Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 maja 2015

Pokłosie - P.J. Król, J. Turowski, M. Zychla, J. Wojciechowicz, K. Kotulak





wydawnictwo: GMORK
data wydania: 30 marca 2015
ISBN: 9788394100025
liczba stron: 358


Tak, jestem zagorzałą fanką Stephena Kinga i nie boję się o tym mówić otwarcie. Zagorzałą, ale na szczęście nie zaślepioną bezkrytyczną miłością do jego twórczości – co słabsze powieści bez najmniejszych oporów jestem mu w stanie wytknąć. Jednak te sporadyczne przypadki nie wpływają na stopień mojego uwielbienia względem jego twórczości: kocham jego nieokiełznany słowotok przeobrażający się często w wodolejstwo, kocham cudowne postacie, mimo że te często nie stronią od żądzy mordu, kocham ten duszny klimat małych miejscowości, który kreuje, kocham wszystkie jego lęki, które z impetem lądują w stworzonych przez niego fabułach… Kocham go za całokształt i nie odważę się zejść z ziemskiego padołu, nie przeczytawszy uprzednio wszystkich napisanych przez niego tytułów.

Jednak czy można w tym całym uwielbieniu zrobić dla Mistrza coś więcej prócz czytania jego literackich płodów wyobraźni? A pewnie, że można! Na przykład zebrać grupę takich samych rozkochanych w nim zapaleńców, „wyłudzić” od nich jeden lub dwa teksty i stworzyć antologię opowiadań dedykowaną Mistrzowi Grozy rodem z Bangor.

Na taki właśnie pomysł wpadła piątka początkujących na polu wydawniczym autorów: Paulina J. Król (jedyna kobieta w męskim gronie), Kacper Kotulak, Jarosław Turowski, Juliusz Wojciechowicz i Marek Zychla. Zafascynowani twórczością Stephena Kinga postanowili opublikować zbiór opowiadań pt. Pokłosie i oddać mu tym samym hołd. Czy antologia ta według mnie jest godna nazwiska King na okładce? Czy autorzy potrafią zaintrygować wykreowaną przez siebie rzeczywistością na miarę Mistrza? Tak, choć nie każdy z autorów w takim samym stopniu, ale w przypadku antologii to rzecz chyba zupełnie normalna – tak przynajmniej wynika z mojego doświadczenia.

Wśród opowiadań, które po pierwszym czytaniu słabo przypadły mi do gustu, tj. Death metal z pewną gitarą o mrocznej naturze w roli głównej (które wypadłoby nieco lepiej, gdyby je mocniej rozwinąć), czy Chyba, które sprawia wrażenie nieco przekombinowanego i chaotycznego, znajdują się też naprawdę dobre i mocne teksty, które w świecie polskiej literatury grozy bez problemu mogą się wybronić i zostać zapamiętane przez czytelników. O których mowa?

Po pierwsze, o Świniaku Juliusza Wojciechowicza, które jest bez wątpienia czarnym koniem zbioru – nie tylko ze względu na wspaniałe nawiązanie do twórczości Kinga (przypomnijcie sobie, który tekst Mistrza opowiadał o grupie małoletnich przyjaciół odkrywającej pewnego dnia coś przerażającego) i nie tylko za pomysł na opowieść, lecz także za dający się zauważyć dobry warsztat autora, bo pod względem technicznym tekst jest wyśmienity. Pan Wojciechowicz naprawdę potrafi pisać: chętnie sprawdziłabym jego talent w dłuższej formie niż opowiadanie.

Po drugie, o To nie TO! Kacpra Kotulaka. Tutaj całe opowiadanie należy do czarnego charakteru: do klauna (tak, nawiązanie do Kinga jest chyba bardziej niż oczywiste, prawda?). Zatem autorowi udało się w tym przypadku po trosze zastosować trik, który u Kinga jest bardzo często spotykany, mianowicie wzbudza on większe zainteresowanie czytelnika postacią negatywną niż pozytywną. Co prawda klaun Kotulaka może nie budzi takiej sympatii, jak robi to np. bohater Blaze Kinga, ale bez wątpienia należą się młodemu autorowi za to pochwały. Rintincurry (to właśnie wspomniany klaun) jest zdecydowanie mroczniejszy i dużo bardziej przerażający od tego klauna, którego znamy z powieści Mistrza. Jest też nie tyle postacią stricte fantastyczną, żywcem wyjętą z horroru, ile pewnym symbolem.

Nie potrafił zrozumieć jednego. Dlaczego suma najgłębiej skrywanych, paranoicznych lęków ludzi musi wyglądać jak klaun. Tak, właśnie klaun[i].

A po trzecie? O Status Quo Pauliny J. Król. Przyznam szczerze, że pojęcia nie miałam, czego się spodziewać po tym opowiadaniu – w przeciwieństwie do pozostałych, to stosunkowo późno odkryło przede mną swoje karty. Tekst Pauliny Król klimatycznie odbiega od pozostałych, ale wychodzi mu to zdecydowanie na plus. Czym mnie urzekło? Pomysłem, pomysłem i jeszcze raz jego przesłaniami (w liczbie mnogiej, bo każda z części tekstu daje do myślenia). Ot, dwójka głównych bohaterów codziennie budzi się w innej, nieznanej sobie wcześniej alternatywnej rzeczywistości… Niektóre fakty łączą się z ich życiem „właściwym”, niektóre nie. Ci, którzy byli obecni w ich poprzednim życiu, nagle znikali albo pojawiali się ci, którzy dawno odeszli…

A teraz siedzę tutaj, ja, prawie trzydziestoletni mężczyzna w młodzieżowym pokoju i zamierzam iść wypić kawę, którą przygotowała mi zmartwychwstała matka[ii].

Opowiadanie jest bardzo życiowe, stawia swoich bohaterów w różnych, często niewygodnych sytuacjach, w których nie zawsze to, co przykre i bolesne, ostatecznie takim właśnie jest – i na odwrót.

Graficznie antologia prezentuje się bardzo dobrze, o co zadbał Dariusz Kocurek, który ma pieczę także nad graficzną stroną polskich wydań powieści Kinga. Natomiast całość zbioru poprzedza wstęp uznanego polskiego pisarza Stefana Dardy, który pochlebnie wyraża się o tekstach – i nie jest to reklama na wyrost. Podobnie jak pan Darda widzę w młodych pisarzach potencjał, który każdy z nich powinien pielęgnować i rozwijać. Fakt, że zbiór im się udał, nie oznacza, że powinni osiąść na laurach i jedynie zbierać pochwały – co to, to nie. Do pracy, drodzy państwo!

A czy Wam polecam lekturę zbioru? Jak najbardziej, mimo że daje się w nim zauważyć jakościową nierówność. Nie zmienia to jednak faktu, że na naszych oczach rodzą się nowi zdolni pisarze o pokaźnej wyobraźni i talencie. Aby mogli i jedno i drugie rozwijać, potrzebny jest im warsztat, który wyćwiczą tak naprawdę dzięki nam, czytelnikom. Oni piszą – my czytamy. I może za jakiś czas to w Polsce znajdzie się prawdziwy następca Stephena Kinga, który w pełni zasłuży na to miano? Może właśnie wśród tej piątki? Kto wie…

Ocena: 4,5/6




[i] K. Kotulak, P.J. Król, J. Turowski, J. Wojciechowicz, M. Zychla, Pokłosie, Wydawnictwo GMORK, Wrocław 2015, s. 61.
[ii] Tamże, s. 199.


Za możliwość przeczytania antologii dziękuję wydawnictwu GMORK.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.

piątek, 8 sierpnia 2014

W niewoli seksu - K. S. Rutkowski





wydawnictwo: Novae Res
data wydania: 2014
ISBN: 9788379421725
liczba stron: 136


Podobno to kobiety mają skomplikowaną naturę, a mężczyźni – wręcz przeciwnie. Jednak większość kobiet zapytana o to, czy z poprzednim zdaniem się zgadza, pewnie miałaby do wtrącenia jakieś małe „ale” na ten temat. Sytuacji, w których kobiety zwyczajnie panów nie rozumieją jest całe mnóstwo i nieraz wtedy chciałybyśmy zajrzeć do głów tych mężczyzn, którzy z jakichś powodów spędzają nam sen z powiek albo przynajmniej zabierają spokój. I ja ostatnio ku temu okazję miałam – oczywiście niedosłowną, bo zdolność telepatii jest mi obca – ale w pewnym sensie udało mi się dokonać tej niemożliwej rzeczy. „Jakim cudem?” – zapytacie. Otóż za sprawą opowiadań K.S. Rutkowskiego pt. W niewoli seksu.

Bohaterami tych tekstów są właśnie mężczyźni, następnie kobiety, które znacząco wpływają na koleje ich losów, zaś spoiwo łączące wszystkie opowieści – to seks. Panowie będący bohaterami opowiadań Rutkowskiego znajdują się na różnych etapach życia, w różnych miejscach świata i mają różne plany, marzenia oraz wizje swojej przyszłości, jednak z tymi samymi potrzebami seksualnymi, które nierzadko wpędzają ich w niezłe tarapaty. Mamy tu emigranta, który będąc na zagranicznym dorobku, korzysta z szansy, jaką podsunął mu los i regularnie sypia z żoną swojego szefa, która to ostatecznie chce go wplątać w morderstwo. Z kolei barowy podrywacz, usiłujący zdobyć względy pięknej barmanki i zaliczyć kolejną noc pełną uciech z nieznajomą, nie spodziewa się, że to on właśnie będzie tym wykorzystanym i poniżonym. Inny, będący ofiarą psychicznej przemocy, której latami dopuszczała się jego małżonka, pewnego dnia postanawia zakończyć swoje cierpienie raz na zawsze, wybierając dla żony karę najsroższą z możliwych. Jeszcze inny – to ofiara chorobliwej zazdrości.

I to zaledwie maleńka cząstka opowieści, które można znaleźć w zbiorze Rutkowskiego. Wszystkie są ciekawe, z dobrymi zakończeniami, dają do myślenia i pozwalają spojrzeć na mężczyzn i ich świat typowo męskim okiem. Takiż sam jest język, którym posługuje się autor – twardy, męski, dosadny i często wulgarny, co wcale nie jest wadą tych utworów, wręcz przeciwnie – pieprzny język dodaje im realizmu.

Jednak nie mogę powiedzieć, by W niewoli seksu miało mi zapaść w pamięć na dłużej. Oprócz chwilowej możliwości zajrzenia w męskie umysły w zasadzie nic więcej z lektury nie wyniosłam. Choć jej tematyka nie jest lekka, to i tak w ostateczności jest ona zbiorem niezobowiązujących tekstów, które czyta się szybko, w ciągu kilku chwil. To dobry przerywnik pomiędzy długimi i trudnymi lekturami. Fanom krótkich form oraz pisarstwa naszych rodzimych autorów zbiór ten bez wątpienia przypadnie do gustu. I jeszcze jedno! Wszystkim spodziewającym się pozycji pokroju 50 twarzy Greya śpieszę z informacją, że to nie ten typ literatury – to nie literatura erotyczna sensu scricto.

Ocena: 3/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję jej Autorowi.

wtorek, 28 sierpnia 2012

"Marzyciele i Pokutnicy" Krzysztof Spadło



Każdy z nas ma swoje marzenia, te większe, jak i mniejsze; realne i te raczej niemożliwe do spełnienia. Niektóre z nich już na zawsze pozostaną w sferze fantazji, ale są i takie, które za wszelką cenę chcemy zrealizować – z uporem, a czasem nawet z bezwzględnością dążymy do ich urzeczywistnienia. Bywa, że nie bez ofiar w bliskim otoczeniu, bo w imię ziszczenia naszych idei narażamy innych na cierpienie. Jednak mówi się, że za wszystko trzeba w życiu płacić, więc jeśli nasze marzenia są okupione czyjąś krzywdą, to można się spodziewać, że będą nas słono kosztować – z Marzycieli możemy szybko stać się Pokutnikami (albo odwrotnie).

Między innymi o tym jest mowa w antologii opowiadań Krzysztofa Spadło pt. „Marzyciele i Pokutnicy” –  debiucie autora. Czy udanym, o tym za chwilę. Najpierw kilka słów o samych opowiadaniach. Choć jest to zbiór pozornie różnych tekstów, to łączy je jeden temat przewodni będący jednocześnie tytułem antologii. W każdym z nich poznajemy innych bohaterów, którzy marzą lub… pokutują w niezwykłym, czasem mrocznym świecie. W jednej chwili akcja toczy się w Polsce (choć nie takiej, do jakiej przywykliśmy), a w innej w bliżej nieokreślonym miejscu, gdzie bohater odbywa wątpliwej przyjemności podróż z przerażającym stworem u boku. Poznajemy też historię pozornie zwykłego chłopca w czapce z daszkiem, który okazuje się być bardzo wyjątkowy. Są tu też nieletni poszukiwacze skarbów i… strachu. Zaś moje ulubione opowiadanie, przedstawia smętny żywot pewnego mężczyzny, którego rutynę przerywa sam Morfeusz i to w jakim stylu!  

Tak pokrótce przedstawia się tematyka niektórych opowiadań. Autor sięga po cały wachlarz gatunków – począwszy od science fiction, a na thrillerze skończywszy. Mamy tu narrację typową dla opowiadania, jak i pierwszoosobową, charakterystyczną dla pamiętnika. Język jest bogaty i barwny. Akcja poprowadzona bardzo dobrze; w gruncie rzeczy nie ma mowy o nudzie podczas lektury żadnego z nich. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie też fakt, że nie sposób odczuć podczas lektury, że mamy do czynienia z debiutem, nie spotkałam się ani razu z tak typową dla początkujących pisarzy „nieporadnością” w budowaniu dialogów czy doborze słownictwa. Słowem oddającym charakter „Marzycieli i Pokutników jest profesjonalizm. Jedyne, co mi się nie podobało w tym tytule to dość drobna czcionka druku, która szybko męczy wzrok.

Jestem bardzo mile i pozytywnie zaskoczona tą pozycją, zwłaszcza że jest to zbiór opowiadań, które czytam bardzo rzadko. Krzysztof Spadło doskonale wypadł w roli pisarza, tym bardziej chciałabym, by dał się poznać w tak wymagającym gatunku, jak powieść – jestem przekonana, że w opowiadaniach autor nie miał możliwości w pełni rozwinąć skrzydeł swego talentu.

Ocena: 4,5/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję jej Autorowi.

piątek, 25 maja 2012

"Szkice z życia", czyli Blogerzy Książki Piszą




Ci, którzy w miarę regularnie śledzą moje recenzje, wiedzą, że nigdy nie byłam miłośniczką krótkiej formy literackiej. Jeśli już decydowałam się na lekturę opowiadania, to wyłącznie kierując się starannym wyborem. Często kierował mną jakiś silny bodziec nakazujący lekturę właśnie tego, a nie innego zbioru.

Jednakże – gdy tylko dowiedziałam się o zamyśle powstania projektu Blogerzy Książki Piszą wiedziałam, że na pewno zapoznam się z efektem końcowym: antologią opowiadań „Szkice z życia”.



Co sprawiło, że akurat tę pozycję postanowiłam zaliczyć w poczet lektur, które zasilają moją półkę oznaczoną mianem „Przeczytane”? To, mianowicie, że autorami tekstów są osoby zasilające szeregi blogosfery, osoby dla których pisanie jest nie tyle pasją i sposobem na odreagowanie trudów codzienności, co cząstką życia. Są to ludzie, którzy jak ja sama (i większość z Was) kochają czytać i udzielają się literacko (bez rozróżniania czy chodzi o recenzje książek czy twórczość typowo literacką). Czuję się z tą grupą związana grubą nicią, choć jest ona tylko wirtualna.

Zatem, gdy tylko trafiła mi się możliwość zapoznania ze „Szkicami z życia”, rozsiadłam się wygodnie i niczym klientka najlepszej restauracji zaczęłam zaznajamiać się z menu antologii. Tak samo jak i w karcie dań można wybrać sobie coś zgodnie z własnymi upodobaniami i smakiem, tak i tu – spośród dwudziestu siedmiu opowiadań – można wyłuskać te ulubione. Nie ma mowy o nudzie czy schematyczności, bowiem ile autorów, tyle pomysłów na interesujący tekst. A skoro mowa o autorach, to muszę przyznać, że pozytywnie zaskoczył mnie tak liczny udział w projekcie osób, które są mi już znane ze swojej literackiej działalności, jak Jan Antoni Homa, Piter Murphy, Victor Orwellsky, Agnieszka Gil czy koordynatorki Agnes A. Rose (krainaczytania.blox.pl) i Danuta Awolusi (ksiazkizbojeckie.blox.pl). W przedsięwzięciu biorą też udział osoby, z którymi jeszcze się nie spotkałam na arenie blogowego świata, jednakże po lekturze omawianego e-booka na pewno się to zmieni, zwłaszcza że jego koniec zwieńczają opisy sylwetek autorów, co ułatwia ich bliższe poznanie.

Tematyka zbioru, jak sam tytuł wskazuje, oscyluje wokół życia codziennego i tego wszystkiego, co się z nim wiąże. Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się aż tak szerokiego zakresu – co naturalnie jest ogromnym atutem e-booka. Mamy tu rzecz o lękach i obawach przyszłej mamy, podane w wyjątkowo lekki i zabawny sposób; jest też historia opłakanej w skutkach, brutalnej zemsty na niewiernym mężczyźnie; jest i miłość na chwilę przed rozpoczęciem wojny. Jeśli ktoś uwielbia intrygi, tematykę obcych cywilizacji, testowania nowej i bardzo niebezpiecznej broni czy chciałby poznać świat, w którym można przeprogramować ludzki mózg – również znajdzie tu znakomity kąsek dla siebie.

A co z fanami tekstów silnie oddziałujących na emocje? Też będą pocieszeni, bo takie w antologii właśnie dominują. Poruszyła mną opowieść (jakże życiowa i aktualna w ostatnich latach) o żołnierzu przebywającym na misji w Iraku, który hen w Polsce zostawił żonę wraz z maleńkim dzieckiem. Najprawdziwsze łzy pod powiekami zbierały mi się po lekturze historii ojca, który wskutek choroby stracił swoją ukochaną córeczkę, a sam popadł w obłęd popychający go do zbrodni (nie chcę specjalnie faworyzować żadnego z opowiadań, ale to zapadnie mi w pamięć chyba już na zawsze…). Nie myślcie jednak, że podczas lektury „Szkiców z życia” będzie Wam potrzebny duży zapas chusteczek higienicznych, by co rusz ocierać łzy wzruszenia – przydadzą się także, by ocierać łzy wywołane śmiechem (sama należę do wąskiego grona osób, które często płaczą ze śmiechu). Bo jak tu się nie śmiać, gdy ktoś z uporem maniaka próbuje przekonać nas, że on jedyny nie posiada numeru PESEL albo usiłuje zrobić badania psychotropowe na wózek widłowy? Nie ma innego wyjścia, jak oddać się emocjom podczas tej lektury, które osobiście Wam gwarantuję!
Czy ktoś czuje się jeszcze nieprzekonany do lektury tego tytułu? Pewnie jedynie ci, którzy kręcą nosem na samą myśl, że jest to e-book, a nie zbiór wydany w tradycyjnej, papierowej formie. Zatem, zaręczam Wam, że będąc typową okularnicą wchłonęłam go w mgnieniu oka, sama nie wiem kiedy. Czyta się go błyskawicznie i prawie zapomina, że tekst trzeba śledzić na monitorze.

I jeśli za jakiś czas blogerzy znów wyjdą z podobną inicjatywą, to ja na pewno chętnie się z nią zapoznam bez względu na formę w jakiej będzie opublikowana. Warto wspierać takie akcje i pokazywać szerszemu gronu odbiorców, że i my blogerzy mamy talent literacki i potrafimy zrobić z niego świetny użytek!

Ocena: 5/6


poniedziałek, 10 października 2011

"Krótkie dni i noce" Rafał Kuleta



Różne są odczucia podczas czytania książki – zależą one między innymi od gatunku literackiego, z którym przyszło nam spędzić czas. Możemy odpłynąć w świat melancholii i rozważań, marzyć, fruwać wśród chmur, walczyć ze smokami, prowadzić śledztwa czy też spotkać się z koszmarami, jakich w życiu byśmy pewnie nie doświadczyli na własnej skórze. Do tej pory byłam przekonana, że zasmakowałam już wszystkiego, co możliwe dzięki literaturze, dopóki nie przeczytałam „Krótkich dni i nocy” Rafała Kulety.

Opowiadania pana Rafała wywołały u mnie odczucia klaustrofobiczne. Tak, dobrze czytacie – klaustrofobiczne. To, co wywołało taki efekt, to ich liczba (jest ich naprawdę wiele), mikroskopijna długość (liczą nie więcej niż sto słów) oraz siła oddziaływania. Czułam jakby te historie obsiadły mnie z każdej ze stron i coraz mocniej na mnie napierały, przyduszały i zabierały powietrze.
Niektóre przywoływały lęki z dzieciństwa, przypominając głębię i mrok szafy z pokoju obok albo przerażający uśmiech niewinnego z pozoru klauna, który rozczłonkowuje swoje ciało. Inne uwydatniały zło siedzące głęboko w zakamarkach ludzkiego umysłu, jak w przypadku kasjerki świadomie (i z uśmiechem na twarzy) wysyłającej podróżnego na śmierć. A może zastanawialiście się, jak zareagowalibyście na wieść o tym, że Wasze ulubione, skórzane rękawiczki są powłoką zdartą z jakiegoś człowieka? Dzięki autorowi poznacie także książki, które czytają Was, a nie na odwrót. Zobaczycie także Boga, jakiego nigdy nie chcielibyście poznać – sadysty kochającego ludzi na zabój (dosłownie).
Tych krótkich tekstów w niniejszej książce jest tak wiele, że nie sposób ich wszystkich streścić.

Łączy je wszystkie wspólny mianownik – strach. Czy to ten wywołany przerażającymi stworami, makabrycznymi zdarzeniami, opisem ludzkich wnętrzności czy też ten wypływający z mrocznych czeluści psychiki bohaterów.
Niektóre z opowiadań przypominały mi troszkę wątki z horrorów klasy B i takiej też były jakości, ale zdecydowana większość była absolutnymi majstersztykami w ultrakrótkiej formie – wyróżnić tu mogę wspomniane wcześniej opowiadanie o Bogu wcielonym w rolę bezwzględnego sadysty. Jeśli podziałało ono na kogoś, kto z wiarą ma niewiele wspólnego, to znaczy, że jest naprawdę dobre…
Rafał Kuleta przedstawił weń świat oderwany od rzeczywistości, rządzący się prawami grozy, zła, surrealizmu, który w niebywały sposób oddziałuje na wyobraźnię i nasze odczucia podczas czytania lektury.
Byłabym skłonna wystawić temu dość nietypowemu dziełu najwyższą notę, jednak gdybym to zrobiła, byłabym nieuczciwa w stosunku do własnego sumienia. Nie wiem czy tylko ja mam takie wrażenia, czy znajdzie się ktoś jeszcze, kto podobnie to odczuje, ale po pewnej liczbie przeczytanych opowiadań odczułam odrobinę znużenia i przesytu. Na szczęście lek na tę przypadłość jest bardzo prosty – wystarczy jedynie umiejętnie dawkować sobie twórczość pana Kulety (po kilka historii dziennie). Tak, by nie stracić tego charakterystycznego i klaustrofobicznego uczucia, które robi naprawdę mocne wrażenie oraz tak, by cały czas chcieć brnąć dalej w ten magiczny i wywołujący dreszcze na ciele świat grozy.

Myślę, że stosując się do powyższej rady, każdy czytelnik lubujący się w tego typu klimatach powinien być zadowolony z lektury „Krótkich dni i nocy”. Sugeruję także sięganie po nią w godzinach wieczornych dla spotęgowania doznań. Na koniec życzę Wam dużo… strachu.

Za możliwość przeczytania niniejszej książki dziękuję wydawnictwu Novae Res. 

Ocena: 5/6

środa, 24 sierpnia 2011

"Wyjazd we dwoje i inne opowiadania" Maria Mostowska


źródło okładki: wydawnictwo Jirafa Roja

Jak już zdarzało mi się wspominać tu i ówdzie, nie przepadam za opowiadaniami. Zdecydowanie preferuję dłuższą formę literacką by zżyć się z bohaterami, dobrze ich poznać i ostatecznie, dać radę określić czy historia zawarta w danym tytule jest godna uwagi.
Mimo to czasem trzeba zrobić wyjątek od reguły by nie było zbyt monotonnie. Na szczęście tym razem odstępstwo to zrobiłam nie tyle z nakazu sumienia, co zdecydowanie z czystej chęci, natchniona słowem wstępnym opowiadań, które ostatnio wpadły mi w ręce.

Mówię tu o utworach Marii Mostowskiej pt. „Wyjazd we dwoje i inne opowiadania”. Przyznam szczerze, że nazwisko tej pani nie było mi w ogóle znane. Informacja na tyle okładki też nie zdradza zbyt wiele poza rokiem urodzenia, miejscem zamieszkania i stwierdzeniem, że autorka jest wszechstronna w doświadczeniu zawodowym. Jednak ciepła i pozytywna zachęta (tak też zatytułowany jest wstęp) ze strony Jana Hartmana, utwierdziła mnie w przekonaniu, że warto znów dać szansę mało lubianemu przeze mnie gatunkowi literackiemu i zapoznać się z twórczością tej autorki.

Co mnie tak urzekło we wstępie pana Hartmana? Te oto słowa: „Opowiadania Marii Mostowskiej(…) nie uwodzą pozorami, lecz dokumentują małe wycinki takiego życia, jakie autorka zna naprawdę. Żadnego zmyślania.”*
Po takich słowach można spodziewać się przede wszystkim jednego – prawdziwości czy też lepiej – autentyczności, a to ostatnimi czasy bardzo cenię w literaturze. Czy faktycznie to znalazłam w „Wyjazd we dwoje i inne opowiadania”?
Zawartość zbioru pokazała mi dziesięć różnych tekstów, które łączy jeden wspólny mianownik – życie. Ukazane na różne sposoby, z różnych perspektyw, sytuacji i ludzi przede wszystkim. W jednym z opowiadań poznałam parę, którą zdaje się więcej dzieli niż łączy. Chyba, że „fundamentem” ich związku można nazwać łóżko, w którym ich światopoglądy nie mają zbytnio szans na rozmijanie się.
Inne zaś, opowiada o tym jak dorosłemu człowiekowi może zawalić się wszystko to, co było dla niego niezaprzeczalnym pewnikiem i nie stanowiło źródła niepokoju – mowa tu o pochodzeniu. Życie dorosłej kobiety wywraca się do góry nogami, gdy okazuje się, że tak mało wie o swoim ojcu.
Jest też opowiadanie mówiące o kobiecie i jej niezbyt szczęśliwym życiu uczuciowym – jak to chciała kochać i być kochaną, a realizacja tego różnie się układała na przełomie lat jej życia.
Żeby nie było zbyt drętwo, pani Mostowska, daje także okazję do śmiechu. W jednej z historii grupa zakładowych sprzątaczek dostaje odgórny nakaz uzupełnienia swego wykształcenia – najpierw mają zdać maturę, a następnie udać się na studia z cleanologii. Ubaw przy tym przedni, bo jakże miałoby być inaczej, gdy proste kobiety z ledwością czytające, muszą wysłuchiwać wykładów profesorów i na koniec przy pomocy zdobytej wiedzy, napisać pracę licencjacką?

Jak widać, nudzić się raczej nie można dzięki autorce – postarała się o to. Zadbała też o prosty i przystępny język oraz dobry styl (podobał mi się szczególnie w pierwszym utworze). Czy znalazłam w nich ową prawdziwość, której się spodziewałam? Jak najbardziej, tak. W wielu z nich bez problemu odnalazłam cząstkę własnego życia, własnych przeżyć a nawet uczuć. Te teksty, które ze mną wiele wspólnego nie miały i tak dały mi się mocno odczuć – jak każdy tytuł z „życiem w tle” ten także daje do myślenia, ciężko przy nich nie wpaść w zadumę.
Przy pomocy tej książki można rozebrać życie na czynniki pierwsze i spojrzeć na nie pod różnymi kątami, tak by lepiej je zrozumieć (albo przynajmniej spróbować to zrobić).

* „Wyjazd we dwoje i inne opowiadania” Maria Mostowska; str. 7

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Jirafa Roja.

Ocena 4/6