Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/6. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 lipca 2013

O filmach co nieco: Iron Man 3, Charlie, Z dystansu


Tytuł: Iron Man 3
Reżyseria: Shane Black
Scenariusz: Drew Pearce, Shane Black
Rok: 2013
Czas trwania: 2h 10 min.
Produkcja: USA
Gatunek: akcja, sci-fi
Ocena: -6/6

"Niezastąpiony Robert Downey Jr. powraca  w roli miliardera i genialnego wynalazcy Tony’ego Starka w trzeciej części historii ze świata Marvela – "Iron Man 3". Świat Tony’ego Starka legł w gruzach w skutek podstępnych działań jednego z  jego najpotężniejszych wrogów. W poszukiwaniu zemsty Stark wyrusza w podróż, która wystawi na próbę siłę jego charakteru i ducha walki. Przyparty do muru, znów może polegać wyłącznie na swojej pomysłowości i instynkcie. Wkrótce odkrywa odpowiedź na od dawna nurtujące go pytanie: czy to zbroja czyni superbohatera?"
(opis i plakat z filmweb.pl)

Iron Man należy do moich ulubionych superbohaterów, więc kolejnego filmu z nim w roli głównej po prostu nie mogłabym sobie odpuścić.
Tym razem Tony Stark jest zdecydowanie dojrzalszy, choć nadal zdarza mu się palnąć coś bez zastanowienia. Wiele rzeczy bierze bardziej na poważnie, a także zmaga się z pewną traumą związaną z wydarzeniami opisanymi w "Avengers". Widać, że dorósł do roli superbohatera i nie jest już tym samym człowiekiem, co na początku pierwszej części. Mimo to przeszłości zmienić się nie da, nawet jeśli bardzo się tego pragnie, zwłaszcza gdy wróg, którego nieświadomie sam stworzył wiele lat wcześniej zaczyna działać...
Jak dla mnie, postać Starka została świetnie wykreowana, podobnie jak reszta postaci. Co prawda po Mandarynie spodziewałam się czegoś innego, ale tak było nawet lepiej. Efekty specjalne były całkiem niezłe, sporo było także emocji. Tym razem uwidocznione zostały mankamenty zbroi, która okazuje się nie być niezniszczalna - to zdecydowanie na plus. Zaskoczyły mnie też pewne decyzje Starka, których po prostu się po nim nie spodziewałam. No a co do aktorstwa Roberta Downey'a Jra chyba nie muszę nić mówić (jeden z moich ulubionych aktorów :P).
Film oceniam bardzo pozytywnie i zdecydowanie polecam, zwłaszcza miłośnikom Iron Mana. :)




Tytuł: Charlie (The Perks of Being a Wallflower)
Reżyseria: Stephen Chbosky
Scenariusz: Stephen Chbosky
Rok: 2012
Czas trwania: 1h 43 min.
Produkcja: USA
Gatunek: melodramat
Ocena: 6/6

"Nastoletni Charlie (Logan Lerman) jest uczniem pierwszej klasy liceum w Pittsburgu. Nieśmiały i wyobcowany outsider nie ma lekko w nowym środowisku. Nie pasuje do żadnej grupy, a jego niekonwencjonalne poglądy nie ułatwiają mu procesu dopasowywania się do innych. Pierwsze miłosne doświadczenia, samobójstwo przyjaciela, relacje w rodzinie, narkotyki – z tym wszystkim Charlie zmaga się samotnie, aż do chwili, kiedy jego inteligencję i wrażliwość zauważają Sam (Emma Watson) i Patrick (Ezra Miller)."
(opis i plakat z filmweb.pl)

Charlie miał za sobą pobyt w szpitalu i od dłuższego czasu nie miał żadnego kontaktu z rówieśnikami. Teraz to się zmienia, bo zaczyna chodzić do liceum, gdzie poznaje kilkoro naprawdę dobrych przyjaciół. Dzięki nim zaczyna otwierać się na świat i nabierać pewności siebie, a także odnajduje w sobie siłę, by rozwijać swoje umiejętności pisarskie. Mimo to jego świat nie jest pozbawiony także tych gorszych chwil, gdy przyjaźń może zostać wystawiona na próbę, a on będzie musiał poradzić sobie z prześladującymi go traumatycznymi wspomnieniami. Także Sam i Patrick nie zawsze będą mieli lekko, ale przecież w grupie siła. Wzajemne wsparcie na pewno się przyda.
Trójkę głównych bohaterów naprawdę da się lubić, a aktorzy pasują do swoich ról. Ci w pozytywnym sensie zakręceni ludzie wprowadzają do filmu wiele humoru i radości, jednak nie przesłania to jego refleksyjnej natury, która każe nam się zastanowić nad problemami, przez które przechodzą. Pojawią się tu zagadnienia takie jak pierwsza miłość (a nie jedynie zauroczenie), konieczność ukrywania odmiennej orientacji, poczucie winy z powodu straty kogoś bliskiego, trwanie w toksycznym związku i nie tylko. Zachęcam do obejrzenia, bo naprawdę warto.
Dopiero po jego obejrzeniu zorientowałam się, że książkę, na której podstawie został nakręcony ten film, już od dawna mam w planach. Z jednej strony trochę szkoda, bo wolałabym zacząć od książki, ale nie ma się co załamywać. Wydaje mi się, że nie umniejszy mi to przyjemności z lektury, a jeśli chodzi o ekranizację, polecam z całego serca. ;)

"Akceptujemy miłość, na jaką w naszym mniemaniu zasługujemy."




Tytuł: Z dystansu
Reżyseria: Tony Kaye
Scenariusz: Carl Lund
Rok: 2011
Czas trwania: 1h 40 min.
Produkcja: USA
Gatunek: dramat
Ocena: 6/6

"Film przedstawia 3 tygodnie z życia szkoły średniej, jej uczniów i nauczycieli oczami nauczyciela zastępczego Henry'ego Barthesa (Adrien Brody). Przemieszcza się on z jednej do drugiej szkoły, zdobywając coraz to nowe doświadczenie, ale nigdy nie zostaje zbyt długo w jednym miejscu, aby się zanadto nie przywiązać. Zamknięty w sobie Henry dąży do perfekcji w swoim zawodzie. Jednak tym razem kolejna szkoła stawia go w nowej sytuacji, a tajemniczy świat emocji budzi się w nim za sprawą trzech kobiet."
(opis i plakat z filmweb.pl)

Henry wybrał zawód zastępczego nauczyciela, by nie przywiązywać się do miejsc, czy ludzi, ponieważ z góry zakłada, że nie przyniesie to nic dobrego. Patrząc na to wszystko z jego perspektywy rzeczywiście wydaje się, że to najlepsze rozwiązanie, jednak życie lubi płatać nam figle. W podupadłej szkole, gdzie przyszło mu uczyć, znajduje dwa powody, by chociaż czasami zdjąć chroniącą go maskę obojętności, poza nią jeszcze jeden. Już samo to zmienia jego dotychczasowe życie i sprawia, że zaczyna angażować się coraz bardziej. Czy ostatecznie znów dojdzie do wniosku, że powinien trzymać się swoich dawno ustalonych zasad?
Film ukazuje nam naprawdę przygnębiającą wizję codzienności, pełną gniewu, niezrozumienia i arogancji. Wielu jego bohaterów już dawno straciło nadzieję na lepsze jutro, starając się jedynie przetrwać kolejny dzień tej ponurej egzystencji. Praktycznie żaden z uczniów nie przywiązuje wagi do podstawowych norm obowiązujących w szkołach, a co dopiero do nauki. Również nauczyciele są zniechęceni własnymi problemami i tym wszystkim, co dzieje się w ich placówce. Niektórzy z nich chwytają się rozmaitych sposobów na walkę z narastającą irytacją i stresem. Nie brzmi zachęcająco, prawda? Dodatkowo do akcji w filmie wplatane są przemyślenia głównego bohatera - poruszające wiele kwestii, gorzkie, ale prawdziwe (przynajmniej w tym przypadku). Produkcja ta nie pozwala widzowi pozostać obojętnym, a występujące tu postacie wywołują wiele, często sprzecznych emocji. Myślę, że warto znaleźć trochę czasu na ten film.
Nie będę się rozpisywać na temat aktorów, ponieważ nie czuję się kompetentna w tym temacie, jednak śmiem twierdzić, że Adrien Brody poradził sobie świetnie. Jakiś morał na koniec? No, może coś w stylu... każdy ma jakieś problemy, coś, co go przytłacza, ale co z tym fantem zrobimy - to zależy już wyłącznie od nas (w każdym razie ja to tak odebrałam).

sobota, 6 lipca 2013

J. Green "Gwiazd naszych wina"


Gwiazd naszych wina - John Green


Wydawnictwo: Bukowy Las
Rok wydania: 2013
Ilość stron: 312

Mogłabym napisać, że szesnastoletnia Hazel Grace już od trzech lat dzielnie walczy z rakiem i nie poddaje się. Mogłabym, jednak takie stwierdzenie nie spodobałoby się naszej bohaterce. Dziewczyna walczy, bo właściwie nie ma innego wyboru. Robi to też przez wzgląd na rodziców. Tak więc wciąż idzie przez życie z podniesioną głową, choć jej choroba sprawia, że nawet odrobina wysiłku więcej pozbawia ją tchu i choć wciąż towarzyszy jej aparat tlenowy. Swój wolny czas dzieli pomiędzy oglądanie powtórek "America's Next Top Model", czytanie wciąż tej samej ulubionej powieści, bierne uczestniczenie w spotkaniach grupy wsparcia i sporadyczne wyjścia z przyjaciółką ze szkoły, do której od dawna przestała uczęszczać. I pewnie byłoby tak nadal, gdyby na jednym ze spotkań grupy wsparcia nie poznała Augustusa, który z powodu choroby stracił jedną nogę, jednak od tej pory nie ma nawrotu. Wkrótce okazuje się, że bardzo odpowiada im wspólne towarzystwo, a ich zażyłość przeradza się w uczucie i choć oboje są świadomi, że w ich sytuacji nie mają co liczyć na bajkowy happy end, cieszą się każdą wspólnie spędzoną chwilą.

Po tak wielu pozytywnych recenzjach to raczej zrozumiałe, że miałam względem niej dość duże oczekiwania. Jak się okazuje, całkiem słusznie. Są życiowe powieści, które fascynują bardziej niż niejeden naprawdę dobrze napisany kryminał. Są proste sytuacje, które poruszają bardziej, niż ubrane w piękne słowa sentencje. Są też bohaterowie, o których nie da się tak po prostu zapomnieć. We wszystkich tych stwierdzeniach jako przykład posłużyć może właśnie "Gwiazd naszych wina", książka niezwykła w swojej prostocie i głęboko zapadająca w pamięć.
Także kreacja bohaterów zasługuje na pochwałę - są realni, jakbyśmy rzeczywiście mogli ich spotkać, mają też bogatą osobowość i łatwo się z nimi zżyć. Z przyjemnością czytałam o ich wzajemnych relacjach, przysłuchiwałam się rozmowom na te poważne i te raczej błahe sprawy (ach te przemyślenia na temat powszechnego mniemania, że jeśli jajecznica, to tylko na śniadanie), często okraszonym tak charakterystycznym dla nich wisielczym humorem. Do tego dochodzą także ich zmartwienia, troska nie o samych siebie, ale o otaczających ich bliskich. Hazel wciąż martwi się o rodziców, o to, że po jej śmierci całkiem się załamią, a właśnie tego chciałaby uniknąć najbardziej.

"Tak cię pochłania bycie sobą, że nie masz nawet pojęcia jaka jesteś nadzwyczajna."

John Green w swojej powieści porusza bardzo wiele kwestii - trud radzenia sobie z chorobą i wszelkimi jej następstwami, strach przed zbliżeniem się do innych spowodowany chęcią zaoszczędzenia im zmartwień czy bólu, próby urzeczywistnienia własnych marzeń, a także akceptowanie rzeczywistości, która nie zawsze bywa zgodna z naszymi oczekiwaniami. Te i wiele innych spraw autor wplata w życie dwójki zakochanych w sobie nastolatków, którzy za sprawą choroby nie mają łatwego życia. Na uwagę zasługują również ich rodzice, którzy starają się radzić sobie z nieuchronnością losu swoich dzieci.
O tej książce mogłabym się rozwodzić jeszcze przez długi czas, jednak najlepiej będzie, jeśli sami przekonacie się o jej niezwykłości. Na koniec dodam jeszcze tylko, że jest to wręcz kopalnia różnorodnych cytatów - jednych zabawnych, innych poważnych - i zapewnię, że moja przygoda z twórczością tego autora na pewno nie zakończy się na tej jednej historii. Polecam serdecznie. :)

"Tak to jest z bólem. Domaga się, byśmy go odczuwali."
6/6

wtorek, 2 lipca 2013

J. Baggott "Nowa Ziemia"




Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 472
Seria: Świat po wybuchu (cz.1)

W skutek wybuchu ludzie podzielili się na Czystych, którzy schronili się w Kopule, oraz całą resztę niemającą tyle szczęścia. Wszyscy ci nieszczęśnicy (bo tak zwykło się o nich mówić) noszą blizny po oparzeniach, są stopieni z najróżniejszymi przedmiotami, a niektórzy nawet utracili swoje człowieczeństwo i stali się częścią podłoża (lub tym podobnych). Bezpośrednio po tej tragedii Czyści zapewniali, że są jak najbardziej za tym, by im pomóc, jednak mijały kolejne lata i nic się nie działo. W końcu zaczęła narastać niechęć do mieszkańców Kopuły, dla wielu będącej uosobieniem raju. Właśnie w takim świecie wychowała się Pressia, której dłoń na stałe stopiła się z głową lalki. Mimo wszelkich przeciwności udaje jej się przetrwać. Przyzwyczaiła się do takiego życia, jednak wkrótce będzie musiała zacząć ukrywać się przed OPR (Organizacją Przenajświętszej Rewolucji). Co teraz z nią będzie?
Z kolei Patridge mieszka w Kopule, gdzie wbrew pozorom życie również nie jest usłane różami - ciągła kontrola, specjalne zabiegi, które mają na celu zwiększenie fizycznych i umysłowych predyspozycji jednostek, kodowanie w człowieku ogólnie przyjętych zachowań, a w przypadku chorób, zwłaszcza psychicznych, pobyt w sanatorium, skąd wraca niewielu. W jego przypadku jest jednak coś nie tak. Naukowcy mają problem z jego kodowaniem zachowań, a jego ojciec (wielka szycha) podejrzewa, że maczała w tym palce jego matka. Gdy chłopak dostrzega nikłą szansę na to, że jego matka (uznana za świętą z powodu jej poświęcenia podczas wybuchu) wciąż żyje, postanawia uciec z Kopuły i ją odszukać. Problem w tym, że świat poza nią rządzi się całkiem innymi zasadami. Czy zrozumie je zanim będzie za późno?

Skoro przytoczyłam losy tej dwójki, to już się pewnie domyślacie, że prędzej czy później dojdzie do ich spotkania. Rzeczywiście, jednak co dalej? Cóż, wkrótce sprawy niespodziewanie zaczynają się gmatwać jeszcze bardziej. Czy władze Kopuły spodziewały się ucieczki Patridge'a? I czemu OPR tak nagle zainteresowało się Pressią?

"Nasi bracia i siostry, wiemy, że tu jesteście. Pewnego dnia wyjdziemy z Kopuły i przyłączymy się
do Was w pokoju. A na razie przyglądamy się Wam życzliwie z oddali."

Dobra, dwójkę bohaterów już znacie, teraz czas na kolejną dwójkę... Lyda jest mieszkanką Kopuły. Wpadła w kłopoty, ponieważ była jedną z ostatnich osób, z którymi Patridge widział się przed ucieczką. Wielu twierdzi, że chłopak już nie żyje, jednak ona w to nie wierzy. Choć nie ma w tej sprawie wiele do powiedzenia, nadal pozostaje odizolowana od dotychczasowego życia. Co ją czeka? Czy rzeczywiście ma być przynętą, by sprowadzić go z powrotem? No i jest jeszcze Bradwell, z pozoru bardzo szorstki i niedostępny, jednak ma też swoją drugą naturę. Choć Pressia poznała go niedawno, to właśnie jemu zaufała i do niego zwróciła się po pomoc w trudnej sytuacji. Poza nimi znajdzie się też kilka innych postaci, które odegrają swoją rolę w tej historii.

Wkrótce dowiadujemy się coraz więcej na temat przyczyn Wybuchu, które wcale nie są takie jasne, a nowo poznane fakty mogą być niemałym zaskoczeniem dla niektórych bohaterów. I co dalej? Czy to początek rewolucji? Przed jakimi wyzwaniami przyjdzie stanąć naszym bohaterom? Przekonajcie się sami.
Muszę przyznać, że na początku jakoś ciężko było mi przebrnąć przez tą książkę - nie wiem czy winą obarczać brak nastroju do tej czynności, czy raczej samo dzieło Julianny Baggott, jednak gdy już się z tym uporałam, poszło całkiem sprawnie i nie żałuję spędzonego przy niej czasu. W świat po wybuchu wprowadzają nas ciekawi bohaterowie, każdy z nich ma swoją własną, odmienną osobowość i różne pobudki, które pchają ich do przodu. To świat pełen intryg i brutalności, jednak nawet tutaj znajdzie się miejsce na te pozytywne uczucia, które od czasu do czasu wysuwają się na bliższy plan.
"Nowa Ziemia" to dopiero początek trylogii, a to, co najważniejsze dopiero przed nami, więc niecierpliwie wyczekiwać będę na okazję poznania dalszego rozwoju wydarzeń.

-6/6

piątek, 28 czerwca 2013

S. Collins "Igrzyska śmierci"


Igrzyska śmierci - Suzanne Collins


Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2009
Ilość stron: 351
Seria: Igrzyska śmierci (cz. 1)

Chyba trudno byłoby znaleźć kogoś, kto o "Igrzyskach śmierci" nie ma chociażby bladego pojęcia, jednak mimo to pasowałoby coś na ten temat napisać... W Panem co roku wybiera się dwoje przedstawicieli z każdego z dwunastu dystryktów. Osoby te, nazywane trybutami mają następnie wziąć udział w Głodowych Igrzyskach, które mają przypominać ludziom o dawnych wydarzeniach - buncie i jego przykrych konsekwencjach. Jednocześnie należą one do ulubionych rozrywek mieszkańców stolicy, więc im więcej się dzieje, tym lepiej. Gdy w losowaniu pada imię Primrose Everdeen, Katniss postanawia zająć miejsce swojej siostry i dobrowolnie zgłasza się na trybuta. Jednocześnie przyrzeka zrozpaczonej Prim, że zrobi wszystko, co w jej mocy, by wygrać.
Razem z nią na arenę ma trafić Peeta Mellark, który kiedyś bardzo jej pomógł. Dziewczyna źle czuje się z myślą, że ostatecznie i on stanie się jej przeciwnikiem. Czy gdy nadejdzie czas postanowi zmierzyć się z nim na śmierć i życie?

Panem zdecydowanie nie wydaje się utopijną krainą. Owszem, jego stolica i co bogatsze dystrykty pławią się w luksusie, ale co z resztą? Cóż, wielu żyje w nędzy i skrajnym ubóstwie, głód także nie jest im obcy. Władze się tym nie przejmują i dbają wyłącznie o swój interes. Tutaj nikt nie odważy się wypowiedzieć na głos tego, co myśli, bo może się to źle skończyć. Mimo to da się zauważyć, że wśród tamtejszej ludności wytworzyła się pewna solidarność, która objawia się zwłaszcza w trudnych chwilach.

Katniss nie miała łatwego życia. Po śmierci ojca w kopalni jej matka kompletnie się załamała, więc jako najstarsza z rodzeństwa to właśnie na nią spadł obowiązek wyżywienia rodziny. Przez tą odpowiedzialność wkrótce stała się bardzo silna (nie tylko psychicznie) i odpowiedzialna. Czy to wystarczy, aby przeżyć?
Dziewczyna od początku była rozdarta między wdzięcznością dla Peety, a możliwością wygranej, którą przecież obiecała siostrze. By wybór ten nie stał się jeszcze trudniejszy, chciała możliwie najrzadziej przebywać ze swoim rodakiem, jednak trenerzy mieli co do nich inne plany. Jak potoczą się ich losy? Sprawdźcie sami.

"Dobra, dogadamy się - decyduje Haymich. - Wy nie będziecie przeszkadzać mi pić,
a ja będę na tyle trzeźwy by wam pomóc."

Razem z Katniss poznajemy całkiem inny świat, niż ten, w którym żyła do tej pory. Świat, w którym ludzie mają wszystkiego pod dostatkiem i co roku wyczekują kolejnych igrzysk. Razem z nią dajemy się porwać w wir intryg i pozorów mających na celu zdobycie przychylności sponsorów, która jest niezbędna w walce o przeżycie, zobaczymy igrzyska od kuchni i będziemy zastanawiać się które działania pozostałych trubutów (często od dziecka szkolonych do walki na arenie) są szczere, a które jedynie na pokaz. Doświadczymy też okrucieństwa i bezwzględności, jednak znajdzie się miejsce również na prawdziwe uczucie i nić porozumienia między co uczciwszymi zawodnikami. To chyba wystarczająco dowodzi, że mamy do czynienia z mieszanką naprawdę nie byle jakich charakterów.

Jestem zwolenniczką zasady 'najpierw książka, potem film', jednak tym razem nie do końca miałam wybór (bądź co bądź trudno byłoby mi wcale nie zwracać uwagi na oglądany na lekcji film). Mimo to nie obejrzałam go do końca, więc bez żadnych oporów sięgnęłam po książkę. Nie żałuję i na pewno przeczytam kolejną część. Polecam. :)

"Niszczenie jest znacznie łatwiejsze od tworzenia."
-6/6

środa, 12 czerwca 2013

Green Day "21st Century Breakdown"

okładka z empik.com

Tytuł płyty: 21st Century Breakdown
Autor: Green Day
Liczba utworów: 18
Gatunek: rock alternatywny, punk rock
Nośnik: CD
Rok wydania: 2009
Pochodzenie: Stany Zjednoczone
Ocena: 6/6


Green Day to punkrockowy zespół ze Stanów Zjednoczonych (dokładniej z Kalifornii) założony w 1987r. W jego skład wchodzą: Billie Joe Armstrong (wokal prowadzący, gitara, fortepian, harmonijka ustna), Mike Dirnt (gitara basowa, wokal wspierający), Tre Cool (perkusja, instrumenty perkusyjne, wokal wspierający) i Jason White (gitara, wokal wspierający). Pierwszym wielkim sukcesem zespołu była płyta "Dookie" z 1994r. sprzedana w 15 milionach egzemplarzy na całym świecie. Kolejnym najlepiej sprzedającym się krążkiem jest "American Idiot" [recenzja].


"21st Century Breakdown" to ósmy studyjny album zespołu, nad którym pracowali od 2006r. To opowieść o Christianie i Glorii mająca zachęcić ludzi do aktywnego życia politycznego. Na jego temat Billie Joe Armstrong powiedział kiedyś: "Możemy zrobić krok w bok lub powrócić do naszych korzeni. Wybraliśmy posuwanie się do przodu. Chodzi o odzwierciedlenie tego, co działo się w ciągu ostatnich trzech lat i oddanie tego w melodii z pewnym odważnym oświadczeniem."

Płyta rozpoczyna się krótkim wstępem, następnie piosenki podzielone są na trzy akty. Słuchało mi się jej bardzo przyjemnie. Pierwsze utwory, które mi się spodobały to "21st Century Breakdown", "Know Your Enemy" i "21 Guns". Płyta zdecydowanie różni się od "American Idiot". Utwory są bardzo różnorodne - jedne skoczne, inne spokojne, mające zabawiać i te o poważniejszych tematach. Ponadto jest kilka piosenek, których melodia od razu kojarzy mi się z hiszpańskimi klimatami, co było dla mnie miłym zaskoczeniem.
Poza tym warto wspomnieć o "¡Viva La Gloria!""¿Viva La Gloria? (Little Girl)" i "Restless Heart Syndrome", choć inne piosenki też mi się spodobały i z pewnością jeszcze nie raz będą rozbrzmiewać w moich głośnikach. Nie mogłabym też przejść obojętnie obok okładki płyty, która bardzo mi się spodobała. :) Dodatkowo mamy tu książeczkę z tekstami w postaci napisów i graffiti na murze.

"Do you know what's worth fighting for?
When it's not worth dying for?"




1. "Song of The Century"
Act I − Heroes and Cons
2. "21st Century Breakdown"
3. "Know Your Enemy"
4. "¡Viva La Gloria!"
5. "Before the Lobotomy"
6. "Christian's Inferno"
7. "Last Night on Earth"
Act II − Charlatans and Saints
8. "East Jesus Nowhere"
9. "Peacemaker"
10. "Last of the American Girls"
11. "Murder City (Desperate)"
12. "¿Viva La Gloria? (Little Girl)"
13. "Restless Heart Syndrome"
Act III − Horseshoes and Handgrenades
14. "Horseshoes and Handgrenades"
15. "The Static Age"
16. "21 Guns"
17. "American Eulogy"
  • A. "Mass Hysteria"
  • B. "Modern World"
18. "See the Light"

czwartek, 30 maja 2013

O filmach co nieco: Jestem bogiem, Perfect Blue, Zagubiony



Tytuł: Jestem Bogiem
Reżyser: Neil Burger
Rok: 2011
Czas trwania: 1h 45 min.
Produkcja: USA
Gatunek: thriller, sci-fi
Ocena: 4/6

"Wyobraź sobie narkotyk, który czyni Twój mózg niezwykle wydajnym i sprawia, że chłoniesz ogromną wiedzę. Narkotyk, który czyni cię nadzwyczaj skupionym, szybkim, sprawnym, a nawet atrakcyjnym. Narkotyk, dzięki któremu pokonujesz wszystkie ograniczenia. Niewyobrażalne staje się możliwe nawet dla Eddiego, który od życia nie spodziewa się niczego. Zażycie specyfiku pozwala mu osiągnąć sukces o jakim zawsze marzył. Ceną, jaką przychodzi mu zapłacić, są: bóle głowy, omdlenia, utraty świadomości, niekontrolowane wybuchy przemocy..."

(opis i plakat z filmweb.pl)

Eddie Morra (Bradley Cooper) był pisarzem, któremu zabrakło weny. Zawalał terminy, dziewczyna go rzuciła, ogólnie rzecz biorąc nie było z nim najlepiej. Z pomocą przyszedł Vernon i zaproponował mu pewien, podobno legalny, specyfik, który miał trafić na rynek dopiero za rok. Eddie miał pewne opory, ale w końcu postanowił spróbować. Zadziałało, a co najlepsze, nie odczuwał żadnych skutków ubocznych. Chciał więcej, jednak czekała go przykra niespodzianka... Pomimo tego udało mu się znaleźć zapas narkotyku, wziął się za siebie, zaczął z powodzeniem inwestować, a jego zarobki wkrótce można było liczyć w milionach. Życie idealne? No nie do końca... Po pewnym czasie sprawy zaczęły się komplikować - skutki uboczne, problemy z pewnymi ludźmi. Jak to wszystko się skończy? Sprawdźcie sami.
Film ten uważam za całkiem dobry. Nie jest to jakieś szczególnie ambitne kino, jednak czasu, który poświęciłam na jego obejrzenie nie uważam za stracony. Dość ciekawa historia, niezłe wykonanie, a i gra aktorska niczego sobie. Poza tym można się tu doszukiwać ukrytego sensu, chociaż każdy będzie postrzegał go trochę inaczej, sama nie mam pewności co myśleć na ten temat. Jeśli macie ochotę obejrzeć "Jestem Bogiem", droga wolna. (Uprzedzam, że wybrany przeze mnie cytat nie zdradza zakończenia filmu i pochodzi z jednej z pierwszych scen) ;)
"Mogłem odcisnąć piętno na losach świata, a odcisnę się na chodniku."


Tytuł: Perfect Blue
Reżyser: Satoshi Kon
Rok: 1998
Czas trwania: 1h 21 min.
Produkcja: Japonia
Gatunek: thriller, anime
Ocena: +5/6

"Mima, sławna piosenkarka postanawia wypróbować swoje aktorskie możliwości, w wyniku czego porzuca swoje dotychczasowe zajęcie. Szybko jednak okazuje się, że praca aktorki nie jest taką jaką sobie wymarzyła a filmy, w których gra, przepełnione są seksem i brutalnością. Rozdarta wewnętrznie Mima zaczyna mieć halucynacje i prześladuje ją przeszłość w osobie wyimaginowanej Mimy piosenkarki."
(opis i plakat z filmweb.pl)

Mima z żalem opuściła swój zespół, aby spróbować swoich sił w roli aktorki. Chociaż początkowo miała jedynie krótkie kwestie, nie poddała się i nadal dążyła do zostania prawdziwą aktorką. Wkrótce sprawy się skomplikowały - dziewczyna odkryła, że ktoś podejrzanie dobrze zna jej codzienne życie i publikuje to wszystko w sieci. Poza tym dostała fax z pogróżkami, a list zaadresowany do niej eksplodował. Ktoś wyraźnie chciał, aby powróciła do poprzedniego zawodu... Mima zaczyna też mieć halucynacje, wizje alternatywnej siebie, która nie skończyła ze śpiewaniem i krytykuje Mimę-aktorkę. Gdy prześladowca zaczyna działać bardziej zdecydowanie, robi się naprawdę niebezpiecznie... Wkrótce zaciera się granica między rzeczywistością a fikcją, Mima już nie wie co było prawdą, a co jedynie wytworem jej wyobraźni (nie wie tego także widz). Nie wie w co wierzyć, nie wie kim jest. Co może z tego wyniknąć? Jedno jest pewne - nic dobrego...
Kreska nie zachwyca, jednak ogląda się dobrze, także za sprawą ścieżki dźwiękowej. To zaskakujący thriller, który daje do myślenia. Pokazuje, że w show biznesie nie każdy jest tym, za kogo postrzegają go inni, a ludzka natura jest niesłychanie zagmatwana. Akcja toczy się w taki sposób, że widz jest zwodzony na każdym kroku i do samego końca nie wie w co ma wierzyć. Jestem pewna, że po obejrzeniu "Perfect Blue" osoby, które uważają anime jedynie za bajki dla dzieci, zaczną inaczej patrzeć na ten gatunek. Poza tym Satoshi Kon był jednym ze słynniejszych twórców anime, więc chętnie zapoznam się z innymi jego dziełami.


filmweb.pl
Tytuł: Zagubiony
Reżyser: Akan Satayev
Rok: 2009
Czas trwania: 1h 30 min.
Produkcja: Kazachstan 
Gatunek: thriller
Ocena: 6/6

Główny bohater wraz z żoną i synem jedzie do miasta, jednak skręcają z głównej drogi, aby pojechać na skróty. Wkrótce okazuje się, że była to strata czasu, bo wkrótce się gubią. Jakby tego było mało, psuje im się samochód i nie mogą złapać sygnału. Cała ta sytuacja zakończyła się kłótnią małżonków. Następnego dnia mężczyzna przekonuje się, że jest sam i zaczyna szukać swojej rodziny. Każda próba znalezienia drogi kończy się powrotem w to samo miejsce, jednak nie poddaje się. W pobliżu odnajduje początkowo pusty dom, w którym wkrótce pojawia się starzec i jego córka, którzy proponują przybyłemu pomoc. Już na pierwszy rzut oka widać, że nie są z nim do końca szczerzy, jakby od niechcenia rzucają różne uwagi, coś przed nim ukrywają. Mężczyzna nadal próbuje odnaleźć swoją rodzinę i sens tego wszystkiego. Czy mu się uda?
Nie jest to film z wartką akcją, za to pełno w nim symboli i ukrytych znaczeń. Niektóre obrazy jedynie przez krótką chwile ukazują się na ekranie, by zaraz potem ślad po nich zaginął. "Zagubiony" to tajemniczy i bardzo wymowny thriller opowiadający o naturze człowieka, o jego bezradności w pewnych sytuacjach, niedopuszczaniu do siebie niewygodnych faktów. Aby go zrozumieć, trzeba uważnie oglądać, więc nie jest to film dla tych, którzy szybko się rozpraszają. Porusza ważne kwestie, choć są one zgrabnie ukryte pod warstwą pozorów i tajemnic.
Uwierzyłam na słowo, że jest to dobry film, jednak nie spodziewałam się, że wywrze na mnie aż takie wrażenie. Naprawdę mnie wciągnął (i najwyraźniej nie tylko mnie, skoro w trakcie jego oglądania nikt się nie poruszył po usłyszeniu dzwonka na przerwę, a muszę przyznać, że zdarza się to bardzo rzadko). Poza tym, należy zauważyć, że za produkcję filmu odpowiedzialny był Kazachstan. Co do zakończenia, trochę się tego spodziewałam, jednak tylko dlatego, że kiedyś spotkałam się z czymś podobnym. Reasumując: gorąco polecam!

niedziela, 26 maja 2013

M. Meyer "Saga księżycowa. Cinder"


Saga księżycowa. Cinder - Marissa Meyer


Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 440
Seria: Saga księżycowa (cz.1)

"Cinder mieszka w hałaśliwym Nowym Pekinie, zdziesiątkowanym przez zarazę. Jako dziewczyna cyborg o tajemniczej przeszłości jest obywatelem drugiej kategorii. Lecz kiedy na jej drodze staje przystojny książę Kai, Cinder nagle znajduje się w epicentrum międzygalaktycznej walki z bezlitosną królową Luny. Rozdarta pomiędzy obowiązkiem a wolnością, wiernością a zdradą, musi wyjawić sekrety swojej przeszłości, by ochronić swoją przyszłość…"

Historia cybernetycznego Kopciuszka odbiła się szerokim echem w czytelniczym świecie, zdobywając wiele pozytywnych opinii. Także i ja miałam cichą nadzieję na zapoznanie się z nią, więc gdy zauważyłam ją na bibliotecznej półce, bez wahania po nią sięgnęłam.

Myśleliście kiedyś jak by to było być częściowo maszyną? Według mnie mogłoby to być dość pożyteczne (cóż, te wszystkie bajery, dostęp do internetu i różnego typu danych jedynie przy użyciu myśli, to brzmi kusząco), jednak w Nowym Pekinie ludzie tego pokroju zaliczani są do obywateli drugiej kategorii, a w pewnych przypadkach mogą nawet w świetle prawa stanowić czyjąś własność. Takie właśnie życie wiedzie nastoletnia Cinder, której praca mechanika stanowi jedyne utrzymanie dla jej rodziny - opiekunki prawnej i dwóch przyrodnich sióstr. Na szczęście przynajmniej jedna z nich - Peony - rzeczywiście uważa ją za swoją siostrę, a android Iko jest jej najlepszą przyjaciółką. Pewnego dnia na targu zjawia się niespodziewany klient - książę Kai we własnej osobie, który zleca Cinder naprawę swojego androida. Wszystko pięknie, jednak nie potrwało to długo. Wkrótce daje o sobie znać szerząca się śmiertelna zaraza, na którą wciąż nie ma lekarstwa. Jest też sprawa balu, co do którego nasza bohaterka nie ma złudzeń - wie, że Adri nie pozwoliłaby jej pójść, nawet gdyby miała w czym. Kolejne, delikatnie mówiąc, niefortunne zdarzenia sprawiają, że Cinder trafia w sam środek poszukiwań antidotum na letumosis, w których ma szansę odegrać bardzo ważną rolę, a drogi jej i księcia Kaia nieoczekiwanie coraz częściej się krzyżują. Na jaw wychodzą też fakty z jej przeszłości, o których ona sama nie miała najmniejszego pojęcia...

"Łatwiej jest przekonać innych o swojej urodzie, jeśli samemu nie ma się co do niej wątpliwości.
Lustra mają jednak nieprzyjemny zwyczaj przekazywania prawdy."

Już sam pomysł na nową wersję Kopciuszka wydał mi się ciekawym pomysłem, a i klimatyczna okładka robi swoje. Poza tym wybrana przez autorkę tematyka szybko przypadła mi do gustu i o ile początkowo dłuższą chwilę zajęło mi zatopienie się w przedstawiony świat, większą część książki przeczytałam w jeden dzień. Autorka pisze w prosty, przystępny sposób, a opisy są na tyle plastyczne, aby łatwo można było wyobrazić sobie rzeczywistość, w której przyszło żyć przedstawionym tu bohaterom.
Zdecydowanie na plus oceniam tu wątek miłosny - rozwijał się on naturalnie i nie był przerysowany. Znalazło się tu też trochę "technologicznej gadki", moim zdaniem nie bez powodu. Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to do tego, że nie odniosłam wrażenia jakoby Cinder miała szesnaście lat, wydawała mi się nieco starsza. Przy okazji warto wspomnieć, że charakterem znacznie różni się od swojego pierwowzoru - jest silna, odważna i niezależna.
"Cinder" wywarła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Łączy baśniowość z techniką, szczyptę romansu z walką o władzę i dobro obywateli. Jestem bardzo ciekawa jak potoczą się dalsze losy bohaterów, więc z niecierpliwością będę wypatrywać okazji do zapoznania się z kolejną częścią serii - "Scarlet". Polecam. :)

"Kable nie są zaraźliwe – wymamrotała Cinder do swojej budki."
6/6

piątek, 17 maja 2013

C. R. Zafón "Książę Mgły"


Książę Mgły - Carlos Ruiz Zafón


Wydawnictwo: MUZA
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 198

"Rodzina Carverów przeprowadza się w roku 1943 do malej osady rybackiej na wybrzeżu Atlantyku. Zamieszkuje w domu należącym niegdyś do rodziny Fleischmannów, których dziewięcioletni syn Jacob utonął w morzu. Od pierwszych dni dzieją się tutaj dziwne rzeczy; nocą w ogrodzie Max widzi posągi artystów cyrkowych. Dzieci poznają kilkunastoletniego Rolanda, od którego usłyszą różne ciekawostki o miasteczku i o zatopionym pod koniec pierwszej wojny statku. Poznają również dziadka Rolanda, latarnika Victora Kraya. To on opowie im o złym czarowniku, Księciu Mgły, który gotów jest spełnić każde życzenie lub każdą prośbę, ale w zamian żąda bardzo wiele. Coś, co dzieciom wydaje się jeszcze jedną miejscową legendą, niebawem okazuje się zatrważającą prawdą."

Opinie na temat przeprowadzki były podzielone – ojciec zachwycał się nowym miejscem, matka przyjmowała to wszystko bez większego entuzjazmu, młodsza z sióstr, Irina, była raczej pozytywnie nastawiona ze względu na przygarniętego pupila, a Alicja podchodziła do tej sytuacji z rezerwą. Jeśli chodzi o Maksa, podobało mu się nowe miejsce, jednak nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jest tu intruzem. Odczucie to jedynie potęgowały dziwne zdarzenia, napotykany w wielu miejscach tajemniczy symbol oraz pełen posągów zapuszczony ogród, który napawał go nieokreślonym lękiem. Wkrótce chłopiec poznaje Rolanda, który staje się jego przyjacielem. Razem z nim Max i Alicja spędzają dużo czasu i mają okazję na własne oczy zobaczyć wrak zatopionego wiele lat wcześniej statku. Poznają też związaną z nim historię, która, w połączeniu z kolejnymi wydarzeniami, zaczyna bardzo niepokoić całą trójkę…

"Pewne obrazy z dzieciństwa zostają w albumie pamięci wyryte niczym fotografie, niczym sceneria, do której człowiek zawsze wraca pamięcią, choćby upłynęło nie wiadomo jak wiele czasu."

Ciągłe tajemnice spędzają sen z powiek naszym bohaterom, robi się niebezpiecznie, a słowa dziadka Rolanda jedynie pogłębiają ich niepewność. Maksowi wydaje się, że nadal nie znają całej prawy, a stary latarnik najwyraźniej nie zamierza się nią z nimi podzielić. Czy uda im się dostrzec sens tego wszystkiego zanim będzie za późno? Co planuje złowieszczy Książę Mgły? I kim on właściwie jest?

Książka już od samego początku roztacza aurę magii i tajemniczości (także za sprawą urzekającej okładki), która sprawia, że trudno się od niej oderwać nawet na chwilę. Podobny skutek wywiera lekki język powieści. Bardzo spodobał mi się wykreowany przez autora świat - z jednej strony taki prawdziwy i niezwykle interesujący, a jednocześnie baśniowy. Z wielką chęcią śledziłam losy bohaterów, dałam się porwać w wir wydarzeń i niemal całą książkę przeczytałam za jednym razem. Przeczytamy tu o przyjaźni, pierwszej miłości, a także poświęceniu i wielu innych tematach, które warto poruszyć. Ponadto, choć "Książę Mgły" jest raczej krótką książką, nie pozostawia po sobie uczucia niedosytu, jak to czasami bywa.

Tak się złożyło, że swoją przygodę z twórczością Zafóna rozpoczęłam właśnie od pierwszej jego książki i jestem pewna, że na tym nie poprzestanę. Choć "Książę Mgły" zaliczany jest do literatury młodzieżowej, moim zdaniem dzięki tej baśniowości każdy znalazłby tu coś dla siebie. To świetna lektura, aby oderwać się na chwilę od rzeczywistości. Polecam. :)

„Ale błędem, poważnym błędem jest wiara w to, że można ziścić swoje marzenia, nie dając nic w zamian.
Nie wydaje ci się? Powiedzmy, że nie byłoby to sprawiedliwe.”
6/6

sobota, 20 kwietnia 2013

Anime "Lovely Complex"




Tytuł: Lovely Complex
Długość odcinka: 24 min.
Ilość odcinków: 24
Rok produkcji: 2007
Ocena: -6/6

Na to anime trafiłam za sprawą tego bloga. Od razu zaciekawiła mnie jego fabuła - nigdy wcześniej nie spotkałam się z czymś takim, więc gdy tylko znalazłam na nie chwilę, zabrałam się za oglądanie.

"Lovely Complex" to historia Risy i Otaniego. Oboje mają kompleksy związane z ich wzrostem. Ona uważa, że jest za wysoka, on, że jest za niski, przez co obojgu trudno jest znaleźć swoją drugą połówkę. Ich drogi łączą się za sprawą letniej szkoły, do której muszą uczęszczać (Risa za karę, Otani, bo nie zdał). Od samego początku nie przepadają za sobą i bez przerwy się kłócą. Już na wstępie zostali nazwani przez nauczyciela All Hanshin-Kyojin (od nazwy programu dwóch komików), co wkrótce stało się ich znakiem rozpoznawczym. Wydaje się, że są do siebie wrogo nastawieni, jednak gdy Risa zakochuje się w Suzukim, Otani postanawia jej pomóc, choć nie do końca bezinteresownie. Jest jeden warunek - ona musi się zrewanżować i umożliwić zapoznanie się z jej koleżanką - Chiharą. Umowa zostaje zawarta i zaczynają realizację planu. W międzyczasie okazuje się, że świetnie się dogadują i potrafią wspierać się nawzajem w miłosnych podbojach.  Wystąpił tylko jeden mały problem... Suzuki i Chihara wyraźnie mają się ku sobie i w końcu zostają parą, a dwójka naszych bohaterów zostaje na lodzie. Na otarcie łez postanawiają się założyć o to, które z nich jako pierwsze znajdzie sobie drugą połówkę. Kto wygra?

Rywalizacja trwa. Znalazło się nawet kilku kandydatów, jednak żadne z nich się jeszcze z nikim nie związało. Wkrótce Risa upatrzyła sobie ostateczny cel, którym okazał się... Otani. Tylko co ma dziewczyna zrobić, skoro do niego nic nie dociera i, tak jak wielu, myśli o ich znajomości jak o duecie All Hanshin-Kyojin? Nawet ich znajomi widzą, jak ta dwójka świetnie do siebie pasuje - słuchają tej samej muzyki, mają podobne zainteresowania, a nawet mówią to samo w tym samym czasie. Pomimo usilnych starań, Otami nadal pozostaje ślepy na wszelkie sygnały i tylko zastanawia w kim zakochała się Risa. Dziewczyna ostatecznie postanawia przejąć inicjatywę i otwarcie przyznaje, że to właśnie jego lubi... I co dalej?

Otani potrzebował chwili, by przyjąć to do wiadomości, a potem jeszcze jednej, aby stwierdzić co on na to. Nigdy wcześniej nie myślał o Risie jak o kandydatce na swoją dziewczynę, co powiedział jej wprost. Właściwie sam nie jest pewien co do niej czuje, jednak coraz częściej się nad tym zastanawia. Choć najprostszym rozwiązaniem byłoby poczekać aż chłopak oswoi się ze swoimi uczuciami, Risa nie poddaje się tak łatwo, w czym z entuzjazmem wspierają ją przyjaciółki. Co z tego wyniknie?


Otani jest naprawdę sympatyczny. Pomimo swojego niskiego wzrostu z powodzeniem gra w koszykówkę, czym imponuje dziewczynom, choć uważają go raczej za uroczego gracza, a nie za chłopaka, z którym mogłyby być. Mimo wszystko cieszy się ze swojej popularności i patrzy na świat z optymizmem. Gdy trzeba, potrafi być poważny. Choć dowiedział się o uczuciach Risy, nie wiedział jak na to zareagować. Chciał być pewien swoich uczuć, zanim podejmie decyzję i nie próbował na siłę tworzyć związku. Nie dawał sobie niczego wmówić, pomimo ciągłych przytyków ze strony znajomych. Wydaje mi się, że chciał po prostu być uczciwym i wobec jej, i samego siebie. Choć było mi trochę szkoda Risy, to muszę przyznać, że postawa Otaniego jest godna podziwu, w końcu nie każdego stać na opieranie się takiej presji.

Z tej dwójki to właśnie Rita, zwłaszcza na początku, bardziej przejmuje się swoim wzrostem i wmawia sobie, że nigdy nie znajdzie chłopaka - może to po prostu brak pewności siebie? Wszyscy powtarzają, że jest zabawna, z czym się w pełni zgadzam. Poza tym jest wytrwała i pomimo wielu niepowodzeń nie przestaje zabiegać o względy Otaniego, choć wiele osób na jej miejscu już dawno by odpuściło. Wie czego chce i nie są jej straszne chwile zwątpienia - potrafi się otrząsnąć i iść dalej.

Otani i Risa świetnie się dogadują, czego nie przekreślają ich ciągłe sprzeczki i używane wyzwiska. Powiedzenie kto się czubi, ten się lubi, pasuje tu idealnie. Czują się swobodnie w swoim towarzystwie, co jest bardzo ważne. Możemy tu zauważyć, że miłość nie musi pojawiać się od razu - bywa, że przychodzi dopiero z czasem, ale wcale nie jest przez to gorsza od tzw. miłości od pierwszego wejrzenia, o której w dzisiejszych czasach słyszymy niemal na każdym kroku. Poza nimi mamy też innych bohaterów, m.in. Nobuko i Nakao oraz Chiharę i Suzukiego. Są to dwie kolejne pary, których losy możemy śledzić, jednak stanowią one raczej tło dla głównych postaci - służą radami, wtrącają się... Gdyby nie oni, trudno powiedzieć jaki obrót przybrałaby ta historia.

Kreska jest dość zwyczajna i myślałam,że będzie mi ona przeszkadzać, jednak dobrze tu pasuje - prosta, niewymuszona i przyjemna w odbiorze. Jeśli chodzi o muzykę, była całkiem ciekawa. W anime zazwyczaj trafiałam na piosenki śpiewane przez dziewczyny, a tutaj był to chłopak (do tego Otani!). Do tego ani openingu, ani endingu (które od razu przypadły mi do gustu) w żadnym wypadku nie można nazwać przesłodzonym, co było dla mnie miłym zaskoczeniem. Od razu mi się spodobały i z chęcią oglądałam każdy odcinek aż
do zakończenia endingu, co wcześniej zdarzało mi się raczej rzadko. Potem muzyka się zmieniła (opening, ending) - piosenki były bardziej radosne, całkiem inne od poprzednich, jednak też szybko je polubiłam i od czasu do czasu nuciłam pod nosem. Przez ich odmienność nie mogę ustalić, które bardziej mi się podobały, jednak nie ma to dla mnie znaczenia.

Możemy się tu doszukać wielu wartości - to ciekawa historia o przełamywaniu utartych schematów, podążaniu własną drogą, o wytrwałości w dążeniu do wyznaczonego sobie celu pomimo czekających trudności, a to wszystko ze sporą dawką humoru. Czego chcieć więcej? Bohaterowie niewątpliwie podbili moje serce (zwłaszcza Otani), są zwyczajni, ale i ujmujący w swojej prostocie, co bardzo w nich cenię. "Lovely Complex" zaliczam do moich ulubionych anime i chętnie kiedyś do niego powrócę. Jeśli lubicie takie nietypowe romanse, serdecznie polecam! :)

sobota, 13 kwietnia 2013

K. Gier "Zieleń szmaragdu"


Zieleń Szmaragdu - Kerstin Gier


Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 449
Seria: Trylogia Czasu (cz. 3)

"Co robi dziewczyna, której właśnie złamano serce? To proste: gada przez telefon z przyjaciółką, pochłania czekoladę i całymi dniami rozpamiętuje swoje nieszczęście. Ale Gwen - podróżniczka w czasie mimo woli - musi wziąć się w garść, chociażby po to, żeby przeżyć. Nici intryg z przeszłości także dziś splatają się w zabójczą sieć. Złowrogi hrabia de Saint Germain jest bardzo bliski swojego celu. Gwendolyn musi stanąć do walki o prawdę, miłość... i własne życie."

Gwendolyn jest przekonana, że miłość Gideona był tylko na pokaz i tak naprawdę nic do niej nie czuł. Po takim odkryciu wiele osób by się załamało, jednak ona nie ma na to czasu. Musi skupić się na tym, co dzieje się wokół, bo inaczej może się to źle skończyć. Wkrótce przekonała się, co takiego pozostawił dla niej dziadek i postanowiła to wykorzystać. Przez konieczność poddawania się elapsji nie może unikać spotkań z Gideonem, który zachowuje się tak, jakby nic się nie stało. Chciałby też powiedzieć jej coś ważnego, ale Gwen nie ma zamiaru go słuchać. Czy dobrze robi? Przecież to nie może trwać w nieskończoność, mają do wykonania misję, czeka ich też bal. Co wtedy?

"Zostańmy przyjaciółmi - ten tekst to już doprawdy był szczyt. Na pewno za każdym razem gdy ktoś wypowiada te słowa, gdzieś na świecie umiera jedna nimfa."

Gwendolyn, jak zawsze, może liczyć na Leslie, Xemeriusa oraz kilku członków swojej rodziny (nie tylko tych żyjących). Wspierają ją jak tylko mogą, co wychodzi im całkiem nieźle. Wkrótce na wiele spraw pada nowe światło, powoli na jaw wychodzi prawda, która bardzo zaskakuje bohaterów. Wszystko wydaje się skomplikowane i najwyraźniej właśnie takie jest. Teraz pozostaje im jedynie zapobiec temu, co może się stać, bo cena jest zbyt wysoka...

Przed czytelnikiem wciąż rozciąga się cała masa tajemnic, które stopniowo są przed nim odkrywane. Nie wszystkie były dla mnie zaskoczeniem, niektórych od dawna się domyślałam, co nie zmieniło faktu, że znów nie mogłam się oderwać od lektury. Podobało mi się to, że autorka dała możliwość snucia własnych wniosków, zamiast podawać wszystkie informacje jak na tacy. Co do zakończenia, choć nie spodziewałam się tego, co się stało, pozostał mi mały niedosyt. Wszystko skończyło się tak nagle, ale może to tylko taki mój wymysł, bo nie chcę się jeszcze rozstawać z bohaterami? Trudno powiedzieć... ;)

"Obaj wyczekiwani z utęsknieniem książęta z bajki tego ranka pozostawili swe konie w stajni i przyjechali metrem - zadeklarował uroczystym tonem Xemerius."

Uwielbiam to specyficzne poczucie humoru Xemeriusa! Choć niektórym może się wydawać irytujący, uważam, że jego postać wiele wniosła do książki, a w niektórych momentach pomogła uniknąć zmiany w romansidło (kto czytał, ten powinien mnie zrozumieć). Poza tym książka skusiła mnie do spróbowania herbaty, o której często się w niej słyszy (miętowa z cytryną i cukrem) i nie dziwię się, czemu Gwendolyn tak się nią zachwycała. ;) Z Trylogią Czasu bardzo miło spędziłam dobrych kilka godzin, aż trudno uwierzyć, że to już koniec. Pozostaje mi jedynie powspominać ją od czasu do czasu, poza tym planuję sięgnąć po jakąś inną książkę pani Gier.

wyzwanie - czytam fantastykę
6/6
Czerwień rubinu | Błękit szafiru | Zieleń szmaragdu

wtorek, 26 marca 2013

K. Gier "Błękit szafiru"


Błękit Szafiru - Kerstin Gier


Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 358
Seria: Trylogia Czasu (cz. 2)

"Gwendolyn i Gideon zapatrzeni w siebie wrócili właśnie z początku XX wieku. Ale sprawy tylko się skomplikowały. Czy Strażnicy mają rację, uznając Lucy i Paula za przestępców, czy też może mylą się w swej wierności hrabiemu de Saint Germain? Gwendolyn jako jedyna zdaje się mieć wątpliwości. Uczucia Gideona do Gwen wystawione zostają na najpoważniejszą próbę..."

Kolejne podróże w czasie, kolejne problemy, a wraz z nimi nowe pytania, zagadki, tajemnice... Coraz bardziej zawiłe stają się też relacje między Gwendolyn i Gideonem, a dziewczyna już sama nie wie co ma o tym wszystkim myśleć. Razem z Leslie próbują doszukać się sensu, w czym bardzo pomocne są jej spotkania z dziadkiem, które odbywa w przeszłości oraz nowy przyjaciel - duch demona, któremu bardzo odpowiada ich towarzystwo. Niespodziewanie pojawia się też młodszy brat Gideona, Raphael. Charlotta postanawia pomóc w przygotowaniu Gwen do kolejnych podróży, które i tak zostaną trochę urozmaicone...

"Kto wierzy w przypadek, ten nie pojął mocy losu."

Cała ta sytuacja jest bardzo męcząca dla Gwendolyn, jednak ma przy sobie niezawodną przyjaciółkę, dzięki której łatwiej jest jej to znieść. Szczególnym niepokojem napawa ją kolejna wizja ciotki, która bezsprzecznie dotyczy jej i Gideona. Jego samego wcale nie potrafi zrozumieć - w jednej chwili ją całuje, a przy następnym spotkaniu zachowuje się tak, jakby jej nie znał. Poza tym Gwendolyn znów spotyka hrabiego, tym razem w całkiem innych okolicznościach. Pewne sprawy powoli zaczynają nabierać sensu, choć jest to dopiero zarys tego, co dzieje się tu naprawdę.

Szybka akcja nie pozostawia czytelnikowi nawet chwili na wytchnienie, a wszechobecne tajemnice i intrygi pochłaniają bez reszty. Od czasu do czasu Gwendolyn wspomina o filmach lub piosenkach, niby nie jest to zbyt znaczące, jednak, moim zdaniem, to dobrze, że autorka pomyślała o takich szczegółach. Także w tej części znajdziemy wiele humoru i trochę romantyzmu. Niezmienne jest też to, że książka kończy się dość nagle i sprawia, że ma się ochotę jak najszybciej zacząć czytać kolejną część. Na szczęście byłam na to przygotowana. ;)

wyzwanie - czytam fantastykę
6/6
Czerwień rubinu | Błękit szafiru | Zieleń szmaragdu

czwartek, 21 marca 2013

K. Gier "Czerwień rubinu"


Czerwień Rubinu - Kerstin Gier


Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 341
Seria: Trylogia Czasu (cz. 1)

"Gwendolyn ma szesnaście lat, dwoje rodzeństwa, oddaną przyjaciółkę w klasie i lekko dziwaczną rodzinę. Z dnia na dzień dowiaduję się, że jest obdarzona genem podróży w czasie. Drugim podróżnikiem jest niejaki Gideon - bezczelny, arogancki, choć bosko przystojny młodzian, który tajną misję najchętniej zachowałby wyłącznie dla siebie. Ale bez Gwendolyn nie uda mu się misji wypełnić..."

Od dłuższego zabierałam się za tą książkę, więc gdy wpadła w moje ręce w bibliotece, czym prędzej zaczęłam czytać. Nie przedłużając, zapraszam do zapoznania się z moją opinią. ;)

Charlotte od dziecka była przygotowywana do podróżowania w czasie, zamiast spędzać czas na zabawie, uczyła się języków obcych, historii fechtunku i wielu innych rzeczy, które mogły okazać się przydatne. Nikomu nawet przez myśl nie przeszło, że tak naprawdę gen podróży w czasie posiadła Gwendolyn, dopóki pewnego dnia, zupełnie nieprzygotowana, przeniosła się do przeszłości. Wywołało to niemałe zamieszanie wśród wtajemniczonych w tę historię i całkowicie odmieniło życie dziewczyny. Teraz ma do wykonania misję. Czy odnajdzie się w swojej nowej roli?
Na szczęście nie jest sama. Ma zaufaną przyjaciółkę, której może się z wszystkiego zwierzyć, ma też Gideona, drugiego podróżnika, który, pomimo początkowej niechęci, jest dla niej dużym wsparciem. Wiele osób ma pretensje do jej matki za to, jak zachowała się w przeszłości, teraz przestrzegła ona Gwendolyn, aby nikomu nie ufała, a już w szczególności hrabiego de Saint Germain - pierwszego podróżnika w czasie. Dlaczego? I jaka tajemnica kryje się za tajemnicą?

"Okej. To ja sobie teraz zemdleję."

Gwendolyn należy do postaci, których nie sposób nie polubić. Zalicza się też do nich Leslie - takiej przyjaciółki wielu by pozazdrościło. Także Gideon zyskuje przy bliższym poznaniu. Jeśli chodzi o Charlottę, sprawy mają się zupełnie inaczej. Od samego początku się wywyższa i nie zmienia się to nawet po odkryciu, że to Gwen jest obdarzona genem podróży w czasie. Reszty możecie dowiedzieć się już z książki.
Na uwagę zasługują dialogi - naturalne i niewymuszone, co bardzo pozytywnie wpłynęło na odbiór tej powieści. Poza tym mamy tu trochę dat i kilka wydarzeń historycznych, co bardzo mi odpowiadało - gdybym wyczytała je z podręcznika, nie zwróciłabym na nie większej uwagi, a tak może nawet coś z tego zapamiętam. :) Tajemnice kryją się tutaj niemal wszędzie, a szybka akcja i duża dawka humoru sprawiają, że nie sposób się nudzić. Anglia, zwłaszcza ta z dawnych czasów, stanowi świetne tło. Dobrym pomysłem było też wprowadzenie różnych cytatów lub fragmentów Kronik strażników pomiędzy rozdziałami, są ciekawym urozmaiceniem.

"Co było gorsze? Zwariować czy naprawdę podróżować w czasie? Chyba to drugie, pomyślałam. Na to pierwsze pewnie można brać jakieś tabletki."

Książka wciągnęła mnie w swój świat już od pierwszych stron i z żalem przerywałam czytanie choćby na chwilę. W końcu doszło do tego, że w ciągu jednego wieczora przeczytałam większą część książki (a najchętniej skończyłabym ją całą). Nie można też zapomnieć o przepięknej okładce. Jakieś minusy? Chyba tylko to, że zbyt szybko się kończy... Pozostaje mi więc tylko ją wam polecić i jak najszybciej wypożyczyć kolejne części.

wyzwanie - czytam fantastykę
6/6
Czerwień rubinu | Błękit szafiru | Zieleń szmaragdu

niedziela, 17 lutego 2013

C. Stevens "Jak kamień w wodę"


Jak kamień w wodę - Chevy Stevens

Przypominające zabawę w kotka i myszkę zmagania ofiary z psychopatą
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 367

"Annie O'Sullivan, trzydziestodwuletnia agentka handlu nieruchomościami, postawiła sobie tego dnia trzy cele: sprzedać dom, zapomnieć o kłótni z matką i nie spóźnić się na randkę z ukochanym. Akcja »Otwarty dom«, którą prowadzi, przyciąga niewielu chętnych, kiedy więc pod ganek zajeżdża furgonetka, w Annie wstępuje nadzieja, że to jednak będzie jej szczęśliwy dzień. Nie mogła wiedzieć, że to będzie najstraszliwszy dzień w jej życiu."

Bardzo spodobało mi się wydanie książki, które już od pierwszej chwili (przynajmniej w moim wypadku) przyciąga wzrok. Choć okładka jest raczej niepozorna, to ma w sobie "to coś".

Każdy rozdział to kolejna sesja terapeutyczna Annie, która po traumatycznych przeżyciach próbuje znów zacząć normalnie funkcjonować. Pierwszoosobowa narracja jest prowadzona w pewien specyficzny sposób. Annie dość otwarcie opowiada o tym, co się zdarzyło, choć nie potrafi tego zrobić jednym ciągiem. Pomiędzy kolejnymi częściami jej historii dowiadujemy się też trochę o teraźniejszości - o jej strachu, przez który noce spędza w szafie, o niechęci do wychodzenia z domu, bo wszyscy przyglądają się jej tak, jakby była niezwykłym zjawiskiem. Tak właśnie toczy się akcja - naprzemienne historie z życia pod jednym dachem z psychopatą i wywody Annie na temat tego, co działo się po jej powrocie.

"I jeszcze jedno... Gdyby to pani przyszło do głowy... Nie, nie zawsze byłam taką bezwzględną suką."

Annie była więziona gdzieś w odciętym od świata zewnętrznego domku w górach. Wszystkie szafki były zamknięte na kłódki, zasłoniętych okien nie dało się otworzyć, wszelkie naczynia były nietłukące, nie miała dostępu do niczego, co mogłoby okazać się niebezpieczne. Musiała przyzwyczaić się do rygorystycznych zasad narzucanych przez Davida, a pory dnia mogła rozróżnić tylko wtedy, gdy Świr (bo właśnie tak go nazywała) postanowił powiedzieć jej która godzina. Codziennie mieli swój rytuał, w którym biernie uczestniczyła, a gdy coś szło nie tak, jej porywacz stawał się naprawdę brutalny. Wkrótce zdominował ją strach o najbliższych, który wymusił na niej pewne zachowania. Wydawało się, że z tej sytuacji nie ma dobrego wyjścia. Jak więc w końcu udało jej się uciec? Co jeszcze zdarzyło się podczas jej pobytu w górach?

„Świr to szaleńców król, rajcuje go strach i ból. Świr to szaleńców król, rajcuje go strach i ból.”

Jako ciekawostkę wspomnę, że jest tu mowa o kilku książkach, ponieważ porywacz je uwielbiał. Zdaniem Annie miał dobry gust, codziennie musiała mu czytać. Lubiła te chwile, bo miała szansę zapomnieć o tym, co ją spotkało przynajmniej na chwilę. Mogła z nim szczerze podyskutować. Jak przyznała: "Ilekroć krążył nerwowo, rozprawiając o jakiejś postaci albo zwrocie akcji, robił wrażenie tak elokwentnego i przejętego, że jego nastrój udzielał się mnie i mimowolnie ujawniałam własne przemyślenia. [...], a że nigdy nie wpadał w szał, nawet wtedy, gdy się z nim nie zgadzałam, z czasem zaczęłam swobodnie traktować te nasze dyskusje literackie."

Książka nie kończy się jednak wraz z wyjaśnieniem okoliczności powrotu Annie. Wciąż pozostało wiele spraw, które trzeba wyjaśnić, doprowadzić do końca. Dlaczego Świr wybrał właśnie ją? To tylko jedno z pytań. Annie próbuje na nowo nawiązać relacje z najbliższymi, z rodziną, przyjaciółką, narzeczonym, choć zdaje sobie sprawę, że Annie, która została porwana, a kobieta, którą stała się po powrocie, to wręcz dwie różne osoby. Nawiązuje też nowe znajomości, choć z początku czysto zawodowe. Wkrótce dowiaduje się, jak bardzo była jej potrzebna ta terapia.

"Zastanawiam się tylko, czemu nikogo nie obchodzi to, co jest potem, jakby na tamtej historii wszystko się zakończyło.
Chciałabym, żeby tak było."

Już od dłuższego czasu żadna książka tak mnie nie wciągnęła. Na początku myślałam, że autorka skupi się niemal wyłącznie na chwilach, które Annie spędziła w domku w górach, jednak z czasem ten wątek zaczynał mnie lekko nudzić i zastanawiałam się jak dotrwam do końca. Nagle okazało się, że ta książka to coś więcej, a terapia nie zakończyła się zaraz po tym, jak bohaterka opowiedziała o swojej ucieczce. Możemy zagłębić się w śledztwo prowadzone już po jej powrocie. Jesteśmy świadkami rozterek Annie, tego jak uświadamia sobie, że już nie wie komu ufać. Co dalej?

Teraz jeszcze coś o zakończeniu. Podczas czytania snułam wiele teorii - bardziej lub mniej prawdopodobnych, ale wyjaśnienie całej tej sytuacji było dla mnie ogromnym zaskoczeniem, a po doczytaniu do końca na chwilę zaszkliły mi się oczy. Podsumowując, "Jak kamień w wodę" to naprawdę świetna książka, którą zdecydowanie mogę polecić, zwłaszcza jeśli macie ochotę na ciekawy thriller psychologiczny z wątkiem kryminalnym. Książkę tą z pewnością mogę zaliczyć do moich ulubionych i bardzo się cieszę, że miałam okazję ją przeczytać.

6/6
Książka przeczytana w ramach wyzwania z półki.

niedziela, 16 września 2012

T. Canavan "Nowicjuszka"




Wydawnictwo: Galeria Książki
Rok wydania: 2008
Ilość stron: 635
Seria: Trylogia Czarnego Maga (cz. 2)

"Imardin to miasto ponurych intryg i niebezpiecznej polityki, gdzie władzę sprawują ci, którzy obdarzeni są magią. W ten ustalony porządek wtargnęła uboga dziewczyna o niezwykłym talencie magicznym. Odkąd wstąpiła do Gildii Magów, jej życie zmieniło się nieodwracalnie - na lepsze czy gorsze?
Sonea wiedziała, że nauka w Gildii Magów nie będzie łatwa, ale nie przewidziała niechęci, jakiej dozna ze strony innych nowicjuszy. Jej szkolnymi kolegami są synowie i córki najpotężniejszych rodów w królestwie, którzy zrobią wszystko, żeby poniosła klęskę - nie licząc się z kosztami. Niemniej przyjęcie opieki Wielkiego Mistrza może dla Sonei oznaczać jeszcze marniejszy los. Albowiem Wielki Mistrz Akkarin skrywa sekret znacznie czarniejszy niż barwa jego szaty."

Niestety nie zrecenzowałam pierwszej części ("Gildia Magów"), bo czytałam ją już dość dawno.
Przez ten czas zdążyłam sporo z jej treści zapomnieć, więc chwilę to trwało, zanim znów wciągnęłam się w przedstawiony tu świat. Potem było już lepiej i z ciekawością poznawałam dalsze losy bohaterów, a zwłaszcza Sonei.

"Obawiam się, że najbardziej niepokoi mnie ta niejasność. Kto wie, co naprawdę jest dobre, a co złe?  Przeczytałem więcej książek niż większość znanych mi ludzi, ale nie odnalazłem jednoznacznej odpowiedzi."

Stało się, Sonea zaczęła naukę jako nowicjuszka. Mistrz Rothen został jej mentorem. Jej klasa nie jest do niej pozytywnie nastawiona, a jeden z uczniów potęguje to jeszcze bardziej. Czy ma szansę jakoś to zmienić? Jeśli się postara, może przenieść się do innej grupy, czy to pomoże?
Jej moc wciąż się rozwija, zdaje sobie sprawę z tego, że jest już silniejsza od innych nowicjuszy, najwyraźniej też od części nauczycieli. Czy na tym się skończy?
Sonea miała też okazję poznać syna Rothena - Dorrien'a. Bardzo go polubiła, a jego towarzystwo było miłą odmianą po starciach z grupką nowicjuszy i Reginem na ich czele.
No i, oczywiście, jest jeszcze problem sekretu Wielkiego Mistrza, o którym wiedzą tylko Sonea, Rothen i Lorlen. Na jak długo zdołają udawać przed nim, że nie mają o niczym pojęcia?

Dannyl został drugim ambasadorem w Elynie i wyjechał z Gildii. Poza swoimi obowiązkami na tym stanowisku, dostał też zadanie od Mistrza Lorlena - ma prześledzić odbytą kiedyś podróż Wielkiego Mistrza, która z pewnych powodów zakończyła się niepowodzeniem. Pomaga mu uczony z Wielkiej Biblioteki, który później razem z nim wyrusza w trasę - nie tylko jako pomocnik, ale i przyjaciel. Zaczynają się jednak pojawiać plotki, które mogą mu zaszkodzić, jak sobie z tym poradzi?
Autorka porusza także sprawę orientacji seksualnej i związanej z tym tematem nietolerancji. Początkowo zamierzałam pominąć to w recenzji, ale wątek ten rozwinął się na tyle, że pasuje o nim wspomnieć.

Pojawia się też problem licznych morderstw w mieście. Popełniane są one jakby rytualnie. O co chodzi?

"Kiedy się spędziło pół życia na zaprzeczaniu pogłoskom, rodzi się w tobie rodzaj zrozumienia dla ludzi, między których zaliczają cię w plotkach. Nieakceptowane upodobanie i życie w taki sposób, że albo się go wypiera, albo trzeba je ukrywać za wszelką cenę, musi być okropne."

Uwielbiam fantastykę za to, że przenosi czytelnika w zupełnie inny świat, pozwala choć na chwilę uwierzyć w coś niezwykłego, w tym przypadku w magię. Już drugi raz spotykam się z twórczością Trudi Canavan i nie rozczarowałam się. Jest to zdecydowanie jedna z lepszych książek, jakie czytałam. Mam nadzieję przeczytać ją za jakiś czas ponownie, zamierzam sięgnąć też po ostatnią część Trylogii Czarnego Maga i prawdopodobnie inne dzieła tej autorki.

"Mam niewielu przyjaciół. Myślę, że jestem typem samotnika. Tyle tylko, że to była nudna samotność. Można też na to spojrzeć z innej strony, nie wiążąc się z nikim, oszczędzasz sobie w życiu cierpienia."

6/6
Gildia Magów | Nowicjuszka | Wielki Mistrz

piątek, 7 września 2012

M. Stiefvater "Drżenie"


Drżenie - Maggie Stiefvater


ZAPADA ZMIERZCH, ROBI SIĘ CORAZ ZIMNIEJ,
CHŁOPAK STAJE SIĘ WILKIEM, A ONA...?
Wydawnictwo: Wilga
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 455
Seria: Wilkołaki z Mercy Falls (cz. 1)

"Współczesna powieść o wilkołakach? Tak! A w niej miłość przyjaźń, wielka samotność, okrucieństwo, poświęcenie i ból.
Kiedy zapada zmierzch i robi się coraz zimniej, niektórzy ludzie stają się wilkami. Grace odkrywa, że musi walczyć o wilkołaka Sama, którego pokochała. Zagrażają mu myśliwi i mróz, który może sprawić, że Sam nigdy nie odzyska ludzkiej postaci."


Na początku każdego rozdziału podana jest panująca w tym czasie temperatura i bohater (Grace lub Sam), który jest w nim narratorem.
Grace prawie nie widuje rodziców w domu, sama musiała się wychować, jak przyznała w książce. Zanim zaczęła chodzić do szkoły, nawet nie sądziła, że może być inaczej. Kiedy była mała, zaatakowały ją wilki. Byłoby po niej, gdyby nagle się nie wycofały. Nie mogła sobie tylko przypomnieć jak wróciła do domu, no i ten złotooki wilk... Grace ma dwie przyjaciółki - Rachel (klej który trzyma je razem) i Olivię, która pasjonuje się fotografią  i do pewnego stopnia podziela jej fascynację wilkami.

"Książki są bardziej prawdziwe, jeśli czyta się je na zewnątrz."

Kiedy wilki zaatakowały pewnego chłopaka, mieszkańcy zaczęli się martwić. Potem zdarzyło się coś dziwnego - jego ciało zniknęło... O co w tym wszystkim chodzi? Za namową jego rodziny rozpoczyna się polowanie na wilki. Grace postanawia działać, by jakoś temu zapobiec, przynosi to jednak marne skutki. Tego, co zobaczyła po powrocie do domu, wcale się nie spodziewała...
Grace lubiła mieć wszystko pod kontrolą, była zorganizowana, umiała logicznie myśleć, na jej półce z książkami przeważała literatura faktu. Sam nauczył ją czytania poezji, wcześniej nie potrafiła tego pojąć.

Nie za bardzo znam się na tym, czy książka jest szczególnie oryginalna (zwłaszcza fantasty), wiem tylko, że naprawdę mi się spodobała. Wilkołaki zostały tu przedstawione trochę inaczej, niż miałam już okazję przeczytać, czy usłyszeć.

"Ona była przeszłością, teraźniejszością, przyszłością. Chciałem jej odpowiedzieć, ale nie mogłem. Rozpadłem się na kawałki."

Sam nie jest nadętym, pewnym siebie chłopakiem, których często można spotkać w takich książkach. Wręcz przeciwnie, cały czas nie może uwierzyć, że jest z Grace, zastanawia się nad tym, dlaczego ona go lubi. Obawia się, czy nie jest to tylko sympatia do jego wilczej części
Ile można zaryzykować, by móc dalej być z ukochaną osobą? Czy warto? Czy ten związek ma szansę, by przetrwać?

To jedna z moich ulubionych książek. Koniecznie muszę sięgnąć o drugą część, gdy tylko będę miała okazję. ;)

6/6

piątek, 24 sierpnia 2012

P. Lore "Jestem numerem cztery"





Wydawnictwo: G+J
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 319
Seria: Dziedzictwa planety Lorien (cz. 1)

"Być może w tej chwili przechodzimy obok was. Widzimy, jak to czytacie. Może jesteśmy w waszym mieście. Żyjemy anonimowo. Czekamy na dzień, kiedy się wszyscy odnajdziemy. WSPÓLNIE stoczymy bój na śmierć i życie. Jeśli MY zwyciężymy, MY ocalejemy i WY ocalejecie. JEŚLI MY POLEGNIEMY, WSZYSTKO STRACONE.
PITTACUS LORE jest głową Starszyzny Loryjczyków. Posiada moce, o jakich posiadaniu wy możecie tylko pomarzyć. Widział rzeczy, jakich nigdy nie zobaczycie. Od dwunastu lat mieszka na Ziemi, szykując się do wojny, która zdecyduje o losie naszej planety. Nikt nie zna miejsca jego pobytu."
I streszczenie zamieszczone w książce: "W wiejskim Ohio przyjaźnie i piękna dziewczyna rozpraszają piętnastolatka, który od dziesięciu lat ukrywa się na Ziemi, czekając, aż ujawnią się jego Dziedzictwa, czyli moce, których będzie potrzebował, by dołączyć do pozostałej piątki ocalałych członków Gardy i pokonać Mogadorczyków, którzy zniszczyli ich planetę Lorien."

W tej chwili ma na imię John. Wkrótce może się to zmienić. Razem ze swoim opiekunem ciągle ucieka. Teraz przebywa w miasteczku Paradaise. Wreszcie mógł choć do pewnego stopnia żyć normalnie. Zaczynają się też rozwijać jego moce. Nie zmienia to jednak faktu, że jest następny w kolejce, musi być czujny. Na jak długo dane mu będzie spokojnie żyć? Więcej nie zdradzę. ;)

John bardzo zżył się ze swoim opiekunem, w końcu niemal zastępował mu ojca. Jego marzeniem było zamieszkać gdzieś na stałe i po prostu żyć tak jak inni. Teraz wydawało się to prawie realne, znalazł dziewczynę, przyjaciela, jest szczęśliwy. Czy jednak da radę utrzymywać swoje moce w tajemnicy? Może najlepiej byłoby powiedzieć prawdę? Co się stanie potem, jakie podejmie decyzje... - tego już dowiecie się, jeśli sięgniecie po tą książkę.

Kolejny raz utwierdzam się w przekonaniu, że książki są lepsze od filmów na ich podstawie. Przede wszystkim w ekranizacji tej powieści wiele pominięto, a jeszcze więcej pozmieniano, więc jeśli ktoś z was oglądał film, niech się nim za bardzo nie sugeruje (choć też jest świetny).

Planeta, z której pochodzi nasz bohater nazywa się Lorien. Łatwo doszukać się tu powiązania z nazwiskiem autora powieści. Uczynił on też z siebie najważniejszą osobę na planecie, co może trochę drażnić. Nie jest to jednak ważny szczegół i można go przeboleć. ;) Ponadto najwyraźniej chce byśmy uwierzyli w tą historię, o czym świadczą słowa na początku książki:
"Wydarzenia opisane w tej książce są prawdziwe. Imiona i miejsca zostały zmienione, by chronić Loryjczyka numer sześć, który pozostaje w ukryciu. Przyjmijcie to jako pierwsze ostrzeżenie. Inne cywilizacje naprawdę istnieją. Niektóre usiłują was zgładzić."
A teraz zaskoczenie - przez przypadek dowiedziałam się, że Pittacus Lore to jedynie pseudonim, pod jakim Jobie Hughes i James Frey wydali tą książkę.

Miałam wątpliwości co do zakupu tej książki, widziałam już film, więc nie byłam pewna, czy po nią sięgać. Ostatecznie ciekawość zwyciężyła. Teraz już wiem, że przy najbliższej okazji kupię dwie kolejne części tej serii (w tej chwili tylko one dostępne są po polsku). Następna jest "Moc sześciorga", a książką dodatkową  jest "Zaginiona kartoteka. Numer Sześć".

"Jeśli straciłeś nadzieję, straciłeś wszystko. A kiedy ci się wydaje, że wszystko jest stracone, kiedy wszystko wygląda tragicznie i beznadziejnie, zawsze jest nadzieja."

6/6

sobota, 28 lipca 2012

Matt Haig "Radleyowie"



Pragnienia nie można ugasić - ukryte gdzieś głęboko jest źródłem wszystkego
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 347

"Wampiry pragną nie tylko krwi. Poszukują miłości, pasji i prawdziwej bliskości..."
"Oto Radleyowie.
Peter, Helen i ich nastoletnie dzieci, Clara i Rowan, mieszkają w małym angielskim miasteczku. To spokojne miejsce, zwłaszcza w nocy... Rodzina jakich wiele, przeciętnie neurotyczna, przeciętnie szczęśliwa. Jednak, jak wkrótce przekonają się ich dzieci, Radleyowie ukrywają krwawy sekret."

Z pozoru zwyczajna rodzina, ale jak wiadomo pozory mogą mylić.
Niektórzy mogą pomyśleć, że jest to kolejna historia o wampirach, do których zdążyliśmy się już przyzwyczaić. "Radleyowie" nie są jednak typową powieścią o miłości między wampirem a śmiertelnikiem. Tutaj opisane są losy rodziny wampirów abstynentów, czyli nie pijących krwi. Pomimo skutków ubocznych takiego trybu życia (np. bardzo częste migreny) nadal pragną żyć jak zwykli ludzie.

"Hałas to życie. Cisza to śmierć."

Rowan, starszy z rodzeństwa, nie jest lubiany i ma opinię dziwoląga. Podkochuje się w przyjaciółce siostry.
Pewnego wieczoru Clara czuje się dziwnie pobudzona zapachem krwi. Po tym, co zrobiła chwilę później, rodzice nie mają wyboru, muszą wyjawić prawdę... Jak przyjmie ją rodzeństwo? Czy będą w stanie to zaakceptować? Na tym problemy się nie kończą, ale reszty dowiecie się już z książki.

"Wygląda na to, że sporo wielkich ludzi było wampirami. Malarze, poeci, filozofowie."

Książka podzielona jest na krótkie rozdziały (które moim zdaniem dodają jej pewnego uroku) i dni, w czasie których trwała akcja. Co jakiś czas przytaczane są cytaty z tzw. "Poradnika abstynenta".
Autor stworzył ciekawą rzeczywistość, w której niektóre ze znanych postaci historycznych były wampirami, co uważam za ciekawy pomysł.

"Można mieszkać tuż obok rodziny wampirów i nie mieć pojęcia, że ludzie, których macie za sąsiadów, w głębi duszy chcą wam wyssać krew z żył. Jest to tym bardziej możliwe, jeżeli połowa wyżej wymienionej rodziny sama nie zdaje sobie z tego sprawy."

Jest to naprawdę wciągająca książka, którą przeczytać chciałam już od dawna. Nie zawiodłam się na jej treści i o ile "Ever" nie jest dla mnie szczególnym odkryciem, to "Radleyowie" zasługują na uwagę. Zachwyciła mnie ta historia i myślę, że przez dłuższy czas się od niej nie uwolnię. ;)

"Potem [...] Clara delektuje się swoim odbiciem - zmienia się, ogląda swoje wydłużające i zaostrzające się kły.
Drakula.
Nie Drakula.
Drakula.
Nie Drakula."

6/6

czwartek, 19 lipca 2012

V. Diffenbaugh "Sekretny język kwiatów"


 

JESTEM NIEUFNA JAK LAWENDA,
SAMOTNA JAK BIAŁA RÓŻA. BOJĘ SIĘ.
DLATEGO POZWALAM, BY MOIM GŁOSEM BYŁY KWIATY.
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 400

"KAŻDY MOŻE ROZWINĄĆ W SOBIE PIĘKNO"
"Victoria spędziła młodość w trzydziestu dwóch miejscach: kolejnych rodzinach zastępczych i domach dziecka. Aspołeczna. Porywcza. Małomówna. Bezczelna - oto, co zapisywano w raportach. Ale ma też rzadki talent do komponowania wyjątkowych bukietów zmieniających ludzkie losy. Gdy na jej drodze staje Grant, który również zna ten <sekretny język>, w dziewczynie rozkwitają wcześniej nieznane uczucia..."

Victorię poznajemy w dniu jej domniemanych 18 urodzin (nikt nie zna dokładnej daty jej przyjścia na świat). Ma opuścić dom dziecka i tymczasowo przeprowadzić się go Gathering House. Ma trzy miesiące na znalezienie pracy, jeśli tego nie zrobi, nie będzie mogła zapłacić za dłuższy pobyt. Mimo wszystko nie przejmuje się tym zbytnio i po tym czasie zostaje bezdomna. W pewnym parku znalazła sobie miejsce na ogród, o którym marzyła. Tam też nocowała przez dłuższy czas. Kiedy w końcu znajduje pracę w kwiaciarni, czuje się szczęśliwa, że robi to co kocha.
Książka ta zaciekawiła mnie już od pierwszych stron. Uwiodła mnie swoją tajemniczością, a jednocześnie prostotą. Przeplatają się tu dwie historie. Pierwsza to współczesność Victorii, druga to jej losy jako dziewięcioletniej dziewczynki, która w końcu miała szansę na prawdziwy dom. Niestety, nie wykorzystała jej. Dlaczego? Powód owiany jest tajemnicą przez większą część książki, dowiedzcie się więc sami. Po ukończeniu 10 lat została uznana za niezdatną do adopcji.

"- Mówię o języku kwiatów - podjęła Elizabeth. - Pochodzi z czasów wiktoriańskich, tak jak twoje imię, gdy ludzie komunikowali się poprzez kwiaty. Gdy mężczyzna dawał młodej panience bukiet kwiatów, spieszyła do domu i próbowała odgadnąć jego znaczenie, jakby był zaszyfrowaną wiadomością. Czerwone róże znaczą miłość, żółte - zdradę. Tak więc mężczyźni musieli bardzo uważnie dobierać kwiaty.
- Co to jest zdrada? - spytałam, gdy ścieżka poprowadziła nas pomiędzy żółte róże. Elizabeth zatrzymała się. Gdy na nią spojrzałam, zobaczyłam, że posmutniała. Przez chwilę myślałam, że powiedziałam coś nie tak, ale potem dostrzegłam, że jej oczy były skierowane na róże, nie na mnie. Zastanawiałam się, kto je posadził."

Victoria wyrażała swoje uczucia przez kwiaty. Nikt jednak nie miał pojęcia o ich znaczeniu, aż podczas pierwszego dnia w pracy poznała Granta. Zaczęli porozumiewać się w tym języku. Czy po latach spędzonych w rodzinach zastępczych i domach dziecka będzie potrafiła przystosować się do dorosłego życia?
Trzeba też przyznać, że oprawa graficzna książki jest cudna. Nie chodzi mi jedynie o widoczną tu okładkę. Od środka jest ozdobiona kwiatowym printem, a na tylnym skrzydełku jest trochę o autorce wraz z jej zdjęciem.

W trakcie lektury robiłam sobie notatki  o znaczeniu występujących tu kwiatów. Dopiero na końcu zorientowałam się, że było to niepotrzebne. Z tyłu autorka umieściła słownik kwiatów, z czego bardzo się cieszę. Wiele imion pochodzi od kwiatów, a tu mamy szansę poznać ich znaczenie. Okazało się też, że każdy kolor róży ma inne znaczenie. Dowiedziałam się kiedyś, że moje imię (Zuzanna) oznacza kwiat lilii wodnej, z tej książki dowiedziałam się co symbolizuje lilia.
Polecam książkę zwłaszcza tym osobom, które ciekawi język kwiatów, choć i tym, które bardziej zainteresowane są historią tutaj opisaną. Powieść ta z całą pewnością jest jedną z moich ulubionych. ♥

6/6