Sporo czasu minęło odkąd ostatnio czytałam powieść Johna Greena. Byłam co prawda ciekawa, zwłaszcza gdy była to jeszcze nowość, co swoim czytelnikom zaserwuje tym razem i jak wyszła mu współpraca z innym pisarzem, jednak… jakoś zabrakło motywacji. Kiedy jednak przyszło do wybrania pierwszej książki, jaką przeczytam dzięki Legimi, doszłam do wniosku, że czas poznać Willa Graysona. A nawet dwóch. Czy było warto?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J.Green. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J.Green. Pokaż wszystkie posty
środa, 2 sierpnia 2017
sobota, 22 listopada 2014
J. Green, L. Myracle, M. Johnson "W śnieżną noc"
Wydawnictwo: Bukowy Las
Ilość stron: 335
Podejrzewam, że nie rozminę się za bardzo z prawdą, jeśli stwierdzę, że dla większości to właśnie Green był powodem do sięgnięcia po tę książkę. I tak też było w moim przypadku. Ale przecież nie tylko jego twórczość składa się na tę książkę. A więc jak wypadła całość?
Najpierw "Wigilijna podróż" Maureen Johnson. Jubilatka (tak, to właśnie jej imię) miała spędzić Wigilię ze swoim idealnym chłopakiem - inteligentnym, uprzejmym, popularnym... mam wymieniać dalej? Tymczasem dowiaduje się, że jej rodzice za sprawą, hm... nadmiernego zaangażowania w swoje hobby zostali zatrzymani w areszcie, a ona sama ma natychmiast wyjechać do dziadków na Florydę. I te plany zostają jednak pokrzyżowane, tym razem za sprawą wielkiej śnieżycy. Sama w obcym mieście? Do tego bez wsparcia ze strony chłopaka, który najwyraźniej znajduje czas na wszystko, tylko nie zainteresowanie własną dziewczyną. Czy może być jeszcze gorzej? A może jednak odtąd będzie tylko lepiej?
Z kolei John Green w "Bożonarodzeniowym cudzie pomponowym" znów sięga po motyw drogi, tym razem poprzez śnieżyce, a jej calem jest dotarcie do pełnego cheerleaderek Waffle House. Poznajemy Tobina, JP oraz Diuk, w której obaj chłopcy nie dostrzegają dziewczyny, a świetną kumpelę. Ale czy pozostanie tak na zawsze? Nie obejdzie się oczywiście bez pewnych utrudnień i to nie tylko w postaci ogromnych zasp śnieżnych, a cała wyprawa może zaowocować czymś więcej niż wątpliwą radością z przebywania pośród idealizowanych przez JP cheerleaderek. Na całe szczęście. Ale czy będzie łatwo?
Przyznam, że spodobała mi się koncepcja opowiadań różnych autorów połączonych ze sobą kilkorgiem bohaterów i nie obraziłabym się za kolejne tego typu książki. Zamieć, pełno ozdób i innych szczegółów świetnie wprowadza w zimowo-świąteczną atmosferę - to trzeba przyznać. Nie są to historie szczególnie odkrywcze, w pewnych momentach są mocno przewidywalne, zwłaszcza druga, gdzie finału można się było domyślić na samym początku. Mimo to czyta się je całkiem przyjemnie, w czym spory udział miała duża dawka humoru i bohaterowie, których da się lubić. A jednak nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że każde kolejne opowiadanie jest gorsze od poprzedniego.
Podsumowując, nie mamy co liczyć na niezwykle oryginalne historie. Mimo to wszechogarniający świąteczny klimat i (w większości przypadków) sympatyczni bohaterowie, których losy niejednokrotnie się krzyżują zdecydowanie umilają czas spędzony przy lekturze. Może nie jest to szczyt moich marzeń, może i oczekiwałam czegoś więcej, jednak nie jestem zawiedziona i nie zamierzam odradzać tej książki zainteresowanym.
6/10
Najpierw "Wigilijna podróż" Maureen Johnson. Jubilatka (tak, to właśnie jej imię) miała spędzić Wigilię ze swoim idealnym chłopakiem - inteligentnym, uprzejmym, popularnym... mam wymieniać dalej? Tymczasem dowiaduje się, że jej rodzice za sprawą, hm... nadmiernego zaangażowania w swoje hobby zostali zatrzymani w areszcie, a ona sama ma natychmiast wyjechać do dziadków na Florydę. I te plany zostają jednak pokrzyżowane, tym razem za sprawą wielkiej śnieżycy. Sama w obcym mieście? Do tego bez wsparcia ze strony chłopaka, który najwyraźniej znajduje czas na wszystko, tylko nie zainteresowanie własną dziewczyną. Czy może być jeszcze gorzej? A może jednak odtąd będzie tylko lepiej?
Z kolei John Green w "Bożonarodzeniowym cudzie pomponowym" znów sięga po motyw drogi, tym razem poprzez śnieżyce, a jej calem jest dotarcie do pełnego cheerleaderek Waffle House. Poznajemy Tobina, JP oraz Diuk, w której obaj chłopcy nie dostrzegają dziewczyny, a świetną kumpelę. Ale czy pozostanie tak na zawsze? Nie obejdzie się oczywiście bez pewnych utrudnień i to nie tylko w postaci ogromnych zasp śnieżnych, a cała wyprawa może zaowocować czymś więcej niż wątpliwą radością z przebywania pośród idealizowanych przez JP cheerleaderek. Na całe szczęście. Ale czy będzie łatwo?
"To, co dla jednych jest obłędem, dla innych stanowi gwarancję zdrowia psychicznego."Całość zamyka "Święta patronka świnek" autorstwa Lauren Myracle. Addie wystarczyło małe nieporozumienie, trochę rozgoryczenia i za dużo alkoholu, by zepsuć coś naprawdę ważnego. Jak jej się wydawało, bezpowrotnie. Już samo to wprawiło ją w parszywy nastrój. Następnie usłyszała parę niedwuznacznych sugestii na temat swojego egocentryzmu, których nie chciała przyjąć do wiadomości. I w pewnym momencie zadała sobie pytanie: jeśli anioły istnieją, to gdzie się podziewa mój? A może jednak spotka na swojej drodze kogoś, kto pomoże jej się zmienić na lepsze? Nawet jeśli będzie to wyglądało inaczej, niż przypuszcza. Do czegoś przecież musi się przydać ta cała magia świąt, prawda?
Przyznam, że spodobała mi się koncepcja opowiadań różnych autorów połączonych ze sobą kilkorgiem bohaterów i nie obraziłabym się za kolejne tego typu książki. Zamieć, pełno ozdób i innych szczegółów świetnie wprowadza w zimowo-świąteczną atmosferę - to trzeba przyznać. Nie są to historie szczególnie odkrywcze, w pewnych momentach są mocno przewidywalne, zwłaszcza druga, gdzie finału można się było domyślić na samym początku. Mimo to czyta się je całkiem przyjemnie, w czym spory udział miała duża dawka humoru i bohaterowie, których da się lubić. A jednak nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że każde kolejne opowiadanie jest gorsze od poprzedniego.
"Kiedy masz szesnaście lat, musisz być geniuszem w sztuce niedopowiedzeń."Najlepiej wypadła więc "Wigilijna podróż" - ciepła, choć nie zawsze przepełniona optymizmem opowieść z sympatycznymi bohaterami i nieco zwariowanymi rodzicami w tle. Greena dostajemy niewiele, a jego opowiadanie jest nieco krótsze od dwóch pozostałych. Tym, co najbardziej mi w nim przeszkadzało były ciągłe wzmianki na temat cheerleaderek (nabijanie się z nich naprzemiennie z zachwytami ze strony innych to taki do bólu amerykański schemat). Co więcej, tym razem autor nie wykazał się niczym szczególnym. W trzecim opowiadaniu prawie wcale nie wspomniano o cheerleaderkach, co nie zmienia faktu, że podobało mi się najmniej. Głównie ze względu na dość irytującą, użalającą się nad sobą bohaterkę. Końcówka była jednak naprawdę sympatyczna (bardzo lubię momenty, gdy okazuje się, że wszyscy bohaterowie w jakimś stopniu są sobie nawzajem znani lub dopiero się poznają), co nieco poprawiło mi odbiór całości.
Podsumowując, nie mamy co liczyć na niezwykle oryginalne historie. Mimo to wszechogarniający świąteczny klimat i (w większości przypadków) sympatyczni bohaterowie, których losy niejednokrotnie się krzyżują zdecydowanie umilają czas spędzony przy lekturze. Może nie jest to szczyt moich marzeń, może i oczekiwałam czegoś więcej, jednak nie jestem zawiedziona i nie zamierzam odradzać tej książki zainteresowanym.
6/10
środa, 13 sierpnia 2014
J. Green "19 razy Katherine"
Wydawnictwo: Bukowy Las
Ilość stron: 303
Colin Singleton, szerzej znany jako cudowne dziecko, właśnie skończył szkołę. I został porzucony przez Katherine. Dziewiętnasty raz z rzędu. I to wcale nie przez tą samą. Możecie to nazywać zrządzeniem losu, przeznaczeniem, fatum, czy jak tam wolicie, jednak prawda jest taka, że każda dziewczyna, z którą chodził (choć w niektórych przypadkach to za dużo powiedziane) miała na imię Katherine. Tym razem zraniło go to do żywego. Tak oto chłopak aspirujący na miano geniusza (choć do faktu tego podchodzi z pewną rezerwą) popada w stan bliski załamaniu. Aby do tego nie dopuścić Hassan, jego jedyny przyjaciel, postanawia wraz z nim zapakować się do auta (znanego jako Katafalk Szatana) i wyruszyć w podróż.
Ta jednak kończy się zanim się na dobre zaczyna. I tym oto sposobem lądują w zapomnianej przez świat mieścinie o nazwie Gutshot, która stanie się dla nich miejscem wielu nowych doświadczeń. Tam też poznają Lindsey - wbrew ich pierwszemu wrażeniu całkiem inteligentną osóbkę - i jej paczkę, dostają propozycję pracy oraz tymczasowe zakwaterowanie, a Colin w końcu wykrzykuje swoje upragnione eureka! i zaczyna prace nad Teorematem o zasadzie przewidywalności Katherine. Spokojnie, to wciąż nie koniec niespodzianek, jednak resztę proponuję poznać już podczas lektury.
"Ja mam taką metodę zapamiętywania wydarzeń: pamiętam je jako opowieści. Łącze poszczególne punkty i z nich powstaje historia. A te punkty, które do niej nie pasują, wymazuję."
Przyznaję, że z początku wcale nie byłam zachwycona tym, co sugerował opis. Sam pomysł chłopaka, który umawia się jedynie z dziewczynami o imieniu Katherine, wydał mi się co najmniej naciągany. A jednak wiedziałam, że prędzej czy później i tak po tę książkę sięgnę. I nie żałuję. Może i znalazło się trochę denerwujących mnie szczegółów (które dziwnym trafem wraz z rozwojem akcji albo zanikły, albo przestały mi przeszkadzać; nie potrafię tego jednoznacznie stwierdzić), jednak nie zabrakło też kilku całkiem ciekawych rozwiązań, chociażby ciągłych przypisów nieco rozjaśniających sytuację, zawierających różnego typu ciekawostki, czy też pozbawione większego znaczenia wtrącenia. A przede wszystkim ten charakterystyczny dla Greena styl. Co więcej, autorowi udało się bardzo naturalnie wprowadzić do powieści młodzieżowej zagadnienia matematyczne - trochę wykresów, wzorów - i udowodnić, że ta niekwestionowana (choć często niedoceniana) królowa nauk może mieć bardzo wiele zastosowań.
Jeśli chodzi o bohaterów, przyznam szczerze, że z początku nie polubiłam Colina. Wydawał mi się zbyt zaaferowany swoją powszechną opinią, cała ta sytuacja z Katherine też jakoś nie nastawiała mnie do niego zbyt pozytywnie, jednak ostatecznie udało mu się zdobyć moją sympatię i poparcie. Dzieląc swój czas między tęsknotę za Katherine, wysłuchiwanie mieszkańców, pracę nad Teorematem oraz towarzystwo Hassana i Lindsey stopniowo wyrastał z bycia cudownym dzieckiem, odkrywając i kształtując swoje prawdziwe ja. Swoją drogę do przejścia ma także pozostała dwójka, zwłaszcza Lindsey, która swoje zachowanie zawsze dostosowuje do swojego otoczenia. A co poza tym? Trochę o przyjaźni, egocentryzmie, o tym, jak opowiadać historie i o tym, czy matematyką można wyjaśnić każde zjawisko.
"19 razy Katherine" zdecydowanie różni się od poprzednich powieści tego autora, wciąż jednak pozostaje bardzo greenowska, że tak to ujmę (nie ja jedyna z resztą). Świetnie mi się ją czytało, znalazłam też trochę ciekawych cytatów, choć może nie tyle, co w pozostałych dziełach pisarza. Tak więc polecam (chyba że macie alergię na wszystko, co związane z matematyką). Już nie mogę się doczekać kolejnych książek Greena.
"Książki to notoryczni Porzucani: gdy je odkładasz, mogą na ciebie czekać wiecznie,
a gdy poświęcisz im uwagę, zawsze odwzajemniają twoją miłość."
a gdy poświęcisz im uwagę, zawsze odwzajemniają twoją miłość."
8/10
sobota, 22 lutego 2014
J. Green "Szukając Alaski"
Wydawnictwo: Bukowy Las
Rok wydania: 2013
Ilość stron: 317
Są książki, po które sięgam w ciemno, nawet nie wiedząc dokładnie (lub wcale) o czym są. Lubię ten element zaskoczenia, gdy nie wiem czego się spodziewać, a jednocześnie jestem wręcz pewna, że się nie rozczaruję. Jest tak chociażby w przypadku książek Murakamiego. I tak też było w przypadku "Szukając Alaski".
Miles Halter postanawia wybrać się do oddalonej od domu szkoły z internatem, aby tam rozpocząć poszukiwania Wielkiego Być Może. Pomimo jego obaw okazało się, że trafił na całkiem niezłe towarzystwo. Co prawda może niezbyt normalne, ale ponoć tylko szaleńcy są coś warci na tym świecie. Już na wstępie został przechrzczony na Kluchę, przeciwko czemu jakoś zawzięcie nie oponował. Co do owego towarzystwa, są to Pułkownik o niesamowitej pamięci i zamiłowaniu do opracowywania szczegółowych planów, Alaska, która sama w sobie jest niezwykła oraz rapujący Takumi. On sam również ma swoje dziwactwo, a jest nim zapamiętywanie ostatnich słów znanych ludzi. Uwielbia też czytać biografie, nawet jeśli nie ma najmniejszego pojęcia na temat twórczości opisywanych osób.
Miles szybko przekonał się jak to dobrze jest mieć przy sobie przyjaciół, w szkole też szło mu całkiem nieźle, a choć jego życie nie było pozbawione trosk, cieszył się z tego co ma. Wkrótce jednak wyrosła przed nim przeszkoda, której nie da się tak łatwo przeskoczyć. A może raczej labirynt, bo właśnie to określenie byłoby w tym przypadku bardziej adekwatne...
A co jeśli osoba, która jest dla ciebie najważniejsza nagle zniknie z twojego życia? Co jeśli bez podania przyczyny, bez żadnego wytłumaczenia i definitywnie stracisz ją z oczu? Pogodzisz się z tą myślą, czy może będziesz szukać sensu, jakiegokolwiek pocieszenia? A co w takiej sytuacji zrobił Miles i jego przyjaciele?
Miles szybko przekonał się jak to dobrze jest mieć przy sobie przyjaciół, w szkole też szło mu całkiem nieźle, a choć jego życie nie było pozbawione trosk, cieszył się z tego co ma. Wkrótce jednak wyrosła przed nim przeszkoda, której nie da się tak łatwo przeskoczyć. A może raczej labirynt, bo właśnie to określenie byłoby w tym przypadku bardziej adekwatne...
A co jeśli osoba, która jest dla ciebie najważniejsza nagle zniknie z twojego życia? Co jeśli bez podania przyczyny, bez żadnego wytłumaczenia i definitywnie stracisz ją z oczu? Pogodzisz się z tą myślą, czy może będziesz szukać sensu, jakiegokolwiek pocieszenia? A co w takiej sytuacji zrobił Miles i jego przyjaciele?
"W którymś momencie wszyscy podnosimy wzrok i uświadamiamy sobie, że zgubiliśmy się w labiryncie."
W książkach Greena uwielbiam to, że wykreowane przez niego postacie są pełne życia, nietypowe i różnorodne, a każda z nich ma swój niepowtarzalny charakter. No i jest jeszcze jedna niezaprzeczalna zaleta dla moli książkowych - lubią czytać. Miles to dość niepozorny chłopak, który pragnąc wyrwać się z monotonii dotychczasowego życia zdecydował się na konkretne działania. Jego decyzja z pewnością nie okazała się daremna, bo choć o Alasce można powiedzieć wiele, zdecydowanie nie jest osobą, przy której da się nudzić. Nieprzewidywalna, inteligentna, humorzasta, szalona i piękna - taka jest właśnie Alaska Young, a i to nie oddaje w pełni jej charakteru.
Pojawiające się w książce ostatnie słowa (zawsze oznaczone pogrubioną czcionką) nieodzownie przywodzą na myśl tematy związane z przemijaniem. Również wzmianki na temat religii, ich znaczenia w życiu człowieka, podobieństw i różnic w poszczególnych wyznaniach sprzyjają tego typu rozmyślaniom. Bohaterowie próbują sobie odpowiedzieć na pytania, które od zawsze nurtowały ludzkość, a także na kilka pomniejszych, choć również bardzo dla nich ważnych.
Moje kolejne spotkanie z twórczością Johna Greena uważam za jak najbardziej udane. Książka ta prezentuje sobą wiele wartości, jest kopalnią trafnych cytatów, a jej lektura to czysta przyjemność. Nieodzownym elementem jest również humor w najlepszej odsłonie. Nie mogę się doczekać wydania w Polsce kolejnych powieści tego autora. Może i Wy wyruszycie razem z Milesem na poszukiwania Wielkiego Być Może?
Pojawiające się w książce ostatnie słowa (zawsze oznaczone pogrubioną czcionką) nieodzownie przywodzą na myśl tematy związane z przemijaniem. Również wzmianki na temat religii, ich znaczenia w życiu człowieka, podobieństw i różnic w poszczególnych wyznaniach sprzyjają tego typu rozmyślaniom. Bohaterowie próbują sobie odpowiedzieć na pytania, które od zawsze nurtowały ludzkość, a także na kilka pomniejszych, choć również bardzo dla nich ważnych.
Moje kolejne spotkanie z twórczością Johna Greena uważam za jak najbardziej udane. Książka ta prezentuje sobą wiele wartości, jest kopalnią trafnych cytatów, a jej lektura to czysta przyjemność. Nieodzownym elementem jest również humor w najlepszej odsłonie. Nie mogę się doczekać wydania w Polsce kolejnych powieści tego autora. Może i Wy wyruszycie razem z Milesem na poszukiwania Wielkiego Być Może?
"Jasne, że głupio tęsknić za kimś, z kim ci się nie układało.
Ale nie wiem, fajnie było mieć kogoś, z kim można się kłócić."
10/10Ale nie wiem, fajnie było mieć kogoś, z kim można się kłócić."
środa, 30 października 2013
G. Green "Papierowe miasta"
Wydawnictwo: Bukowy Las
Rok wydania: 2013
Ilość stron: 397
Quentin to zwyczajny chłopak kończący szkołę średnią. Margo z kolei trudno byłoby określić jako zwyczajną. Od dzieciństwa są sąsiadami, jednak z czasem ich drogi się rozeszły, a Margo stała się żywą legendą. Była znana ze swojej wyjątkowej osobowości - towarzyska, lubiana, sympatyczna, niekiedy szalona... Wiele można by wymieniać. Od czasu do czasu nagle znikała, by po kilku dniach wrócić równie niespodziewanie i choć pozostawiała po sobie pewne wskazówki, nikt nie potrafił rozszyfrować ich na czas. A może nikt nawet nie próbował? W końcu zawsze wracała z własnej inicjatywy.
Pewnej majowej nocy Quentin dostrzega w swoim oknie Margo. A raczej jej oczy, bo całą twarz ma umazaną na czarno. Dziewczyna prosi go, aby pomógł jej w pewnym przedsięwzięciu i tak oto wkrótce już jadą przez opustoszałe ulice, aby wcielić w życie plan Margo - równie szalony jak ona sama. Tej nocy dziewczyna spaliła za sobą wiele mostów, jednak odnowiła znajomość z Quentinem. Jak będą wyglądać kolejne dni? Właśnie takie pytanie zadaje sobie Q.
A jednak w szkole zmienia się niewiele. Przynajmniej nie licząc zniknięcia Margo, jednak to nie pierwszy raz, nie ma co panikować. Dopiero po kilku dniach Quentin odnajduje pozostawione przez nią wskazówki, które najwyraźniej skierowane są do niego. Przejęty swoim odkryciem, natychmiast zaczyna poszukiwania. Do jakich wniosków go doprowadzą?
Ta książka pokazuje nam, jak dalekie od rzeczywistości mogą być nasze wyobrażenia na temat innych. To też opowieść o przyjaźni - zarówno tej z prawdziwego zdarzenia, jak i tej, która może nie sprostać naszym oczekiwaniom. Dodatkowym jej atutem jest ciekawy i przystępny styl autora - z jednej strony nie brakuje tu plastycznych opisów czy porównań (nie można zapomnieć o metaforach, które odegrały tu znaczną rolę), a z drugiej cechuje ją pewna bezpośredniość. To wszystko sprawia, że jej czytanie to prawdziwa przyjemność.
Jeśli chodzi o bohaterów, to choć nie wszyscy mogą poszczycić się niezwykle interesującą osobowością, z pewnością wydają się realni. Nieprzewidywalna Margo, Q, który ze wszystkich sił stara się ją odnaleźć i jego przyjaciele, którzy chcą go wspierać, jednak nie zapominają o swoim własnym życiu i, co za tym idzie, nie podporządkowują go całkowicie odnalezieniu dziewczyny. Pozostaje jednak pytanie: czy ona rzeczywiście chce zostać odnaleziona? Co nią kierowało? Jaki będzie finał tej historii? Tego dowiecie się już bezpośrednio z książki.
John Green porusza wiele ważnych kwestii - od wspomnianej już wcześniej przyjaźni, do zrozumienia samego siebie, innych i swojej roli w społeczeństwie. Nie zabrakło przy tym sporej dawki humoru i wielu wartych zapamiętania cytatów. Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko polecić Wam "Papierowe miasta" i zacząć polowania na kolejną książkę tego autora. ;)
Pewnej majowej nocy Quentin dostrzega w swoim oknie Margo. A raczej jej oczy, bo całą twarz ma umazaną na czarno. Dziewczyna prosi go, aby pomógł jej w pewnym przedsięwzięciu i tak oto wkrótce już jadą przez opustoszałe ulice, aby wcielić w życie plan Margo - równie szalony jak ona sama. Tej nocy dziewczyna spaliła za sobą wiele mostów, jednak odnowiła znajomość z Quentinem. Jak będą wyglądać kolejne dni? Właśnie takie pytanie zadaje sobie Q.
A jednak w szkole zmienia się niewiele. Przynajmniej nie licząc zniknięcia Margo, jednak to nie pierwszy raz, nie ma co panikować. Dopiero po kilku dniach Quentin odnajduje pozostawione przez nią wskazówki, które najwyraźniej skierowane są do niego. Przejęty swoim odkryciem, natychmiast zaczyna poszukiwania. Do jakich wniosków go doprowadzą?
Ta książka pokazuje nam, jak dalekie od rzeczywistości mogą być nasze wyobrażenia na temat innych. To też opowieść o przyjaźni - zarówno tej z prawdziwego zdarzenia, jak i tej, która może nie sprostać naszym oczekiwaniom. Dodatkowym jej atutem jest ciekawy i przystępny styl autora - z jednej strony nie brakuje tu plastycznych opisów czy porównań (nie można zapomnieć o metaforach, które odegrały tu znaczną rolę), a z drugiej cechuje ją pewna bezpośredniość. To wszystko sprawia, że jej czytanie to prawdziwa przyjemność.
Jeśli chodzi o bohaterów, to choć nie wszyscy mogą poszczycić się niezwykle interesującą osobowością, z pewnością wydają się realni. Nieprzewidywalna Margo, Q, który ze wszystkich sił stara się ją odnaleźć i jego przyjaciele, którzy chcą go wspierać, jednak nie zapominają o swoim własnym życiu i, co za tym idzie, nie podporządkowują go całkowicie odnalezieniu dziewczyny. Pozostaje jednak pytanie: czy ona rzeczywiście chce zostać odnaleziona? Co nią kierowało? Jaki będzie finał tej historii? Tego dowiecie się już bezpośrednio z książki.
John Green porusza wiele ważnych kwestii - od wspomnianej już wcześniej przyjaźni, do zrozumienia samego siebie, innych i swojej roli w społeczeństwie. Nie zabrakło przy tym sporej dawki humoru i wielu wartych zapamiętania cytatów. Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko polecić Wam "Papierowe miasta" i zacząć polowania na kolejną książkę tego autora. ;)
"Pamiętaj, że czasami nasze wyobrażenie drugiej osoby niewiele ma wspólnego z tym, kim ona naprawdę jest."
9/10sobota, 6 lipca 2013
J. Green "Gwiazd naszych wina"
Wydawnictwo: Bukowy Las
Rok wydania: 2013
Ilość stron: 312
Mogłabym napisać, że szesnastoletnia Hazel Grace już od trzech lat dzielnie walczy z rakiem i nie poddaje się. Mogłabym, jednak takie stwierdzenie nie spodobałoby się naszej bohaterce. Dziewczyna walczy, bo właściwie nie ma innego wyboru. Robi to też przez wzgląd na rodziców. Tak więc wciąż idzie przez życie z podniesioną głową, choć jej choroba sprawia, że nawet odrobina wysiłku więcej pozbawia ją tchu i choć wciąż towarzyszy jej aparat tlenowy. Swój wolny czas dzieli pomiędzy oglądanie powtórek "America's Next Top Model", czytanie wciąż tej samej ulubionej powieści, bierne uczestniczenie w spotkaniach grupy wsparcia i sporadyczne wyjścia z przyjaciółką ze szkoły, do której od dawna przestała uczęszczać. I pewnie byłoby tak nadal, gdyby na jednym ze spotkań grupy wsparcia nie poznała Augustusa, który z powodu choroby stracił jedną nogę, jednak od tej pory nie ma nawrotu. Wkrótce okazuje się, że bardzo odpowiada im wspólne towarzystwo, a ich zażyłość przeradza się w uczucie i choć oboje są świadomi, że w ich sytuacji nie mają co liczyć na bajkowy happy end, cieszą się każdą wspólnie spędzoną chwilą.
Po tak wielu pozytywnych recenzjach to raczej zrozumiałe, że miałam względem niej dość duże oczekiwania. Jak się okazuje, całkiem słusznie. Są życiowe powieści, które fascynują bardziej niż niejeden naprawdę dobrze napisany kryminał. Są proste sytuacje, które poruszają bardziej, niż ubrane w piękne słowa sentencje. Są też bohaterowie, o których nie da się tak po prostu zapomnieć. We wszystkich tych stwierdzeniach jako przykład posłużyć może właśnie "Gwiazd naszych wina", książka niezwykła w swojej prostocie i głęboko zapadająca w pamięć.
Także kreacja bohaterów zasługuje na pochwałę - są realni, jakbyśmy rzeczywiście mogli ich spotkać, mają też bogatą osobowość i łatwo się z nimi zżyć. Z przyjemnością czytałam o ich wzajemnych relacjach, przysłuchiwałam się rozmowom na te poważne i te raczej błahe sprawy (ach te przemyślenia na temat powszechnego mniemania, że jeśli jajecznica, to tylko na śniadanie), często okraszonym tak charakterystycznym dla nich wisielczym humorem. Do tego dochodzą także ich zmartwienia, troska nie o samych siebie, ale o otaczających ich bliskich. Hazel wciąż martwi się o rodziców, o to, że po jej śmierci całkiem się załamią, a właśnie tego chciałaby uniknąć najbardziej.
John Green w swojej powieści porusza bardzo wiele kwestii - trud radzenia sobie z chorobą i wszelkimi jej następstwami, strach przed zbliżeniem się do innych spowodowany chęcią zaoszczędzenia im zmartwień czy bólu, próby urzeczywistnienia własnych marzeń, a także akceptowanie rzeczywistości, która nie zawsze bywa zgodna z naszymi oczekiwaniami. Te i wiele innych spraw autor wplata w życie dwójki zakochanych w sobie nastolatków, którzy za sprawą choroby nie mają łatwego życia. Na uwagę zasługują również ich rodzice, którzy starają się radzić sobie z nieuchronnością losu swoich dzieci.
O tej książce mogłabym się rozwodzić jeszcze przez długi czas, jednak najlepiej będzie, jeśli sami przekonacie się o jej niezwykłości. Na koniec dodam jeszcze tylko, że jest to wręcz kopalnia różnorodnych cytatów - jednych zabawnych, innych poważnych - i zapewnię, że moja przygoda z twórczością tego autora na pewno nie zakończy się na tej jednej historii. Polecam serdecznie. :)
"Tak cię pochłania bycie sobą, że nie masz nawet pojęcia jaka jesteś nadzwyczajna."
John Green w swojej powieści porusza bardzo wiele kwestii - trud radzenia sobie z chorobą i wszelkimi jej następstwami, strach przed zbliżeniem się do innych spowodowany chęcią zaoszczędzenia im zmartwień czy bólu, próby urzeczywistnienia własnych marzeń, a także akceptowanie rzeczywistości, która nie zawsze bywa zgodna z naszymi oczekiwaniami. Te i wiele innych spraw autor wplata w życie dwójki zakochanych w sobie nastolatków, którzy za sprawą choroby nie mają łatwego życia. Na uwagę zasługują również ich rodzice, którzy starają się radzić sobie z nieuchronnością losu swoich dzieci.
O tej książce mogłabym się rozwodzić jeszcze przez długi czas, jednak najlepiej będzie, jeśli sami przekonacie się o jej niezwykłości. Na koniec dodam jeszcze tylko, że jest to wręcz kopalnia różnorodnych cytatów - jednych zabawnych, innych poważnych - i zapewnię, że moja przygoda z twórczością tego autora na pewno nie zakończy się na tej jednej historii. Polecam serdecznie. :)
"Tak to jest z bólem. Domaga się, byśmy go odczuwali."
6/6
Subskrybuj:
Posty (Atom)