)

oraz w drugiej odsłonie:



poniedziałek, 16 września 2013

"Tam, gdzie byłam" Elżbieta Dzikowska




wydawnictwo: Bernardinum
data wydania: 2013
ISBN: 9788378231721
liczba stron: 408



Nie ma takiej możliwości, by osoby mocno interesujące się podróżami, literaturą oraz filmami podróżniczymi nie znały nazwiska… Dzikowska. Podejrzewam też, że i tym, dla których podróże – te prawdziwe czy też palcem po mapie – nie są czymś powszednim, nazwisko to również nie jest obce. Nic dziwnego, bo Elżbieta Dzikowska jest jedną z największych pasjonatek Ameryki Łacińskiej (i nie tylko), amatorką sztuki, sinologiem, operatorem filmów i autorką wielu wspaniałych programów dotyczących poznawania świata. To kobieta, która przez wiele lat mojego dzieciństwa była obecna w mym życiu, choć tylko za pośrednictwem ekranu telewizora.

Elżbieta Dzikowska i Tony Halik
zdjęcie pochodzi z książki
By móc myślami cofnąć się w czasie oraz zwiedzić trochę świata za pomocą literatury, sięgnęłam ostatnio po – jak to ładnie ujęto – biografię podróżniczą Elżbiety Dzikowskiej, zatytułowaną „Tam, gdzie byłam”. I właśnie, tam gdzie była ona, byłam i ja, ale po kolei…

Ta słynna podróżniczka urodziła się w roku 1937 w Międzyrzeczu Podlaskim. Dzieciństwo pani Elżbiety niestety nie było usłane różami, bo przypadło na okres wojenny. Choć w jej życiu nie zabrakło rodziców, na całokształt wychowania młodej Elżbiety duży wpływ miała jej babcia (której charakterystycznym atrybutem była rózga). Matka mocno angażowała się w prowadzenie herbaciarni, ojciec – będący łącznikiem AK – został skazany na śmierć w roku 1944. Trudno byłoby więc tu mówić o latach beztroski i zabawy w życiu – wtedy jeszcze – Józefy Elżuni Górskiej; ona sama też tak się na nie zapatrywała, o czym świadczą słowa:

Na pewno nie miałam ciepłego, miłego dzieciństwa. Czasem myślę, że w ogóle go nie miałam, jakbym urodziłam się dorosła i odpowiedzialna, która to cecha pozostała mi do dzisiaj.[1]

Mimo to podróżniczka, wtedy jeszcze uczennica, nie traciła zapału do nauki i literatury. Nie wiem czy wiecie, ale młoda Górska już w wieku dwunastu lat rozpoczęła naukę w liceum (klasę trzecią i czwartą szkoły podstawowej „zrobiła” w jeden rok!). Pomyślicie pewnie, że bramy do wszelkich uczelni wyższych miała dzięki temu szeroko otwarte? Niestety, to wszystko nie było takie proste. Dodatkowo utrudnił wszystko fakt aresztowania Elżbiety przez milicję i osadzenie w lubelskim więzieniu (wtedy miała zaledwie piętnaście lat!) za przynależność do nielegalnej wówczas organizacji (Związek Ewolucjonistów Wolności). Ostatecznie sprawy dotyczące kwestii wykształcenia potoczyły się pomyślnie i niebawem rozpoczęła studia sinologiczne na Uniwersytecie Warszawskim.

A potem? Potem już tylko mały krok dzielił ją od wielu wspaniałych podróży po świecie, wśród których szczególnie upodobała sobie Meksyk. To ten zakątek świata traktowała niemal jak drugi dom, to jemu poświęciła bardzo wiele miejsca w swojej biografii, omawiając w niej szczegółowo panujące w tym regionie obyczaje, religię, pisząc o charakterystycznych potrawach, a głównie o ludziach, w tym o artystach. To dzięki Meksykowi poznała swojego męża, Tony’ego Halika, z którym tworzyła popularny program telewizyjny o charakterze podróżniczym „Pieprz i wanilia”. Program ten był dla wielu widzów swoistego rodzaju furtką (jeśli nie bramą) do wielkiego świata, którego tylko nielicznym było dane zasmakować, dlatego niemal każdorazowo gromadził przed ekranami telewizorów nawet 18 milionów widzów.

Książka Dzikowskiej nie traktuje jedynie o Meksyku i jego mieszkańcach (choć autorka cały czas stara się podążać tropem Majów i co rusz przedstawia nam poszczególne ich plemiona). Dzięki niej zawitamy też na Kostarykę czy Haiti.

Dziewczyna Majów z Jukatanu
zdjęcie pochodzi z książki
Gdziekolwiek byśmy się nie znaleźli dzięki autorce, to i tak zawsze czeka na nas spora dawka solidnej wiedzy na temat odwiedzanego miejsca, mnóstwo anegdot i ciekawostek z podróży czy z prywatnego życia Dzikowskiej i Halika. Nie mogło tu zabraknąć także wielu pięknych fotografii, które są cudowną okrasą tej książki. Wszystko utrzymane jest w specyficznym klimacie, który wciąga i towarzyszy nam przez długi czas, a po zakończonej lekturze pozostawia takie uczucie, jak byśmy wrócili z długiej, wyczerpującej, ale tym samym pasjonującej podróży.

Samo wydawnictwo Bernardinum po raz kolejny mnie nie zawiodło. Znów dostałam solidnie wydaną książkę w twardej oprawie i na kredowym papierze. Całość cudownie się komponuje i sprawia, że chce się do ich publikacji wracać często.

Tony Halik w listach do Dzikowskiej pisał każdorazowo, że ona „cholernie mu się podoba”.
I nic w tym dziwnego, bo pani Dzikowska to „cholernie” fascynująca postać, której biografia została spisana w formie „cholernie” dobrej książki, którą mogę śmiało polecić każdemu.

Ocena: 6/6

* zdjęcia pochodzą z książki




[1] E. Dzikowska, Tam, gdzie byłam, Bernardinum, Pelpin 2013, s. 18.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Bernardinum.


Recenzja bierze udział w wyzwaniu:



poniedziałek, 14 stycznia 2013

"Czarnomorze. Wzdłuż wybrzeża, w poprzek gór" Michał Kruszona





Rok wydania: 2012
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 320
ISBN: 978-83-7785-011-4



W ostatnim czasie na jednym z blogów recenzenckich spotkałam się z opinią, że aby polubić gatunek literacki, wobec którego od zawsze czujemy silny dystans i nie potrafimy się do niego przekonać, należy po prostu trafić na odpowiedni tytuł, który ów gatunek reprezentuje. I okazuje się, że to prawda, bo gdy tylko wpadły mi w ręce książki Billa Brysona, zmieniłam znacząco stosunek do książek podróżniczych. Postanowiłam iść nawet o krok dalej i zmierzyć się z zapisem z podróży jednego z polskich autorów – podróży bardzo niezwykłej i w jeszcze bardziej niezwykły sposób ujętej. O kim mowa?

Jak informuje okładka jego ostatniej książki pt. „Czarnomorze. Wzdłuż wybrzeża, w poprzek gór”:

Michał Kruszona (ur. w 1964 roku w Poznaniu), historyk kultury, muzeolog, okazjonalnie dziennikarz, od lat związany zawodowo z Muzeum Zamek Górków w Szamotułach.
W wydawnictwie Zysk i S-ka ukazały się cztery jego książki: „Rumunia. Podróże w poszukiwaniu diabła”, „Kulturalny atlas ptaków”, „Huculszczyzna. Opowieść kabalistyczna” oraz „Uganda. Jak się masz, muzungu?”.

Opowiada on w swej książce o fascynującej podróży po krajach położonych u wybrzeży Morza Czarnego. Zawitał wraz z towarzyszami do Gruzji, Turcji, Rumunii i Mołdawii.
Jako że moda na zwiedzanie Gruzji poprzez karty książek nie mija, również i ja postanowiłam poznać ten kraj bliżej, zataczając nieco szersze koło i nie sięgając po osławione już tytuły takie jak „Gaumardżos. Opowieści z Gruzji” czy świeżutką pozycję „Georgialiki. Książka pakosińsko-gruzińska”, a decydując się na (jeszcze) mało komu znany tytuł. Nie zgłębiałam przed lekturą zbyt wielu opisów dotyczących tej pozycji Kruszony, by nieopatrznie nie odebrać sobie elementu niespodzianki – zabieg ten udał się wyśmienicie, bowiem tak oto rozpoczyna się ta książka:

Śmierć w języku polskim jest kobietą. W większości pozostałych języków bywa mężczyzną. […] Kobieta życie raczej daruje, niż odbiera. Kobietami są Gruzja, Turcja, Ukraina, Mołdawia, Bułgaria i Rumunia… […] Włochy to przecież Italia. Niemcy są jak Stany Zjednoczone, Związek Radziecki, jak Rzym i Egipt. I choć Argentyna, Uganda, Kenia, ale i Japonia, nie są wcale przyjaźniejsze od Niemiec, Chin i Meksyku, to jednak ja wybieram te pierwsze, stawiając je ponad nieżeńskimi Węgrami czy Niemcami. Jeśli podzielasz ten sposób pojmowania świata, spodoba ci się ta książka[1].

Czego można się spodziewać po takim początku? Na pewno opowieści niebanalnej, nieschematycznej, w której na próżno szukać typowej relacji z podróży. Dominują tu opisy ze spotkań z mieszkańcami odwiedzanych krajów, w które wplatane są opisy danych miejsc, ich aspekty wizualne czy sytuacja ekonomiczna. Nie brak tu rysów historycznych owych krajów, m.in. poznajemy Jana Nowego (średniowiecznego męczennika oraz prawosławnego świętego), greckiego kupca, który został patronem Mołdawii. Przyglądamy się „cichej” sprzedaży alkoholu w Turcji z nadzieją, że Allah wybaczy kupcowi drobną słabość. Z kolei w Gori oglądamy zniszczenia po rosyjskich nalotach z 2008 roku.
Ponadto wiele tu odniesień do literatury – spotkamy się często z nazwiskiem Orhan Pamuk (turecki pisarz i zdobywca Nagrody Nobla w dziedzinie literatury). Nie brak tu bliskich spotkań ze śmiercią, duchami (w sposób mniej lub bardziej dosłowny) i metafizyką, która daje chwilami poczucie zacierania się granic między światem rzeczywistym a nierealnym. Wszystko to okraszone naprawdę pokaźną liczbą fotografii, mocno przyciągających uwagę swoją zróżnicowaną tematyką. Czyżby żadnych wad? – chciałoby się zapytać. A nie. Jakoś dziwnie czuję się, mając do czynienia z książką traktującą o wyprawach, w której nie zamieszczono choćby jednej mapki – pomogłaby ona w usystematyzowaniu sobie poszczególnych etapów podróży.

Jest to mniejsza lub większa wada tej pozycji (w zależności od tego, kto będzie odbiorcą), ale i tak nie odbiera ona książce oryginalności, ciekawego podejścia do relacji z podróży i przede wszystkim – radości z poznawania tych w dużej mierze bardzo przyjaznych Polakom rejonów świata. Polecam zainteresowanym.

Ocena: 5/6



[1] M. Kruszona, Czarnomorze. Wzdłuż wybrzeża, w poprzek gór, Zysk i S-ka, Poznań 2012, s. 7-8.




Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.



Książka przeczytana w ramach wyzwania: "Polacy nie gęsi,czyli czytajmy polską literaturę!"


środa, 2 stycznia 2013

"Zapiski z wielkiego kraju" Bill Bryson




Data wydania: lipiec 2010
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 404
ISBN: 978-83-7506-519-0



Jak wiele zamierzonych (lub nie) zadań można wykonać nie mając czasu? Zapewne zdecydowana część Was odrzekłaby, że w zasadzie niewiele albo nawet i nic. I jestem 
w tym momencie skłonna się z tą częścią zgodzić, jednakże są na tym ziemskim padole jeszcze chlubne wyjątki od tej smutnej reguły. Bowiem jest taki człowiek, któremu tak czasu brakowało (w sposób chroniczny i nieustający), że aż z tego wszystkiego napisał siedemdziesiąt osiem felietonów.


Ten zatrważający incydent przydarzył się na przełomie lat 1996-1998 podróżnikowi posiadającemu literackie zapędy nazwiskiem Bryson, Bill Bryson. Kto czytał którąkolwiek 
z jego książek, ten już wie, ale kto widzi to nazwisko po raz pierwszy, ten dopiero się dowie, że człowiek ten słynie z niezwykle ujmującego poczucia humoru, w którym dominuje autoironia. A po wpleceniu go w mnogość jego podróżniczych przygód, relacji czy wniosków ukazuje się nam twór wysoce szczegółowy (może nawet chwilami drobiazgowy), marudny, czepliwy i przekomiczny. Skąd to wiem? A stąd, że z próbką jego możliwości (całkiem pokaźnych rozmiarów) miałam już do czynienia w „Śniadaniu z kangurami”, gdzie autor opisywał swoje bliskie spotkanie z Australią (link do recenzji). Tak mnie swą relacją ujął, tak w sobie rozkochał, że obiecałam sobie powrót do jego rozweselającej twórczości, co niniejszym czynię.


Jak już wspomniałam, pokusił się on o napisanie niemal osiemdziesięciu felietonów dla magazynu „Mail on Sunday’s Night & Day” o Ameryce. Pisał w nich o wszystkim, co amerykańskie, co kojarzy się z tym krajem, co dla niego charakterystyczne, o wadach i zaletach, a nawet napisał swoją wersję scenariusza ostatniej nocy na Titanicu tuż przed katastrofą.

Rzadko przystępuję do lektury książek podróżniczych lub okołopodróżniczych, ale gdy już to robię, to zawsze z nadzieją, że ich autor choćby w minimalnym stopniu pokusi się o próbę zerwania z utartymi schematami na temat danej narodowości. Nie kryję, że podobne oczekiwania miałam wobec felietonów Brysona. A jaki obowiązuje flagowy stereotyp tyczący się Amerykanów? Mianowicie taki, że to wyjątkowo… głupi naród, niegrzeszący wysokim poziomem ilorazu inteligencji. Czy Bill Bryson spróbował utrzeć nosa tej wszechobecnej teorii?? Ależ oczywiście… że nie. Znaczna ilość tych tekstów zdaje się potwierdzać to uogólnienie na wszelkie możliwe sposoby. A to przez przywołanie różnych wypadków przydarzających się Amerykanom, które przybrały nadzwyczaj głupią formę (przykładowo, atak brutalnych kołder i poduszek czy bezlitosne sufity i panele czyhające na życie Amerykanów), a to przytaczając statystyki dotyczące poziomu wiedzy uczniów szkół średnich (ponoć 42 procent uczniów nie potrafi wymienić żadnego państwa położonego w Azji). Nie zapomina też o dosłownym przytoczeniu słów niektórych bardziej lub mniej sławnych osób (np. Broke Shields czy Mariah Carey). Tu przykład wypowiedzi Miss Alabamy, która zapytana, czy wybrałaby życie wieczne, odpowiedziała:

Nie będę żyła wiecznie, bo nie powinniśmy żyć wiecznie. Bo gdybyśmy mieli żyć wiecznie, to byśmy żyli wiecznie, ale nie możemy żyć wiecznie i dlatego nie będę żyła wiecznie.[1]

Choć cały czas po głowie kołacze się myśl, że przecież większość wniosków autora zdominowana jest przez ironię, to jednak nie sposób nie zauważyć, że jest on bardzo sugestywny. Może oni naprawdę tacy są??

Przy tym wszystkim, na szczęście, Bryson nie stawia siebie na piedestale najmądrzejszych ludzi świata. Nabija się z siebie do oporu. Nie kryje przed czytelnikami ani sobą samym, że jest komputerowym łamagą i daje temu wyraz w swych felietonach kilkukrotnie. Pisze także poradnik użytkownika dla komputerowych łamag, wskazując kilka porad, co zrobić, gdy komputer odmówi posłuszeństwa, dla przykładu:

Problem: Wygląda na to, że moja klawiatura nie ma klawiszy.
Rozwiązanie: Odwróć klawiaturę na drugą stronę, tam, gdzie są klawisze.

Albo

Problem: Moja mysz nie chce pić wody ani biegać po obrotowej drabince.
Rozwiązanie: Spróbuj diety wysokoproteinowej, zadzwoń do pogotowia weterynaryjnego.[2]

Ponadto podróżnik często zaskakuje licznymi ciekawostkami, jednak równie często nie odkrywa – nomen omen – Ameryki, pisząc o tym, że reklamy kłamią. No też mi odkrycie…

Reasumując, felietony Billa Brysona to tak naprawdę odkrywanie przez niego Ameryki na nowo – jest bowiem ona jego ojczyzną, do której powrócił po wielu latach zamieszkiwania w Wielkiej Brytanii. Choć czuje się ze Stanami mentalnie związany, to jednak na nowo musi się ich uczyć, nie żałując sobie przy tym wielu ironicznych uwag czy – jak mówi jego żona – zwyczajnego zrzędzenia.

Jednak to już taki typ człowieka – taki się urodził i inny nie będzie. I mam szczerą nadzieję, że nawet nie będzie próbował już tego nigdy zmieniać, bo inaczej przestanę czytać jego książki. O!

A komu tytuł polecam? Wszystkim tym, którzy chcą się zaznajomić z Ameryką poprzez dobry humor i bardziej z przymrużeniem oka niż zupełnie na serio.

Ocena: 4/6





[1] B. Bryson, Zapiski z wielkiego kraju, Zysk i S-ka, Poznań 2004, 2010, s. 365.
[2] Tamże, s. 310.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.