Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura zagraniczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura zagraniczna. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 maja 2015

Koronkowa robota - Pierre Lemaitre





tłumaczenie: Joanna Polachowska
tytuł oryginału: Travail soigné
wydawnictwo: Muza
data wydania: 20 maja 2015
ISBN: 9788377589960
liczba stron: 416


Kto na co dzień obcuje z literaturą, ten na pewno ma pełną świadomość jej niebywałej mocy. Książki, po które sięgamy, nierzadko wywracają nasz światopogląd do góry nogami, wprowadzają roszady w systemie wartości, działają antystresowo i antydepresyjnie. Są też głęboką studnią, z której całymi wiadrami można czerpać inspiracje – jednak czy zawsze do tego, co pożyteczne i dobre? Czy książki mogą pchnąć do czynów destrukcyjnych?

Camille Verhoeven, charakterystyczny z racji swojego niskiego wzrostu, bohater powieści Pierre’a Lemaitre’a pt. Koronkowa robota, będzie miał okazję się przekonać o tym na własnej skórze. Umożliwi mu to prowadzone przez niego śledztwo w sprawie makabrycznych morderstw dokonywanych przez miłośnika literatury kryminalnej. Zabójca, inspirując się topowymi powieściami z tego kręgu, bestialsko morduje kolejne ofiary i robi to na kształt zbrodni opisanych m.in. w Czarnej Dalii czy American Psycho. Mimo że Camille jest bardzo doświadczonym policjantem i niejedno widział w toku swojej kariery zawodowej, to czyny psychopaty robią na nim ogromne wrażenie, odciskając piętno na życiu prywatnym. Bo kim nie wstrząsnęłyby rozczłonkowane zwłoki przybite do ściany?

Jakby tego było mało, całe śledztwo długo zdaje się stać w martwym punkcie, a życie osobiste komisarza wywraca się do góry nogami. Wkrótce będzie musiał sprawdzić się w nowej, nieznanej mu wcześniej roli, do której nie czuje się zbytnio przygotowany i z którą już teraz nie do końca sobie radzi. Istne tornado zarówno na polu prywatnym, jak i zawodowym skończyć się może katastrofą. Czy tak będzie? Czy ten niewielki wzrostem, ale wielki duchem funkcjonariusz paryskiej policji podoła wyzwaniom?

Zdradzę jedynie, że nie będzie mu w tym wszystkim łatwo. Sprawa miłośnika literatury, który jest jednocześnie mordercą, to bez wątpienia jedna z najtrudniejszych w życiu komisarza Verhoevena, dlatego wcale nie zdziwiło mnie, że Lemaitre opisał ją bardzo skrupulatnie – właściwie żaden moment śledztwa nie został pominięty. Są tu szczegółowe opisy z miejsca zbrodni (uczulam na nie co wrażliwszych czytelników), analiza modus operandi mordercy, charakterystyka ofiar oraz próba odpowiedzenia na pytanie o to, jak daleko zajść może ludzkie okrucieństwo. Nie brakło także bardzo dobrze skonstruowanych postaci (również tych, które grają tu drugie skrzypce).

Zatem: czy jest to powieść wyśmienita w swoim gatunku i czy dorównuje Alex, poprzedniej książce autora, którą miałam okazję czytać? Niestety nie, nie ma tu bowiem dynamicznej akcji i piętrzącego się suspensu, czego poprzedniczce nie brakowało w żadnym momencie. Co gorsza, Lemaitre tym razem udziela czytelnikowi na tyle wyrazistych wskazówek, że bardzo łatwo domyślić się przebiegu pewnych zdarzeń w toku fabuły Koronkowej roboty. Jednak Lemaitre chyba nie byłby sobą, gdyby choć raz nie zafundował czytelnikom wrażeń przyprawiających o mocne uderzenia serca. Moi drodzy, zakończenie tej powieści wgniotło mnie w fotel i nie dlatego, że było dla mnie zaskoczeniem, lecz dlatego, że do końca wierzyłam, iż sprawa zakończy się zgoła inaczej: nie tak, jak to wcześniej było sugerowane. Niewielu pisarzy powieści kryminalnych decyduje się na zwieńczenie, które wybrał ten francuski pisarz – i za to mu chwała.

Mimo że tym razem Pierre Lemaitre nie zafundował mi takich emocji jak przy lekturze Alex, utwierdziłam się w przekonaniu, że jest to człowiek, który robi to, co powinien robić, i któremu wychodzi to wyśmienicie. Według mnie jest to jeden z najlepszych pisarzy literatury kryminalnej, który śmiało może stanąć w szranki z Maximem Chattamem, a ich walka na pióra byłaby (a może już jest?) prawdziwą ucztą dla fanów gatunku.

Wraz z Zygmuntem Miłoszewskim zachęcam: czytajcie Lemaitre!

Ocena: 5/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Muza.

środa, 13 maja 2015

Psy gończe - Jørn Lier Horst





tłumaczenie: Milena Skoczko
tytuł oryginału: Jakthundene
wydawnictwo: Smak Słowa
data wydania: 4 maja 2015
ISBN: 9788364846151
liczba stron: 388


Gdy natrafią na trop tego, czego szukają, nic nie jest w stanie ich powstrzymać. Ni głód, ni zmęczenie, ni czyhające na nich niebezpieczeństwo. Gdy już obiorą właściwą drogę, która wskaże im choćby najmniejszy ślad tego, co odnaleźć muszą, nic nie zatrzyma ich szaleńczego pędu, dopóki nie znajdą wroga i nie wymierzą należącej się mu kary. To policjanci – niczym sfora psów gnająca za czworonożnym nieprzyjacielem i rozszarpująca mu gardło, gdy ten tylko wpadnie w ich łapy, niczym psy gończe, nieodpuszczające, póki nie dopną swego…

Może nie wszyscy policjanci, może nie wszyscy rodem z Polski, ale ci z nowej powieści Jørna Liera Horsta pt. Psy gończe zdecydowanie tak. Szczególnie tyczy się to starego policyjnego wyjadacza, Williama Wistinga, który nigdy nie odpuszcza, nawet gdy sam jest w opałach, które zafundowała mu mroczna sprawa sprzed lat. Skomplikowane tory, którymi biegło tamto śledztwo, sprawiło, że obecnie Wisting jest posądzany o fabrykowanie dowodów. Fakt, to mocny zarzut, który na dobrą sprawę może zakończyć jego karierę w policji, jednak William zrobi wszystko, by do tego nie dopuścić. Pomoże mu w tym jego córka dziennikarka – Line. Jednak życie tych dwojga lubi kłaść im kłody pod nogi, a jakby jeszcze problemów było mało, okolicą wstrząsa wieść o zaginięciu młodej dziewczyny. Szybko okazuje się, że sprawa jest łudząco podobna do tej, z którą Wisting mierzył się przed laty. Czyżby to ten sam sprawca? A może jego naśladowca? Jedyne, co jest pewne, to to, że właśnie rozpoczął się wyścig z czasem, w którym stawką jest życie zaginionej oraz reputacja i kariera policjanta.

Przyznam szczerze, że Horst tym razem zaskoczył mnie drogą, którą wybrał przy tworzeniu swojej nowej powieści. Nie spodziewałam się, że na pierwszy plan wysunie się tu zarówno dochodzenie w sprawie fabrykowania dowodów przez policjanta, jak i on sam jako kluczowa postać powieści. Nie jest nim zaginiona, zaś motyw związany z mordercą wydaje się tu być dodany na doczepkę. I co z takiego zabiegu wyniknęło? Ano tyle, że zabrakło w niej mrocznego, owianego tajemnicą klimatu, a żmudnego śledztwa mamy w nadmiarze.

Przypomnę, że w poprzedniej powieści autora (Jaskiniowiec) element grozy i tajemnicy był wyczuwalny już od samego początku, co też przekonało mnie do jego stylu. Miałam dużą nadzieję, że i tym razem pisarz zdecyduje się na podobny zabieg – na próżno. Choć powieść jest poprawnie zbudowana i od strony technicznej nie można jej niczego zarzucić, to jednak stanowczo za mało, by miała zyskać miano kultowej.

Na plus powieści przemawia skrupulatność autora, dokładność w opisywaniu całego śledztwa, analiza dokumentacji sprawy włącznie z rysem osobowościowym domniemanego sprawcy. Szkoda tylko, że dla wzmocnienia emocji Horst nie zdecydował się na wprowadzenie większej ilości scen z podejrzanym – niewątpliwie dodałoby to Psom gończym dreszczyku emocji, który co prawda w książce występuje, ale tylko sporadycznie.

Zatem: czy definitywnie odradzam wam nową powieść tego norweskiego pisarza? Nie, bo warto też poznać jego styl od nieco innej strony – według mnie tej słabszej, ale nie na tyle, by nie było warto poświęcić mu czasu. Nie spodziewajcie się jednak powtórki z Jaskiniowca, bo to nie ten klimat. Psy gończe to dobre kryminalne czytadło w sam raz na wiosenne wieczory.


Ocena: 4/6


Za możliwość przeczytania książki dziękuje wydawnictwu Smak Słowa.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Chan al-Chalili - Nadżib Mahfuz





tłumaczenie: Jolanta Kozłowska
tytuł oryginału: Chan al-Chalili
wydawnictwo: Smak Słowa
data wydania: 13 kwietnia 2015
ISBN: 9788364846274
liczba stron: 274


Jest całe mnóstwo powodów, które sprawiają, że kocham czytać książki. Jednym z nich jest możliwość odwiedzenia miejsc, których w ciągu życia najpewniej nigdy nie będę miała okazji zobaczyć (choć podobno nigdy nie powinno mówić się „nigdy”). Wymyślona przez pisarza fabuła to istny wehikuł, którym można zmienić miejsce pobytu bez ruszania się z fotela – coś pięknego! I tak tym razem za sprawą egipskiego laureata literackiej Nagrody Nobla Nadżiba Mahfuza i jego książki Chan al-Chalili trafiłam do Afryki i jednej z kairskich dzielnic.

W 1941 roku do Chan al-Chalili (tak właśnie nazywa się wspomniana przeze mnie dzielnica) przybywa wraz z rodziną Ahmed Akif – prawie 40-letni urzędnik, który w trosce o życie swoje oraz najbliższych był zmuszony uciekać przed wojenną zawieruchą. Jako że Chan al-Chalili jest dzielnicą zamieszkałą przez bogobojnych mieszkańców i co rusz można w niej natknąć się na meczet, panuje tu ogólne przeświadczenie, że Niemcy nie będą bombardować tego miejsca z uwagi na jego mocno religijny charakter. I faktycznie, jest tu nieco spokojniej oraz bezpieczniej. Nie znaczy to jednak, że Ahmed wiedzie sielskie życie nienaznaczone troskami. Początkowo ciężko mu oswoić się z nowym terenem, nierzadko bierze w nim górę żal i tęsknota za poprzednim miejscem zamieszkania. Sytuacja zmienia się, gdy Ahmed zakochuje się w pięknej sąsiadce. Czy miłość to gwarancja szczęścia? Szybko przychodzi mu się przekonać, że tak nie jest, zwłaszcza że życie szykuje mu też inne, niekoniecznie pozytywne niespodzianki.

Jak każda powieść tak i ta ma w sobie konkretną historię bohatera, którą przekazuje nam autor – lecz to nie ona jest w tym przypadku najważniejsza. Zazwyczaj to miejsce akcji, jej czas i inne aspekty (np. obyczajowo-społeczne) są tłem dla historii opowiadanych przez pisarzy. Tu w zasadzie jest odwrotnie: fabuła jest jedynie dodatkiem do misternie utkanej całości. Mahfuz to mistrz w dziedzinie drobiazgowego opisu, począwszy od zarysu miejsca akcji (gdzie każda uliczka zostaje dokładnie nakreślona wraz z numerami domów, gwarem na niej panującym czy wyczuwalnym zapachem z pobliskiego straganu), czasu (działania wojenne, choć słabo obecne, w dzielnicy nadal są dobrze wyczuwalne), cech charakteru i wyglądu bohaterów (można ich sobie wyobrazić tak dobrze, jakby stali obok nas) czy kultury. Rzadko spotyka się pisarzy tak szczegółowych i tak wyśmienicie rozeznanych w tle geograficznym, które należy do ich powieści. Nadżib Mahfuz jest według mnie niekwestionowanym autorytetem w tej dziedzinie.

Oprócz niebywałego talentu literackiego autora w książce poruszył mnie także wątek kulturowy – mimo że przedstawia obraz z czasów drugiej wojny światowej, to wydaje się nadal mocno aktualny. Różnice kulturowe chyba zawsze porażały i będą to robić (wszak to naturalna kolej rzeczy), jednak sposób, w jaki przekazuje je pisarz za pośrednictwem swoich bohaterów, wywołuje naprawdę silne wrażenie i dostarcza tematów do przemyśleń. Tylko spójrzcie na ten cytat:

Kobieta z natury jest ciastem, które można uformować, jak się chce. Wiedz, że jest to zwierzę pozbawione rozumu i wiary, więc udoskonalaj je dwoma sposobami: polityką, czyli sposobem, i kijem[1].

Reasumując: czy to lektura godna waszej uwagi? Tak, jak najbardziej, szczególnie dla tych, którzy cenią sobie literackie podróże w dalekie i mocno różniące się kulturowo od naszych rejony. Dla tych, którzy cenią mnogość detali, drobiazgowe opisy i tytuły znacznie ambitniejsze od tych rodem z natłoku literatury rozrywkowej.

Ocena: 5/6



[1] N. Mahfuz, Chan al-Chalili, Smak Słowa, Sopot 2015, s. 54.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Smak Słowa.

środa, 22 kwietnia 2015

Sherlock Holmes t.II - Arthur Conan Doyle





cykl: Sherlock Holmes (tom 4-6)
tłumaczenie: Jerzy Łoziński
tytuł oryginału: The Valley of Fear. The Adventures of Sherlock Holmes. The Memoirs of Sherlock Holmes
wydawnictwo: Zysk i S-ka
data wydania: 20 października 2014
ISBN: 9788377855751
liczba stron: 842


Pewnego wieczoru, gdy już zmierzchało, a słońce postanowiło udać się na swój zasłużony odpoczynek, spokój mego ducha zakłóciło donośne łomotanie w drzwi. A kogóż to niesie o tak późnej porze?, pomyślałam. Nie każąc jednak gościowi zbyt długo czekać, powiedziałam z nutką irytacji w głosie: Proszę wejść. Na widok osoby, która zagościła w mych skromnych progach, zdziwione me usta otwarły się z prawie możliwym do usłyszenia skrzypnięciem. Oto w pokoju stanął dr John H. Watson, powiernik, współpracownik i przyjaciel samego Sherlocka Holmesa.

Gdy swego czasu gościłam u siebie Arthura Conana Doyle’a (przy okazji śledzenia przygód rzeczonego detektywa, spisanych w pierwszym tomie Sherlocka Holmesa), nie sądziłam, że czekają mnie odwiedziny równie osobliwe. A jednak! Doktor Watson nie chciał od razu przejść do rzeczy i wyjaśnić mi powodu swego rzucającego się w oczy wzburzenia. Zamiast tego zaczął opowiadać o perypetiach swego przyjaciela. Okazuje się, że od mojego ostatniego spotkania z nim zagadek do rozwiązania jeszcze mu przybyło.

Musiał wyjaśnić zatrważającą kwestię morderstwa, które… dopiero miało nastąpić. Tak, dobrze czytacie. Któregoś dnia Holmes otrzymał informację, jakoby życie pewnego jegomościa miało być zagrożone. Nim detektyw zdążył się dobrze rozeznać w sprawie, już musiał badać okoliczności śmierci mężczyzny. Śledztwo, którego podjął się wraz z moim gościem doktorem Watsonem, skierowało ich wzrok w kierunku cieszącego się złą sławą stowarzyszenia.

Pojawiła się też nietypowa sprawa z rudym kolorem włosów w tle. Razu pewnego w lokalnej prasie ukazało się ogłoszenie o dobrze płatnej pracy w Stowarzyszeniu Rudowłosych. Odpowiedział na nie kolejny klient Holmesa, który tym samym dostarczył mu jednej z najdziwniejszych zagadek detektywistycznych, jaką w życiu przyszło mu rozwiązywać.

I choć pan Watson tego wieczoru opowiedział mi całe mnóstwo perypetii Sherlocka Holmesa, to najmocniej w pamięć zapadła mi jedna z nich. Nie jest tajemnicą, że ten wybitny detektyw nigdy nie garnął się do kobiecego towarzystwa, wręcz stronił od niego. Gdyby ktoś inny powiedział mi, że jednak w jego życiu pojawi się taka przedstawicielka płci pięknej, która nie tyle lekko zmieniła jego zapatrywanie na tę płeć, ile zwyczajnie go przechytrzyła, to w życiu bym w to nie uwierzyła. Jednak Watson podczas opowiadania tej historii nie wyglądał na takiego, który kłamał lub żartował. Ta kobieta istniała naprawdę!

Wiele z tych niesamowitych opowieści wręcz zapierało mi dech w piersi. Jeśli coś do tej pory wydawało się niemożliwe, w życiu Holmesa stawało się w stu procentach realne. Zawsze byłam pod wrażeniem ogromnego geniuszu detektywa, jego niesamowitych zdolności dedukcyjnych, ale tym razem poziom obydwu przerósł moje najśmielsze oczekiwania, choć nie jest on człowiekiem nieomylnym.

Doktor Watson nie zapomniał podczas swoich opowieści o należytym nakreśleniu tła geograficznego, historycznego i o użyciu odpowiedniego do zastanych czasów języka, który urzekł i rozkochał w sobie. Byłam pod wrażeniem jego niesamowitej skrupulatności: nie pomijał niczego, drobiazgowo opisywał fizjonomię bohaterów, klimat miejsc, w których się aktualnie znajdowali, czy nawet obecnie panującej aury. Dzięki temu czułam się, jakbym sama uczestniczyła w tych przygodach.

Całe szczęście, że wszystko to, co usłyszałam, wy także możecie poznać. Wystarczy sięgnąć po drugi tom przygód detektywa opatrzony jego imieniem i nazwiskiem, Sherlock Holmes, który spisał mój poprzedni gość – sir Arthur Conan Doyle. Choć jest to tom naprawdę pokaźnych rozmiarów, liczący niespełna 850 stron i niewpływający zbawiennie na kondycję rąk po dłuższym okresie zaznajamiania się z jego treścią, to jednak po stokroć warto go mieć w swoich zbiorach. Nie tylko dla samych historii weń zawartych, ale też dla pięknego wydania w dużym formacie, dobrej jakości papieru i dla miłego dla oka kroju pisma. Doprawdy – to prawdziwa perełka!

Mój gość już się ze mną żegnał, mówiąc, jak bardzo się spieszy. Widać było, że ta długa rozmowa pozwoliła mu się wyciszyć i ukoić skołatane nerwy, więc zaryzykowałam i zapytałam o powód jego wzburzenia na początku wizyty. Watson w tym momencie opowiedział mi jeszcze jedną historię – jej treść możecie poznać podczas lektury tomu, o którym chwilę temu wspomniałam, a która jest mocnym i przyprawiającym o szybsze bicie serca zwieńczeniem. Okazało się bowiem, że pan Sherlock Holmes niczego się nie boi i nie ma sprawy, której nie stawiłby czoła. Nawet gdyby przyszło mu zapłacić za to najwyższą cenę…

Do zobaczenia wkrótce, panie Watson!

Ocena: 6/6

Sherlock Holmes - TOM I

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.

sobota, 11 kwietnia 2015

Miasto cieni - Ransom Riggs





cykl: Pani Peregrine (tom 2)
tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska
tytuł oryginału: Hollow city
wydawnictwo: Media Rodzina
data wydania: 30 października 2014
ISBN: 9788380080102
liczba stron: 460


Jaki ten dzień szary, bury i… zwyczajny. Jeszcze wczoraj płynęłam łodzią poruszaną w takt spienionych morskich fal, dziś moje ciało stabilnie trzyma się fotela. Jeszcze wczoraj przemierzałam mroczne zakamarki szumiących gęstwin lasu, wypatrując wroga tuż za moim ramieniem, dziś beznamiętnie spoglądam w monitor komputera. Jeszcze wczoraj chowałam się przed ścigającymi mnie sterowcami i żądnymi mojej krwi upiorami, a dziś… Już wiem! Dziś Wam o tym wszystkim opowiem i przeżyję to wszystko ponownie!

W ostatnich dniach miałam ogromną przyjemność spędzić czas ze starym (choć wiekowo młodziutkim) znajomym Jacobem, bohaterem powieści Ransoma Riggsa pt. „Osobliwy dom pani Peregrine” oraz jej kontynuacji – „Miasto cieni”. Gdy w roku 2012 dopiero zawiązywała się między nami ta specyficzna przyjaźń, nie sądziłam, że będzie tak trwała i że wywrze na mnie tak silne wrażenie. Bo Jacob to nie jest zwykły chłopiec, to chłopiec o s o b l i w y.

Z Jacobem poznaliśmy się w trudnym dla niego momencie: gdy jego ukochany dziadek umierał. Zanim jednak odszedł z ziemskiego padołu, zostawił w jego pamięci wiele niesamowitych opowieści, które odciskały na nim piętno. Zatroskani rodzice chłopca posłali go nawet na psychoterapię, jednak terapeuta – zamiast przepisać mu garść tabletek i odesłać do domu – zasugerował długą i daleką podróż… Podróż śladami opowieści seniora rodu, której meta znajdowała w tajemniczym i mrocznym sierocińcu na pewnej odległej wyspie.

Od tamtych wydarzeń minęło już trochę czasu, ale przygody Jacoba na tym się nie zakończyły. Wręcz przeciwnie: jeszcze ich przybyło! Wraz z gromadką bogato obdarzonych w różne niesamowite zdolności przyjaciół chłopiec musi ratować panią Peregrine (dyrektorkę wspomnianego już sierocińca), której życie wisi na włosku. Zadanie łatwe nie jest, zwłaszcza że po ratunek młodzi bohaterowie muszą udać się aż do ogarniętego wojną Londynu – a ty, drogi Czytelniku, wraz z nim.

Tak jak on i ja, będziesz uciekać przed wrogiem, który osaczy cię ze wszelkich możliwych stron, z lądu i z powietrza. Poznasz nowe miejsca i nieznane ci wcześniej istoty – emurafy (będące krzyżówką osła i żyrafy), mówiącego psa z wyższych sfer, którego maniery, obycie oraz fajka w pysku przywodzą na myśl samego Sherlocka Holmesa, czy kury armagedońskie znoszące wybuchające jaja. Będziesz ryzykować własne życie, uciekając przed świstem kul pędzącym pociągiem i walcząc z głęboką wodą. Poznasz Londyn, ale nie ten spokojny, senny i deszczowy: Londyn opustoszały, schowany pod gruzami, gdzie nadal spadają niemieckie bomby. Zmierzysz się także z całym złem i okrucieństwem wojny z perspektywy dziecka. Nie myśl jednak, że czeka cię tylko to, co najgorsze. Doświadczysz też życzliwości, poznasz smak pierwszej miłości oraz podejmiesz pierwsze poważne decyzje, które zaważą na twoim losie…Wszystko to w towarzystwie Jacoba i jego osobliwych przyjaciół.

O to, by nikt nie nudził się podczas lektury „Miasta cieni”, zatroszczył się w wyśmienity sposób jej autor – Ransom Riggs. Nie mogę wyjść z podziwu dla jego talentu i niebywałej wyobraźni. Pisarz stworzył wspaniałą i porywającą historię, wykreował szalenie barwne postacie, które prześcigają się w oryginalności, osadził całość w różnych miejscach (z czego kluczowym jest zniszczony wojną Londyn) i opisał to plastycznym, choć nadal przystępnym językiem. Umiejętności budowania klimatu oraz napięcia mogliby się uczyć od niego nawet najlepsi twórcy powieści: gdy trzeba, jest zabawnie, czasem gorzko i smutno, kiedy indziej słodko i romantycznie, a nierzadko też strrrraszno! Na wyróżnienie zasługuje też bardzo wyrazisty obraz wojny (albo raczej ich następstw) widzianej oczyma dziecka: ta dziecięca wrażliwość na zło, brak akceptacji dla wojennych realiów, brak zrozumienia dla postępowania dorosłych…

Doprawdy, kontynuacja „Osobliwego domu pani Peregrine” to istne mistrzostwo! Jestem nią zwyczajnie zachwycona i pokuszę się nawet o stwierdzenie, że w moim odczuciu druga część jest lepsza od pierwszej. Jedyne, co nie daje mi spokoju, to fakt, że twórczość Riggsa jest w Polsce chyba stosunkowo mało znana. Owszem, to dopiero dwie książki, ale są to powieści tak dobre i godne rozgłosu, że dziwię się, iż nikt z moich znajomych o nim wcześniej nie słyszał, a na blogach recenzenckich jest go naprawdę mało. Gdyby tak młodzież rzuciła w kąt te kiczowate, zmierzchopodobne historie i sięgnęła po przygody Jacoba…

Mam nadzieję, że przyszłoroczna ekranizacja „Osobliwego domu…” dużo w tej materii zmieni. A skoro za reżyserię filmu bierze się sam Tim Burton, to znak, że książka musi być dobra – niech to będzie zachęta dla wciąż nieprzekonanych. Sama zaś czekam z niecierpliwością zarówno na obraz Burtona, jak i… trzecią część przygód Jacoba, która już się pisze!

Ocena: 6+/6


Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać - LINK.

czwartek, 2 kwietnia 2015

Na dno - Quentin Bates





tłumaczenie: Wojciech Kallas
tytuł oryginału: FROZEN OUT
wydawnictwo: C&T Crime & Thriller
data wydania: 3 grudnia 2014
ISBN: 9788374703062
liczba stron: 334


Zastanawiałam się kiedyś, jakie tło geograficzne jest odpowiednie dla rasowego i trzymającego w napięciu kryminału. I choć tak naprawdę dobry pisarz postara się, by każde miejsce na Ziemi było dobre dla jego powieści, to w moim odczuciu najlepiej w tej roli sprawdzają się kraje nordyckie. Autorzy pochodzący z tamtych rejonów nierzadko są mistrzami w oddawaniu w swoich książkach klimatu tych na ogół zimnych i wietrznych zakątków. A czy pisarz, który nie pochodzi stamtąd, ale mieszkał tam przez pewien okres, ma szansę dotrzymać kroku tamtejszym twórcom?

W ostatnich dniach dzięki kryminałowi pt. Na dno Quentina Batesa przyszło mi się przekonać, czy to możliwe. Autor jest Brytyjczykiem, który pewnego razu postanowił rzucić wszystko i wyjechać hen daleko, obierając za metę swojej podróży Islandię. Tak się w majestacie tego państwa zatracił, że chwilowy wypad przerodził się w długi pobyt, który nie tylko rozkochał go w tym miejscu, lecz także dodał mu weny twórczej. Weny w mrocznej odsłonie: głównym tematem tej powieści jest bowiem zagadkowa śmierć pewnego mężczyzny. Jego zwłoki pływające u brzegu morza odnajduje przypadkowy człowiek, który informuje o tym miejscową policję. Śledztwo spada na barki sierżant Gunnhildur Gisladóttir i natychmiast rusza z kopyta. Pierwsze fakty wskazują na to, że śmierć mężczyzny nastąpiła w wyniku nieszczęśliwego wypadku, jednak kolejne zdają się temu przeczyć: bo jakim cudem denat utonął w miejscu oddalonym o około sto kilometrów od tego, w którym po raz ostatni widziano go żywego?

Sprawa okazuje się dużo bardziej zawiła, niż początkowo zakładano – zwłaszcza że może mieć związek z nowo powstającą w pobliżu firmą oraz innym tajemniczym zgonem, który miał miejsce niewiele wcześniej. Śledztwo z dnia na dzień staje się coraz bardziej żmudne i zawikłane, jednak autor nie uronił z niego ani kropelki. Doprawdy rzadko spotykam się z tak szczegółowo i misternie opisanym procesem dochodzenia kryminalnego. Bez wątpienia jest to największy plus powieści, jednak w moim skromnym odczuciu na tym jej pozytywne strony się kończą.

Szczerze mówiąc, wiedziona rzekomym zachwytem pisarza nad rejonami islandzkimi, spodziewałam się znakomitych opisów tła geograficznego powieści, specyficznego nadmorskiego i chłodnego klimatu, który za pośrednictwem kart książki przenikałby mnie na wskroś – niestety niczego takiego nie doświadczyłam.

Kolejny mankament to dreszczyk emocji, napięcie, którego również mi tu zabrakło. Zdaję sobie sprawę z tego, że kryminał wcale nie ma obowiązku zawierać elementów thrillera, jednak jakieś emocje winien wywoływać u czytelnika. Na dno czyta się beznamiętnie i bez większego zaangażowania. Równie „duże” emocje wywołują bohaterowie, którzy ani nie dają się lubić, ani nienawidzić.

Reasumując, Na dno nie jest w moim odczuciu kryminałem wysokiej jakości. Wiele mu brakuje, ale potencjał w sobie ma. Jedynym, ale za to dużym plusem jest dobrze opisany proces śledztwa, a to – jakby nie było – ważny element, który dodaje fabule każdego kryminału jakże cennego realizmu.

Ocena: 3/6


Za możliwość przeczytania książki dziękuję jej Autorowi.

piątek, 27 marca 2015

Milcząca siostra - Diane Chamberlain





tłumaczenie: Tomasz Wilusz
tytuł oryginału: The Silent Sister
wydawnictwo::  Prószyński i S-ka
data wydania: 19 lutego 2015
ISBN: 9788379611676
liczba stron: 456


A jeśli całe twoje dotychczasowe życie okazuje się zbudowane na kłamstwie…

Takie słowa widnieją na okładce najnowszej powieści pt. „Milcząca siostra” autorstwa uznanej amerykańskiej powieściopisarki Diane Chamberlain. Zdanie to, początkowo wzbudzające jedynie drobny niepokój, po zakończonej lekturze uderza w czytelnika ze zdwojoną siłą. Co byś zrobił, gdyby twoje spokojne, ułożone życie w ciągu chwili zmieniło się o 180 stopni? A ludzie, którym ufasz i których kochasz, tak naprawdę powinni odgrywać w twoim życiu zupełnie inną rolę, niż to było dotychczas? Co, jeśli cały twój świat, który tak misternie sobie budowałeś, od lat opiera się na fundamencie z kłamstw? Bez wątpienia jest to porażająca perspektywa, ale dokładnie taki scenariusz spotkał główną bohaterkę powieści Chamberlain, Riley MacPherson.

Historia rozpoczyna się w jednym ze smutniejszych momentów życia Riley: chwilę po śmierci jej ojca. Pozostawił on po sobie całkiem pokaźny majątek, w tym dom rodzinny. Dziewczyna chce jak najszybciej uporać się z formalnościami dotyczącymi spadku oraz pozbyć się tego, czego nie chce zatrzymać. Jednocześnie usiłuje uporać się ze smutkiem po utracie ojca i nauczyć żyć ze świadomością, że oprócz brata nie ma żadnej rodziny. Matka zmarła już jakiś czas temu, a jej dużo starsza siostra Lisa lata temu popełniła samobójstwo na skutek ciężkiej depresji. Tak jej się przynajmniej wydawało do chwili obecnej.

Dowody znalezione podczas sprzątania domu wskazują na pewne nieścisłości w kwestii rzekomej śmierci siostry. Osoby z bliskiego otoczenia Riley zdają się coś wiedzieć na ten temat, jednak niekoniecznie chcą o tym mówić. Jak więc wygląda prawda? Prawda jest dużo bardziej zagmatwana, niż mogłoby się wydawać. To, co kobieta brała do tej pory za pewnik, stało się wielką niewiadomą, nie tylko pod względem tajemniczych losów jej siostry, lecz także jej własnych. Może jej obecne życie było naznaczone samotnością, ale cechowała je dobrze jej znana i bezpieczna stabilność. W jednej chwili straciła także to…

Chamberlain stworzyła powieść wyjątkowo emocjonującą, gdzie czytelnik przeżywa losy bohaterki wraz z nią. Wszelkie negatywne odczucia, których ona doświadcza, spadają również na nasze barki. Na szczęście tak samo jak ona pragniemy rozwikłania całej tej zagadki związanej z przeszłością Riley i epilog nam to przynosi. Czy czułam się usatysfakcjonowana zakończeniem, które wybrała pisarka? Nie do końca. Idąc tropem całej powieści: brakło mi tu emocji i silnego zwrotu akcji. Można śmiało powiedzieć, że finisz jest przewidywalny. Cóż, oby tylko dla mnie.

Książka poprowadzona jest prostym i charakterystycznym dla Chamberlain stylem. Jak zawsze w jej przypadku, liczy się tu akcja i jej zwroty – teraz też stoją one na wysokim poziomie (z wyjątkiem zakończenia). Jeśli ktoś preferuje pierwszoosobową narrację oraz liczne retrospekcje, to nie zawiedzie się, ponieważ i tym razem u Chamberlain tego nie zabrakło. Podziwiam jej talent do tak zgrabnego i płynnego łączenia jednego z drugim; widać tu jak na dłoni dobry warsztat autorki.

Podsumowując: Diane Chamberlain kolejny raz mnie nie zawiodła. Znów stworzyła porywającą historię, która mocno chwyta za serce, i z uwagi na naprawdę dobry pomysł na fabułę powieści znów nie dała mi się nudzić. Czasem mam wrażenie, że wyobraźnia pisarki nie ma żadnych granic oraz że jest studnią bez dna, z której może czerpać wiadrami bez obawy, że kiedykolwiek wyschnie. Serdecznie polecam lekturę „Milczącej siostry” każdemu!

Ocena: 5,5/6

Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać - LINK.

poniedziałek, 2 marca 2015

Ene, due, śmierć - M. J. Arlidge




tytuł oryginału: Eeny Meeny
wydawnictwo: Czwarta Strona
data wydania: 4 marca 2015
ISBN: 9788379762293
liczba stron: 440


Zadziwiające, jak mocno na ogół ufamy najbliższym. Wierzymy w to, że skoro są to osoby bliskie naszym sercom (i z wzajemnością), to nie ma mowy o tym, by nas skrzywdziły. Czy słusznie? Wystarczy obejrzeć pierwszy lepszy serwis informacyjny na dowolnym kanale, by przekonać się, że wielu ludzi myślało podobnie i mocno się na swym przekonaniu zawiodło…

Powiesz pewnie, że dramatyczne wydarzenia tyczą się innych, nie ciebie. Spróbuj sobie zatem wyobrazić taką sytuację: zostajesz uwięziony w jednym pomieszczeniu z kimś bliskim. Wiesz, że jedyna szansa na ratunek to śmierć któregoś z was. Jaką masz pewność, że osoba, którą tak dobrze znasz, której ufasz i którą najpewniej darzysz uczuciem, nie zabije cię z zimną krwią, by przetrwać?

Ostatecznie każde z nas to tylko zwierzę, które wydrapałoby drugiemu oczy, by przeżyć.[1]

Ofiary psychopatycznego i przebiegłego mordercy z debiutanckiej książki brytyjskiego pisarza M.J. Arlidge’a pt. Ene, due, śmierć miały okazję na własnej skórze przekonać się, czym pachnie taka niepewność. Całe ich życie do momentu spotkania psychopaty, prowadzącego z nimi jakże specyficzną i katastrofalną w skutkach grę, stało się nagle bardzo odległym wspomnieniem. Od tej chwili miało liczyć się jedynie tu i teraz oraz decyzja, którą podejmą. Życie własne czy współtowarzysza niedoli?

Gdyby ów scenariusz był jednorazowym zdarzeniem, to pewnie tylko na chwilę stałby się tematem numer jeden dla brytyjskich mediów, społeczeństwa i tamtejszej policji. Jednak gra, tak skrupulatnie zaplanowana przez szaleńca, oraz wyścig z czasem dopiero się rozpoczęły. Inspektor Helen Grace wraz ze współpracownikami musi się śpieszyć, jeśli nie chce, by ofiar mordercy było więcej. Tymczasem śledztwo z dnia na dzień zdaje się coraz to trudniejsze, a jego końca nie widać…

Jak wiele ofiar pochłonie chora zabawa dręczyciela? I czy Helen Grace uda się odkryć jego tożsamość? Odpowiedź na te i inne pytania przyniesie dopiero zakończenie powieści Arlidge’a. Zanim po nią sięgniecie, przygotujcie się na ostrą jazdę bez trzymanki! To, co najmocniej wyróżnia ten zapierający dech w piersi thriller, to bez wątpienia wartka akcja oraz jej liczne zwroty. Autor doskonale zna pojęcie suspensu i w nienaganny sposób potrafi się nim posługiwać. Szybkie tempo czytania zapewniają także bardzo krótkie rozdziały. Całkiem ciekawie wypadają postacie wykreowane przez pisarza, ponieważ nie są przerysowane i nie noszą cech superbohaterów. Mają swoje wady i dramatyczne przeżycia z przeszłości. Są zwyczajnie ludzcy.

Jednak na pewnym polu Arlidge mocno mnie zawiódł. Mimo że stworzył wręcz idealne warunki do mrocznych opisów stanów psychicznych, w których znajdowały się ofiary, gdy rozpoczęły już wspomnianą grę z mordercą, nie zdecydował się z tego skorzystać. Bohaterowie przebywali w porażająco dramatycznych warunkach, a stan, do którego zostali doprowadzeni, to skrajne odczłowieczenie. Ci ludzie stawali się zwierzętami: liczyło się jedynie przetrwanie oraz instynkt samozachowawczy. Dlaczego więc – mając tak szerokie pole do popisu – pisarz niemal pominął ten aspekt? Może powieść już bez tego wydała mu się zbyt mocna i drastyczna? A może postanowił ją nieco złagodzić, by jej odbiór był znacznie szerszy? To już tylko moje osobiste gdybanie, które z rzeczywistością nie musi mieć nic wspólnego. Nie zmienia to faktu, że wytrawni fani gatunku na pewno nie będą w pełni usatysfakcjonowani debiutem autora.

Ene, due, śmierć to thriller z bardzo dobrze poprowadzoną akcją, lecz z nie do końca wykorzystanym potencjałem, co szybko zauważy każdy czytelnik często sięgający po tego typu powieści. Nie znaczy to jednak, że kogokolwiek chcę odwodzić od tej lektury. Wręcz przeciwnie: zachęcam do niej, bo mogę wam zagwarantować, że nie będziecie się przy niej nudzić – technicznie jest to zwyczajnie niemożliwe.

Sama czekam już na drugi tom cyklu z Helen Grace w roli głównej. Wydawnictwo zrobiło czytelnikom niespodziankę i na końcu Ene, due, śmierć umieściło próbkę tego, co czeka nas w kolejnej części – Powiedz panno, gdzie ty śpisz. Czy warto będzie się na nią skusić? Ja czuję się mocno zachęcona. Byle do września!

Ocena: 4,5/6




[1] M.J. Arlidge, Ene, due, śmierć, Czwarta Strona, Poznań 2015, s. 414.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona.

środa, 11 lutego 2015

3 godziny - Ewelina Jasik, Adam Jakubiak





wydawnictwo: Sensus
data wydania: luty 2015
ISBN: 9788328308589


Ile czasu potrzeba, by odnaleźć swoje szczęście? Jedna z moich dawnych znajomych ze studiów twierdziła, że potrzeba jej kilku lat. Dała sobie czas na skończenie dwóch fakultetów, znalezienie pracy, zamążpójście i urodzenie dziecka. Nie mam pojęcia, czy jej plan się powiódł – mam nadzieję, że tak – ale do dziś pozostaję pod wrażeniem jej podejścia do życia. Tak, jakby cały scenariusz naszego życia można było sobie ustalić, a jego poszczególne elementy przesuwać i zmieniać wedle własnego uznania. Myślałam: przecież to niemożliwe, nierealne, przecież życie toczy się własnym torem, którego biegu przewidzieć nie można. I jest to prawda, ale zapomniałam przy tym o jednym, drobnym, ale bardzo istotnym szczególe – o sile naszej woli, jej mocy sprawczej. O tym, że jeśli bardzo się postaramy i bardzo będziemy czegoś pragnęli, to z powodzeniem możemy to osiągnąć, nawet jeśli los będzie rzucał nam kłody pod nogi. Zatem, powtórzę pytanie: ile czasu potrzeba do odnalezienia własnego szczęścia? W gruncie rzeczy zależy to od nas samych. Może to być wspomniane  kilka lat, kilka miesięcy, a nawet kilka godzin, jeśli nie minut.

Idealnym odzwierciedleniem tej teorii jest los bohaterów książki autorstwa Eweliny Jasik i Adama Jakubiaka pt. 3 godziny. Jak rozpoznać prawdziwą miłość Laura jest młodą, ambitną, utalentowaną i piękną kobietą. Mamą, dla której całym światem jest jej synek. Kobietą po przejściach i z rozwodem na koncie. Mimo życiowego zakrętu Laura nie jest osobą, która poddała się. Nie pogrąża się w smutku wywołanym niepowodzeniem – żyje najlepiej, jak umie. Pewnego dnia zakłada sobie profil na portalu randkowym i zapomina o tym fakcie. Do czasu, aż dostaje od portalu informację, że może wypróbować jego pełną funkcjonalność w ciągu najbliższych trzech godzin. To niezbyt wiele czasu, prawda? Jednak Laura podejmuje wyzwanie – rozpoczyna swoiste tournée po proponowanych jej profilach. Jeden, drugi, następny… Aż w końcu trafia na Witka i własnym oczom nie wierzy. Jeśli dać wiarę opisowi, to jawi się przed nią ucieleśnienie jej marzeń i snów!

Rzeczywistość potwierdza, że Witek jest jej drugą połówką (choć na pierwszym spotkaniu  nie jest o tym przekonana). I co? Że niby od teraz żyli długo i szczęśliwie? Kupili piękny domek z białym płotkiem i wiedli długie życie usłane różami? Nic z tych rzeczy! Życie, a już na pewno codzienność tej pary – to nie bajka. Przychodzi im przekonać się o tym dość szybko i niestety boleśnie.

Czy mimo problemów poddają się? Nie. Czy mimo odległości, która ich dzieli (Laura mieszka we Wrocławiu, Witek – w Warszawie) dali za wygraną? Absolutnie nie. I to w tej historii jest najpiękniejsze oraz najcenniejsze. Myślę, że każdy, kto zdecyduje się sięgnąć po 3 godziny. Jak rozpoznać prawdziwą miłość przyzna mi rację, że książka ta napawa optymizmem, dodaje sił i wiary, że jeśli tylko czegoś mocno pragniemy, to najpewniej nie ma takiej siły, która sprawiłaby, że tego nie osiągniemy. Książka ta sprawia, że otwierają się szeroko oczy, przede wszystkich na nas samych i na nasze możliwości, które nagle stają się dużo większe niż to do tej pory zdawało się nam. W miejscu: „Nie mogę, nie uda mi się”, wyrasta w naszej świadomości stwierdzenie: „Jasne, że potrafię! Jasne, że mogę tego dokonać! W końcu to ja jestem kowalem własnego losu”.

Sama historia pary – to niejedno, czego możecie spodziewać się po tej książce. Znajdziecie w niej także szereg porad dotyczących zakładania profilu na portalu randkowym (w tym: jak powinien wyglądać dobrze skrojony opis, jakie zdjęcie wybrać, czego się wystrzegać), jak efektywnie szukać naszego ideału (bo ideały w sensie ogólnym nie istnieją, ale te, o których marzymy sami – już tak). Jest też masa wskazówek dla osób, które są już w związkach, m.in. tych na odległość (jak radzić sobie z rozłąką, gdzie szukać plusów w dzielących nas z ukochanym kilometrach, co możemy zrobić, by taki związek miał większe szanse przetrwania itd.). Jest też kilka słów o sztuce porozumiewania się w związku, m.in. o tym… jak się kłócić (bo kłócić się, jak się okazuje, też trzeba umieć). Reasumując, 3 godziny. Jak rozpoznać prawdziwą miłość – to nie sucha i ckliwa opowiastka o trudnej miłości. To zdecydowanie coś więcej.

Pod względem technicznym książka jest poprawna, choć rzuca się w oczy fakt, że pisana jest przez dwóch autorów. Styl autora jest typowo męski, rzeczowy i nieskomplikowany. Autorka zaś wybija się nieco na prowadzenie w tym tandemie, widać u niej literackie zacięcie – ciekawe metafory, poetycki klimat w formułowanych zdaniach – jest to styl, który zapada w pamięć.

Jako całokształt tytuł ten wypada całkiem dobrze i uważam, że warto po niego sięgnąć. Dlaczego? Po pierwsze, dlatego, że rzuca dużo pozytywnego światła na (jeszcze) kontrowersyjną w naszym kraju tematykę szukania miłości przez Internet (okazuje się, że diabeł wcale nie jest taki straszny, jak go malują). Po drugie, dlatego, że biją od niego ogromne pokłady pozytywnej energii – historia tej pary motywuje do walki o własne szczęście. Przypomina, że każdy z nas ma tylko jedno życie i każdy z nas ma prawo przeżyć je tak, jak chce i z kim chce, a nie tak, jak oczekują tego od nas najbliżsi.

Autorzy mieli poczucie misji do spełnienia, wydając na świat swoje literackie dziecko i mogę śmiało powiedzieć, że misja ta zakończyła się sukcesem. Jako czytelniczka 3 godzin. Jak rozpoznać prawdziwą miłość uwierzyłam we własne marzenia i od dziś wiem, że przy odrobinie wysiłku, dużej dozie chęci i samozaparcia mogę osiągnąć to, czego pragnę. Czy z Wami też tak będzie? Sprawdźcie sami.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję jej Autorom.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.

FP książki: LINK.
Książka na stronie wydawnictwa Sensus: LINK.
O miłości rodem z Internetu: LINK.

sobota, 7 lutego 2015

Duchy wiatru - Mons Kallentoft





tłumaczenie: Anna Krochmal, Robert Kędzierski
tytuł oryginału: Vindsjälar
wydawnictwo: Rebis
data wydania: 27 stycznia 2015
ISBN: 9788378185871
liczba stron: 304


Przy okazji ostatnio czytanej przeze mnie lektury zaczęłam zastanawiać się: jaki obraz ludzi w starszym wieku funkcjonuje w naszym społeczeństwie? Czy widzimy ich jako wesołych i pełnych życia staruszków, którzy nie dają się upływowi czasu? Czy raczej jako niedołężnych starców z cierpieniem wypisanym na twarzach? Ostatecznie doszłam do wniosku, że byłby to obraz słodko-gorzki, zdecydowanie z przewagą tego drugiego…

Mons Kallentoft
Nie lepszy obraz ludzi w podeszłym wieku zamieszkujących jeden z domów starców w Linköping wyziera z kart powieści Monsa Kallentofta pt. „Duchy wiatru”, która jest kolejną częścią cyklu z komisarz M.F. w roli głównej. Keruben to miejsce z pozoru przyjazne ludziom w jesieni życia. Zdaje się, że są tu szczęśliwi, mimo że rodziny wolały ulokować ich w takim miejscu niż zająć się nimi osobiście. Mają tu zapewnioną opiekę, wikt, rozrywkę i spokój na stare lata. Teoretycznie niczego pensjonariuszom domu nie brakuje. Skoro tak, to dlaczego pewnego dnia jeden z mieszkańców ośrodka zostaje znaleziony martwy w swoim pokoju? Komisarz Malin Fors w pierwszej chwili podejrzewa, że było to samobójstwo, jednak głębsze dochodzenie wyciąga na światło dzienne wiele ciekawych faktów, które sugerują, że do śmierci pensjonariusza ktoś mógł się przyczynić.

Śledztwo obnaża brutalne realia związane z funkcjonowaniem tego rodzaju ośrodków: przemęczeni pracownicy, których wciąż jest za mało, koszmarne wyżywienie, wieczne oszczędzanie na wszystkim, nawet na środkach opatrunkowych czy pieluchach (zaniedbani staruszkowie godzinami tkwiący we własnych odchodach – to, jak się okazuje, wcale nieodosobnione przypadki).

Mimo że Malin w swojej pracy zawodowej widziała już wiele, to owo śledztwo zaskoczy ją nieraz i odsłoni przed nią nowe, niezbadane wcześniej rejony ludzkiej psychiki – te najciemniejsze, te, które sprawiają, że człowiek jest w stanie posunąć się do wszystkiego, by osiągnąć to, czego pragnie.

Oczywiście nie tylko na postaci samej komisarz opiera się cała powieść Kallentofta. Zaskoczyło mnie to, że autor zdołał zmieścić tak wielu bohaterów w dość krótkiej historii i zrobił to tak, że nie ma się poczucia, iż jest ich za dużo. Formą i stylem „Duchy wiatru” do złudzenia przypominają poprzedni tom serii, „Wodne anioły”. Tu też mamy przeplatankę narracyjną (raz narracja pierwszoosobowa, a raz trzecioosobowa) i tu też zmarli przemawiają do czytelnika zza światów. Widać wyraźnie, ze autor bardzo starał się, by jego powieść wyróżniała się w natłoku innych kryminałów i to po raz kolejny udało mu się. Jednak w całej tej opowieści brakuje napięcia, uczucia zaintrygowania tym, co za chwilę może się wydarzyć – książkę czyta się szybko, ale bez większego zaangażowania. Osobiście twierdzę też, że pisarz nie wycisnął z pomysłu osadzenia części akcji w domu starców tego, co niewątpliwie mógłby wycisnąć – nie wykorzystał w pełni jego potencjału, a szkoda, bo na tej bazie mógłby powstać naprawdę emocjonujący dreszczowiec.

Ostatecznie jednak powieść wypada dobrze i poziomem dorównuje „Wodnym aniołom”. Nie jest od poprzedniczki gorsza, a to już bez wątpienia jest plus. Wierzę, że fani Kallentofta nie przejdą wobec jego nowej pozycji obojętnie i myślę, że nie będą czuć się rozczarowani, choć do zachwytu może być im daleko. Dla nałogowych pożeraczy kryminałów skandynawskich – to naturalnie pozycja obowiązkowa.

Ocena: 4/6


Oficjalna recenzja dla Lubimy Czytać - LINK.

piątek, 30 stycznia 2015

Przebudzenie - Stephen King





tłumaczenie: Tomasz Wilusz
tytuł oryginału: Revival
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 13 listopada 2014
ISBN: 9788379610709
liczba stron: 536


Każdy, kto choć raz w życiu zainteresował się biografią Stephena Kinga, każdy, kto prześledził jego losy na polu prywatnym i literackim, zapewne spotkał się ze stwierdzeniem, że jego powieści zbudowane są na fundamentach z jego własnych fobii. Ciekawa forma autoterapii? A może skrajny masochizm? Czym by to nie było, nie zmienia to faktu, że osiągnęło już punkt kulminacyjny. Skąd ten wniosek? Stąd, że ostatnia powieść Mistrza, pt. Przebudzenie, która ukazała się na naszym rynku, już nie bazuje na lękach tylko samego pisarza. Bazuje na lękach nas wszystkich.

Narratorem tej powieści autor uczynił Jamiego Mortona, mężczyznę w słusznym już wieku, który nim odejdzie z tego świata, chce opowiedzieć nam swoją mroczną historię. Opowieść rozpoczyna, sięgając do czasów, kiedy był małym chłopcem i mieszkał wraz z rodzicami i rodzeństwem w małej miejscowości w Nowej Anglii. Lada dzień spodziewano się tam przybycia nowego pastora, co było dużym wydarzeniem dla religijnej rodziny Mortonów. Gdy Charles Jacobs wreszcie przybył na miejsce, większość mieszkańców Harlow obawiała się, czy ten młody człowiek podoła tak trudnemu zadaniu, jakim jest poprowadzenie ich kościoła, ale jak szybko okazało się, nie było ku temu podstaw – pastor świetnie wypełniał powierzone mu obowiązki. Jednak do czasu. Pewnego dnia dramat, który dotyka Jacobsa, diametralnie zmienia jego nastawienie do wiary i religii, co definitywnie kończy jego posługę w parafii miasteczka.

Czas mija. Mały Jamie staje się dorosłym mężczyzną. Nie żyje spokojnie i zgodnie z kanonami wiary, za to w jego życiu nie brak atrakcji i silnych wrażeń. Nie stroni od używek i grania na gitarze tam, gdzie zechcą go posłuchać, choć tych miejsc z dnia na dzień jest coraz mniej. Gdy już dotyka dna i zdaje się, że nie ma dla niego ratunku, na jego drodze staje… przeszłość – fanatyczna, przerażająca i wyniszczająca.

Tak jak miałam problem z pozbieraniem swoich myśli (i szczęki z podłogi) po zakończonej lekturze, tak teraz mam problem z przelaniem ich w to miejsce. King mnie poraził, moi drodzy! Poraził tak mocno, jak już dawno tego nie zrobił (kilka ostatnich jego powieści było w moim odczuciu co najwyżej dobrych). Nie zrobił tego jednak za pomocą scen rodem z rasowego horroru, nie nastraszył mnie kosmicznymi stworami czy nawiedzonym autem. Mistrz tym razem postawił na straszenie czymś, wobec czego obawy żywi każdy z nas (myślę, że bez wyjątku).

Wiele z recenzji, które miałam okazję przeczytać, sugerowały, że Przebudzenie w większości jest przegadane, że jest typowym dla Kinga słowolejstwem, a dopiero zakończenie powieści daje czytelnikowi mocno popalić. O ile z zarzutem słowolejstwa jestem w stanie się zgodzić (ten pan już tak ma i ja m.in. za to właśnie kocham jego twórczość), o tyle ze stwierdzeniem, że bać możemy się dopiero na końcu – już nie. Stać się to może (i w moim przypadku tak właśnie było) dużo wcześniej za sprawą pastora Jacobsa (Straszne Kazanie), który w mocny i dosadny sposób otwiera oczy czytelnika na jeden z najważniejszych dla świata tematów. King za pomocą swojej postaci bardzo mocno sygnalizuje zagrożenie zeń wypływające, daje do myślenia i zwyczajnie przeraża prawdą, którą podaje nam w surowej formie.

A zakończenie to istny majstersztyk. To, co serwuje nam Mistrz, przechodzi najśmielsze oczekiwania, przyprawia o gęsią skórkę i drżenie rąk. Na długo po zakończonej lekturze (jeśli nawet nie do końca życia) będę zadawać sobie wciąż to samo pytanie: a co jeśli King ma rację? Co jeśli to, co wpaja się nam od dzieciństwa, w co wiarę umacniamy latami – to jedna wielka ułuda? Jeśli to prawda (a przypominam, że niektóre powieści Mistrza były na swój sposób prorocze), to King brutalnie obdziera każdego czytelnika Przebudzenia ze wszelkich złudzeń, marzeń a nawet nadziei. King – to sadysta z piórem w ręku… Sadysta, którego ja, jego oddana masochistka, wielbię jeszcze mocniej.

Każdego, kto zdecyduje się sięgnąć po najnowszą powieść Mistrza, ostrzegam, że po zakończeniu tej lektury może zrobić się Wam w głowach niezły bałagan, nad którym niełatwo będzie zapanować. A wśród tego chaosu prym będzie wiódł tylko jeden cytat:

Coś. Się stało. Coś się stało (…) Coś, coś[i].

Dlaczego ten? Zrozumiecie, gdy przeczytacie…




[i] S. King, Przebudzenie, Prószyński i S-ka, Warszawa 2014, s. 232.


Ocena: 5.5/6


wtorek, 27 stycznia 2015

Carnivia. Herezja - Jonathan Holt





tytuł oryginału: The Abduction
wydawnictwo: Akurat
data wydania: 19 listopada 2014
ISBN: 9788377588246
liczba stron: 432


Gdy na początku tego roku natknęłam się na jedną z pierwszych zapowiedzi debiutu Jonathana Holta pt. Bluźnierstwo, będącym pierwszą częścią trylogii Carnivia, już na wejściu byłam nim mocno zaintrygowana. Książka zapowiadała się naprawdę nieźle, szczególnie z uwagi na wykreowaną przez autora wirtualną Wenecję, która to jest solidnym fundamentem dla wszystkich tomów. Niestety, po zakończonej lekturze przyszło delikatne rozczarowanie, bowiem tego, czego oczekiwałam po tej powieści najbardziej, było najmniej – akcji toczącej się właśnie w wirtualnym świecie Carnivii. Liczyłam też po cichu, że sprawa będzie się miała zgoła inaczej w przypadku drugiego tomu – Herezji.

Jednak, nie licząc samej fabuły, drugi tom trylogii nie różnił się znacząco od poprzednika. Holt ponownie zadbał o to, by czytelnik śledził tok wydarzeń z kilku perspektyw. Już na początku wraz z pułkownikiem Aldo Piolą staramy się odkryć, kto i jak podrzucił ludzkie szczątki na plac budowy nowej amerykańskiej bazy wojskowej we Włoszech. Nie mamy jednak zbyt wiele czasu na zaangażowanie się w sprawę, bowiem do włoskiej policji wpływa zawiadomienie o zaginięciu nieletniej córki amerykańskiego żołnierza. Sprawę bada pani kapitan Kat Kapo oraz powiązana z amerykańskim wywiadem Holly Boland. Dość szybko na jaw wychodzi, że pozornie spokojna i nad wyraz grzeczna córka wojskowego miała swoją drugą, głęboko skrywaną przed otoczeniem, niespokojną naturę. Jeden z tropów w sprawie zaginięcia nastolatki prowadzi w dobrze znane kapitan Kat miejsce – do Carnivii oraz jej założyciela, Daniele’a Barba.

Gdyby tego wszystkiego było Wam jeszcze mało, to nic się nie martwcie – by fabuła nabrała pikanterii, mamy tu jeszcze kontrowersyjny wątek religijny. I faktycznie, pikanterii odmówić się jej nie da, tak jak autorowi pomysłowości na opisywane zdarzenia. Jednak co nam po intrygujących pomysłach na perypetie bohaterów, skoro oni sami nie robią na nas zbyt wielkiego wrażenia? Są niczym aktorzy, którym zlecono odegranie roli, a których osobowości tak naprawdę nie znamy. Niby swoją pracę wykonują dobrze i bez zarzutu, ale nie są charakterystyczni, niczym szczególnym nie wyróżniają się.

Podobnie jest z tempem akcji, które raz postawione na pewnym poziomie w żaden sposób nie chce wspiąć się wyżej. Od Herezji wieje monotonią. Co prawda autor raczy nas scenami, w których śledzimy losy porwanej nastolatki, co zdecydowanie powinno działać na plus powieści, ale rozdziały te są bardzo krótkie i zdecydowanie brakuje im odpowiedniego do sytuacji dramatyzmu. Czy w tym tomie lepiej poznałam wirtualny świat Carnivii? Niekoniecznie. Owszem, jest nieco więcej akcji toczącej się właśnie tam, ale to specyficzne miejsce nadal nie odkrywa przed czytelnikiem swojej magii.

Chwilę nadziei przyniosło mi za to jedno ze zdań opisujących stan znalezionych szczątków ludzkich, bowiem liczyłam, że ta naprawdę zabawna pomyłka redakcyjna może się jeszcze powtórzy i rozbawi mnie równie mocno jak ta pierwsza. Zagwarantowałoby mi to solidną dawkę rozrywki podczas lektury. Niestety, na więcej tego typu kwiatków nie trafiłam, co nie zmienia jednak faktu, że mimo monotonni wypływającej z kart powieści, ta i tak zapisze się w mojej pamięci na dłużej, jeśli nie na zawsze. Doskonale zadba o to jakże brawurowe zdanie:

W pobliżu, ale osobno, leżała noga, wciąż ze stopą[1].

Ach! I na koniec jeszcze słowo komentarza odnośnie stwierdzenia, które padło na okładce książki, jakoby dzieło Holta łączyło w sobie najlepsze cechy powieści Dana Browna i Stiega Larssona. O ile Browna można by tu doszukać się w wątku religijnym, o tyle Larssona tu nie uświadczycie – jest to prosty chwyt marketingowy, który z rzeczywistością wiele wspólnego nie ma.

Moje jakże subiektywne zdanie nie znaczy jednak, że drugi tom Carnivii Holta nie znajdzie swoich fanów. Znajdzie ich wśród entuzjastów nieśpiesznego tempa akcji, wątków religijnych i wybranych wydarzeń z dziejów Włoch.

Ocena: 3/6





[1] J. Holt, Carnivia. Herezja, Wydawnictwo Akurat, Warszawa 2014, s. 15.


Pierwszy tom: Bluźnierstwo.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Akurat.

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Anatomia pewnej nocy - Anne Kim





tłumaczenie: Eliza Borg
tytuł oryginału: Anatomie einer Nacht
wydawnictwo: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
data wydania: 2014
ISBN: 9788323337966
liczba stron: 232

Jedna długa noc. Jedno małe grenlandzkie miasteczko. Jedenaście osób. Jedenaście dramatów składających się na jeden potężny – śmierci samobójczej. Brzmi jak koszmarny scenariusz mrocznego, filmowego thrillera? To nie film, a książka Anne Kim – pisarki pochodzącej z Korei Południowej, na stałe mieszkającej w Wiedniu – pt. Anatomia pewnej nocy, która niedawno ukazała się na naszym rynku wydawniczym za sprawą Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Amarâq – to niewielka miejscowość położona na wschodzie Grenlandii – wyspy, która mimo surowości, chłodu i przenikliwego wiatru urzeka, hipnotyzuje i fascynuje krajobrazami i majestatycznymi fiordami.

Amarâq leży na końcu świata, to miejsce, które połyka człowieka wraz z przestrzenią, w której się on znajduje (…)[i].

To właśnie tu jedenaścioro ludzi postanawia zakończyć swoje życie. Dlaczego? Tego próbuje dowiedzieć się niemiecka dziennikarka, Elle, która przybywa na miejsce kilka tygodni po tragicznych wydarzeniach. Jej dziennikarskie śledztwo okazuje się być na tyle skomplikowane i żmudne, że im dalej się w nim posuwa, tym w zasadzie mniej się dowiaduje. Zdaje się, że samobójstwa te nie mają konkretnej przyczyny. Mówi się, że to klimat i aura miasteczka miały taki wpływ na tych, którzy targnęli się na swoje życie. Inni twierdzą, że przyczyną jest śmiertelna choroba Amarâq, czyli samotność. Ilu ludzi, tyle teorii, ale nadal żadnych konkretów.

Mimo że na początku lektury odpowiedź na pytanie „dlaczego?” zdaje się być najważniejsza, to jednak z każdą przewracaną kartką traci na sile. Autorka całą uwagę czytelnika przekierowuje na szczegółowe opisy miasteczka, panującej w nim aury, a także życie poszczególnych mieszkańców. Ciekawe, że przy tak trudnej tematyce Anne Kim udało się przedstawić ją niemal bezemocjonalnie – nie ma tu dramatyzmu, łez płynących potokami czy zbędnych nerwów. Jest za to miłość, choć to ta nienachalna, surowa, bez grama ckliwości czy patetyczności.

Całość opowiedziana jest w bardzo charakterystycznym stylu, mocno wyróżniającym się, w którym dominuje poetyckość i metafory. Autorka całość przedstawia bardzo szczegółowo, rozkłada tytułową noc na części pierwsze, choć bardzo spiesząc się, jakby miała do dyspozycji również tylko jedną noc. Dlatego nie traci czasu na wyszczególnianie dialogów i wtapia je w całość (podobnie jak robi to Cormac McCarthy).

Ze względu na styl, Anatomia pewnej nocy nie jest lekturą łatwą w odbiorze, co nie znaczy, broń Boże, że jest zła. Spotkałam się już z negatywną recenzją niniejszej książki, w której autorka argumentowała swoje niepochlebne zdanie właśnie brakiem wyszczególnionych dialogów, co w przypadku powieści Anne Kim jest zwyczajnie krzywdzące. Dla mnie forma, w której podana jest książka, jest jej największym atutem, a że trzeba odrobinę bardziej wysilić szare komórki, by w wykreowanej historii przepaść bez końca – to tylko plus.

Cieszę się, że w tym zalewie pozycji mających charakter typowo rozrywkowy (odmóżdżający, jak to zwykłam mawiać) znalazło się miejsce dla pozycji na tyle ambitnej, by wyróżniała się na ich tle, ale nie na tyle wymagającej, by typowy czytelnik Kowalski nie był w stanie zachwycić się jej pięknem. Anatomię pewnej nocy polecam zwolennikom powieści nietypowych, oryginalnych, poetyckich i tym, którzy lubią czytelnicze wyzwania.

Ocena: 5/6




[i] A. Kim, Anatomia pewnej nocy, tłum. Eliza Borg, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2014, s. 15.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Uniwersytetu Jagiellońskiego.