Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7/10. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 30 października 2018
sobota, 6 października 2018
Nakamura Asumiko "Yobidashi Hajime"
A tym razem nietypowo, bo o mandze, której nie widziałam nigdzie poza japońskim wydaniem, nawet w postaci skanów w jakimkolwiek języku. "Yobidashi Hajime" trafiło do mnie wraz innymi mangami Nakamury, które kupiłam po japońsku i grzecznie czekało na swoją kolej, by w końcu stać się pierwszą mangą, którą w całości przeczytałam po japońsku. A ponieważ jest to tytuł (jak mi się wydaje) mało znany, uznałam, że dobrze byłoby coś na jego temat napisać.
wtorek, 13 lutego 2018
H. Murakami "Zawód: powieściopisarz"
Wydawnictwo: Muza | Liczba stron: 288
Kiedy pierwszy raz zobaczyłam zapowiedź nowej książki Murakamiego, pomyślałam sobie: po co mi ona teraz? Przecież tylu jeszcze wcześniejszych jego powieści wciąż nie przeczytałam, a jedna nawet czeka na półce. Kiedy jednak przyjrzałam się jej bliżej, zmieniłam zdanie. W końcu nie ma to jak czytanie o książkach i ich pisaniu.
"Zawód: powieściopisarz" to zbiór esejów tworzonych na przestrzeni kilku lat. O pisaniu, pisarzach, o tym, jak sam Murakami został pisarzem. I o paru innych, mniej lub bardziej powiązanych z tymi tematami zagadnieniach, chociażby japońskim systemie nauczania czy nagrodach literackich. Autor zdecydował się tutaj zwracać bezpośrednio do czytelnika. Przemawia więc do nas ze stron książki, snując swoje opowieści, czasami zbaczając trochę z głównego tematu, często posługując się różnymi przykładami lub nawiązaniami. Wspomina o innych autorach, powieściach, filmach, muzyce (zwłaszcza jazzie), a także… baseballu (jakie to japońskie!). Nie zabrakło też fragmentów, które postanowiłam sobie zaznaczyć, by móc do woli do nich wracać. Pewne spostrzeżenia może nawet postaram się wykorzystać.
Książka ma w sobie coś z wybiórczej autobiografii. Sam autor twierdzi, że nie taki był jego zamiar, a jedynie nie dało się czegoś takiego uniknąć. W pełni zrozumiałe jest przecież, że pisząc o tym, jak rozpoczęła się jego kariera, musiał choć w pewnym stopniu wyjaśnić swoją ówczesną sytuację, a ubierając w słowa swoje poglądy, dać się czytelnikom bliżej poznać. Jak by nie było, ja po prostu lubię jego pisaninę i jej rytm, jak określa to sam autor… może tylko trochę za dużo tutaj przeprasza.
Poznajemy od kuchni sposób, w jaki Murakami pracuje, jak swoją pracę postrzega na przestrzeni lat i z czym się to wszystko wiąże. To z kolei pozwala nam na wyrobienie sobie pewnych poglądów na jego temat. Na temat autora, który choć znany na całym świecie, wciąż pragnie uchodzić za zwyczajnego człowieka i który nie lubi wystąpień publicznych.
Murakami wspomina tutaj chyba o wszystkich swoich powieściach (i części opowiadań). O jednych dość ogólnikowo, o innych już trochę więcej. Może to być parę informacji na temat ich powstania, bohaterów, czy tego, co dla niego znaczą. Różnie. Nie trzeba przy tym ich znać, choć oczywiście zawsze miło wiedzieć, do czego konkretnie autor się odnosi. A efekt uboczny jest następujący: nabrałam nowych chęci do dalszego zapoznawania się z jego twórczością, a może nawet odświeżenia sobie czegoś z tego, co już znam.
Przez tę książkę się płynie, a przynajmniej takie odnosiłam wrażenie. Podążałam za tokiem myślowym autora, a czas, wraz z kolejnymi stronami, wręcz niepostrzeżenie mijał. I piszę to w jak najbardziej pozytywnym sensie, chociaż przyznam, że w paru przypadkach na myśl przychodziło mi określenie 'lanie wody'. Pewnie znajdą się osoby, które w sporej mierze właśnie tak odbiorą tę książkę, jednak dla mnie "Zawód: powieściopisarz" było naprawdę przyjemnym sposobem na spędzenie wolnego czasu.
wtorek, 12 września 2017
J. Ćwiek "Chłopcy 2. Bangarang"
Wydawnictwo: Sine Qua Non | Liczba stron: 304 | Seria: Chłopcy (2)
Gotowi na kolejną dawkę przygód nieco wyrośniętych Zagubionych Chłopców pod dowództwem Dzwoneczka? Tym razem ta interesująca banda postanawia nieco (ale tylko nieco!) wydorośleć i przymierza się do sporych zmian. Po pierwsze, koniec ze Skrótem i handlem magicznym pyłkiem. Następnie odnowa i ponowne oddanie do użytku parku rozrywki - bo przecież jaka inna stała praca mogłaby przynieść równocześnie tyle frajdy? Tylko czy aby na pewno wszystko pójdzie po ich myśli? No, niekoniecznie.
Mający w tej części miejsce zjazd naszej wesołej bandy pokaże, do jak wielkich rozmiarów zdążyła rozrosnąć się inicjatywa zapoczątkowana przez Dzwoneczka i zaledwie sześciu Chłopców. A jak powszechnie wiadomo, im więcej ludzi, tym trudniej sprawować nad tym wszystkim pieczę. Poznamy też pewnego Chłopca, który postanowił dorosnąć i stać się pełnoprawnym członkiem społeczeństwa. Czy tęskni za dawnym, niemal beztroskim życiem? Z przyjemniejszych tematów dodam za to, że poznany w pierwszej części Kubuś, mimo młodego wieku, całkiem nieźle odnajduje się w tej Drugiej Nibylandii. Dowiemy się też trochę na temat pana Propera, dumnego czarnego kota z czerwonym krawatem, któremu dla własnego dobra lepiej nie wchodzić w drogę.
Powieść wciąż pozostaje dość epizodyczna, a język równie wulgarny jak do tej pory, jednak tym razem ciągłość zdarzeń wydaje mi się lepiej dostrzegalna, zwłaszcza po wpływie, jaki na całą fabułę miało zakończenie pierwszego tomu - spaja ono poszczególne fragmenty (nawet jeśli nie wszystkie), daje im przyczynę i cel. Z jednej strony to wciąż mocno pokręcona wariacja na temat kompanów Piotrusia Pana, z drugiej jest to jednak historia, która potrafi zahaczyć o niespodziewanie poważne tematy. A biorąc pod uwagę to, co dzieje się pod koniec, wkrótce może się zrobić jeszcze poważniej.
Książki Ćwieka często mają to do siebie, że za szybko się kończą. Z "Chłopcy 2. Bangarang" jest podobnie (chociaż pociesza fakt, że są następne), po prostu chciałoby się czytać jeszcze. I tak też zamierzam zrobić, zwłaszcza po takim, a nie innym zakończeniu. Po prostu muszę się dowiedzieć, co dalej.
czwartek, 10 sierpnia 2017
Anime "Shounen Maid"
Liczba odcinków: 12 + 1 OVA | Emisja: wiosna 2016 | Ocena: 7/10
Komiya Chihiro jeszcze do niedawna mieszkał razem z wychowującą go samotnie matką. Niestety, nadmiar pracy, nawet pomimo wielkiej pomocy Chihiro w domu, mocno dawał jej się we znaki i ostatecznie chłopiec został sam. Po śmierci matki, która nie utrzymywała kontaktu z rodziną, nie miał dokąd pójść, więc nawet najbliższa przyszłość była dla niego wielkim znakiem zapytania. Aż pewnego dnia ratuje przypadkowo spotkanego mężczyznę przed... małym pieskiem. Tak, dokładnie. Chwilę później nieznajomy oznajmia, że jest wujkiem Chihiro i odtąd to on się nim zajmie. Pomimo tak nietypowych okoliczności wszystko wskazuje na to, że to jednak prawda. Co więcej, nowo poznany krewny okazuje się być bogaczem mieszkającym w okazałej rezydencji (na której widok chłopiec od razu… zabiera się do sprzątania, nie mogąc znieść zalegającego po kątach kurzu). Niejeden stwierdziłby, że trafił mu się szczęśliwy los na loterii. A jednak nie dumny i równie uparty, co jego mama Chihiro, któremu nie w smak takie życie na czyjejś łasce. W końcu dochodzą jednak do porozumienia i w zamian za dach nad głową Chihiro zostaje zatrudniony w posiadłości swojego wujka Madoki jako pomoc domowa.
Przyznam, że z początku podchodziłam do tej serii bardzo sceptycznie (już sam tytuł budził moje wątpliwości). Pojawiający się ni stąd ni zowąd beztroski wujek bogacz, który zatrudnia swojego zakręconego na punkcie sprzątania siostrzeńca jako pomoc domową i przyszykowuje mu uniform niewiele różniący się od strojów pokojówek - to anime bardzo łatwo mogłoby pójść w - że tak to ujmę - niewłaściwą stronę. A jednak nic takiego się nie dzieje. Dostajemy natomiast pełne ciepła i humoru okruchy życia, które z każdym kolejnym odcinkiem oglądałam coraz chętniej. I chociaż minęło już sporo czasu odkąd obejrzałam to anime, to wreszcie zmotywowałam się do dokończenia recenzji - "Shounen Maid" zdecydowanie zasługuje na trochę więcej uwagi!
środa, 2 sierpnia 2017
J. Green, D. Levithan "Will Grayson, Will Grayson"
Sporo czasu minęło odkąd ostatnio czytałam powieść Johna Greena. Byłam co prawda ciekawa, zwłaszcza gdy była to jeszcze nowość, co swoim czytelnikom zaserwuje tym razem i jak wyszła mu współpraca z innym pisarzem, jednak… jakoś zabrakło motywacji. Kiedy jednak przyszło do wybrania pierwszej książki, jaką przeczytam dzięki Legimi, doszłam do wniosku, że czas poznać Willa Graysona. A nawet dwóch. Czy było warto?
wtorek, 20 czerwca 2017
J. Ćwiek "Kłamca 2,5. Machinomachia"
Po dość sporej już przerwie przerwie postanowiłam sprawdzić, jak radzi sobie Loki na usługach aniołów, tym razem w opowiadaniach z tomu połówkowego. Dwie pierwsze historie rozgrywają się gdzieś pomiędzy wydarzeniami z pierwszego tomu. "Handlarz snów" to opowiadanie króciutkie, właściwie niewiele wnoszące. Na szczęście "Swat" przedstawia się już ciekawiej. Gniewny anioł zakochany w ludzkiej dziewczynie? Czy to się może udać? Cóż, z pomysłowością Kłamcy może nawet coś by z tego mogło wyjść, ale jak wpłyną na to inne czynniki?
Ostatnie i najdłuższe z opowiadań, tytułowa "Machinomachia", rozgrywa się już po tym, jak do drużyny Kłamcy dołączyło dwóch greckich bogów. Współpraca nie układa im się może jeszcze najlepiej, ale to przecież kwestia czasu, prawda? Czego tak poza tym możecie się spodziewać? Cóż, twierdząc, że praktycznie wszystkiego, właściwie nie rozminęłabym się za bardzo z prawdą. Coś o greckich bogach, mechaniczni ninja, zastępy aniołów, a na dodatek całkiem spory szum w mediach. Wyraźnie widać, że autor dał się ponieść wyobraźni po całości. A! Pojawi się też Jenny.
Tych, którzy poznali i polubili Kłamcę, pewnie nie będzie trzeba specjalnie przekonywać. Ten tom to po prostu dobra okazja, żeby znów zobaczyć Lokiego w akcji i dowód na to, że wyobraźnia autora pracuje pełną parą. Doceniam również puszczanie oczka do czytelników w tak drobnych sprawach jak na przykład pewien rudowłosy motocyklista ("Chłopcy" się kłaniają) przewijający się gdzieś w tle, czy - o ile się nie mylę - Tom Hiddlestone (marvelowski Loki) pozdrawiający naszego Kłamcę. Na końcu znajdują się jeszcze zasady Kłamcianki (dołączanej do książki gry karcianej), jednak ze względu na to, że ja swój egzemplarz mam z biblioteki, nie miałam okazji ich wypróbować.
"Kłamca 2,5. Machinomachia" nie jest może arcydziełem i nie wnosi wiele do głównej akcji, więc można by było ten tom pominąć, jednak dla spragnionych kolejnych przygód Lokiego będzie w sam raz. Jeśli znacie już poprzednie części i macie ochotę na coś lekkiego do poczytania, nie wahajcie się sięgnąć po tę książkę.
środa, 7 czerwca 2017
C. Carmack "Coś do ukrycia"
Wydawnictwo: Jaguar | Liczba stron: 368 | Seria: Coś do stracenia (2)
Bliss i Garrick są w szczęśliwym związku, a Cade wciąż udaje, że wszystko z nim w porządku, podczas gdy wcale tak nie jest. Nie dość, że złamane serce boli jak cholera, to jeszcze musi być świadkiem szczęścia ukochanej z innym. Nie może przestać o niej myśleć, jest w kropce. Jest też Max, czerwonowłosa, wytatuowana, grająca w zespole, który jest jej największą pasją. Tylko z rodzicami ma problem, bo oni wciąż chcą w niej widzieć grzeczną, ułożoną dziewczynkę. Właśnie dlatego Max przed nimi udaje, przez telefon mówi o chłopaku, którego poznała w bibliotece. Tym razem biorą ją jednak z zaskoczenia, przyjeżdżają bez zapowiedzi i oznajmiają, że za parę minut zjawią się w kawiarni. I kogo ma im przedstawić? Osiłka, który do biblioteki chyba nawet by nie trafił? W życiu! Widząc więc siedzącego samotnie przy stoliku Cade'a, decyduje się na desperacki krok. Podchodzi i pyta, czy nie odegra przed rodzicami jej chłopaka. Cade postanawia się zgodzić, choć - ku niezadowoleniu dziewczyny - na rozmowie w kawiarni się nie kończy.
Po przeczytaniu "Czegoś do stracenia" byłam ciekawa kolejnej części serii. Cade - bądź co bądź porządny facet - miał nieszczęście być tym trzecim w historii miłosnej Bliss i Garricka, a teraz dostał swoją własną szansę na happy end. Chciałam dowiedzieć się co i jak, a jednak nie rwałam się do tego. Swego czasu naczytałam się opinii głoszących, że po "Czymś do stracenia" to już nie to samo, że humor już nie ten, co trochę mnie wstrzymało. Jak jednak widać, ostatecznie uległam, w czym niewątpliwie udział miała okazyjna cena. I jak?
Faktycznie, "Coś do ukrycia" ma już trochę inny charakter, jednak nie uważam, że to coś złego. Chociaż wciąż znajdziemy masę zabawnych momentów, nie są to już brane nie całkiem na serio perypetie fajtłapowatej Bliss (mimowolnie porównując ją do Max, momentami dziwiłam się, że do tej pory nie grała mi za bardzo na nerwach). To historia o ludziach, którzy sporo przeszli, którzy doświadczyli straty najbliższych, którzy wytworzyli własne mechanizmy obronne. Autorka poświęciła całkiem sporo miejsca po to, abyśmy dobrze ich poznali. Max i Cade wydają się całkowicie różnić. Tak bardzo, że nie uważają, żeby mogli być dla siebie dobrą partią. Chemię między nimi da się jednak wyczuć błyskawicznie, a ich wzajemne docinki sprawiają, że jest jeszcze ciekawiej. Tak, czasami może zalatywać zbytnim dramatyzmem i bywało, że miałam serdecznie dość tych całych podchodów naszych bohaterów, przekonanych nawzajem, że drugie ich nie zaakceptuje, że do siebie nie pasują, ale jako całość powieść odebrałam bardzo pozytywnie.
"Coś do ukrycia" podchodzi do sprawy zdecydowanie inaczej niż poprzednia część, więc trzeba się nastawić na coś bardziej na serio, a jednak wciąż można się przy tej książce świetnie bawić. Tym bardziej, jeśli w pierwszej części polubiliście Cade'a i chcecie się dowiedzieć o nim czegoś więcej.
wtorek, 23 maja 2017
M. C. Beaton "Agatha Raisin i ciasto śmierci"
Agatha Raisin - mimo trudnych początków prawdziwa kobieta biznesu i żywa legenda w branży PR - decyduje się odejść na emeryturę. Sprzedaje firmę, żegna się z byłymi pracownikami i przenosi się na prowincję, by tam zamieszkać w swoim wymarzonym domku. Okazuje się jednak, że nie tak łatwo wkraść się w łaski tamtejszej społeczności, a w uprzejmych słowach mieszkańców wyczuwa się dystans. Jak temu zaradzić? No cóż, Agatha nie przebiera w środkach. Postanawia wziąć udział w konkursie na najlepszy wypiek, a ponieważ kucharka z niej żadna, zgłasza placek kupiony w Londynie. Przecież liczy się efekt końcowy, prawda? Oszukująca poczuje się jednak oszukana, gdy okaże się, że wynik był od początku znany - wygrywa ulubienica sędziego. Na tym jednak nie koniec, bo już wkrótce placek Agathy staje się przyczyną śmierci tegoż jurora…
Po tym, jak policjanci poznali się na jej kuchni, Agatha szybko zostaje odsunięta od wszelkich podejrzeń. Wciąż pozostaje jednak kwestia tego, jak to się mogło stać. Nieszczęśliwy wypadek, przy którym większość zdaje się obstawać, czy może czyjeś celowe działanie? I czy wyjście na jaw jej oszustwa nie zaprzepaści doszczętnie jej reputacji w miasteczku?
No cóż, życie toczy się dalej, Agatha raz po raz zastanawia się, czy emerytura była dobrym pomysłem, w wolnych chwilach (czyli praktycznie cały czas) zaczytuje się w powieściach swojej imienniczki, Agathy Christie, zaprasza też swojego byłego pracownika, właściwie jedyną osobę, którą względnie mogłaby nazwać przyjacielem. Roy, bo tak mu na imię, zaciekawiony tym, co się wokół niej rozgrywa, namawia Agathę do szukania prawdy, zwłaszcza że zmarły zdaje się mieć swoje za uszami. Za to nastawiony do niej bardzo przyjaźnie miejscowy policjant, Bill Wong, przy każdej okazji odradza jej jakichkolwiek niebezpiecznych działań. Kogo posłucha nasza bohaterka?
Prawda jest taka, że Agatha Raisin jest bardzo specyficznym typem człowieka. Dumna i wyniosła, którą życie nauczyło, że należy walczyć o swoje, a jednocześnie pragnąca gdzieś należeć, choć nie przyznałaby tego głośno. Jej osobowość może nieco odrzucać, jednak ogólnie rzecz biorąc jest to ciekawa postać i można z zainteresowaniem śledzić jej poczynania - zarówno te dotyczące prowadzonego po cichu osobistego śledztwa, jak i prób dopasowania się do życia w miasteczku.
Chociaż nasza główna bohaterka nie należy do najłatwiejszych w obyciu i żadna z niej panna Marple (choć może przy odrobinie - albo raczej sporej ilości - praktyki…), całkiem miło spędziłam w jej towarzystwie czas. Myślę też, że na tym nie zakończę znajomości z nią i zabiorę się za kolejne części serii (choć ich ilość wydaje mi się… nieco oszałamiająca).
wtorek, 9 maja 2017
S. King "Doktor Sen"
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka | Długość trwania: 20h 39 min. | Seria: Lśnienie (2)
Pamiętacie małego chłopca o niezwykłych umiejętnościach, który pewnej zimy musiał stawić czoła nienawistnym siłom czyhającym w hotelu Panorama? Mijają lata, a demony przeszłości wciąż nie odpuszczają i chociaż nie jest całkiem bezbronny, jest mu z tym naprawdę ciężko. Chociaż powtarza sobie, że nie będzie taki jak ojciec, że nie sięgnie po kieliszek, to jednak pewnego dnia daje za wygraną i odkrywa, że w jego przypadku alkohol spełnia dodatkową funkcję - przytępia jaśnienie, a więc i niechciane wizje. I tak się zaczyna. Mijają lata, a Dan stopniowo stacza się coraz bardziej, byle tylko odciąć się od swojego daru, który dla niego stał się przekleństwem. Dostaje jednak od losu drugą szansę, a wraz z nią ludzi, którzy będą go podtrzymywać w chwilach słabości. Zaczyna od nowa, ale czy wytrwa?
Tymczasem Prawdziwy Węzeł od niepamiętnych czasów stale trwa. Jego członkowie podróżują w kamperach i starają się nie wyróżniać. Gdyby jednak przyjrzeć im się bliżej, okazałoby się, że to bardzo nietypowa grupa, której charakter może ulec zmianie w ciągu jednego dnia. I mają ogromny sekret. Swoją energię życiową czerpią z tak zwanej pary, którą muszą sobie zapewnić sami przez… bezlitosne torturowanie jaśniejących dzieci. Czy, kiedy przyjdzie czas, Dan stanie na wysokości zadania i zdobędzie się na pomoc, jaką niegdyś był dla niego Halloran?
Prawda jest taka, że decydując się na tę powieść praktycznie wcale nie nastawiałam się na horror. Tym, czego od niej oczekiwałam były dalsze losy Dana więcej na temat tych, którzy - tak jak i on - jaśnieją. W związku z tym obawiałam się chwili, gdy zacznie się ta straszniejsza część. Tymczasem autor stopniowo snuł opowieść, rozwijał kolejne wątki, a ja po raz pierwszy byłam naprawdę wdzięczna za to, że powieści Kinga w tak dużej części potrafią przypominać obyczajówki. I przyznam szczerze, że wciąż nie potrafię patrzeć na tę książkę jak na horror. Akcja ciągnie się całymi latami, w trakcie których zagrożenie, jakim jest Prawdziwy Węzeł, pozostaje odległe, nie dotyka tych, o których słyszymy najwięcej. Czuć jednak to napięcie, które każe nam się zastanawiać, kiedy przyjdzie moment konfrontacji i jaki będzie miała przebieg.
"Przychodzi taki dzień gdy do człowieka dociera, że dalsza tułaczka nie ma sensu.
Że dokądkolwiek idziesz, zabierasz ze sobą siebie."
Przez cały czas trwania powieści przewinęło się przez nią całkiem sporo postaci. Znaczną ich część bardzo polubiłam, zwłaszcza za wsparcie okazane Danowi. Z przyjemnością obserwowałam, jak zaczyna stawać na nogi, jak odnajduje miejsce, do którego należy, pracę, która mu odpowiada. Będąc sanitariuszem w hospicjum staje się znany pod pseudonimem Doktor Sen - ten, który pomaga przejść na drugą stronę, choć nie każdy wierzy, że rzeczywiście coś w tym jest. King zadbał również o to, żeby proces powrotu Dana do abstynencji był wiarygodny, a więc naznaczony trudem, którego mógłby nie znieść gdyby nie AA i nieustanne wsparcie. Dan stał się o wiele bardziej otwarty, choć swoje umiejętności wciąż woli trzymać w ukryciu. Pojawia się oczywiście też dziecko. Dziewczynka o tak silnej jasności, że przewyższa nawet Dana z czasów jego największej mocy. Przez bardzo długi czas ich losy nie przeplatały się prawie wcale, nie licząc sporadycznych wiadomości, jakie przez jasność, może nawet nie całkiem świadomie, przesyłała mu mała Abra. Nadchodzi jednak dzień, gdy dziewczynka przyciągnie uwagę Prawdziwego Węzła…
Książkę tę rozpoczęłam pełna obaw. Nie chciałam, aby warstwa horroru przesłoniła to, co interesowało mnie najbardziej, a więc sytuację Dana i innych jaśniejących. Na całe szczęście "Doktor Sen" spełnił moje oczekiwania. Dla tych, którzy chcieliby wiedzieć, co stało się z chłopcem ze "Lśnienia", jest to lektura wręcz obowiązkowa. Jeśli chcecie horroru, może jednak warto poszukać gdzie indziej.
"Starość ma jedną zaletę - nie musisz się bać, że umrzesz młodo."
sobota, 29 kwietnia 2017
J. Ćwiek "Chłopcy"
Wydawnictwo: SQN | Liczba stron: 320 | Seria: Chłopcy (1)
Na pewno kojarzycie Piotrusia Pana, Dzwoneczka i Zagubionych Chłopców, prawda? A wiecie, że ich bajka skończyła się trochę inaczej? A raczej wciąż trwa, choć już nie w magicznym świecie i bez Piotrusia Pana, o którym lepiej nie wspominajcie - to drażliwa kwestia. Zagubieni Chłopcy wciąż więc trwają - trochę wyrośnięci, choć wciąż nie dojrzali - z Dzwoneczkiem na czele, do której teraz zwracają się "mamo".
Niech Was nie zwiedzie inspiracja Piotrusiem Panem, "Chłopcy" to powieść od początku do końca wulgarna i takim też językiem pisana. Właśnie dlatego, chociaż już od dawna byłam jej ciekawa, miałam też co do niej pewne obawy. W zależności od tego, z jakim podejściem rozpoczyna się tę książkę można ją albo zmieszać z błotem, albo po prostu dobrze się przy niej bawić, a nawet i doszukiwać się w niej nieco głębszego przekazu. Ja nastawiałam bardziej na coś lekkiego, nie do końca na poważnie i na szczęście udało mi się trafić do tej drugiej grupy. Jedyne, czego żałuję, to to, że Piotrusia Pana znam dość pobieżnie i - co za tym idzie - nie udało mi się wyłapać wszystkich nawiązań do jego historii. Jest to tym bardziej przykre, że sam autor wspomina, jak ważna była dla niego ta opowieść.
Przez większość czasu "Chłopcy" to po prostu zbiór opowiadań przybliżających nam codzienność tego mocno nietypowego gangu motocyklowego, którego kwatera mieści się w starym parku rozrywki. Alkohol, kobiety, zabijanie potworów, trochę innych interesów, chociażby tych wymagających użycia magicznego pyłku - dzień jak co dzień dla Zagubionych Chłopców. Od czasu do czasu pojawia się jednak coś, co pokazuje, że ich życie nie jest wyłącznie zabawą. Stopniowo dostajemy wskazówki na temat tego, dlaczego opuścili Nibylandię, dlaczego nie ma z nimi Piotrusia Pana, a ostatni rozdział pozwala przypuszczać, że całe to wprowadzenie miało coś na celu, że w następnej części możemy się spodziewać czegoś więcej.
"Im później nauczysz się bać, ksiądz - Kruszyna dobył noża
i rozejrzał się za jakimś patykiem - tym później dorośniesz."
Dzwoneczek, choć drobniutka, najłatwiej będzie określić terminem ostra babka. Dość wspomnieć, że ta mała blondyneczka trzyma w garści cały gang motocyklowy i nikt nie ośmieli się jej sprzeciwić. Spośród reszty wyróżniają się ci, którzy byli z nią od początku, którzy do życia w naszym świecie musieli dopiero przywyknąć. Poza tym mamy nowicjuszy, którzy na miano Zagubionych Chłopców muszą sobie dopiero zasłużyć. A czy wspominałam już, że ta zgraja dba też o dzieci z sierocińca?
Przy okazji wspomnę o opowiadaniu, które nie załapało się do tej książki i zostało wydane osobno w formie ebooka. Konkretnie "Faul to cię zrobił" zaliczające się do historii ze szkolnych lat Chłopców. Jest raczej przeciętne i spokojnie można je ominąć, ale jeśli komuś mało przygód Zagubionych Chłopców, to nie zaszkodzi na nie zerknąć.
Do "Chłopców" pochodziłam nieco z obawą, jednak naprawdę dobrze się przy tej książce bawiłam. Polubiłam tę zgraję, nawet mimo ich wulgarności i raczej przedmiotowego traktowania kobiet - cóż, najwyraźniej mają coś w sobie. A może to tylko zasługa magicznego pyłku? Tak czy inaczej, z chęcią poznam ich dalsze przygody.
"Życie życiem, realność realnością, ale gdy raz wdepniesz w jakąś bajkę,
to twój świat będzie nią śmierdział, aż zdechniesz."
piątek, 10 marca 2017
N. Gaiman "Mitologia nordycka"
Wydawnictwo: MAG | Długość trwania: 7 h 15 min.
Już od dawna gdzieś z tyłu głowy tkwiła mi myśl, że chciałabym choć trochę lepiej poznać mitologię nordycką, jednak brakowało mi motywacji. Z pomocą przyszedł Neil Gaiman, który, korzystając z oryginalnych źródeł, postanowił opowiedzieć pewne historie na nowo.
Całość rozpoczynają wyjaśnienia autora, zarówno na temat mitologii, jak i samej książki. Następne jest przedstawienie bohaterów i powstanie świata. Odtąd zaczynają się najróżniejsze historie, które przybliżają nam zarówno postaci bogów, jak i ważne, czy nawet nieco bardziej błahe wydarzenia. Skąd wziął się młot Thora, dlaczego Odyn ma tylko jedno oko, jak wygląda drzewo świata i wiele, wiele więcej. A wszystko to przybliża nas do zmierzchu bogów, słynnego Ragnaroku.
Po poleganiu na najróżniejszych interpretacjach - z książek, filmów, czy jeszcze innych tworów - naprawdę ciekawie było móc zapoznać się z prawdziwymi mitologicznymi postaciami. Mogłam się dowiedzieć, jakie pierwotnie były ich charaktery, że Thor, choć pod względem siły wręcz nie miał sobie równych, to jednak do szczególnie bystrych nie należał; że Loki był nie tyle zły, co raczej złośliwy oraz niezwykle inteligentny i lubił patrzeć na efekty swoich działań, a inni bogowie tolerowali go, bo korzyści i straty, które wynikały z jego postępków, równoważyły się wzajemnie. Po drodze poznałam cały szereg postaci, które do tej pory znałam jedynie z imienia lub nawet wcale nie zdawałam sobie sprawy z ich istnienia. Dowiedziałam się też, jak wielkie były zasługi Odyna i oczywiście o co konkretnie chodzi z tym całym Ragnarokiem, o którym do tej pory miałam dość mgliste pojęcie.
Z "Mitologią nordycką" zapoznałam się w formie audiobooka i chociaż słuchało się całkiem przyjemnie, to przyznam, że w tym przypadku czasami wygodniejsza byłaby wersja papierowa. Chodzi mi tu chociażby o sytuację, gdy chciałoby się wrócić do jakiegoś wcześniejszego momentu i upewnić się co do nazwy czy imienia, bo o ile z tymi najbardziej znanymi czy najczęściej występującymi postaciami nie powinno być problemu, to reszta może sprawić pewien kłopot. Jako ciekawostkę dodam za to, że w oryginale audiobooka czyta sam autor.
Mitologia w interpretacji Neila Gaimana to świetna okazja, żeby w przystępny sposób zapoznać się z nordyckimi wierzeniami, w sam raz dla tych, którzy do tej pory znali je jedynie z filmów czy innych dzieł. Autor wspomniał na samym początku, że starał się opowiedzieć to wszystko jak najciekawiej i mogę potwierdzić, że udało mu się z tego wywiązać.
"Dzięki Lokiemu świat jest ciekawszy, ale mniej bezpieczny."
poniedziałek, 27 lutego 2017
A. Christie "Morderstwo na plebanii"
Wydawnictwo Dolnośląskie | Liczba stron: 271
Pułkownik Protheroe nie należy do osób szczególnie lubianych. Więcej nawet, chyba każdemu zdążył raz czy dwa zaleźć kiedyś za skórę, a i samemu pastorowi zdarzyło się powiedzieć na jego temat parę słów za dużo. Traf chciał, że niedługo później został odnaleziony martwy właśnie w gabinecie pastora, a zdarzenie to i jego liczne następstwa zmąciły spokój miasteczka St. Mary Mead.
Kryminały Christie czytam dość losowo i raczej rzadko się zdarza, żebym rozglądała się za jakimś konkretnym tytułem. "Morderstwo na plebanii" przyciągnęło jednak moją uwagę tym, że to właśnie w tej powieści debiutuje panna Marple. Mimo to przez większość czasu nie wybija się ona szczególnie ponad resztę bohaterów, zwykle opisywana jako ta wścibska starsza pani, która tak lubi się mądrzyć i snuć domysły. Naszym narratorem pozostaje tymczasem wspomniany już wcześniej pastor, który dokłada wszelkich starań, aby wesprzeć śledztwo (chociaż nieprzyjemny sposób bycia inspektora wcale go do tego nie zachęca).
Jeśli wierzyć pannie Marple (bo i dlaczego nie?) podejrzanych mamy siedmiu, ale kto miał dostateczny motyw i determinację, by zamiary zmienić w czyn? Do potencjalnych sprawców możemy zaliczyć żonę zamordowanego, jego córkę oraz przybyłego tam malarza. Jest też oczywiście nowa mieszkanka, która wzbudza ogólną podejrzliwość swoją tajemniczością i nieprzestrzeganiem ogólnie przyjętych zachowań towarzyskich, charakterystycznych dla takich małomiasteczkowych społeczności. To jednak wciąż nie wszyscy, kogo jeszcze podejrzewa starsza pani i jak poradzi sobie ze swoim pierwszym śledztwem?
"Morderstwo na plebanii" to całkiem niezły detektywistyczny debiut dla panny Marple, która z jednej strony nie chce się bezpośrednio, w widoczny sposób angażować, a jednak z chęcią próbuje swoich sił w sztuce dedukcji. Tu szepnie słówko, tam coś dopowie i tym sposobem pcha akcję do przodu, choć i pozostali bohaterowie, a szczególnie pastor, mają w tym swój udział. Postaci zostały umiejętnie wykreowane i choć przyznam, że zdarzało mi się nieco pogubić w rzadziej wspominanych nazwiskach, to nie było to większym problemem. Książka nie zalicza się może do najlepszych powieści Christie, ale i tak myślę, że warto.
"Młodzi myślą, że starzy są głupi, ale starzy wiedzą, że młodzi są głupi."
czwartek, 16 lutego 2017
A. Harmon "Prawo Mojżesza"
Wydawnictwo: Editio | Liczba stron: 360 | Seria: Prawo Mojżesza (1)
Mojżesz został znaleziony w koszu jako niemowlę, zupełnie jak jego biblijny imiennik. Jego matka narkomanka zmarła z przedawkowania, a i na jego zdrowiu odbił się jej nałóg. Dziecko cracku. Chłopiec z problemami przekazywany od jednego krewnego do drugiego. Tego lata Mojżesz mieszkał u swojej babci, chyba jedynej osoby, która naprawdę się o niego troszczyła. Georgia wiedziała, że wszyscy wokół uważali, że lepiej trzymać się od niego z daleka, a jednak nie potrafiła. Zainteresował ją, on i jego pęknięcia, a im bardziej próbował trzymać ją na dystans, tym bardziej stawała się uparta. A trzeba wam wiedzieć, że czego jak czego, ale samozaparcia to jej nie brakuje. Tym sposobem powoli się do niego zbliżała, stopniowo rodziło się między nimi uczucie. Ale czy to wystarczy?
Rzadko zdarza mi się kupić jakąś książkę zaraz po jej premierze, a jednak w tym przypadku właśnie tak było. Przeczytałam jedną recenzję i już wiedziałam, że chcę jak najprędzej sięgnąć po tę powieść (chociaż mimo wszystko minęło więcej czasu niż chciałam, a jeszcze więcej zanim wreszcie dokończyłam recenzję). Oczekiwania miałam spore, a kolejne pozytywne opinie jeszcze bardziej je podsycały. W końcu zaczęłam czytać. I co? Przede wszystkim "Prawo Mojżesza" okazało się inne niż sądziłam. Spodziewałam się bardziej typowego NA, a dostałam coś całkiem innego. Bo chociaż uczucia naszej dwójki bohaterów grają tu kluczową rolę, to jednak w grę wchodzi także nietypowa natura problemów Mojżesza i wszystko, co z tym związane.
"Jeśli nie kochasz, nikt nie zostaje zraniony. Łatwo odejść. Łatwo pogodzić się ze stratą. Łatwo dać sobie spokój."
Mojżesz, zdając sobie sprawę ze swoich pęknięć i tego, co ze sobą niosą, nie chce sobie pozwolić na bliższą znajomość z Georgią. Wolałby pozostać samotnikiem, aby nie ranić ani nie być ranionym. Dziewczyna nie odpuszcza jednak tak łatwo i jemu samemu również zaczyna zależeć, choć nie przyznałby tego na głos. Mimo to wciąż pozostaje wiele innych kwestii - niezrozumienie, uprzedzenia mieszkańców, a także jego własne problemy, które sprawiają, że jest postrzegany tak, a nie inaczej. Przed nimi wciąż jeszcze wiele do przejścia. Z pozostałych bohaterów na wyróżnienie zdecydowanie zasługuje jego babcia, która akceptuje go takiego, jakim jest. Rodzice Georgii, choć martwią się o córkę, również nie są z tych, co ocenialiby pochopnie.
Pojawia się też wątek kryminalny, który jednak nie do końca mnie zadowolił. Dlaczego? Można go było dostrzec od samego początku, podobnie jak pewne powiązania, ale na rozwinięcie tej kwestii trzeba było czekać praktycznie do samego końca. Wtedy co prawda został należycie poprowadzony, jednak nieco wytrącało mnie z równowagi tak długie odwlekanie tej chwili (chociaż faktem pozostaje, że bohaterowie mieli wtedy też inne sprawy na głowie, co trochę ich - a zwłaszcza Mojżesza - usprawiedliwia). I jeszcze jedno ale - ostatecznie poczułam się z pewnego powodu nieco oszukana, jednak nie mogę się wyrazić w tej kwestii jaśniej, nie ujawniając jednocześnie za dużo.
"Prawo Mojżesza" częściowo padło ofiarą przerostu moich oczekiwań, może też trochę nie trafiło na odpowiednią chwilę? Tak czy inaczej jest to jednak interesująca książka, dość nietypowa jak na swój gatunek i pełna zarówno momentów, od których robi się ciepło na sercu, jak i tych smutnych, wypełnionych żalem i rozczarowaniami.
"Każdy zawsze mówi o równym traktowaniu. I ja to rozumiem. Naprawdę. Ale może zamiast być ślepym na kolory, powinniśmy celebrować kolor, we wszystkich jego odcieniach. Wkurza mnie to, że powinniśmy ignorować nasze różnice jakbyśmy ich nie widzieli, podczas gdy dostrzeganie ich nie musi być negatywne."
poniedziałek, 6 lutego 2017
M. Kisiel "Nomen Omen"
Wydawnictwo: Uroboros | Liczba stron: 336
"Nomen omen" już od bardzo dawna czekało na półce, aż postanowię zerknąć do środka. Dopiero nadchodzące Targi Książki w Krakowie (na których pojawiła się autorka) przekonały mnie, że najwyższy czas to nadrobić. I zdecydowanie nie żałuję. Co prawda z początku miałam pewne obawy, a skumulowały się one w postaci Niedasia, który irytował mnie niemiłosiernie swoim kompletnym brakiem pomyślunku… ale po kolei.
Salomea Przygoda to ofiara zamiłowania swojego rodziciela do niezwykłych imion, a także pełnoetatowy pechowiec. Mając dość brata, który bezpodstawnie uważany jest za co najmniej geniusza, wspomnianego już wcześniej ojca oraz matki, która… krótko rzecz ujmując ma całkiem inne poglądy na świat, Salomea postanawia wyruszyć do Wrocławia i tam rozpocząć pracę. Tak też robi, a gdy zjawia się w miejscu, w którym ma zamieszkać, okazuje się, że właścicielką domostwa nie jest - jak sobie wyobrażała - leciwa starsza pani, ale wysoka i energiczna emerytka o bardzo konkretnym obejściu. Czy mogło być gorzej? Ależ oczywiście! Już wkrótce w ślad za nią podąża Niedaś, którego wcale nie miała ochoty tam oglądać. Nie myślcie jednak, że na tym koniec niespodzianek. Zapewniam, że to jedynie preludium.
"Nomen omen" to książka pełna szalonego humoru, czasem przerysowana, sporadycznie sprawiająca nawet wrażenie płytkiej, by już po chwili zaskoczyć głębszą wymową czy błyskotliwym komentarzem. Z początku obawiałam się, że nie odnajdę się w tym wszystkim, jednak wcale nie było to takie trudne i po czasie, jakiego potrzebowałam na wkręcenie się w to wszystko, szybko okazało się, że świetnie się przy tej powieści bawię.
Bohaterowie są bardzo charakterystyczni i choć pewne ich zachowania bywają irytujące (w przypadku Niedasia praktycznie wszystkie), mogą też być powodem do śmiechu. Podobnie jak wydarzenia, których będziemy świadkami, chociaż to akurat za mało powiedziane. Będzie zabawnie, niebezpiecznie, czasem wręcz strasznie, a w tym wszystkim nie zabraknie także czasu na refleksję, powagę oraz coś, czego nie da się racjonalnie wytłumaczyć (szczegółów wam jednak nie zdradzę). Jesteście gotowi?
Ta książka zdecydowanie za długo czekała na swoją szansę, ale lepiej późno niż wcale. "Nomen omen" zapewniło naprawdę ogromną dawkę humoru i już wiem, że będę musiała zabrać się za pozostałe powieści autorki - jestem bardzo ciekawa tego, co jeszcze uroiło się w jej głowie.
"Z figury Rubens, z fryzury Tycjan, z gęby zaś, wypisz, wymaluj, Picasso."
czwartek, 19 stycznia 2017
S. Caspari "W krainie kolibrów"
Wydawnictwo: Otwarte | Liczba stron: 632 | Seria: Saga argentyńska (1)
Anna po roku rozłąki z rodziną i mężem wyrusza w wielotygodniową podróż statkiem do Argentyny, by tam wraz z nimi zacząć nowe (w domyśle lepsze) życie. Tam poznała Juliusa i Viktorię, dwójkę z tak zwanych wyższych sfer, z którymi zaprzyjaźnienie się w innych okolicznościach wydawałoby się jej wręcz niemożliwe. Okazuje się jednak, że na pokładzie szybko znaleźli wspólny język, a pełna niedogodności podróż stała się przez to bardziej znośna. Nic nie trwa jednak wiecznie i w końcu przybijają do brzegu. Pełni nadziei, choć nieco przygnębieni rozstaniem, stawiają swoje pierwsze kroki w Nowym Świecie, który ma ponoć oferować tak wiele. Ale co ma w zanadrzu dla nich?
Jeśli szukacie książki o samospełniających się marzeniach, to trafiliście pod zły adres. Rzeczywistość nie zawsze odpowiada wyobrażeniom, a w przypadku Anny różnica między nimi jest aż nazbyt widoczna. Zamiast własnego skrawka ziemi czeka na nią ciasnota miasta, ubóstwo i codzienna walka o lepsze jutro. Zderzenie z rzeczywistością, jakiego doświadczyła Viktoria, choć może nie tak gwałtowne, również nie nastraja pozytywnie. W Salcie, w posiadłości Santosów odkrywa, że Humberto nie jest już tym samym człowiekiem, którego poślubiła, teściowa jej nie znosi, a ją samą niemiłosiernie nudzi taka codzienność i tamtejsze obyczaje. A Julius? Jemu co prawda powodzi się całkiem nieźle, jednak wspomnienie Anny wciąż nie daje mu spokoju.
"Anna spojrzała przez bulaj, z którego roztaczał się rozmyty widok na morze. Argentyna, Kraina Srebra – czy to nie brzmi jak obietnica? Ale co się za nią kryje? Co ta ziemia naprawdę im przyniesie?"
"W krainie kolibrów" to powieść wielowątkowa i bardzo rozciągnięta w czasie. Za jej sprawą prześledzimy całe lata, jakie minęły od podróży naszych bohaterów statkiem do Argentyny. Mit Nowego Świata, w którym każdy ma szansę na lepsze życie, a kolejne ziemie tylko czekają na ich zagospodarowanie szybko zostaje rozwiany. Zamiast tego naszym oczom ukazuje się ciemna strona Buenos Aires - pełnego ciasnoty, występków oraz przyjezdnych, którzy dawno wyzbyli się swoich złudzeń, podczas gdy bogacze pławią się w luksusach. Znajdziemy tych, którzy wciąż próbują, jak i tych, którzy dla łatwiejszego życia zeszli na złą ścieżkę. Poznamy też zwyczaje bogatych, wysoko postawionych rodów, często pełnych obłudy i fałszu. I jeszcze jedno - stosunek do rdzennych mieszkańców, a więc Indian, którzy przez wielu (zwłaszcza tych, którzy mają pieniądze i zbyt wysokie mniemanie o samych sobie) uważani są wręcz za podludzi. Pod względem przedstawienia Argentyny powieść sprawdza się więc całkiem nieźle.
Anna jest zaradna i zwykle twardo stąpa po ziemi. Choć pod wpływem cudzych słów i entuzjazmu sama również pozwoliła sobie snuć marzenia na temat lepszego życia w Nowym Świecie, w przeciwieństwie do swoich bliskich nie spisuje wszystkiego na straty, gdy przychodzi chwila bolesnego zderzenia z rzeczywistością. Viktorię tymczasem poznajemy jako pełną życia, rozpieszczoną dostatnim życiem kobietę, która do tej pory nie zaznała wielu trosk. Zmienia się to jednak w Salcie i choć z początku jest to raczej kwestia nudy i rozczarowania, dla niej także los szykuje coś większego. Julius z kolei to taki trochę typ księcia na białym koniu… z tą różnicą, że jego wybranka nie jest zbyt chętna do przyjmowania pomocy. O nim samym nie dowiemy się właściwie szczególnie wiele, bo to na Annie i Viktorii najbardziej skupia się powieść. Nie są to oczywiście jedyne występujące tu postaci (jak już wspominałam, wątków jest mnóstwo, a więc i bohaterów całkiem sporo), jednak w tej chwili na nich poprzestanę.
"W krainie kolibrów" nie zrobiło na mnie aż tak dobrego wrażenia, na jakie miałam nadzieję. Tak, czytało się nieźle, bohaterów w większym lub mniejszym stopniu polubiłam i przejmowałam się ich losem, jednak nie stali mi się szczególnie bliscy. Może nie trafiłam na odpowiedni moment? Mimo to myślę, że było warto. Po zastanowieniu dochodzę do wniosku, że podobało mi się takie przedstawienie Argentyny. Całkiem miło spędziłam przy tej powieści czas, jednak nie wiem, czy zdecyduję się na kolejną część serii, na razie tyle mi wystarczy.
Książkę mogłam przeczytać dzięki Book Tour'owi zorganizowanemu przez Bohaterkę Realną :)
czwartek, 5 stycznia 2017
S. King "Lśnienie"
Wydawnicwo: Prószyński i S-ka | Czas trwania: 21h 8 min. | Seria: Lśnienie (1)
Od pewnego czasu walczący z alkoholizmem Jack Torrance po stracie posady nauczyciela przyjmuje pracę w Hotelu Panorama w roli zimowego dozorcy i przenosi się tam wraz z żoną i pięcioletnim synem. Haczyk tkwi w tym, że kiedy już zacznie się prawdziwa zima, aż do wiosny będą praktycznie odcięci od świata. Jak poradzą sobie w tak niepewnych warunkach, w miejscu, gdzie poprzednik Jacka zabił siebie i swoich najbliższych? Co więcej, uwzględnić należy także pozostałe szczegóły z bogatej historii Panoramy - zjawy z przeszłości, które dają o sobie znać zwłaszcza małemu Danny'emu, posiadającemu niezwykły dar. Podobno nic nie mogą mu zrobić… ale czy na pewno?
Z "Lśnieniem" po raz pierwszy zetknęłam się już dość dawno przy okazji filmu i chyba nie obejrzałam go wtedy w całości. Z pierwowzorem planowałam się zapoznać, ale nie spieszyło mi się za bardzo, zwłaszcza że wciąż pamiętałam sporo z filmu (a przynajmniej tak mi się wydawało). Później ta kwestia zeszła jednak na dalszy plan i pewnie jeszcze długo by tak było, gdyby nie dostępny w akcji CzytamPL audiobook. I to nie byle jaki, ale superprodukcja. Jak mogłabym odmówić?
Chociaż zaczyna się dość spokojnie, od początku dostajemy zapowiedzi tego, co ma nadejść. Momenty grozy w postaci dziwnych wydarzeń w hotelu (czasem pozornie nieszkodliwych, innym razem mrożących krew w żyłach) przeplatają się z o wiele bardziej prozaicznymi czynnościami (wręcz sugerującymi, że może wszystko się jeszcze ułoży) oraz tym, co jest straszne w całkiem innym sensie - wewnętrzną przemianą Jacka, nagłymi przeskokami w sposobie jego myślenia, wpływem, jaki wywiera na niego hotel.
"To bardziej przerażające, niż gdyby ktoś obcy skradał się po korytarzach.
Od obcego można uciec. Nie można uciec od samego siebie."
Podział na role, a także dodatkowe efekty dźwiękowe od samego początku świetnie budują klimat powieści, zwłaszcza gdy chodzi o wywołanie niepokoju czy wręcz strachu. I może właśnie w tym rzecz, bo czytając "Cmętarz zwieżąt", no… nie bałam się praktycznie wcale, za dużo było tam z powieści obyczajowej, a element grozy gdzieś się pośród tego rozmywał. Nie przemawiało to do mnie. Chociaż i tutaj było tego sporo, głosy lektorów i efekty dźwiękowe pozwalały mi na powrót wczuć się w niepokojący klimat Panoramy, nawet po dłuższym czasie względnego spokoju. Nie bez znaczenia było też to, że "Lśnienie" interesowało mnie nie tylko jako powieść grozy, ale także ze względu na tytułowy dar Danny'ego i jemu podobnych. Uwielbiam tego typu wątki, zarówno widzenie/przeczuwanie różnych rzeczy, jak i tę zależność między innymi jaśniejącymi, tę naturalną chęć pomocy (coś podobnego pojawiło się na przykład w "Cieniach na Księżycu"). Bardzo polubiłam więc także Hallorana, który pomógł Danny'emu zrozumieć, co tak właściwie potrafi.
Cieszę się, że w końcu miałam okazję zapoznać się z powieścią określaną czasami jako horror wszechczasów i to akurat w postaci superprodukcji. I choć dla mnie nie był to aż taki fenomen (i w sumie nie za bardzo lubię się bać ^^''), zdecydowanie było warto, a po kontynuację tej powieści mam nadzieję prędzej czy później sięgnąć. A tak jeszcze w kwestii obsady, to najbardziej lubiłam słuchać głosów Hallorana (Mariusz Bonaszewski) i Ullmana (Marian Opania).
"Jesteś pewny, że stać cię na luksus rozczulania się nad sobą?"
piątek, 23 grudnia 2016
Anime "Joker Game"
Liczba odcinków: 12 | Emisja: wiosna 2016 | Ocena: 7/10
W obliczu zbliżającej się nieubłaganie wojny Armia Cesarska w 1937r. decyduje się powołać tajną agencję szkolącą szpiegów. Pod czujnym okiem podpułkownika Yuukiego do samego końca wytrwało jedynie ośmiu mężczyzn. Powszechnie wiadomo jednak, że liczy się jakość, nie ilość, a w ich przypadku nie ma wątpliwości co do tego pierwszego. Perfekcyjnie wyszkoleni, o nienagannych manierach, potrafiący wtopić się w tłum - można tak długo wymieniać. "Joker Game" przedstawia ich losy na tle jednych z najważniejszych historycznych wydarzeń, a także przybliża widzom pracę szpiega.
Od początku miałam względem tej serii spore oczekiwania. Z początku zastanawiałam się, jak ja spamiętam te wszystkie imiona. Nie wzięłam wtedy pod uwagę tego, że przez wzgląd na pracę bohaterowie i tak nie będą ich używać, tym bardziej, że rozjadą się niemal po całym świecie. Skutkiem tego jest ogromna epizodyczność serii - praktycznie każdy odcinek dotyczy innego zadania przydzielonego kolejnemu ze szpiegów (wyjątek stanowią jedynie dwie historie). Pokuszę się wręcz o stwierdzenie, że można by je było oglądać w dowolnej kolejności, nic przy tym nie tracąc. To z kolei sprawia, że z bohaterami ciężko się zżyć (a gdyby ktoś zapytał, czy aby na pewno każdy z nich wykonał jakieś zadanie, nie byłabym w stanie odpowiedzieć) - zachowują się profesjonalnie, czasami dość arogancko (w ten przyjemny do oglądania sposób), a czasu na ich poznanie jest niewiele; bywa nawet, że pojawiają się zaledwie parę razy i to na swojej własnej misji. W związku z tym ledwo rozróżniałam poszczególnych bohaterów, a decydujący był często ich głos, jedna z ich najbardziej charakterystycznych cech. Nie twierdzę, że pomysł na stworzenie "Joker Game" był zły, jednak myślę, że lepiej sprawdziłby się przy dłuższej serii , a kilka pierwszych odcinków powinno być poświęconych na zapoznanie z bohaterami.
Pomimo powyższych narzekań "Joker Game" zrobiło na mnie dobre wrażenie. To jedna z poważniejszych serii, nie ma tu miejsca na wygłupy, a tym bardziej bezmyślność. Do tego sam zawód szpiega jest bardzo interesujący, a tutaj został ukazany w wielu aspektach. Misje są różnorodne - dochodzenia, zdobywanie informacji, dowodów czyjejś podejrzanej działalności, pokrzyżowanie komuś planów i inne takie. Znajdzie się również przykład postępowania w razie doznania amnezji czy pojmania przez wrogów. A czy jest ktoś, o kim dowiemy się choć trochę więcej? Tak, przede wszystkim podpułkownik Yuuki, twórca Agencji D, który w ciągu swojego życia zdążył przynajmniej paru osobom zaleźć za skórę i właśnie dlatego - z relacji innych - poznamy go nieco bliżej, choć jego postać wciąż pozostaje owiana tajemnicą. Jest twórcą zasady, którą kierują się jego szpiedzy - "nie zabijaj i nie daj się zabić", uważa, że to dwie najgorsze decyzje, jakie może podjąć szpieg. Spośród pozostałych ośmiu bohaterów zaledwie o jednym dowiemy się trochę więcej. I jeszcze porucznik Sakuma przydzielony do współpracy z nimi. Co prawda zobaczymy go zaledwie w dwóch odcinkach, ale to i tak daje więcej możliwości zgłębienia jego charakteru niż w przypadku większości pozostałych bohaterów. Zdążyłam go polubić, więc naprawdę żałuję, że nie pojawił się w kolejnych odcinkach.
Kreska bardzo mi się podoba, chociaż z pewnym zdziwieniem przyjęłam fakt, że za projekt postaci odpowiadał Shirow Miwa. Sama bym się tego raczej nie domyśliła, jednak teraz przyznaję, że jest tu coś charakterystycznego (albo tylko sobie wmawiam, że coś zauważyłam). W każdym razie kreska jak dla mnie zdecydowanie na plus, podoba mi się zwłaszcza sposób rysowania oczu. Ogólnie panowie szpiedzy są całkiem przystojni, więc miło jest sobie na nich popatrzeć, a już w garniturach, to szczególnie (dobrze, dobrze, już kończę z tą kwestią). Na tła też nie narzekam. Z jednej strony tradycyjny japoński wystrój, z drugiej przybyłe z zachodu trendy - jest różnorodnie, a najbardziej charakterystyczne wydają mi się zadymione pokoje (może nie było tego znowu tak wiele, ale coś takiego zwraca uwagę).
Również muzyka nie zawodzi. Opening (QUADRANGLE "Reason Triangle") szybko wpada w ucho, jego tekst świetnie pasuje do serii, a towarzysząca mu animacja przyciąga wzrok. Ending (MAGIC OF LiFE "Double") też wypada całkiem nieźle, choć nie zrobił na mnie równie dobrego wrażenia. Muzyka w tle (na którą starałam się zwrócić większą uwagę niż zazwyczaj) z powodzeniem buduje klimat serii. I jeszcze jedna kwestia, której zazwyczaj nie rozwijam, jeśli w ogóle ją poruszam - seiyuu. W tym przypadku z chęcią zrobię jednak wyjątek, ponieważ "Joker Game" ma naprawdę świetną obsadę i z prawdziwą przyjemnością przysłuchiwałam się rozbrzmiewającym tam głosom. Yuki Kaji (Yukine, Kenma), Jun Fukuyama (Koro-sensei, Grell), Ryouhei Kimura (Bokuto, Kise), Tomokazu Seki (Kougami) - czy mam wymieniać dalej? Znalazło się też paru mniej znanych seiyuu (przynajmniej mi), których jednak słuchało się równie przyjemnie.
Po "Joker Game" spodziewałam się czegoś trochę innego, przede wszystkim mniej epizodycznego, jednak i tak jestem zadowolona z tego, co dostałam. Jak już pisałam, większa ilość odcinków mogłaby wyjść tej serii na dobre i pomóc bardziej zżyć się z bohaterami, jednak jako anime skupiające się bardziej na samym szpiegostwie, niż pojedynczych postaciach sprawdza się nieźle. Myślę, że lepiej podchodzić do niego bez zbyt wygórowanych oczekiwań, jednak w ogólnym rozrachunku uważam, że to seria warta polecenia.
Kreska bardzo mi się podoba, chociaż z pewnym zdziwieniem przyjęłam fakt, że za projekt postaci odpowiadał Shirow Miwa. Sama bym się tego raczej nie domyśliła, jednak teraz przyznaję, że jest tu coś charakterystycznego (albo tylko sobie wmawiam, że coś zauważyłam). W każdym razie kreska jak dla mnie zdecydowanie na plus, podoba mi się zwłaszcza sposób rysowania oczu. Ogólnie panowie szpiedzy są całkiem przystojni, więc miło jest sobie na nich popatrzeć, a już w garniturach, to szczególnie (dobrze, dobrze, już kończę z tą kwestią). Na tła też nie narzekam. Z jednej strony tradycyjny japoński wystrój, z drugiej przybyłe z zachodu trendy - jest różnorodnie, a najbardziej charakterystyczne wydają mi się zadymione pokoje (może nie było tego znowu tak wiele, ale coś takiego zwraca uwagę).
Również muzyka nie zawodzi. Opening (QUADRANGLE "Reason Triangle") szybko wpada w ucho, jego tekst świetnie pasuje do serii, a towarzysząca mu animacja przyciąga wzrok. Ending (MAGIC OF LiFE "Double") też wypada całkiem nieźle, choć nie zrobił na mnie równie dobrego wrażenia. Muzyka w tle (na którą starałam się zwrócić większą uwagę niż zazwyczaj) z powodzeniem buduje klimat serii. I jeszcze jedna kwestia, której zazwyczaj nie rozwijam, jeśli w ogóle ją poruszam - seiyuu. W tym przypadku z chęcią zrobię jednak wyjątek, ponieważ "Joker Game" ma naprawdę świetną obsadę i z prawdziwą przyjemnością przysłuchiwałam się rozbrzmiewającym tam głosom. Yuki Kaji (Yukine, Kenma), Jun Fukuyama (Koro-sensei, Grell), Ryouhei Kimura (Bokuto, Kise), Tomokazu Seki (Kougami) - czy mam wymieniać dalej? Znalazło się też paru mniej znanych seiyuu (przynajmniej mi), których jednak słuchało się równie przyjemnie.
Po "Joker Game" spodziewałam się czegoś trochę innego, przede wszystkim mniej epizodycznego, jednak i tak jestem zadowolona z tego, co dostałam. Jak już pisałam, większa ilość odcinków mogłaby wyjść tej serii na dobre i pomóc bardziej zżyć się z bohaterami, jednak jako anime skupiające się bardziej na samym szpiegostwie, niż pojedynczych postaciach sprawdza się nieźle. Myślę, że lepiej podchodzić do niego bez zbyt wygórowanych oczekiwań, jednak w ogólnym rozrachunku uważam, że to seria warta polecenia.
wtorek, 29 listopada 2016
V. Schwab "Mroczniejszy odcień magii"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka | Liczba stron: 402 | Seria: Odcienie magii (1)
W dawnych czasach istniały obok siebie cztery światy. Chociaż obecnie różnią się od siebie praktycznie wszystkim, w każdym z nich znajdowało się miasto o nazwie Londyn, a ludzie z choćby odrobiną magicznych umiejętności mogli bez większego trudu przemieszczać się między nimi. Taki stan rzeczy nie trwał jednak wiecznie. Jeden ze światów nie potrafił - a może nie chciał - utrzymać magii w równowadze, co doprowadziło do jego upadku. Pozostałe światy odcięły się więc od niego, pozostawiając Czarny Londyn w postępującym chaosie. Od tej pory zaczęły narastać miedzy nimi różnice - Londyn Szary stopniowo zapominał o magii, skupiając się na rozwoju technicznym; Londyn Czerwony w dalszym ciągu z powodzeniem prosperował; tymczasem Londyn Biały, w najbliższym sąsiedztwie Czarnego, zaczął podupadać, trawiony nieustanną walką o magię, władzę, życie.
Obecnie tylko nieliczni mogą poruszać się między światami. Są to antari, magowie krwi. Jest ich dwóch - Kell z Czerwonego i Holand z Białego Londynu. Naszym głównym bohaterem jest ten pierwszy, przybrany syn królewskiej rodziny, który pełni rolę posłańca między poszczególnymi światami. Warto zauważyć, że ma on pewne nietypowe, a nawet nielegalne hobby, konkretnie kolekcjonowanie przedmiotów z różnych Londynów oraz pośredniczenie w transakcjach. Pewnego razu zostaje wmanewrowany w przetransportowanie pewnej paczki, a jej zawartość już wkrótce sprowadza na Kella poważne kłopoty… W międzyczasie poznamy także kilka osób z Szarego Londynu, przede wszystkim zaradną złodziejkę z ambitnymi marzeniami, która odegra w tej historii ważną rolę.
Podoba mi się pomysł na tę powieść. Od samego początku czuje się tutaj magię, a ta, jak sam tytuł wskazuje, nie zawsze jest dobra. Kell ze względu na swoją pozycję jest powszechnie szanowany, ale jego odmienność sprawia też, że zwykli ludzie żywią względem niego obawę, a sam Kell nie czuje się prawdziwym członkiem rodziny królewskiej. Mimo wszystko jego sytuacja zdaje się o wiele lepsza niż ta Hollanda, antariego na usługach bezwzględnych władców Białego Londynu. A jak bardzo, jeszcze się przekonacie. Dotąd prowadzący względnie spokojne życie Kell znajdzie się w prawdziwym niebezpieczeństwie, przekona się, jak okrutna potrafi być rzeczywistość i będzie musiał podjąć walkę, której stawką będzie utrzymanie równowagi pomiędzy światami. Na szczęście nie będzie musiał podejmować tej walki sam.
"Mroczniejszy odcień magii" zwrócił moją uwagę już jakiś czas temu, jeszcze przed premierą (zachwycałam się wtedy chociażby okładką zagranicznego wydania), jednak nie czytałam o nim za wiele. Później stwierdziłam, że pozwolę tej książce się zaskoczyć, dlatego nie wgłębiając się nawet w fabułę (magia w tytule wystarczyła), zaczęłam czytać. Decyzji nie żałuję, jednak przyznam, że spodziewałam się czegoś więcej, czegoś, co naprawdę mnie zaskoczy, zachwyci, tymczasem chociaż spodobał mi się wykreowany przez autorkę świat, a bohaterów polubiłam, jakoś nie udało mi się w pełni zatopić w tej powieści (ale może to kwestia sięgnięcia po nią w nie najlepszej na to chwili?). Z początku żałowałam, że nie została zachowana oryginalna okładka, jednak mając książkę już w rękach doszłam do wniosku, że i ta nieźle się prezentuje, choć jej urok jest nieco subtelniejszy i lepiej dostrzegalny na żywo.
Chociaż "Mroczniejszy odcień magii" nie do końca spełnił moje oczekiwania, naprawdę miło spędziłam przy tej książce czas. Tak naprawdę wydaje mi się, że mogłaby pozostać samodzielną powieścią - większość wątków zostało jako tako pozamykanych i autorka nie pozostawia nas z pytaniami, na które koniecznie chcemy poznać odpowiedź. Ponieważ jednak mamy do czynienia z trylogią, chętnie skorzystam z okazji na bliższe przyjrzenie się wykreowanym przez Victorię Schwab światom. Co więcej, po przeczytaniu opisu (po angielsku) jestem bardzo ciekawa kolejnej części, a więc czekam na polskie wydanie.
Podoba mi się pomysł na tę powieść. Od samego początku czuje się tutaj magię, a ta, jak sam tytuł wskazuje, nie zawsze jest dobra. Kell ze względu na swoją pozycję jest powszechnie szanowany, ale jego odmienność sprawia też, że zwykli ludzie żywią względem niego obawę, a sam Kell nie czuje się prawdziwym członkiem rodziny królewskiej. Mimo wszystko jego sytuacja zdaje się o wiele lepsza niż ta Hollanda, antariego na usługach bezwzględnych władców Białego Londynu. A jak bardzo, jeszcze się przekonacie. Dotąd prowadzący względnie spokojne życie Kell znajdzie się w prawdziwym niebezpieczeństwie, przekona się, jak okrutna potrafi być rzeczywistość i będzie musiał podjąć walkę, której stawką będzie utrzymanie równowagi pomiędzy światami. Na szczęście nie będzie musiał podejmować tej walki sam.
"Jakże niewiele wiesz o wojnie. Bitwy można toczyć z zewnątrz, ale wojny wygrywa się, będąc w centrum zdarzeń."
"Mroczniejszy odcień magii" zwrócił moją uwagę już jakiś czas temu, jeszcze przed premierą (zachwycałam się wtedy chociażby okładką zagranicznego wydania), jednak nie czytałam o nim za wiele. Później stwierdziłam, że pozwolę tej książce się zaskoczyć, dlatego nie wgłębiając się nawet w fabułę (magia w tytule wystarczyła), zaczęłam czytać. Decyzji nie żałuję, jednak przyznam, że spodziewałam się czegoś więcej, czegoś, co naprawdę mnie zaskoczy, zachwyci, tymczasem chociaż spodobał mi się wykreowany przez autorkę świat, a bohaterów polubiłam, jakoś nie udało mi się w pełni zatopić w tej powieści (ale może to kwestia sięgnięcia po nią w nie najlepszej na to chwili?). Z początku żałowałam, że nie została zachowana oryginalna okładka, jednak mając książkę już w rękach doszłam do wniosku, że i ta nieźle się prezentuje, choć jej urok jest nieco subtelniejszy i lepiej dostrzegalny na żywo.
Chociaż "Mroczniejszy odcień magii" nie do końca spełnił moje oczekiwania, naprawdę miło spędziłam przy tej książce czas. Tak naprawdę wydaje mi się, że mogłaby pozostać samodzielną powieścią - większość wątków zostało jako tako pozamykanych i autorka nie pozostawia nas z pytaniami, na które koniecznie chcemy poznać odpowiedź. Ponieważ jednak mamy do czynienia z trylogią, chętnie skorzystam z okazji na bliższe przyjrzenie się wykreowanym przez Victorię Schwab światom. Co więcej, po przeczytaniu opisu (po angielsku) jestem bardzo ciekawa kolejnej części, a więc czekam na polskie wydanie.
"Kłopot z magią polega na tym, że nie jest ona kwestią mocy, lecz równowagi. W przypadku zbyt małej mocy stajemy się słabi. Zbyt dużo mocy - i stajemy się kimś zupełnie innym."
środa, 9 listopada 2016
R. Riordan "Złodziej pioruna"
Dwunastoletni Percy Jackson nie chciał być nikim wyjątkowym. Wystarczyłoby mu całkiem zwyczajne życie, a jednak nie było mu to dane. Nie potrafił na długo zagrzać miejsca w żadnej szkole. Zaklasyfikowany jako chłopak z problemami (dysleksja, ADHD) nie ma lekko, jednak wciąż jest to dość normalne życie… Przynajmniej do chwili, kiedy wszystko się zmienia, a Percy dowiaduje się, że jest herosem (tak, takim jak z mitologicznych opowieści), bogowie istnieją, a jego przyjaciel to tak naprawdę satyr. Ah, jeszcze jedno, Zeus z Posejdonem pokłócili się o ukradziony piorun i to właśnie nasz bohater będzie musiał go odzyskać. To tak w skrócie.
Percy'ego znałam już z filmów, jednak z sięgnięciem po książkową serię bardzo długo zwlekałam. Dlaczego? Po części pewnie z obawy, że jednak nie sprosta moim oczekiwaniom (pomimo tak wielu fanów), trochę mógł też przyczynić się do tego wiek bohaterów, jednak okazuje się, że tak naprawdę nie miałam się czym martwić. Fakt, z powodu obejrzanego kiedyś filmu nie wszystko było dla mnie niespodzianką (także - a może zwłaszcza - w tych ważniejszych kwestiach), jednak nie przeszkodziło mi to w czerpaniu przyjemności z lektury. Poza tym akcja w książce jest zdecydowanie bardziej rozbudowana. Dzieje się sporo, nie brakuje ani humoru, ani akcji i niebezpieczeństw.
Jeśli chodzi o wiek bohaterów, tak naprawdę w niczym mi nie przeszkadzał. Jak na te okoliczności nie byli ani zbyt dziecinni, ani zbyt dorośli (no i to jednak herosi… oraz satyr), a same postaci wywarły na mnie dobre wrażenie. Są dość charakterystyczni i da się ich lubić (w każdym razie część z nich), w mniejszym lub większym stopniu widać też w nich podobieństwo do ich mitologicznych pierwowzorów (a w przypadku herosów - rodziców). Moją uwagę zwrócił Ares, który przypominał mi trochę Lokiego (chociaż powiedziałabym, że był bardziej w gorącej wodzie kąpany niż nordycki bóg kłamstwa Ćwieka). A skoro już o mitologicznych wpływach mowa, Riordan przedstawił całkiem ciekawą koncepcję świata, w którym bogowie naprawdę istnieją, wpływają na niego w ten czy inny sposób (choć najwyraźniej głównie zakochują się w śmiertelnikach) i często idą wraz z postępem. Z chęcią poznam kolejnych bogów w wersji Riordana.
Przyznaję, niepotrzebnie tak długo zwlekałam z sięgnięciem po tę serię i od teraz mam nadzieję stopniowo to nadrabiać. "Złodziej pioruna" stanowi dobre wprowadzenie, które może i bardziej spodobałoby się nieco młodszemu czytelnikowi, jednak i starsi nie powinni się przy nim nudzić, a możliwość poznania greckiego panteonu z nieco innej strony - przynajmniej moim zdaniem - brzmi zachęcająco.
Percy'ego znałam już z filmów, jednak z sięgnięciem po książkową serię bardzo długo zwlekałam. Dlaczego? Po części pewnie z obawy, że jednak nie sprosta moim oczekiwaniom (pomimo tak wielu fanów), trochę mógł też przyczynić się do tego wiek bohaterów, jednak okazuje się, że tak naprawdę nie miałam się czym martwić. Fakt, z powodu obejrzanego kiedyś filmu nie wszystko było dla mnie niespodzianką (także - a może zwłaszcza - w tych ważniejszych kwestiach), jednak nie przeszkodziło mi to w czerpaniu przyjemności z lektury. Poza tym akcja w książce jest zdecydowanie bardziej rozbudowana. Dzieje się sporo, nie brakuje ani humoru, ani akcji i niebezpieczeństw.
"Prawdziwy świat jest tam, gdzie są potwory. Dopiero tam przekonujesz się, ile jesteś wart."
Jeśli chodzi o wiek bohaterów, tak naprawdę w niczym mi nie przeszkadzał. Jak na te okoliczności nie byli ani zbyt dziecinni, ani zbyt dorośli (no i to jednak herosi… oraz satyr), a same postaci wywarły na mnie dobre wrażenie. Są dość charakterystyczni i da się ich lubić (w każdym razie część z nich), w mniejszym lub większym stopniu widać też w nich podobieństwo do ich mitologicznych pierwowzorów (a w przypadku herosów - rodziców). Moją uwagę zwrócił Ares, który przypominał mi trochę Lokiego (chociaż powiedziałabym, że był bardziej w gorącej wodzie kąpany niż nordycki bóg kłamstwa Ćwieka). A skoro już o mitologicznych wpływach mowa, Riordan przedstawił całkiem ciekawą koncepcję świata, w którym bogowie naprawdę istnieją, wpływają na niego w ten czy inny sposób (choć najwyraźniej głównie zakochują się w śmiertelnikach) i często idą wraz z postępem. Z chęcią poznam kolejnych bogów w wersji Riordana.
Przyznaję, niepotrzebnie tak długo zwlekałam z sięgnięciem po tę serię i od teraz mam nadzieję stopniowo to nadrabiać. "Złodziej pioruna" stanowi dobre wprowadzenie, które może i bardziej spodobałoby się nieco młodszemu czytelnikowi, jednak i starsi nie powinni się przy nim nudzić, a możliwość poznania greckiego panteonu z nieco innej strony - przynajmniej moim zdaniem - brzmi zachęcająco.
"Zabawne, do jakiego stopnia ludzie potrafią sobie coś ubzdurać i następnie
naginać wszystko do swojej wersji wydarzeń."
naginać wszystko do swojej wersji wydarzeń."
Subskrybuj:
Posty (Atom)