Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8/10. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 marca 2019

[mini recenzja] J. Jonasson "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął"

Jak głosi już sam tytuł, mężczyzna w swoje setne urodziny wychodzi przez okno i znika. Brzmi niedorzecznie? Nie martwcie się, będzie jeszcze dziwniej. Na przykład taka kradzież walizki pewnemu podejrzanemu typkowi (w wykonaniu staruszka) i późniejszy pościg. A to dopiero początek. W międzyczasie poznajemy życie naszego bohatera od najmłodszych lat i wkrótce przestaje dziwić nazywanie staruszka szwedzkim Forrest Gumpem.
O ile zwykle nie decyduję się na tego typu historie, tak bardzo się cieszę, że dałam szansę “Stulatkowi…”. Jest naprawdę zabawnie i dostajemy też przy tym małą powtórkę z historii świata, mniej więcej na przestrzeni ostatnich stu lat… Oczywiście odpowiednio podrasowaną, aby nasz bohater mógł odegrać w niej swoją rolę, a przyznać trzeba, że odegrał niejedną, a i zasięg jego oddziaływania do małych nie należy. Inni bohaterowie, choć już nie tak niezwykli jak on, również dają radę (choć może akurat słonia też należałoby zaliczyć do postaci niezwykłych…?). Świetnie się przy tej książce bawiłam, a za jakiś czas z chęcią obejrzałabym też film na jej podstawie.

Nazbierało się pełno książek, o których nie pisałam albo pisać jedynie zaczęłam i raczej recenzji się nie doczekają, dlatego postanowiłam, że od czasu dodam na temat takich tytułów choć parę słów. Tak oto właśnie "Stulatkiem..." rozpoczynam cykl mini recenzji... o ile recenzjami można to w ogóle nazwać. ^^''

poniedziałek, 17 grudnia 2018

M. Foster "Yōkai. Tajemnicze stwory w kulturze japońskiej"

Yōkai ciekawią mnie już od dawna, więc nic dziwnego, że i ta publikacja przyciągnęła moją uwagę... A jednak długo zajęło mi zabranie się za nią i to nawet pomimo tego, że już jakiś czas temu wygrałam ją w konkursie u Frydzi. Cóż, lepiej późno niż wcale i ważne, że naprawdę było warto. (W porównaniu do moich poprzednich, ostatnio bardzo nielicznych recenzji, ta wyszła dość długa, chociaż to i tak wersja skrócona względem tej, którą przygotowałam na inną okoliczność)

środa, 8 sierpnia 2018

Nakamura Asumiko "Sora i Hara"

Koledzy z klasy  Absolwenci  Sora i Hara  O.B.  |  blanc
dodatkowo:  anime Doukyuusei artbook Sotsugyo Album

Wydawnictwo: Waneko  |  Liczba stron: 274
Sajou skończył szkołę, a Haraczowi pozostaje jakoś uporać się z ostatecznym zawodem miłosnym. Może najlepszym sposobem będzie znalezienie kogoś na jego miejsce? Z tą myślą wybiera się do baru i nawet kogoś poznaje, jednak wspomnienie Sajou wciąż pozostaje zbyt żywe, więc szybko się wycofuje. Jak wielkie musi być jego zdziwienie, kiedy okazuje się, że poznany poprzedniego wieczoru chłopak właśnie zaczyna naukę w jego szkole! Po tym odkryciu jasno wyznacza granicę ich znajomości. Nauczyciel i uczeń, nic więcej. Otwartość i przyjazne usposobienie Sorano sprawiają jednak, że nie sposób trzymać się od niego z daleka, zwłaszcza gdy z godną podziwu upartością wtrąca się w nie swoje sprawy, zwłaszcza w kwestię nieszczęśliwej miłości swojego nauczyciela. Poza tym pasuje mieć go na oku, żeby przypadkiem nie wpadł w jakieś kłopoty czy złe towarzystwo. Co im przyjdzie z tej znajomości?

"Sora i Hara" stanowi świetną okazję do tego, by spojrzeć na Harasena (jednak wciąż wolę oryginalną wersję jego przezwiska, wybaczcie) z innej strony, zwłaszcza jeśli po poprzednich częściach wciąż nie jesteście do niego całkiem przekonani. Poznajemy go jako nauczyciela może i mocno zblazowanego, jednak świadomego spoczywającej na nim odpowiedzialności i mającego swoje zasady (chociażby tą o nie tykaniu swoich uczniów). I mimo że na swój sposób uganiał się za Sajou (warto zaznaczyć, że konkretniejsze kroki podjął dopiero gdy poczuł zagrożenie ze strony Kusakabe), nie zamierzał szukać szansy dla siebie na siłę. Wiedział kiedy dać za wygraną, a później potrafił uznać zalety rywala. Dowiadujemy się o nim też trochę od strony prywatnej (ta różnica między jego wyglądem w szkole a poza nią!), częściowo z relacji pewnego przyjaciela.
Nie mogłabym też nie napisać czegoś więcej na temat Sorano, który jest bardzo barwną postacią. Śmiały, otwarty, walczący o swoje i pozytywnie zakręcony, a jednocześnie niepozbawiony własnych niepewności czy problemów (lub też sam w sobie problematyczny). Razem z Haraczem zdają się być jak niebo i ziemia (i w taki też sposób można przetłumaczyć tytuł tej mangi), jednak właśnie tego było im trzeba. Harasen dostał porządnego kopa, którego potrzebował by ruszyć naprzód, a Sorano wsparcie i dobrą radę (nawet jeśli czasem wyrażone w nieco szorstki sposób).

Mimo że spory objętościowo, to jednak akcja tego tomu rozgrywa się w dość krótkim przedziale czasowym, za to dużo się dzieje. Sajou i Kusakabe też się pojawiają, a jakże, jednak zwłaszcza tego drugiego będzie tutaj niewiele. Rozwinięty zostaje za to (jak się okazuje trochę kontrowersyjny pod pewnymi względami) wątek Arisaki, dawnego nauczyciela Haracza, przedstawionego już w jednym z rozdziałów "Absolwentów". Jest też trochę o młodości Harasena, wspomnianym już przyjacielu (Koma, który i z Sorano zaczyna się nieźle dogadywać) oraz nieodwzajemnionym uczuciu Sorano.
Pełna kolorów obwoluta wprowadza spory kontrast względem poprzednich, na których przeważała biel i stonowane kolory. Do tego tym razem nie jest ona matowa. I jeszcze ci nauczyciele wylegujący się na trawie (stanowią ciekawe urozmaicenie)! Pod obwolutą zamiast zwyczajowych wizerunków postaci mamy jeszcze krótką historię na koniec, tak jak tytuł rozdzieloną na dwa kolory - niebieski i zielony. Z kolei na skrzydełkach znajdziemy kilka kadrów z mangi. A w środku? Strony trochę prześwitują, ale nie wydaje się to problemem. Zauważyłam jedną literówkę, poza tym nic mi nie zgrzytało (a tym razem w razie potrzeby mogłabym sprawdzić tłumaczenie z oryginałem).  Nad kreską po raz kolejny pozostaje mi się rozpływać, bo uwielbiam specyficzny styl Nakamury, który od czasów "Kolegów z klasy" znacznie się poprawił.

Ten tom zdecydowanie był potrzebny, by lepiej poznać i zrozumieć Harasena (choć nie tylko jego). Poza tym tak po prostu dobrze spędziłam z tą mangą czas i doceniam też nawet i tą drobną możliwość wglądu w dalsze losy Sajou i Kusakabe. Teraz pozostaje czekać na wydanie "O.B.", a w przyszłości (mam nadzieję) także i "blanc", które wciąż jeszcze powstaje.

sobota, 19 maja 2018

Natsuhiko Kyogoku & Aki Shimizu "Ubume no Natsu"

"Ubume no Natsu" poznałam już jakiś czas temu dzięki przetłumaczonej na język angielski powieści Natsuhiko Kyogoku ("The Summer of the Ubume"). To pierwsza część serii książek pełnych tajemnic i mocno nawiązujących do japońskich wierzeń i folkloru. Niestety, tylko ta jedna została przetłumaczona (a i ją aktualnie bardzo trudno dostać). Są za to powstałe na ich podstawie mangi, a ponieważ bardzo chciałabym tę serię kontynuować, postanowiłam sprawdzić, jak "Ubume no Natsu" ma się do swojego książkowego pierwowzoru.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Natsuhiko Kyogoku "The Summer of the Ubume"

Wydawnictwo: Vertical.  |  Liczba stron: 320
Rodzinie Kuonji od pokoleń towarzyszy zła sława. Choć jeszcze nie tak dawno byli uznanymi lekarzami, obecnie ich interes podupada. Do tego jeszcze te pogłoski o zaginionych noworodkach… Na tym jednak nie kończą się ich problemy. Makio, który wżenił się w ich rodzinę, nagle zniknął jakieś półtora roku temu i to z zamkniętego od środka pokoju. Tymczasem jego żona już od dwudziestu miesięcy jest w ciąży i nic nie wskazuje na to, by wkrótce miała rodzić. Coś tu wyraźnie nie gra, prawda?

Po usłyszeniu tej historii utrzymujący się z pisania Sekiguchi postanawia odwiedzić swojego przyjaciela. Z zamiarem oparcia na tym swojej następnej opowieści grozy zaczyna wypytywać antykwariusza, człowieka niezwykle oczytanego, a ten jak zwykle zaczyna swoją tyradę… Z bardzo nieoczekiwanym dla Sekiguchiego skutkiem. Nigdy nie przypuszczał, że jedna rozmowa ze starym przyjacielem tak nieodwołalnie odwiedzie go od pisania i jednocześnie skłoni do szukania prawdy kryjącej się za pogłoskami o rodzinie Kuonji.

"The Summer of the Ubume" zaciekawiło mnie już od samego początku. Pierwsza rzecz - świadomość, że znajdę tu coś na temat youkai (japońskich demonów itp.), które uważam za bardzo ciekawy temat. Następnie bohaterowie. Będąc molem książkowym nie mogę nie docenić tego, że i oni są zagorzałymi czytelnikami. Sekiguchi to pisarz. Tymczasem jego przyjaciel Kyogokudo (a właściwie Akihiko Chuzenji), prowadzi sklep z używanymi książkami, ale chyba tylko dlatego, że jego własna kolekcja już dawno wymknęła się spod kontroli. Do tego pełne przyjacielskiego przekomarzania się, a jednocześnie głębszego znaczenia rozmowy wciągnęły mnie już od pierwszych stron. Sam Sekiguchi wydaje się dość zwyczajny, zwłaszcza w porównaniu do osób, które go otaczają, ale myślę, że to dobra postać na narratora. Poza tym ma spore znaczenie dla całej powieści. Bez błyskotliwego, znającego się niemal na wszystkim Kyogokudo niewiele by jednak zdziałał. Mamy też kolejnego z jego przyjaciół, niby-detektywa o bardzo specyficznym charakterze, często trudnym w obejściu oraz siostrę Kyogokudo, która w pewnych kwestiach bardzo przypomina brata. Jest też oczywiście rodzina Kuonji, spośród której najczęściej towarzyszyć nam będzie Ryoko, siostra ciężarnej, prawdziwa piękność, choć o słabym zdrowiu.

"There is nothing that is strange in this world, Sekiguchi."

Wracając do rozmów, uwielbiam sposób, w jaki Kyogokudo opowiada - nieco okrężny, jakby rozwlekły. W ciągu jednej rozmowy potrafi wielokrotnie zmieniać temat, wyciągając na światło - jak by się wydawało - coraz to odleglejsze kwestie, by w końcu okazało się, że wszystko to prowadzi do ostatecznej konkluzji, którą jego rozmówca jest w stanie zaakceptować właśnie dlatego, że wszystkie względnie problematyczne elementy zostały gdzieś po drodze wytłumaczone. Nagle rozmowa wraca na właściwe tory i wszystko staje się jasne. Jest w tym co prawda pewna doza arogancji czy wyniosłości, jednak nie zmienia to faktu, że postać antykwariusza niezwykle przypadła mi do gustu (a może wręcz przeciwnie - właśnie dlatego lubię go jeszcze bardziej?).

A jakie to kwestie będą roztrząsać nasi bohaterowie? Najróżniejsze, często wchodząc na bardzo niepewny grunt, gdzie pozostaje nam jedynie teoretyzowanie. Istnienie duchów, duszy, związek między umysłem a świadomością czy instynktem; to, co zwykle nazwalibyśmy zjawiskami paranormalnymi (chociaż Kyogokudo posłałby mi za użycie tego zwrotu pełne pogardy spojrzenie) oraz całą masę innych spraw, których nawet nie ma sensu wymieniać, jeśli nie jest się w temacie. Wszystko to po to, by wyjaśnić tajemnicę zaginięcia oraz przedłużającej się ciąży (chociaż nie, właściwie nie tylko dlatego, ale więcej nie będę zdradzać). Czy to coś nadprzyrodzonego? A może wszystko da się logicznie wytłumaczyć? Bardzo ciekawie było obserwować zmagania bohaterów z tą kwestią.

Powieść została przypisana do kategorii mystery/horror, przy czym o wiele bardziej wpasowuje się do tej pierwszej, więc nie radzę zabierać się do niej oczekując horroru. Ja liczyłam na tajemnice, trochę niepokoju oraz wielu rozmów o youkai czy o innych interesujących kwestiach i właśnie to dostałam. A kim jest tytułowa ubume? To jedna z wielu istot japońskiego folkloru, której dokładniej nie będę teraz opisywać ze względu na sporą rozbieżność w tekstach, które jej dotyczą. Najlepiej wyjaśni to sama książka.

Już dawno nie zdarzyło się, żebym sięgnęła po książkę, o której wcześniej nic nie wiedziałam. "The Summer of the Ubume" było więc dla mnie sporą niespodzianką i to - jak się wkrótce okazało - bardzo pozytywną. Chciałabym kiedyś zobaczyć ją po polsku… A na razie przyjdzie mi żałować, że nawet po angielsku została wydana tylko ona, choć to początek dłuższego cyklu.

wtorek, 21 marca 2017

J. Ćwiek "Grimm City. Wilk!"

Wydawnictwo: SQN  |  Liczba stron: 384  |  Seria: Grimm City (1)
Zacznijmy od tego, że Grimm City to miasto parszywe, w którym powietrze i ulice są równie brudne, co interesy, jakie zwykle się tam przeprowadza. Ze swoją własną hierarchią, wszędobylską wręcz korupcją i kopalnianymi zanieczyszczeniami z dnia na dzień dąży do coraz większego zepsucia, a zwykli ludzie jakoś muszą z tym żyć. Wśród tego wszystkiego jest jednak kilka względnie bezpiecznych, a może nawet i nieźle płatnych zawodów. Taką pracę mieli chociażby taksówkarze… przynajmniej do czasu, gdy ktoś zaczął ich mordować wraz z pasażerami i to w dość spektakularny sposób... Czyżby w mieście pojawił się nowy gracz?

Właśnie te kwestie z pewnością rozważał Alfie, muzyk, któremu w życiu powodziło się różnie, kiedy przyjaciel taksówkarz po raz kolejny poprosił go, żeby w jego zastępstwie wsiadł za kierownicę. Z równie dużą dozą pewności mogę stwierdzić, że nawet nie przypuszczał wtedy, w jak ogromne, a jednak całkiem innej natury kłopoty, wpędzi go udzielenie odpowiedzi twierdzącej. Właśnie ta decyzja oraz szereg zbiegów okoliczności sprawią, że znajdzie się praktycznie w samym centrum tego, co dzieje się w mieście.
"Każda opowieść zaś ma jedno nadrzędne prawo - niezależnie od poziomu skomplikowania ma jeden finał, gdzie wszystko splata się w całość."
W "Grimm City. Wilk!" autor sięga po temat baśni od innej strony. Nie nawiązuje do nich całkiem bezpośrednio, ale tworzy na ich podstawie religię, całą ideologię, która przenika na wskroś świat, jaki tu stworzył. Bohaterowie mogą sobie być wierzący lub nie, jednak duch opowieści zawsze gdzieś nad tym wszystkim krąży, zwłaszcza w Grimm City, mieście powstałym ponoć na ciele pokonanego olbrzyma, którego gęsta, czarna krew wydobywana przez górników wciąż stanowi siłę napędową przemysłu. A ponieważ mroczne, baśniowe klimaty to coś, co bardzo lubię, szybko wkręciłam się w wykreowany przez Ćwieka świat i z zainteresowaniem czytałam o kolejnych koncepcjach bajanizmu, jak i o tym, co dzieje się na granicy prawa i przestępczego półświatka.

Alfie to bohater, którego da się lubić. Zdecydował się żyć z tego, co kocha i choć bywa z tym różnie, zwłaszcza przy zmieniających się muzycznych trendach, nie zamierza się poddawać. No i kiedy trzeba, potrafi całkiem nieźle główkować. Nieco później poznamy detektywa, który dzięki swoim umiejętnościom zaszedł całkiem wysoko, a także jego byłego partnera, który nie przepada za jego metodami i lekceważącym sposobem bycia. Mamy i ważniaka o wybuchowym temperamencie oraz jego wszechstronnego lokaja. Znajdzie się też młoda reporterka, która walczy o swoje prawo bytu w skorumpowanym, zdominowanym przez mężczyzn świecie prasy. Ogólnie bohaterów mamy więc ciekawych, o których aż chce się czytać.

Zakończenie mnie zaskoczyło. Co prawda od pewnego momentu zaczęłam podejrzewać, że autor nie odkryje przed nami wszystkich kart, jeszcze nie teraz, a jednak takiego rozstrzygnięcia się nie spodziewałam. Nie żebym była zawiedziona - co to to nie! Po prostu teraz czym prędzej chciałabym poznać dalszy ciąg, a na to przyjdzie mi jeszcze trochę poczekać.

środa, 11 stycznia 2017

O. Wilde "Twarz, co widziała wszystkie końce świata"

Państwowy Instytut Wydawniczy  |  Liczba stron: 435
Po "Portrecie Doriana Graya", który utkwił mi głęboko w pamięci, niecierpliwie wypatrywałam okazji, by zapoznać się z innymi dziełami Oscara Wilde'a. W trakcie swoich poszukiwań upatrzyłam sobie właśnie zbiór bajek, opowiadań, poematów prozą i esejów - "Twarz, co widziała wszystkie końce świata", którego przez długi czas nie udawało mi się zdobyć. Teraz, już jako posiadaczka wspomnianej książki, mogę przejść do właściwej części recenzji.

Pierwsze są opowiadania. "Zbrodnia lorda Artura Savile'a", studium o obowiązku, czyli historia o tym, jak daleko można się posunąć, byle tylko mieć już przykry obowiązek za sobą. Nawet jeśli obowiązek ten można by uznać za urojony lub niedorzeczny... Z "Upiora z Canterville" dowiemy się na przykład, w jak ciężkim położeniu może być tytułowa kreatura, gdy mieszka z ludźmi tak praktycznymi, że wcale się go nie boją, nawet przy spotkaniu twarzą w twarz. Ale czy z ich strony czekają na niego jedynie przykrości? Kolejne opowiadania, "Wzór milionera" i "Sfinks bez tajemnic", są już dużo krótsze, dlatego nie będę się nad nimi rozwodzić.

"Życie rani każdego, kto się doń zbliży. W życiu wszystko trwa zbyt długo lub nie dość długo."

Dalej zaczynają się bajki, pisane prościej, nieraz wręcz z dziecięcą naiwnością, w których głos zabierają także zwierzęta oraz przedmioty nieożywione. "Szczęśliwy książę", który wbrew temu, jak go nazywają, ma obecnie sporo trosk. Wielka bezinteresowność i poświęcenie ukazane w "Słowiku i róży". "Prawdziwy przyjaciel" pełen obłudy, błędnego rozumowania oraz wyrzeczeń, z których nie przychodzi nic w zamian. "Nadzwyczajna rakieta", tak zadufana w sobie. "Urodziny infantki" o rozpieszczonej księżniczce i nieświadomym swojej ułomności karle. "Rybak i jego dusza", które... właściwie nie wiem, jak miałabym opisać w kilku słowach. "Młody król", który poznaje niesprawiedliwość świata i nie chce jej zaakceptować. Choć wymienione utwory zaliczają się do bajek, nie wszystkie nadawałyby się do opowiedzenia ich na dobranoc, zwłaszcza dla najmłodszych. Choć większość cechuje się wręcz dziecięcą prostotą, język potrafi być bardziej wyszukany, a słownictwo bogate. Do tego morał może nie być całkiem oczywisty, a nawet jeśli, zwykle okazuje się gorzki.

Kolejne są poematy prozą, tak krótkie, że nie ma sensu ich opisywać. Wilde podejmuje w nich przede wszystkim tematykę religijną i to w sposób, powiedziałabym, dość nietypowy. I na koniec zajmujące najwięcej miejsca, a także najbardziej wymagające spośród znajdujących się tu dzieł - eseje. "Krytyk jako artysta" przedstawiony w formie dialogu dwóch przyjaciół oraz "Narodziny krytyki historycznej" są raczej bardziej dla osób zainteresowanych i choć trochę obeznanych w tych tematach. Pozostali mogą z nich niewiele wynieść lub po prostu się znudzić. Jest jeszcze "Portret Pana W. H.", w którym co prawda też znajdziemy sporo bardziej szczegółowych informacji, jednak są one objaśniane i dotyczą jednej osoby - Szekspira. Jest to mianowicie historia tego, jak próbowano (z obsesyjnym wręcz zacięciem) dowieść słuszności pewnej teorii na temat jego twórczości.

"Lubię przysłuchiwać się sobie samej. To jedna z największych mych przyjemności. Nieraz prowadzę z sobą długie rozmowy i bywam często tak wymowna, że nie rozumiem ani jednego słowa z tego, co mówię."

Muszę też wspomnieć, że bardzo lubię to wydanie. Książka ma dość nietypowy, wysoki format i twardą okładkę. W środku co jakiś czas pojawiają się ilustracje Piotra Gidlewskiego, które dodają całości klimatu. No i do tego sam tytuł, który... no nie wiem, wydaje się taki niezwykły i w jakiś sposób świetnie tu pasuje.

"Twarz, co widziała wszystkie końce świata" to zbiór bardzo różnorodny, dlatego dość trudno ocenić go jako całość. Z tego samego powodu chyba każdy znalazłby tu coś dla siebie. Opowiadania są dość prześmiewcze, pełne humoru, często ciętych komentarzy, ale wcale nie wyklucza to ich poważniejszej strony. Bajki będą smutne, choć niektóre trochę mniej, a część będzie irytować zachowaniem bohaterów. Z kolei eseje... ten dotyczący Szekspira polecić mogę na pewno, co do pozostałych dwóch decyzja należy do Was, bo przyznam, że to ich przeczytanie było dla mnie najbardziej żmudne. Ogółem myślę jednak, że jest to książka warta uwagi, zwłaszcza jeśli po "Portrecie Doriana Graya" jesteście ciekawi innych prac autora.

piątek, 26 sierpnia 2016

Asumiko Nakamura "Utsubora. The story of a novelist"

Wydawnictwo: Vertical  |  Ilość stron: 460 (wydanie 2w1)
manga w języku angielskim
"I'd thought only two things existed in this world. Here and There. And that I stood Here at all times - I'd always thought so. But without Here, there's no There. Without There, no Here. When I realized the two couldn't exist without each other, I lost sight of the boundary of the world."
Poznajcie Shuna Mizorogi, znanego i cenionego pisarza, który już od dłuższego czasu przeżywał kryzys twórczy. To już na szczęście przeszłość, a jego najnowsze dzieło, "Utsubora", stanowiące niejako powrót do korzeni, zostało powitane z niemałym entuzjazmem. Z tym właśnie Shunem Mizorogi kontaktuje się policja w celu identyfikacji zwłok. Okazuje się, że młoda samobójczyni (przypuszczalnie Aki Fujino) miała w swoim telefonie jedynie dwa kontakty - jeden z nich należał do niego, drugi do Sakury Miki, podającej się za jej siostrę bliźniaczkę (i rzeczywiście, jak zauważa Mizorogi, podobieństwo jest zdumiewające). Problem w tym, że po samobójczym skoku głową w dół jedynie dolna część ciała pozostała we względnie nienaruszonym stanie, co znacznie utrudnia (czy może wręcz uniemożliwia) jednoznaczną identyfikację (chociaż dziwi mnie, że nie było mowy o testach DNA... no trudno).

Cała ta sytuacja pociąga za sobą wiele pytań. Policja ma wątpliwości co do tożsamości Sakury Miki, wiele wskazuje na to, że osoba o takim imieniu może wcale nie istnieć. Kim w takim razie jest piękność, która podaje się za bliźniaczkę zmarłej i czy to rzeczywiście Aki skoczyła z budynku? Zastanawia również relacja między Aki a Mizorogim - dlaczego niemłody już autor utrzymywał kontakt z jedną ze swoich czytelniczek, pięknością, która sprawiała wrażenie, jakby dopiero co wyszła z kart jego powieści? Pewne wnioski - trafne czy też nie - nasuwają się same.

To jednak dopiero początek tego, co na nas czeka. Mogłabym teraz zacząć coś kręcić, ale jako że ta kwestia i tak szybko wychodzi na jaw, wolę postawić sprawę jasno: nowe dzieło Mizorogiego to tak na prawdę plagiat pracy Aki Fujino. Zdesperowany człowiek może się uciec do najróżniejszych przekrętów (i odnosi się to do nich obojga), ale co będzie z dalszym ciągiem "Utsubory" po śmierci jej oryginalnego twórcy? W celu wybadania sytuacji Mizorogi postanawia spotkać się z Sakurą i wkrótce przekonuje się, że obie siostry są równie tajemnicze... Tylko czy aby na pewno ma do czynienia z całkiem inną osobą? Są chwile, gdy sam nie jest pewien, z kim ma tak naprawdę do czynienia...
Między Mizorogim a Sakurą wywiązuje się niepisana umowa. Wciąż nie ma jednak pojęcia, jakie motywy kierowały bliźniaczkami ani czego od niego oczekują. Dlaczego Aki popełniła samobójstwo? Jaki jest cel Sakury? Czy wypełnia ostatnią wolę siostry? A może jednak za tą pokręconą sytuacją kryje się znacznie więcej? Cała intryga, na której opiera się ta manga jest mocno zagmatwana. Niewiadomych wciąż przybywa, a odpowiedzi są dawkowane bardzo oszczędnie, często jedynie w postaci wskazówek, które mają nas naprowadzić na właściwy trop. Jeśli o mnie chodzi, wciąż czuję, że coś mi umknęło, że nie zdołałam zrozumieć wszystkiego, co z jednej strony jest mocno frustrujące, ale z drugiej skłania do tego, by próbować szukać dalej, a więc, przynajmniej dla mnie, zdecydowanie nie jest to historia na jeden raz.

Twórczość Nakamury Asumiko jako całość tak naprawdę trudno jednoznacznie zdefiniować. Autorka sięga po tak wiele różnorodnych tematów i gatunków, że właściwie nie sposób pisać o nich wszystkich na raz. Tutaj chodzi jednak o "Utsuborę", historię tajemniczą, pełną specyficznego uroku roztaczanego od samego początku aż do ostatniej strony. Wszystko zaczyna się od Mizorogiego, ale szybko pojawia się wiele innych wątków i choć kwestia Sakury, Aki oraz samego pisarza pozostaje najważniejsza, poznamy wiele innych postaci. Wśród nich jest Koyomi, mieszkająca u niego siostrzenica, która pełni niejako rolę pani domu, a także mający do niej słabość edytor, który domyśla się plagiatu i nie ma pojęcia, co w tej sprawie robić, zwłaszcza że sam jest wielkim fanem twórczości Mizorogiego. Poznajemy też innego cenionego pisarza, a jednocześnie wieloletniego przyjaciela Mizorogiego; z kolei Kaiba, młodszy ze śledczych z pewnych względów zaczął podchodzić do śmierci Aki zbyt osobiście. Wszystkie te wątki oraz kilka innych splatają się ze sobą, prędzej czy później wychodząc na wierzch. Tym samym autorka zadbała o to, by postaci poboczne nie były jedynie tłem, ale miały swój własny wkład, odpowiednio dopełniały całą historię i rozwijały się wraz z jej trwaniem. Moim zdaniem wypadło to naprawdę świetnie.
W kresce Nakamury Asumiko jestem zakochana już od dawna, nie dziwcie się więc temu, jak wiele przeczytacie tu pochwał na jej temat. Przede wszystkim jest niezwykle charakterystyczna. Całość wydaje się być narysowana bardzo swobodnie, śmiałymi, a jednocześnie lekkimi liniami. Niezwykle podoba mi się wygląd postaci i to praktycznie wszystkich - Aki i Sakura to prawdziwe piękności, ale i Koyomi nie ustępuje im urokiem, choć może nieco innego, bardziej subtelnego typu; Mizorogi, chociaż już niemłody, wciąż roztacza wokół siebie pewną aurę dystyngowania i wyniosłości, w dalszym ciągu może się podobać. Wygląd pozostałych postaci również bardzo do nich pasuje, każdy ma w sobie coś charakterystycznego. Autorka nie ma też problemu z ukazaniem ich emocji. I oczywiście oczy. Niezwykłe, mające w sobie coś tajemniczego, a świetnym na to przykładem jest już sama okładka. Nie obyło się bez sporadycznych przekłamań anatomicznych, jednak nie są one kwestią braku umiejętności, ale specyficznego stylu autorki, która w pewnych sytuacjach pozwala sobie na znacznie więcej swobody w kreowaniu swoich postaci.

Ograniczeniom wiekowym (+18) nie ma się co dziwić - już na pierwszej stronie pojawia się sylwetka nagiej dziewczyny (Aki? Sakury?), a w całej historii seksualność odgrywa znaczną rolę (zasłużenie czy nie? sama zadaję sobie czasem to pytanie, ale wciąż nie udało mi się dojść do żadnego wniosku) i jest dość specyficznym jej elementem, a wręcz charakterystycznym dla części prac Nakamury (szczególnie tych psychologicznych). Do tego sam Mizorogi. Choć jest spokojny, czasami wręcz mrukliwy, o jego dziełach mówi się jako o pełnych zmysłowości (o czym możemy się przekonać jedynie z relacji innych).
Pierwotnie dwutomowa manga została połączona w całość, a druga okładka powędrowała do tyłu. Czerwone i niebieskie tło zniknęło na rzecz bieli, która w ciekawy sposób uwydatniła spoglądającą z okładki postać. Jeśli chodzi o format, jest zbliżony na przykład do tego z Jednotomówek Waneko. Papier jest żółtawy, a onomatopeje, chociaż przetłumaczone, w większości nie zostały wyczyszczone. Ogólnie jestem jednak zadowolona z wydania.

Pozostaje jeszcze kwestia tytułu. Co więc może znaczyć "Utsubora"? Tak naprawdę nic, przynajmniej nie bezpośrednio. To pisane w katakanie słowo u osób dobrze zaznajomionych z japońskim może jednak wywołać pewne skojarzenia, brzmieniem przypominać inne słowa, nieco naprowadzając na odpowiedni trop. Cała ta kwestia została objaśniona na końcu przez tłumacza, podobnie jak kilka innych kwestii, które mogą się przyczynić do lepszego zrozumienia mangi.

Polecić czy nie? Właściwie nie jestem pewna. "Utsubora" to bardzo specyficzna manga, przez co nie każdemu przypadnie do gustu. W dużej mierze skupia się na aspekcie psychologicznym postaci oraz tajemnicy, która, przynajmniej dla mnie, nawet po ponownym przeczytaniu wciąż pozostaje nie do końca jasna (w związku z tym dalej będę próbować w pełni ją zrozumieć). Mimo to mogę Was zapewnić, że nie żałuję jej zakupu.
"I am, and so are you. But the you I see is a you I see through my eyes. The voice I hear is a voice I hear through my ears. Can we be sure that there is no trace of fabrication on my part? Couldn't I be seeing what I want to see and hearing what I want to hear? In the end, could I really know that the you in front of me is perfectly you and not adulterated?"

***************
Jak widać dość konkretnie się rozpisałam... No ale inaczej po prostu nie potrafiłam. Właściwie wciąż mogłabym dodać co nieco do recenzji, ale na tym poprzestanę. Na koniec chciałabym jeszcze dodać, że na Centrum Mangi po długiej przerwie pojawiły się kolejne rozdziały "Utsubory" (już połowa mangi), co było dla mnie sporym zaskoczeniem (zwłaszcza że po angielsku wcale nie mogłam ich znaleźć i właśnie to przekonało mnie do kupienia "Utsubory") i pozwala mieć nadzieję, że ukaże się całość. A skoro tak, to może zerkniecie? ;)

wtorek, 16 sierpnia 2016

S. Lem "Solaris"

Kolekcja Gazety Wyborczej  |  Liczba stron: 185
Po długim locie kosmicznym Kris Kelvin zgodnie z planem przybywa na planetę Solaris, badaną już od lat, a jednak wciąż dostarczającą więcej pytań niż odpowiedzi. Na stacji nie zostaje jednak przyjęty tak, jak tego oczekiwał. Żadnego komitetu powitalnego, nawet jednoosobowego, puste korytarze, niektóre wręcz w nieładzie. O co chodzi? Zachowanie Snauta, pierwszego człowieka, jakiego tam spotkał, dezorientuje go jeszcze bardziej. Skąd ta podejrzliwość i wymijające odpowiedzi? Jakby tego było mało pierwszą rzeczową informacją, jaką otrzymał była ta o śmierci swojego przyjaciela Gibariana. Tylko w jakich okolicznościach?

Coś w tym miejscu wyraźnie nie gra. A może to dwaj naukowcy, z których dotąd spotkał tylko Snauta, poszaleli? Nie mogąc liczyć na ich wyjaśnienia, uraczony jedynie niezrozumiałymi przestrogami, próbuje na własną rękę wybadać sytuację. Nie jest to jednak sprawa łatwa, zwłaszcza w obliczu dziwnych wydarzeń, których wkrótce staje się świadkiem. Czy to wpływ mieszkańca Solaris? A może sam zaczął popadać w obłęd? Kiedy jednak i jego odwiedza "gość", powoli zaczyna rozumieć, przed czym ostrzegał go Snaut. Ale co dalej?
"Człowiek wyruszył na spotkanie innych światów, innych cywilizacji, nie poznawszy do końca własnych zakamarków, ślepych dróg, studni, zabarykadowanych, ciemnych drzwi."
Tym, co wyróżnia "Solaris" (choć nie twierdzę, że jakoś bardzo się na tym znam) jest kwestia podejścia do obcych form życia. Jedyny byt zamieszkujący tytułową planetę nie jest żadnym humanoidalnym ufoludkiem. To coś, co trudno opisać. Galaretowata breja pokrywająca znaczną część planety, z pozoru całkowicie prymitywna, a jednak to właśnie za jej sprawą Solaris jest w stanie niezmiennie trwać, okrążając swoje dwa słońca. To, co dzieje się na powierzchni i w głębi tego przedziwnego oceanu, pozostaje dla ludzi wielką zagadką, z którą mierzyli się już niezliczeni naukowcy. Czy myśli? Czy ma własną wolę? Czy da się nawiązać z nim kontakt?

Książka nie skupia się jednak wyłącznie na tym przedziwnym bycie. Przede wszystkim chodzi tu o ludzi. Ludzi pragnących odkryć to, co nieznane, którzy wierzą w to, że wszystko zdołają pojąć swoim rozumem i właśnie dlatego z taką zawziętością próbują zrozumieć to, co dzieje się na Solaris. Tymczasem to, co miało miejsce do tej pory, niespodziewana, niezrozumiała aktywność oceanu wystarczyła, by doprowadzić do śmierci Gibariana i wywrócić do góry nogami funkcjonowanie całej stacji. Autor przedstawia spotkanie z czymś niepojętym, przekraczającym ludzkie pojęcie, stawia bohaterów w sytuacji ekstremalnej, dając im tym samym możliwość spojrzenia wgłąb siebie, co może być zarówno darem, jak i przekleństwem. Jednocześnie intencje niepojętego bytu (o ile w ogóle jakieś żywi) wciąż pozostają nieznane.

Lem stworzył naprawdę interesującą powieść z rozbudowanym wątkiem psychologicznym oraz bogatą historią solarystycznych wypraw. Możemy z niej wyciągnąć całą masę szczegółowych obserwacji zachodzących na powierzchni planety zjawisk (tak tego wiele, że w chwilach słabości rozważałam pominięcie choć paru akapitów), teorii na ten temat oraz ludzi, którzy zasłynęli w tej dziedzinie. Świat stworzony przez Lema jest więc bardzo szczegółowy i przemyślany, przez co może i nie najłatwiejszy w odbiorze, jednak warty poznania. Sama nie wiem, dlaczego do tej pory tak uparcie ignorowałam jego twórczość, jednak cieszę się, że w końcu się przemogłam, nawet jeśli science fiction nie jest szczególnie mi bliskim gatunkiem. Warto od czasu do czasu poszerzyć horyzonty.
"Wcale nie chcemy zdobywać kosmosu, chcemy tylko rozszerzyć Ziemię do jego granic. Jedne planety mają być pustynne jak Sahara, inne lodowate jak biegun albo tropikalne jak dżungla brazylijska. Jesteśmy humanitarni i szlachetni, nie chcemy podbijać innych ras, chcemy tylko przekazać im nasze wartości i w zamian przejąć ich dziedzictwo. Mamy się za rycerzy świętego Kontaktu. To drugi fałsz. Nie szukamy nikogo oprócz ludzi. Nie potrzeba nam innych światów. Potrzeba nam luster. Nie wiemy, co począć z innymi światami. Wystarczy ten jeden, a już się nim dławimy."

czwartek, 21 lipca 2016

Anime "Dimension W"

Liczba odcinków: 12  |  Emisja: zima 2015/16  |  Ocena: 8/10
W roku 2036 odkryto nowy wymiar, nazwany po prostu W. Prawdziwym przełomem było jednak wynalezienie sposobu na użytkowanie pochodzącej stamtąd niekończącej się energii. Służące do tego cewki wkrótce zrewolucjonizowały cały świat i wykorzystuje się je praktycznie wszędzie. Zawsze znajdą się jednak wyjątki. Na przykład taki Mabuchi Kyouma, zatwardziały przeciwnik nowej technologii, który w dalszym ciągu przemierza szosy swoim napędzanym benzyną autem. Jest on jednym ze Zbieraczy, osób zajmujących się odzyskiwaniem nielegalnych cewek i świetnie zna się na swojej robocie.
W międzyczasie poznajemy także Mirę, niezwykle zaawansowanego robota (na pierwszy rzut oka trudno ją odróżnić od człowieka) stworzonego przez samego twórcę Technologii Nowej Tesli (a więc wspomnianych już cewek), o którym słuch zaginął już dwa lata temu. Nasza bohaterka, pozostawiona sama sobie, postanawia trzymać się słów, które jej pozostawił: "podążaj za nielegalnymi cewkami" i tak zostaje przydzielona do współpracy z Kyoumą, nieszczególnie szczęśliwym z tego powodu.
"Dimension W" przedstawia nam ciekawy obraz świata, w którym na rzecz nowego źródła energii niemal zrezygnowano ze starej technologii, a tych, którzy nie chcą jej porzucić, zniechęcać mają chociażby niebotyczne ceny paliwa. W tej sytuacji bardzo dziwi postawa Kyoumy, który z cewkami nie chce mieć nic do czynienia (nie licząc odzyskiwania tych nielegalnych). Od samego początku widz zadaje sobie więc pytanie, skąd wzięła się jego niechęć. Zastanawia również cel Miry, który nawet dla niej pozostaje nieznany. Pchani chęcią zrozumienia tych i kilku innych kwestii, za sprawą kolejnych zadań wykonywanych przez dwójkę naszych bohaterów stopniowo coraz bardziej zagłębiamy się w ten nowoczesny świat, w tym także sprawy, o których wiedzą tylko nieliczni.

Kyouma (z głosem Ono Daisuke!) to jeden z tych z pozoru oschłych, nieprzejmujących się innymi bohaterów, którzy jednak sporo zyskują przy bliższym poznaniu. Już same jego umiejętności i nietypowy styl walki (który uwielbiam!) sprawiają, że się wyróżnia, a co dopiero tak charakterystyczna dla niego niechęć do nowej technologii. Wszystko to potęguje chęć poznania jego przeszłości, pozostającej jedną z kluczowych kwestii tego anime. Z kolei prostolinijna Mira wprowadza do serii sporo lekkości i humoru (jest też głównym źródłem fanserwisu) i stanowi ciekawy kontrast dla głównego bohatera. Pozostałych bohaterów nie będę wymieniać ze względu na to, że nie chcę zdradzić za dużo, jednak mogę Was zapewnić, że znajdzie się tu jeszcze parę ciekawych charakterów.
Prawda jest taka, że "Dimension W" bardzo szybko mnie do siebie przekonało. Na korzyść serii, jeszcze zanim zaczęłam ją oglądać, na pewno podziałała świadomość, że jej twórca, Iwahara Yuji, przyłożył także rękę do powstania "Darker than Black", a nawet stworzył alternatywne zakończenie wspomnianego anime (pisałam o nim tutaj). Kreska mi się podoba i pasuje do tej serii. Trochę irytowało mnie jednak to, że przy zbliżeniach tło często robiło się jednokolorowe (wydawało mi się to dość tanią zagrywką). Jeśli chodzi o muzykę, na uwagę na pewno zasługuje opening "Genesis" w wykonaniu STEREO DIVE FOUNDATION (i ten taniec Kyoumy :D), ending "Contrast" Fo'xTails już nie zapadł mi tak bardzo w pamięć. W kwestii utworów w tle jak zwykle nie mam wiele do powiedzenia, ale po odsłuchaniu soundtracku mogę stwierdzić, że znalazło się tu parę przyjemnych dla ucha melodii.

Po "Dimension W" od samego początku spodziewałam się dość sporo i nie zawiodłam się. To seria z dobrze przemyślaną fabułą i  bohaterami, których da się lubić, którym po prostu chce się towarzyszyć. Znajdą się tu też tajemnice i sporo widowiskowych walk. Co prawda w niektórych momentach zakończenie trochę zajeżdżało moralizatorskim tonem, jednak nie było tego wiele. Na wydanie mangowego pierwowzoru w Polsce zdecydowało się wydawnictwo Waneko (pierwszy tom już pod koniec lipca). Nie jestem jeszcze pewna, czy będę zbierać, ale bardzo możliwe, że jednak się na to zdecyduję.

sobota, 4 czerwca 2016

A. Camus "Dżuma"

Porozumienie Wydawców (Kanon na koniec wieku)  |  Liczba stron: 276
Oran to miasto jak każde inne. A może nawet jeszcze bardziej pospolite. Ludzie żyją tu zwyczajnie, wśród swoich nawyków i codziennych spraw, nie ma nic, co wyróżniałoby to miejsce spośród innych. Pewnego dnia coś jednak zakłóca tę monotonię. W mieście zaczynają się pojawiać szczury - wychodzą i umierają: na ulicach, na klatkach schodowych, w mieszkaniach. Jest ich coraz więcej. Ludzie zaczynają się niepokoić, niecierpliwić, a prasa wciąż powraca do tego tematu. Aż nagle wszystko się kończy. A przynajmniej tak się wydawało, bo na miejsce niedawnych incydentów pojawiają się nowe. Ludzie zaczynają chorować, mają dziwne, niepokojące objawy i po kilku dniach umierają. Nikt nie podnosi alarmu, prasa milczy i choć pojawiają się jednostki, które chcą zacząć działać, ludzie u władzy wciąż pozostają niezdecydowani. Tymczasem ofiar przybywa i będzie przybywać, zwłaszcza jeśli nie podejmie się właściwych kroków. I w końcu ktoś decyduje się wyrazić na głos to, czego wielu się obawia, pada jedno, znaczące słowo: dżuma.

Odtąd życie w Oranie ulega zmianie, miasto zostaje odizolowane od reszty świata, nie licząc kilku wyjątków, pozostawione samo sobie. Postawy mieszkańców względem tej sytuacji są podzielone, a my mamy możliwość wglądu w ich zmieniające się nastroje, poglądy odnośnie dżumy oraz sposoby radzenia sobie z zaistniałą sytuacją.

W naszej podróży po zadżumionym mieście towarzyszy nam przede wszystkim kilku bohaterów. Jednym z nich jest doktor Rieux, który za swoją oczywistą powinność uważa podjęcie czynnej walki z chorobą, co więcej, poświęca temu zajęciu całego siebie. Jest też dwóch przyjezdnych - Tarrou, który również nie zamierza siedzieć bezczynnie oraz Rambert, który w przeciwieństwie do niego szuka szansy na wydostanie się z miasta, w którym przecież całkowicie przypadkiem znalazł się w nieodpowiednim czasie. Cottard natomiast cieszy się z zaistniałej sytuacji, gdyż skutecznie odwraca uwagę władz od jego osoby. Ciekawą postawę możemy zaobserwować również u ojca Paneloux, który po pewnym wydarzeniu musi na nowo zdefiniować swoje podejście do dżumy i sensu cierpienia. Autor dużo miejsca poświęca na przedstawienie swoich postaci pod względem psychologicznym i świetnie mu to wychodzi. Widać, że epidemia na każdego z nich wywarła pewien wpływ, a zmiany, jakie się w nich dokonały nie biorą się znikąd.

Narracja w "Dżumie" przybrała bardzo ciekawą i przyjemną w odbiorze postać. Narrator zdaje sobie sprawę ze swojej roli i sam jest uczestnikiem rozgrywających się wydarzeń, jednak prawie do samego końca nie chce się ujawnić. Przyznam, że przez takie postawienie sprawy byłam jeszcze bardziej ciekawa jego tożsamości, choć od początku miałam pewne podejrzenia. Dodatkowo wydarzenia rozgrywające się w Oranie poznajemy także na podstawie dziennika Tarrou.

"Dżumę" można odebrać bardziej dosłownie, jako kronikę wydarzeń w mieście odizolowanym przez epidemię czy też wielowątkową powieść obyczajową o życiu w warunkach zdecydowanie odbiegających od normalnych, jednak autor nadał jej też głębsze znaczenie. Dżuma uosabia tutaj zło. Zło, które zawsze istniało i będzie istnieć zarówno w świecie jak i w samym człowieku. Powieść Camusa może też przedstawiać piekło wojny, która nie do poznania zmienia spokojną rzeczywistość mieszkańców. Przyznam, że sama bardziej skupiłam się na sensie dosłownym, jednak książka ta tak czy inaczej pozytywnie mnie zaskoczyła i aż mi głupio, gdy sobie uświadomię, że prawdopodobnie nigdy bym jej nie przeczytała, gdyby nie była moją szkolną lekturą (lub gdybym właśnie z tego powodu na wstępie spisała ją na straty).

"W ludziach więcej rzeczy zasługuje na podziw niż na pogardę."

piątek, 18 marca 2016

Anime "Kiseijuu: Sei no Kakuritsu"

Ilość odcinków: 24  |  Emisja: jesień 2014  |  Ocena: 8/10
Czy słuchawki mogą uratować czyjeś życie? Najwyraźniej tak. To właśnie dzięki nim Izumi Shinichi uniknął przejęcia ciała przez pasożyta niewiadomego pochodzenia, który zamiast tego opanował jego prawą rękę. A ponieważ żadne z nich nie znajdzie korzyści w krzywdzie drugiego, od teraz będą musieli nauczyć się wspólnie koegzystować. Niestety, niektórzy ludzie nie mieli tyle szczęścia i stali się potworami żywiącymi się innymi ludźmi. Tak właśnie przedstawiają się ogólne założenia fabularne "Kiseijuu: Sei no Kakuritsu".

Nie myślcie sobie, że współpraca z obcą formą życia będzie przebiegała łatwo i przyjemnie. Trudno ot tak zaakceptować gadającą rękę, która ma własną wolę. Poza tym, choć pasożyt (nazwany przez Izumiego Migi) szybko się uczy, jako byt dbający jedynie o własne dobro nie potrafi zrozumieć wielu ludzkich odruchów - zarówno dobrych, jak i złych. Do tego dochodzą oczywiście coraz częściej popełniane przez jego pobratymców morderstwa i chęć Izumiego, by wyjawić komuś tożsamość sprawców, której przecież jak na razie tylko on jest świadom. Wie jednak, że Migi bez wahania zabiłby każdą osobę, z którą Izumi spróbowałby się w tej sprawie porozumieć. Jakby tego było mało, sprawy dodatkowo komplikuje umiejętność pasożytów do wyczuwania obecności innych osobników swojego gatunku, przez co Izumi, chcąc nie chcąc, musi stawić czoła śmiertelnemu zagrożeniu z ich strony, starając się jednocześnie zapewnić bezpieczeństwo swoim najbliższym. A to nie należy do najłatwiejszych zadań. Nie tylko ze względu na zabójcze umiejętności wrogów, ale i opór ze strony Migiego, który nie może zrozumieć chęci narażania siebie dla dobra innych.

Izumi to dość zwyczajny chłopak, dopiero obecność Migiego kompletnie wywróciła jego życie do góry nogami i sprawiła, że pewne rzeczy zaczął postrzegać nieco inaczej. Próbując wyjaśnić pasożytowi, jak funkcjonuje ludzkie społeczeństwo, sam musiał głębiej niż zazwyczaj zastanowić się nad tą kwestią, zwłaszcza w obliczu jej konfrontacji z argumentami istoty dbającej jedynie o własne dobro. Sam Migi jest bardzo ciekawą postacią właśnie przez swój świeży, nieskażony żadnymi konwenansami sposób myślenia. Ponieważ dba tylko o siebie, dziwi go wiele ludzkich postaw, nie tylko tych szlachetnych, ale i tych, które sprawiają, że - jak sam stwierdził - właśnie ludziom najbliżej do miana potworów. Interesujące jest obserwować, jak ta dwójka wzajemnie oddziałuje na siebie, powoli wpływając na zmianę dotychczasowego sposobu myślenia, zwłaszcza że od zawsze lubiłam tego typu motywy.
Po pewnym czasie Izumi doświadcza pewnej przemiany (można to zauważyć już w openingu, więc uznałam, że nie ma co tego ukrywać), nie tylko wewnętrznej, ale i zewnętrznej, która z jednej strony jeszcze bardziej wszystko komplikuje, a z drugiej stwarza nowe szanse. Wraz z rozwojem akcji pasożyty poczynają sobie coraz śmielej, czy raczej lepiej się organizują - zaczynają współpracować i maskować swoje zbrodnie. Rząd jednak zdążył się zorientować, że coś jest nie tak i zaczyna działać. Z jednej strony więc pasożyty coraz umiejętniej wnikają do społeczeństwa, z drugiej rośnie świadomość ich obecności i wiedza na ich temat. W związku z tym Izumi musi mieć się jeszcze bardziej na baczności, by nie wpaść w ręce żadnej ze stron. Coraz trudniej jest mu jednak nie wzbudzać podejrzeń,  zwłaszcza że w jego otoczeniu sporo się dzieje, a on sam nie jest kimś, kto stałby bezczynnie, gdy komuś dzieje się krzywda. Akcja jest wartka, wydarzenia dobrze przemyślane i świetnie przedstawione. Znajdziemy tu sporo aspektów psychologicznych, wiele z nich naprawdę ciekawych, co nie powinno dziwić przy tej tematyce.

Nie jest to jednak anime bez wad. Jedną z bolączek serii są chociażby słabe charaktery kobiece, z Murano Satomi na czele. Dziewczyna, w której podkochuje się Izumi (ze wzajemnością) jest po prostu strasznie mdła - niby jest na tyle spostrzegawcza, żeby zauważyć zmiany w zachowaniu chłopaka (w pewnym stopniu, jakby podświadomie wyczuć nawet obecność Migiego), a jednak jej reakcje sprowadzają się jedynie do obrażania się oraz nieustannego wypytywania, czy Izumi aby na pewno wciąż jest tą samą osobą, którą znała. Na jej obronę trzeba jednak przyznać, że od Izumiego i tak nic się nie dowie ze względu na sprzeciwy Migiego. Wątek romantyczny między nimi przewija się przez całą serię i może nie jest fenomenalny, jednak Izumi wyraźnie go potrzebuje. Jest dla niego czymś, co przypomina mu o normalności, zwyczajnym życiu, co może go podnieść na duchu i zmotywować w chwilach zwątpienia. Nie zmienia to jednak faktu, że więcej charyzmy u Murano wyszłoby serii na dobre. Z kolei Kimishima Kana jest po prostu płytka - zakochuje się w Izumim i nie zważając praktycznie na nic stara się do niego zbliżyć. Umiejętność, która odróżnia ją od reszty - wyczuwanie pasożytów - tłumaczy sobie jako przeznaczenie łączące ją z Izumim i za nic ma niebezpieczeństwa, ostrzeżenia chłopaka oraz jego próby utrzymania dystansu. Nieustannie drażniła mnie jej postawa. W przypadku mamy Izumiego też nie jest o wiele lepiej - ogólnie wydaje się raczej w porządku, jednak i ona nie wykazuje się zbyt konkretnym charakterem. Czuje, że Izumiego coś trapi, że od pewnego czasu się zmienił, ale jest bezradna, powtarza, że czasami już go nie poznaje i ogranicza się do płaczliwych reakcji.

Szukając w pamięci kogoś, kto mógłby choć w pewnym stopniu obronić honor damskiej części, przed oczami staje mi pewna bohaterka, która po odkryciu tożsamości pasożyta, stawia na konfrontację. I chociaż decyzję tę niemal przypłaca życiem, należy wspomnieć, że nie poszła tam kompletnie nieprzygotowana, ale zdołała zachować na tyle ostrożności, by stworzyć sobie możliwość ucieczki. Wszystkie powyższe bohaterki bije na głowę Tamiya Ryouko, jednak jej nie do końca mogę zaklasyfikować do tej kategorii z jednej prostej przyczyny - jest pasożytem. Nie zmienia to faktu, że jest jedną z najciekawiej wykreowanych w "Kiseijuu" postaci - może i nieludzka, jednak bystra, potrafi się adaptować, uczy się na błędach i rzeczywiście interesuje się możliwością współistnienia w ludzkim społeczeństwie. Jej postać jest niejednoznaczna i właśnie dlatego tak bardzo interesująca.
Należałoby wspomnieć także o pierwowzorze tego anime - dziesięciotomowej mandze Iwaaki Hitoshiego powstającej w latach 1989-1995. Spora różnica w czasie, prawda? Seria ściśle trzyma się oryginalnej historii, pomijając lub zmieniając jedynie drobne szczegóły, z tą różnicą, że całość, wliczając w to kreskę, została uwspółcześniona. Sama kreska bardzo mi się podoba, postaci są po prostu w porządku, pasożyty mają dość charakterystyczne spojrzenie, a ich przeobrażona forma wygląda dokładnie tak, jak powinna. A jeśli chodzi o walki, nie można odmówić im spektakularności.

Ścieżka dźwiękowa w sporej mierze opiera się na elektronicznych brzmieniach, za którymi nie przepadam (a więc raczej nie jest to jeden z soundtracków, których słuchałabym poza serią, chociaż i pośród tych utworów znalazłyby się wyjątki), jednak nie przeszkadzało mi to podczas oglądania i zwyczajnie pasowało do całości, a zwłaszcza scen walk. Podobnie w przypadku openingu ("Let Me Hear" Fear, and Loathing in Las Vegas), do którego szybko zdążyłam się przyzwyczaić, a którego tekst zaskakująco dobrze wpasowuje się w założenia anime (choć przyznam, że podczas słuchania nie zdołałam wyłapać więcej niż kilku słów). W soundtracku znalazły się jednak i bardziej nastrojowe melodie. Chociażby ending ("IT'S THE RIGHT TIME" Daichi Miura) ma całkiem inne, spokojne brzmienie i naprawdę go uwielbiam. A jeśli miałabym wymienić kilka utworów w tle, byłyby to chociażby "Luna" i "Human".

Z początku nawet nie przypuszczałam, że "Kiseijuu: Sei no Kakuritsu" tak bardzo przypadnie mi do gustu. Zaczęłam oglądać jedynie z ciekawości - w końcu sama tematyka nie należy do najpopularniejszych, a do tego jeszcze doszła świadomość, że to adaptacja znacznie starszej mangi. Tymczasem seria znacznie przerosła moje oczekiwania i stała się dla mnie jedną z tych, które mogłabym oglądać raz za razem, a i tak by mi się nie znudziły. Do tego lubię sytuacje, gdy bohater może pokazać, na co go stać - tutaj miałam ich pod dostatkiem. "Kiseijuu: Sei no Kakuritsu" było więc dla mnie prawdziwym strzałem w dziesiątkę.

sobota, 5 marca 2016

G. Herling-Grudziński "Inny świat"

Wydawnictwo: Czytelnik  |  Ilość stron: 322
Powieść ta jest zapisem prawdziwych wspomnień autora z pobytu w sowieckich łagrach. Jak sugeruje nam sam tytuł, a dodatkowo potwierdza motto zaczerpnięte z innego dzieła o życiu w gułagu, "Zapiski z martwego domu" (obecnie znanego lepiej pod tytułem "Wspomnienia z domu umarłych") Fiodora Dostojewskiego: "Tu otwierał się inny, odrębny świat, do niczego niepodobny; tu panowały inne, odrębne prawa, inne obyczaje, inne nawyki i odruchy;".

Książka dzieli się na kilkanaście rozdziałów, które przybliżają nam realia panujące w łagrach, fałsz i obłudę sowieckiego rządu. Towarzyszymy autorowi od chwili aresztowania, poprzez wyniszczający psychicznie i fizycznie proces, aż po osadzenie w obozie nastawionym na wykorzystanie ludzkiej siły roboczej do granic możliwości. Wielokrotnie jesteśmy świadkami niesprawiedliwości i wyroków skazujących za wyszukiwane na siłę oskarżenia, które z zewnątrz muszą zachowywać pozory słuszności. Wgłębiamy się w łagrowe realia oraz rządzące tam zasady, które praktycznie nigdzie indziej nie miałyby prawa bytu. Widzimy przewagę pospolitych opryszków nad więźniami politycznymi oraz wszechobecny wyzysk i walkę o przetrwanie na wiele różnych sposobów. Donosicielstwo jest tu na porządku dziennym, niezdatni do pracy są pozostawiani sami sobie, a ogólne warunki są po prostu nieludzkie.

Ale "Inny świat" to nie tylko bezgraniczne upodlenie i uprzedmiotowienie człowieka. To także próby zachowania własnego ja, pozostania sobą wbrew obowiązującym regułom. Autor udowadnia, że nawet w tak ekstremalnych warunkach można wciąż pozostać człowiekiem, nieść pomoc, nawet tę błahą lub chociaż nie wyrządzać dalszej szkody. Opisuje zachowania, które mają być wyrazem buntu, desperackim zrywem przeciwko skrajnej niesprawiedliwości, a to, że opiera się na własnych doświadczeniach oraz relacjach współwięźniów dodatkowo przydaje tym historiom gorzkiego realizmu.
Przejmujące jest również podświadome naśladowanie życia na wolności, bez czego życie w obozie byłoby nie do wytrzymania. Nikt tego nie ustalał, więźniowie sami z siebie zaczęli wykorzystywać choćby i najmniejsze okazje, by przez chwilę poczuć swobodę. Wyczekiwali zdarzającego się tylko raz na jakiś czas dnia wolnego od pracy, próbowali podnosić się na duchu namiastkami normalnego życia i wzajemną życzliwością, chociaż przez ten krótki czas.

Należy też dodać, że Grudziński pisze bardzo umiejętnie. "Inny świat" nie jest więc jedynie suchym opisem faktów i nie został też przesadzony w drugą stronę. Opisy są żywe, przytaczane historie wzbudzają zainteresowanie i wiele emocji. Autor zwraca również uwagę na aspekt psychologiczny, opisuje własne odczucia, sprawnie nakreśla nam panującą w łagrach atmosferę, często niejednoznaczną i zależną od konkretnych sytuacji. Przybliża nam psychikę osób na skraju wycieńczenia, stopniowo popadających w obłęd, a także istotę prawdziwego głodu, którego sam doświadczył.

Była to moja lektura szkolna, jednak do przeczytania miałam tylko cztery opowiadania. Dopiero po ich skończeniu zdecydowałam się poznać całość. Dlaczego? Właściwie sama nie jestem pewna. Po części pewnie przez niedomówienia, jakie zostawiła po sobie jedynie wybiórcza znajomość opisanych wydarzeń i łagrowych realiów. Również i styl pisania Grudzińskiego miał w tym swój udział. O "Innym świecie" mogłabym jeszcze sporo pisać, jednak na tym już poprzestanę - to przecież recenzja, a nie opracowanie lektury. Czytać czy nie? Zrobicie, jak uważacie, jednak myślę, że warto.

poniedziałek, 22 lutego 2016

M. Musierowicz "Feblik"

Wydawnictwo: Akapit Press  |  Ilość stron: 276  |  Seria: Jeżycjada (21)
W tej części, która to zachowuje ciągłość fabularną w stosunku do "Wnuczki do orzechów", znów poznajemy nową twarz. Tym razem jest to Agnieszka, dawna koleżanka z klasy Ignacego, a obecnie studentka ASP, która artyzm i awersję do związków ma właściwie zapisane w genach - zarówno jej matka, jak i starsza siostra spełniają się artystycznie, a swego czasu zostały porzucone przez mężów. Nic więc dziwnego, że Adze nie w głowie młodzieńcze miłostki. Od czasu, gdy Ignacy widział ją po raz ostatni swój długi blond warkocz zmieniła na krótką czarną fryzurę, dlatego też nie poznaje jej od razu, gdy pewnego upalnego sierpniowego dnia wsiada do tego samego autobusu. Dziewczyna tymczasem staje się świadkiem jego przykrej rozmowy z Magdusią, przez co jeszcze niezręczniej byłoby jej się przedstawić. I pewnie zwyczajnie rozeszliby się w swoje strony, gdyby Ignacy nie był dżentelmenem, a Aga bliską omdlenia dziewczyną z ciężkim pakunkiem. Lądują więc w pobliskiej cukierni, gdzie chłopak w końcu ją rozpoznaje i za punkt honoru wyznacza sobie pomoc w dostarczeniu opakowanego bezpiecznie dzbana do nowego właściciela. A - jak wiadomo - los bywa przewrotny i może postawić przed tą dwójką całkiem sporo przeszkód.

Choć to na tej dwójce i tytułowym febliku (słabość, sympatia) skupia się najnowsza powieść Małgorzaty Musierowicz, znajdziemy tu także sporo innych wątków, a także, co mnie bardzo cieszy, wiele wspomnień oraz informacji na temat tego, co dzieje się u innych, znanych nam z poprzednich powieści bohaterów. Wszystko to sprawiło, że na nowo obudziła się we mnie ochota, by przypomnieć sobie choć kilka spośród wcześniejszych części Jeżycjady.
"Kiedy lubię jakąś książkę, chcę, żeby wszyscy ją przeczytali. A już zwłaszcza miłe osoby."
"Feblikowi" można by było wytknąć nadmierne przesłodzenie - można, ale nie zrobię tego, bo moim zdaniem powieść ta jest dokładnie taka, jaka powinna być. A jest urocza, pełna naturalnej, niewymuszonej miłości z dodatkiem różnego rodzaju rozczulających sentymentów (choć pojawiają się i bardziej przykre momenty). Jest tu też Mila, zwana obecnie Babi, którą za każdym razem uwielbiam jeszcze bardziej, a jednocześnie zazdroszczę jej tak idealnej, wieloletniej miłości. Nie mogłabym również zapomnieć o całej reszcie ukazanych tu postaci, spośród których wybijają się chociażby Józef (wraz z kontynuacją jego wątku z "Wnuczki do orzechów"), Ida oraz Gabriela.

A wracając do dwójki głównych bohaterów, bardzo przyjemnie obserwowało się ich odnawiającą się relację. Co prawda spośród dwójki kuzynów to małomówny, odpowiedzialny, ale i pełen ciepła Józef zawsze cieszył się większą sympatią z mojej strony, jednak "Feblik" i Ignacemu dał szansę pokazania się z lepszej strony. Ten zwykle chodzący z głową w chmurach erudyta, czasami tak niepasujący do współczesnych czasów zauważalnie wydoroślał, jednocześnie wciąż pozostając troskliwym i elokwentnym. No i jeszcze Agnieszka, z którą dogadywał się tak dobrze, że prawdziwą przyjemnością było oglądanie ich razem i czytanie rozgrywających się między nimi dialogów, pełnych humoru i sarkastycznych uwag (względnie monologów Ignacego). I do tego jeszcze ten jeden szczegół, który jest tak pięknym dopełnieniem całości - że z początku byli dla siebie jedynie przyjaciółmi.

Przyznam, że z początku nie spieszyło mi się do przeczytania "Feblika". Przypuszczałam nawet, że spora część zachwytu nad Jeżycjadą zdążyła mi już przejść, jednak, jak możecie łatwo wywnioskować na podstawie wszystkich powyższych słów, bardzo się pomyliłam. Małgorzata Musierowicz z łatwością ponownie wciągnęła mnie w wykreowany przez nią świat i naprawdę żałuję, że nie przytrzymała mnie w nim choć trochę dłużej. Pozostaje mi więc jedynie czekać (oby nie za długo) na koleją część - "Ciotka Zgryzotka".
"I okazuje się nagle, że każdy człowiek jest niezastąpiony. Nawet najmniej ważny, najskromniejszy, najbardziej cichy. Po każdym tworzy się wyrwa, mniejsza lub większa. Tyle miliardów ludzi, popatrz! I wszyscy niezastąpieni. I po każdym zostaje coś nieuchwytnego, ale dziwnie realnego, coś, co należy ponieść dalej."

niedziela, 27 grudnia 2015

J. Burton "Miniaturzystka"

Wydawnictwo Literackie  |  Ilość stron: 459
Siedemnastowieczny Amsterdam. Petronella ma po raz pierwszy przekroczyć próg swojego nowego domu. To, co tam zastaje, jest jednak dalekie od jej oczekiwań. Powitanie jest chłodne i to nie mąż, ale wyniosła szwagierka i bezceremonialna służąca są pierwszymi osobami, które spotyka. Nowo poślubiony małżonek wciąż jest tymczasem w podróży. Dom, w którym miała być panią zdaje się być jej obcy, nieprzychylny, a z domownikami trudno jej nawiązać jakąś nić porozumienia. Nie zmienia się to również po powrocie Johannesa, który traktuje ją uprzejmie, jednak nie daje jej odczuć, że rzeczywiście jest jego żoną. Pewnego dnia daje jej niezwykły prezent - miniaturę domu, w którym się znajdują, wielkości sporego kredensu. Nella jednak, zamiast się ucieszyć, poczytuje to jako kpinę, marną namiastkę domu, który nigdy nie stanie się tak naprawdę jej. Czy to z przekory, czy ze zrezygnowania, postanawia podjąć się tej gry i zamawia kilka pierwszych przedmiotów u pewnego minaturzysty. Jak się jednak okazuje, poza nimi w pakunku otrzymuje też kilka figurek, których nie oczekiwała i choć, po pewnym czasie zaniepokojona, chce się wycofać, przesyłki nie przestają przychodzić. A dlaczego to takie niepokojące? Bo figurki zbyt dobrze obrazują rzeczywistość, bo ich twórca zdaje się wiedzieć za wiele o ich prywatnych sprawach, a swoimi małymi arcydziełami jakby próbuje coś zasugerować Nelli. Tylko czy dziewczyna zdoła domyślić się o co chodzi, zanim będzie za późno?

"To miasto to nie więzienie, jeśli umiesz wytyczyć sobie właściwą ścieżkę."

Bohaterowie zdecydowanie są jedną z największych zalet tej powieści. Nie dają się oni ot tak zdefiniować, poznajemy ich stopniowo, raz odczuwając przypływ sympatii, a kiedy indziej niechęć czy rezerwę. Nie są to pobieżnie nakreślone charaktery, to postaci, które zdają się być ludźmi z krwi i kości, mającymi zarówno zalety, jak i cały szereg wad. Nie są niezmienne, co widać zwłaszcza w postawie naszej głównej bohaterki. Nella z niedoświadczonej, pełnej nadziei dziewczyny, na przekór wszystkim przykrościom, których doświadcza, powoli staje się panią domu, wykształca w sobie odwagę i śmiałość, tak potrzebne w obliczu sytuacji, w której się znalazła. Właśnie na przykładzie Nelli i kilku innych pań autorka ukazuje stopniowe zanikanie stereotypu kobiety całkowicie zależnej od męża - otwierające się przed nimi nowe drogi, którymi mogą kroczyć, o ile tylko znajdą determinację i odwagę, by wejść na którąś z nich. A przypomnijmy, że to przecież XVII-wieczny Amsterdam. Jessie Burton ukazuje też w swojej powieści ludzką obłudę, obnoszenie się z pobożnością, a jednocześnie kult pieniądza.

Nie mogłabym też nie wspomnieć o przynajmniej kilku pozostałych bohaterach. Johannes, choć nie najlepiej wywiązuje się z roli męża, sprawia naprawdę miłe wrażenie - traktuje Nellę jak równą sobie, jest inteligentny i zabawny, przez co nie mogłam go nie polubić, nawet jeśli było w nim coś zastanawiającego. Jego siostra Marin z kolei roztacza wokół siebie całkiem inną aurę - niedostępności, surowości i rygoru. Przez długi czas trudno było mi wykrzesać do niej sympatię, choć podejrzewałam, że za tą fasadą musi się skrywać coś jeszcze. Cornelia, ich służąca wcale nie zachowywała się uniżenie, jak można by się było po niej spodziewać - ma swój charakterek, do czego z początku trochę trudno przywyknąć. Warto wspomnieć również Otto, którego lata temu wykupił z niewoli Johannes. Czarnoskóry służący nieodmiennie przyciąga uwagę amsterdamczyków, którzy wytykają go na ulicach palcami i kierują doń obraźliwe komentarze. Sam Otto jest jednak naprawdę pozytywną postacią i wykazuje się wielką lojalnością wobec swojego wybawcy.

"Czuję, że mnie prowadzisz, jasna gwiazdo, lecz moją nadzieję mąci strach,
 że Twoje światło może nie być dobroczynne."

Przyznam, że skrywany przez Brandtów sekret mnie zaskoczył, czegoś takiego kompletnie się nie spodziewałam. Chociaż właściwie powinnam raczej użyć liczby mnogiej, gdyż mieszkańcy tego domu okazują się być pełni sekretów, których nie zamierzają ot tak ujawnić. Więcej na ten temat Wam nie zdradzę - szkoda byłoby psuć możliwość snucia wniosków na własną rękę. Z początku obawiałam się, że czytanie będzie mi szło dość opornie, a kolejne rozdziały będą mi się dłużyć, jednak było całkowicie na odwrót. Bardzo szybko wciągnęłam się w fabułę i z przyjemnością poznawałam kolejne szczegóły z życia bohaterów, a tajemnicza postać miniaturzystki dodatkowo potęgowała moją ciekawość. Pozostaje mi więc jedynie zaprosić Was do zgłębienia tajemnic XVII-wiecznego Amsterdamu i jego mieszkańców - zdecydowanie warto.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

J. K. Rowling "The Tales of Beedle the Bard"

Wydawnictwo: Bloomsbury  |  Ilość stron: 105
"Baśnie barda Beedle'a" - te same, z których pochodzi "Opowieść o trzech braciach" przedstawiona przez Hermionę w "Harrym Potterze i Insygniach Śmierci" - miałam w planach już od dłuższego czasu. Powstrzymywała mnie jednak cena, aż w końcu zdecydowałam się na tańszą opcję - wydanie po angielsku. Nie przedłużając, na początek otrzymujemy wstęp z kilkoma ogólnymi informacjami. Już tutaj Rowling uczula nas na to, że w baśniach dla czarodziejów  - w przeciwieństwie do tych mugolskich - bohaterki nie czekają bezczynnie na księcia na białym koniu, ale biorą swój los we własne ręce. Z kolei magia nie jest tu jedynie atrybutem antagonistów lub dobrych wróżek i nie jest też złotym środkiem na wszystkie problemy ("magic causes as much trouble as it cures"). Dodatkowo każde z opowiadań zawiera notatki spisane przez samego Albusa Dumbledore'a, czasami dłuższe od samych baśni. A więc co tu znajdziemy?

"The Wizard and the Hopping Pot" ("Czarodziej i skaczący garnek") opowiada o czarodzieju, który - w przeciwieństwie do swojego ojca - nie zamierzał pozostawać w przyjacielskich stosunkach z mugolami, ani przy użyciu magii pomagać im w rozwiązywaniu problemów. Ojciec przewidział jednak taką sytuację i przygotował coś, co pomoże jego synowi się zmienić. W "The Fountain of Fair Fortune" jesteśmy świadkami próby odnalezienia tytułowej fontanny szczęśliwego losu, która raz w roku pozwala jednemu z nieszczęśliwych śmiałków obmyć się w swojej wodzie. A co jeśli tę szansę dostanie kilka osób? Będą w stanie połączyć swoje siły czy może pozabijają się nawzajem? I co im się bardziej opłaca? Następne jest "The Warlock's Hairy Heart" ("Włochate serce czarodzieja"), które zdecydowanie odróżnia się od pozostałych baśni, a opowiada o czarodzieju, który zakochanie i miłość uważał za coś, co osłabia człowieka. "Babbitty Rabbitty and her Cacling Stump" ("Czara Mara i jej gdaczący pieniek") przedstawia historię oszusta, który, znając parę sztuczek, postanowił wzbogacić się na naiwności króla bardzo skorego do nauki magii oraz prawdziwej czarownicy, która miała okazję całą tę farsę zobaczyć. I w końcu ostatnia, najbardziej znana baśń - "The Tale of the Three Brothers" o losach trzech braci, którzy w nagrodę za przechytrzenie Śmierci dostali od niej pewne podarki. Tylko czy aby na pewno przemyśleli swoje wybory? W końcu czy można zaufać takiemu darczyńcy?

Same baśnie mogą być ciekawą rozrywką dla osób w każdym wieku, jednak tutaj dostajemy coś więcej. Możemy nie tylko zapoznać się z historiami, które w dzieciństwie czytano bohaterom znanym nam z serii o Harrym Potterze, ale i dowiedzieć się więcej o sprawach, których dotyczą. Nie ma co przesadnie słodzić - nie są to baśnie nie wiadomo jak niezwykłe. Zwłaszcza pierwsza z nich jest prosta i mocno przewidywalna, koncepcja drugiej też nie jest jakąś nowością, z kolei przy następnej można się trochę zdziwić ze względu na jej niepozostawiający złudzeń charakter. "Babbitty..." okazało się całkiem przyjemne, a do tego w subtelny sposób sugeruje, że magia ma swoje ograniczenia, natomiast ostatnie z opowiadań (i niestety najkrótsze) jest moim zdecydowanym faworytem i jestem pewna, że jeszcze wiele razy do niego zajrzę. Notatki Dumbledore'a zawierają między innymi informacje na temat tego, jak poszczególne baśnie były odbierane przez magiczne społeczeństwo, jakim zmianom podlegały na przestrzeni lat oraz co zarzucali im ich przeciwnicy. Znajdą się też ewentualne interpretacje i różnego rodzaju ciekawostki. Zwłaszcza ostatniemu z opowiadań zostało poświęcone sporo miejsca. Tym samym dostajemy wiele informacji na temat kontrowersyjnego w pewnych kręgach zagadnienia Insygniów Śmierci. Wszystko to sprawia, że "Baśnie barda Beedle'a" stanowią prawdziwą gratkę dla fanów Harry'ego Pottera.

Książka została naprawdę ładnie wydana - ma twardą oprawę, klimatyczną, stylizowaną na starą, okładkę, a w środku ilustracje autorstwa samej J. K. Rowling. Papier nie jest najlepszej jakości, żółtawy, co dla niektórych mogłoby być wadą, jednak moim zdaniem pasuje do całości. Jeśli chodzi o język (w końcu to angielski), nie był jakoś przesadnie trudny, jednak znalazło się całkiem sporo słówek, których znaczenia nie znałam, a część z nich było ważnych dla zrozumienia całości. Ale przecież od tego są słowniki, prawda? Podsumowując, bardzo się cieszę, że w końcu miałam okazję zapoznać się z tą książką i jak najbardziej polecam to też Wam.

niedziela, 22 listopada 2015

T. Canavan "Królowa Zdrajców"

Wydawnictwo: Galeria Książki  |  Ilość stron: 580  |  Seria: Trylogia Zdrajcy (3)
Co tym razem słychać w Imardinie i okolicach? Cery coraz dotkliwiej odczuwa upływ lat, a nieustanne zmartwienia, których główne źródło można by było wyrazić jednym słowem (Skellin), tylko pogarszają sytuację. Bezpieczne kryjówki się kończą, w dodatku Gol został ranny, więc Złodziej wraz ze swoimi ochroniarzami decyduje się ukryć w tunelach pod Gildią, choć w ten sposób będą musieli polegać na pomocy Lilii. Ta cieszy się z możliwości spotkań z Anyi, jednak ma na głowie sporo innych problemów - braki do nadrobienia, zajęcia, pośrednictwo między Cerym a Kallenem w sprawie złapania Skellina, a na domiar złego jeden z nowicjuszy zaczyna jej się coraz bardziej naprzykrzać. Wielu mieszkańców Imardinu wciąż boryka się z uzależnieniem od nilu, w tym także kilku magów. Z kolei w Sachace Lorkin został uwięziony przez króla za to, że nie ujawnił informacji, jakie zdobył na temat Zdrajców. Do czego posunie się sachakański władca, by wydobyć z niego tę wiedzę? To samo pytanie zadaje sobie Dannyl, boleśnie świadomy swojej bezsilności w tej kwestii. Ambasador Gildii jest też pełen wątpliwości względem ashakiego Achatiego. Sonea tymczasem martwi się o syna i wraz z Reginem ma wyruszyć do Sachaki, by wynegocjować jego uwolnienie oraz spotkać się ze Zdrajcami.

Oczywiście mogłabym tak jeszcze długo wymieniać, ale przecież nie będę streszczać całej powieści, prawda? Ilość wątków zdążyła się rozrosnąć tak bardzo, że wskazanie głównego bohatera graniczy z niemożliwością. Wydaje mi się jednak, że spośród całej tej gromady na przód wybija się Lilia - już nie łatwowierna nowicjuszka, ale pewna siebie i zaradna pretendentka do roli Czarnego Maga. Bardzo spodobała mi się zmiana, jaka zaszła w jej charakterze.

Czasami miałam wrażenie, że Canavan prowadzi pewne wątki dokładnie po myśli czytelnika (zwłaszcza te romantyczne, co skłania mnie do przyznania racji tym, którzy nazywają jej twórczość kobiecą fantastyką), jednak nie miałam jej tego za złe. Nie dostajemy już ciągłych miłosnych rozterek Dannyla, których w poprzedniej części nagromadziło się naprawdę sporo - autorka zdołała zachować umiar. Tyczy się to również związku Lilii i Anyi, który nie jest przesadnie eksponowany. A Lorkin i Tyvara? Cóż, najpierw ten pierwszy musi się wydostać z więzienia.

Po raz kolejny miałam okazję przypomnieć sobie, za co uwielbiam twórczość Trudi Canavan, a także poczuć rozczarowanie tym, że koniec nastąpił tak szybko (a jednak okazuje się, że niemal 600 stron to wciąż mało...). Już od dłuższego czasu nie wciągnęłam się aż tak w akcję powieści. Pozostaje mi liczyć na to, że za jakiś czas autorka postanowi znów uraczyć nas trylogią (czy chociaż jedną powieścią) ze świata Imardinu i pobliskich krajów.

"Problem z wyborem tego, co najlepsze, polega na tym, że zawsze musi się znaleźć
coś przeciętnego i najgorszego, do czego można to porównać."

sobota, 7 listopada 2015

C. R. Zafón "Cień wiatru"

Wydawnictwo: Muza  |  Ilość stron: 516  |  Seria: Cmentarz Zapomnianych Książek (1)
Czy książka może zaważyć na całym dalszym życiu jej właściciela? Zdecydowanie tak, zwłaszcza jeśli jest to powieść pochodząca z Cmentarza Zapomnianych Książek. Właśnie tam w roku 1945 spośród niezliczonych tomów na ciągnących się w nieskończoność półkach mały Daniel Sempere wybrał "Cień wiatru" autorstwa Juliana Caraksa. To za sprawą fascynacji tą książką i jej twórcą (znanym jedynie przez wąskie grono odbiorców) chłopiec poznała Gustava Barcelo oraz jego siostrzenicę, a swój pierwszy obiekt westchnień, Klarę. To tej książki - jedynego istniejącego egzemplarza - chciał tajemniczy, roztaczający woń spalonego papieru nieznajomy, który przedstawiał się imieniem diabła z powieści Caraksa. I choć chłopiec ze strachu znów ukrył "Cień wiatru" na Cmentarzu Zapomnianych Książek, po latach na nowo rozpoczyna swoje poszukiwania. Te, choć nieraz szły dość mozolnie, powoli odsłaniały mu coraz więcej szczegółów z życia uwielbianego autora, jednocześnie formując cały ciąg powiązań z różnymi, do tej pory mu nieznanymi ludźmi. To z kolei prowadzi do niebezpieczeństw, zwłaszcza gdy komuś nie odpowiada rozgrzebywanie przeszłości, a powiązane z tą historią osoby karmią go jedynie półprawdami.

Tym, co w "Cieniu wiatru" zdecydowanie przypadnie bibliofilom do gustu jest stała obecność książek. Julian wraz z ojcem prowadzi księgarnię, wielu ich znajomych przejawia zamiłowanie do literatury, poszukiwanie informacji o Caraksie prowadzi do poznania ludzi zafascynowanych jego twórczością, a ponad to wszystko jest jeszcze Cmentarz Zapomnianych książek, stanowiący spełnienie marzeń niejednego książkoholika. Dalej mamy bohaterów. Na początek Daniela, którego losy śledzimy już od dzieciństwa, a więc całkiem nieźle będzie nam dane go poznać. I choć teoretycznie wszystko powinno się obracać wokół "Cienia wiatru", w ciągu całego tego czasu znajdziemy wiele chwil, gdy bohater zapomina o powieści, a wspomniany już wcześniej antagonista zdaje się być jedynie odległą przestrogą, sposobem na przypomnienie Danielowi o Caraksie. W końcu przychodzi jednak czas, gdy dawne dążenia do poznania losów autora nabierają niejako rozmachu, a przed Danielem pojawiają się wyzwania i zagrożenia bardziej naglące oraz... miłość.

"W chwili, kiedy zastanawiasz się czy kogoś kochasz, przestałeś go już kochać na zawsze."

Książkę czytało mi się całkiem przyjemnie, jednak czasami (z pewnym zrezygnowaniem) zastanawiałam się, kiedy w końcu zacznie się coś dziać, zwłaszcza wtedy, gdy szukanie informacji o Caraksie schodziło na dalszy plan. W międzyczasie mogliśmy jednak poznać kilku innych bohaterów. Niewybaczalnym błędem byłoby nie wspomnieć chociażby o niezwykle barwnej postaci, jaką był Fermin Romero de Torres, uratowany od nędzy przez Daniela. Ten elokwentny, raz szarmancki, raz nieco wyzywający, lubujący się w wielkich teoriach i niewybrednych żartach człowiek niejednokrotnie stanowił dla naszego bohatera źródło wsparcia, a samej powieści dostarczał wiele humoru i szaleństwa. Patrząc na jego postawę aż trudno uwierzyć w to, jak wyglądała jego przeszłość. Dalej Bea, w której Daniel zakochał się z wzajemnością, choć rodzina wybrała jej już innego narzeczonego. Chyba domyślacie się, że nie obejdzie się bez kłopotów? Ojciec Daniela zawsze pozostawał gdzieś na uboczu, zwłaszcza że młody Sempere nie chciał wplątywać go w przybierające coraz niebezpieczniejszy obrót sprawy, jednak przez wielu był bardzo ceniony. I na koniec nieobliczalny, reprezentujący sobą wszystko to, co najgorsze inspektor Fumero, którego trudno byłoby nazwać stróżem prawa. Co prawda jest jeszcze kilka osób, o których mogłabym wspomnieć, jednak są na tyle powiązane z przeszłością Caraksa, że wolałabym tego uniknąć.

Wiele słyszałam o tej powieści, dlatego też moje oczekiwania były dość spore i przez dłuższy czas myślałam, że autorowi nie uda się ich spełnić. Na szczęście pomyliłam się i choć znalazło się kilka szczegółów, których się domyśliłam czy chociażby przypuszczałam, że mogą się okazać prawdziwe, zwłaszcza pod koniec dałam się wciągnąć w wir wydarzeń i bacznie obserwowałam, w jaki sposób Zafón splótł ze sobą losy tak wielu bohaterów. Już samo poznawanie przeszłości Caraksa ciekawiło, a co dopiero jej wpływ na życie Daniela i pozostałych postaci. Ostatecznie mogę z przekonaniem stwierdzić, że warto było sięgnąć po "Cień wiatru" i na pewno jeszcze zabiorę się za kolejne książki z serii o Cmentarzu Zapomnianych Książek.

"Książki są lustrem: widzisz w nich tylko to co, już masz w sobie."