Pokazywanie postów oznaczonych etykietą H.Murakami. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą H.Murakami. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 lutego 2018

H. Murakami "Zawód: powieściopisarz"

Wydawnictwo: Muza  |  Liczba stron: 288
Kiedy pierwszy raz zobaczyłam zapowiedź nowej książki Murakamiego, pomyślałam sobie: po co mi ona teraz? Przecież tylu jeszcze wcześniejszych jego powieści wciąż nie przeczytałam, a jedna nawet czeka na półce. Kiedy jednak przyjrzałam się jej bliżej, zmieniłam zdanie. W końcu nie ma to jak czytanie o książkach i ich pisaniu.

"Zawód: powieściopisarz" to zbiór esejów tworzonych na przestrzeni kilku lat. O pisaniu, pisarzach, o tym, jak sam Murakami został pisarzem. I o paru innych, mniej lub bardziej powiązanych z tymi tematami zagadnieniach, chociażby japońskim systemie nauczania czy nagrodach literackich. Autor zdecydował się tutaj zwracać bezpośrednio do czytelnika. Przemawia więc do nas ze stron książki, snując swoje opowieści, czasami zbaczając trochę z głównego tematu, często posługując się różnymi przykładami lub nawiązaniami. Wspomina o innych autorach, powieściach, filmach, muzyce (zwłaszcza jazzie), a także… baseballu (jakie to japońskie!). Nie zabrakło też fragmentów, które postanowiłam sobie zaznaczyć, by móc do woli do nich wracać. Pewne spostrzeżenia może nawet postaram się wykorzystać.

Książka ma w sobie coś z wybiórczej autobiografii. Sam autor twierdzi, że nie taki był jego zamiar, a jedynie nie dało się czegoś takiego uniknąć. W pełni zrozumiałe jest przecież, że pisząc o tym, jak rozpoczęła się jego kariera, musiał choć w pewnym stopniu wyjaśnić swoją ówczesną sytuację, a ubierając w słowa swoje poglądy, dać się czytelnikom bliżej poznać. Jak by nie było, ja po prostu lubię jego pisaninę i jej rytm, jak określa to sam autor… może tylko trochę za dużo tutaj przeprasza.

Poznajemy od kuchni sposób, w jaki Murakami pracuje, jak swoją pracę postrzega na przestrzeni lat i z czym się to wszystko wiąże. To z kolei pozwala nam na wyrobienie sobie pewnych poglądów na jego temat. Na temat autora, który choć znany na całym świecie, wciąż pragnie uchodzić za zwyczajnego człowieka i który nie lubi wystąpień publicznych. 

Murakami wspomina tutaj chyba o wszystkich swoich powieściach (i części opowiadań). O jednych dość ogólnikowo, o innych już trochę więcej. Może to być parę informacji na temat ich powstania, bohaterów, czy tego, co dla niego znaczą. Różnie. Nie trzeba przy tym ich znać, choć oczywiście zawsze miło wiedzieć, do czego konkretnie autor się odnosi. A efekt uboczny jest następujący: nabrałam nowych chęci do dalszego zapoznawania się z jego twórczością, a może nawet odświeżenia sobie czegoś z tego, co już znam.

Przez tę książkę się płynie, a przynajmniej takie odnosiłam wrażenie. Podążałam za tokiem myślowym autora, a czas, wraz z kolejnymi stronami, wręcz niepostrzeżenie mijał. I piszę to w jak najbardziej pozytywnym sensie, chociaż przyznam, że w paru przypadkach na myśl przychodziło mi określenie 'lanie wody'. Pewnie znajdą się osoby, które w sporej mierze właśnie tak odbiorą tę książkę, jednak dla mnie "Zawód: powieściopisarz" było naprawdę przyjemnym sposobem na spędzenie wolnego czasu.

poniedziałek, 12 września 2016

H. Murakami "Po zmierzchu"

Wydawnictwo: Muza  |  Liczba stron: 199
"- W nocy czas płynie inaczej - wyjaśnia barman. Głośno pociera papierową zapałkę i przypala papierosa. - Nie ma sensu się temu przeciwstawiać."
W jakiś sposób - nie pytaj dlaczego - całkiem niezależnie spoglądamy na miasto, na rozgrywające się tam nocne życie. Obserwujemy Mari, samotnie czytającą książkę w całodobowej restauracji przy filiżance kawy. Widzimy chłopaka, którego kiedyś poznała, a który teraz przysiada się do niej i zagaja rozmowę do czasu, aż nie będzie musiał wyjść, by zdążyć na całonocną próbę zespołu. Przenosimy się też do ciemnego pokoju, w którym czas się jakby zatrzymał. Najwyraźniej coś się tam jednak dzieje, coś, czego nie jesteśmy w stanie pojąć, nie ważne jak bardzo byśmy się starali. Ostatecznie pozostajemy jedynie zwykłymi intruzami w cudzym życiu.

Właśnie taka jest to książka. Jako bierni obserwatorzy towarzyszymy wybranym jakby przypadkowo bohaterom, których drogi zdają się jednak w pewien sposób przecinać, nawet jeśli tylko nieznacznie. Jesteśmy świadkami niezobowiązujących rozmów, paru rozterek czy nieprzyjemnych sytuacji - wszystko to rozgrywające się pod osłoną nocy. Autor w sposób dość subtelny splata losy poszczególnych bohaterów tak, że często oni sami nie zdają sobie sprawy z tych drobnych powiązań. Niepostrzeżenie wciąga czytelnika w te wydarzenia. Przyznam też, że podoba mi się to, jak rozwija się relacja między Mari a Takahashim. Ciekawym dodatkiem jest pojawiająca się co jakiś czas tarcza zegara, dzięki której możemy się zorientować, o jakiej porze rozgrywają się poszczególne wydarzenia.
"Pamięć to coś naprawdę dziwnego. Szufladki ma wypchane kompletnie nieprzydatnymi, bezsensownymi rzeczami. A człowiek zapomina jedną po drugiej te ważne, naprawdę potrzebne."
"Po zmierzchu" to książka specyficzna (choć właściwie to samo można by powiedzieć o większości powieści Murakamiego), którą nie zaszkodzi przeczytać, a jednak równie dobrze można ją sobie odpuścić. Nie uświadczymy tu wielkich prawd życiowych, nie ma też co liczyć na zapierającą dech w piersiach akcję, a jednak z zainteresowaniem uczestniczyłam w tym nieszkodliwym podglądaniu zwyczajnych cudzych żyć. W kwestii bohaterów, choć nie było na to wiele czasu, zostali oni na tyle dobrze nakreśleni, by nie byli czytelnikowi całkowicie obojętni, choć użyty przez autora sposób narracji podkreśla zdystansowanie do rozgrywających się wydarzeń.

Możliwe, że przy innej okazji oceniłabym tę książkę bardziej krytycznie, a jednak w tej chwili bardzo odpowiadała mi właśnie taka lekka, niezobowiązująca, a do tego krótka opowieść z kilkoma ciekawymi dialogami i pewnym tajemniczym wątkiem. No i oczywiście z narracją Murakamiego. Jeśli właśnie na coś takiego liczycie, polecam.
"Mick Jagger czy Eric Clapton nie zostali gwiazdami, grając na puzonie. Czy Jimmy Hendrix albo Pete Townsend rozwalali na scenie puzon? Nie ma mowy. Wszyscy z zasady rozwalają gitary elektryczne. Jakby człowiek rozwalił puzon, to by go wyśmiali."

niedziela, 13 marca 2016

H. Murakami "Mężczyźni bez kobiet"

Wydawnictwo: Muza  |  Ilość stron: 320
Sam tytuł tego zbioru opowiadań do pewnego stopnia sugeruje nam, czego możemy się spodziewać. I rzeczywiście, występujący tu bohaterowie miłość swojego życia (choć może czasami to za dużo powiedziane) już stracili, mają ją dopiero przed sobą lub ze względu na inne okoliczności nie jest im dane się nią cieszyć.

A jakieś bardziej konkretne informacje? W "Drive My Car" poznamy historię pewnej znajomości, czegoś w rodzaju przyjaźni, a także tęsknoty za tą samą kobietą. "Yesterday" wyróżnia się przede wszystkim bardzo ciekawym i w tym przypadku niezbędnym zabiegiem - dialektyzacją mowy jednego z bohaterów (w oryginale posługiwał się akcentem z Kansai), co Anna Zielińska-Elliott wyjaśniła już we wstępie. Dzięki temu opowiadanie nabrało nietypowego charakteru, co więcej, chyba najbardziej zapadło mi w pamięć. Dalej mamy "Niezależny organ", historię chirurga plastycznego, który spotyka się z wieloma kobietami naraz, często nawet z mężatkami i nie ma najmniejszego zamiaru się ustatkować. Do czasu... Pomysł, na którym opierała się "Szeherezada", szybko mi się spodobał - z bliżej niewiadomych względów odizolowany mężczyzna oraz kobieta będąca jego jedyną łączniczką ze światem, za każdym razem snująca swoje opowieści. Opowieści nietypowe, z których trudno wywnioskować, na ile są one prawdą, a na ile wytworem wyobraźni. Opowieści te fascynowały naszego bohatera do tego stopnia, że w przypadku nagłego zniknięcia kobiety to nie braku jakiegokolwiek kontaktu ze światem się obawiał, ale niemożności usłyszenia dalszego ciągu historii. I w sumie się mu nie dziwię, sama chciałabym dowiedzieć się od jego Szeherezady czegoś więcej.

W opowiadaniu "Kino" podobało mi się to, że było złożone jakby z całkiem przypadkowych epizodów, które łączył bar i jego właściciel, tytułowy Kino. Trochę rozczarowało mnie to, ze w końcówce historia zaczęła przybierać dziwny, trudny do wyjaśnienia, a nawet ujęcia w słowa obrót - choć to dość charakterystyczny dla twórczości Murakamiego zabieg, w tym przypadku wolałabym go uniknąć. Opowiadanie samo w sobie było jednak w porządku. W "Zakochanym Samsie" autor bezpośrednio nawiązuje do "Przemiany" Kafki. Nasz bohater budzi się z przeświadczeniem, że zmienił się w Gregora Samsę. Kim lub czym w takim razie był wcześniej? Dlaczego mieszkanie jest puste? Co powinien teraz zrobić? Choć nie jest to konieczne, to opowiadanie lepiej będzie przeczytać znając już "Przemianę", mogąc dostrzec obecne tu analogie lub wręcz przeciwnie - to, co uległo zmianie. No i - jak w całym tym zbiorze - pojawia się jeszcze uczucie. Od ostatniego opowiadania wziął swoją nazwę cały zbiór. "Mężczyźni bez kobiet" stanowi jakby podsumowanie wszystkich dotychczasowych historii i skupia się właśnie na tym braku kobiet, pustce, którą po sobie zostawiają. To też najbardziej sentymentalne z opowiadań.

Przede wszystkim plus należy się za to, że mamy pewien motyw przewodni, który przewija się przez każde z opowiadań. Zdecydowanie wolę, gdy historie ze zbiorów mają jakiś punkt wspólny i nie zostały wybrane całkowicie przypadkowo. Do tego charakterystyczny dla autora styl pisania. Murakami skutecznie wciąga w wykreowane przez siebie opowiadania, zaciekawia sytuacją bohaterów, a następnie stopniowo prowadzi do ostatecznych wniosków - czasami dość wyraźnych, innym razem nieco rozmytych. Znajdzie się też kilka ciekawych cytatów. Naprawdę dobrze czytało mi się te opowiadania, jednak nie uważam, że były jakieś fenomenalne i chyba nie zapadną mi szczególnie mocno w pamięć. Mimo to nie żałuję, że po nie sięgnęłam, więc jeśli jesteście ich ciekawi, droga wolna.
"Pewnego dnia nagle stajesz się jednym z mężczyzn bez kobiet. Ten dzień przychodzi nieoczekiwanie bez żadnego ostrzeżenia, bez żadnej wskazówki, bez przeczucia, złego znaku, nikt nawet nie zapukał ani znaczącą nie chrząknął. Mijasz zakręt i orientujesz się, że już tam j e s t e ś. Ale nie możesz się cofnąć."

środa, 27 stycznia 2016

H. Murakami "Tańcz, tańcz, tańcz"

Wydawnictwo: Muza  |  Ilość stron: 529
Tym razem będzie krótko. "Tańcz, tańcz, tańcz" czytałam już jakiś czas temu, jednak do tej pory nie potrafiłam się zmobilizować do napisania na jego temat czegoś sensownego, bo właściwie sama nie wiedziałam, co myśleć. Wybaczcie więc, jeśli wyjdzie mi trochę nieskładnie lub pomylę to czy owo.

Zacznijmy od tego, że nasz bohater postanowił na jakiś czas całkowicie wycofać się ze społeczeństwa. Gdy w końcu dojrzał do powrotu, musiał zacząć ponownie zarabiać, dlatego też zabrał się za, jak on sam to określa, kulturalne odśnieżanie - tworzenie artykułów i innych tekstów, których nikt nie chciał pisać - i wkrótce wyrobił sobie sporą renomę. Zaczynają go jednak nękać sny o pewnym hotelu, w którym kiedyś mieszkał razem z call girl Kiki. Najwyraźniej dziewczyna go tam wzywa. A więc co robi nasz bohater? Wyrusza do hotelu pod delfinem, jak go zawsze w myślach nazywał, jednak na miejscu podupadłego budynku zastaje nowoczesny hotel, w którym jedynie nazwa pozostała ta sama. Nie znalazł również Kiki, jednak, próbując wpaść na jej ślad, spotkał Człowieka Owcę, który niejasno wytłumaczył mu sytuację, w jakiej się znalazł. Ach, jeszcze coś! Jedno z pięter budynku może prowadzić do równoległego świata. Próbując połapać się w tym wszystkim, nasz bohater, choć poszlak ma prawie tyle, co nic, rozpoczyna poszukiwania Kiki, a na swojej drodze napotka wiele nietuzinkowych, a nawet osobliwych osobowości.

Macie wrażenie, że tak naprawdę wciąż nie wiecie, o co chodzi? Nie martwcie się, ja miałam tak praktycznie przez cały czas. Z nadzieją, że odnajdę gdzieś w tym wszystkim sens, brnęłam dalej w tę historię, która żyła własnym życiem, nie zważając na moje zdezorientowanie. Nie irytowałam się tym jednak, pozwoliłam wydarzeniom obierać coraz to dziwniejsze tory. Ostatecznie nawet w tym szaleństwie jest jakaś metoda. Zaskakuje zwłaszcza to, jak nietypowe osobowości spotykał na swojej drodze główny bohater. Chociaż... czy rzeczywiście jest się czemu dziwić, jeśli wziąć pod uwagę to, kto jest autorem książki?

Gdy teraz o tym myślę, okazuje się, że "Tańcz, tańcz, tańcz" wspominam całkiem miło. Było trochę nudniejszych momentów, czasami prawie nic się nie działo, a poszukiwanie Kiki schodziło na dużo dalszy plan, jednak w tej chwili w pamięci pozostały mi przede wszystkim te lepsze momenty i nie żałuję, że przeczytałam tę książkę. Na pewno w dalszym ciągu będę sięgać po twórczość Murakamiego, choć... może w bardziej codziennym wydaniu.

"Zazwyczaj mogę dostać to, co chcę, lecz nie mogę dostać tego, na czym mi naprawdę zależy."

sobota, 8 listopada 2014

H. Murakami "Kronika ptaka nakręcacza"


Wydawnictwo: Muza
Ilość stron: 621

Problemem przy opisywaniu tej powieści jest brak jakiegokolwiek konkretnego punktu zaczepienia. Jest sobie bohater, prowadzi swoje zwyczajne życie, przez które przewijają się różne zdarzenia i osoby - raz zwyczajne, a innym razem już całkiem przeciwnie - ale nie ma tu czegoś, czym już na wstępie można by było zainteresować potencjalnego czytelnika. Co prawda ja nie miałam z tym problemu, skoro i tak sięgam po książki Murakamiego w ciemno. W każdym razie nie ma się co na wstępie zrażać. Na początek spróbuję nieco przybliżyć Wam fabułę.

Zaczęło się od rezygnacji z pracy. A może od zniknięcia kota? Tak czy inaczej, od tego momentu życie Toru Okady stawało się coraz dziwniejsze, aż w końcu pewna dziewczyna z sąsiedztwa i jego uznała za dziwaka. W międzyczasie z jego życia zniknęła żona (i nie chciała lub nie mogła wrócić), pojawiła się Kreta Kano i jej siostra, emerytowany porucznik Mamiya oraz wiele innych osób, wprowadzając do jego codzienności coraz więcej zamętu. Czy uda mu się dostrzec sens tego wszystkiego? Czy odzyska żonę? I gdzie się podział ptak nakręcacz, który do tej pory z taką wytrwałością codziennie nakręcał sprężynę świata?

Jak dobrze można poznać drugiego człowieka? Jak wiele sekretów może skrywać osoba, u boku której przeżyliśmy ostatnie sześć lat? I jak bardzo powierzchowna może to być znajomość? To niektóre z pytań, które mogą nam się nasunąć podczas czytania. A jednak z czasem pojawia się tak wiele nowych niewiadomych, o wiele bardziej zagmatwanych, że wręcz nie sposób ich wszystkich zliczyć. Będzie też okazja, by dowiedzieć się nieco więcej na temat wojny japońsko-chińskiej. Pojawiające się od czasu do czasu (często obszerne) wzmianki na temat działań wojennych mogą nużyć osoby niezainteresowane tematem. A jednak są one w pewien sposób ważne dla fabuły, choć zawierają sporo dodatkowych faktów. Miłym zaskoczeniem była krótka wzmianka na temat Tony'ego Takitaniego, którego miałam okazję poznać w jednym z opowiadań w "Ślepej wierzbie i śpiącej kobiecie".

"[...] ludzki los to coś, co się wspomina, gdy już minie, a nie poznaje naprzód."

Autor balansuje na granicy jawy i snu, rzeczywistości i wydarzeń, które teoretycznie nie powinny mieć miejsca. W wielu przypadkach zdrowy rozsądek nie ma tu racji bytu. To historia pełna niedopowiedzeń, zbiegów okoliczności i niedomkniętych wątków, co dla wielu może stanowić zasadniczy problem. I sama przyznam, że tym razem mogło być tego wszystkiego nieco za wiele. Raz nawet na dłuższy czas zaprzestałam czytania. Po prostu nie mogłam się do tego zabrać, a jednym z powodów mogły być właśnie te przydługie opisy działań wojennych. Wszystko (lub prawie wszystko) jest ze sobą w pewien sposób powiązane. W sposób zawiły, nieoczywisty, który w wielu przypadkach ujawnia się dopiero po dłuższym czasie. Nawet mając przed sobą jedynie ostatnie kilkadziesiąt stron, nadal nie miałam pojęcia, do czego autor dąży. I to było ciekawe. Pewne zdezorientowanie, efekt zaskoczenia, który nie wymaga zawrotnych zwrotów akcji, a to wszystko w oprawie z pozoru zwykłej codzienności.

"A może przedmioty nieożywione stają się jeszcze bardziej nieożywione, gdy ludzie odwrócą od nich wzrok."

Występujących tu bohaterów (przynajmniej w większości przypadków) trudno zakwalifikować do jakiegoś określonego typu osobowości. Część z nich jawi nam się jako osoby dość zwyczajne, inni jako prawdziwi ekscentrycy, czy też po prostu dziwacy, jednak tak naprawdę trudno ich określić. Ale po co właściwie tak szufladkować?

W powieściach Murakamiego lubię między innymi to, że potrafi zaskakiwać. W wielu przypadkach nie miałam pojęcia, co jeszcze może się zdarzyć, a przecież akcję trudno byłoby nazwać szczególnie dynamiczną. Wydarzenia mają swoje własne tempo, a mimo to autor do końca trzymał mnie w niepewności. A może raczej nadal to robi? Przecież ostatecznie sporo wątków pozostało otwartych. Bezpośrednio po skończeniu lektury miałam raczej dość mieszane uczucia, jednak po pewnym czasie stwierdziłam, że "Kronikę ptaka nakręcacza" mimo wszystko wspominam pozytywnie. Było sporo zagmatwania i dziwów, jednak nie mam nic przeciwko temu. I za jakiś czas z pewnością sięgnę po kolejną książkę Murakamiego.

"Na świecie jest mnóstwo niezrozumiałych rzeczy i ktoś musi tę pustkę wypełnić. I jeśli tak ma być, lepiej, żeby to robili ludzie, którzy są interesujący, a nie nudziarze, prawda?"
7/10

niedziela, 17 sierpnia 2014

H. Murakami "Ślepa wierzba i śpiąca kobieta"



Wydawnictwo: Muza
Ilość stron: 510

Przyznam szczerze, że z początku nie szło mi czytanie tej książki. Nie potrafiłam zagłębić się w przedstawiane historie, nie całkiem wyłapywałam ich urok. Skończyło się na tym, że odłożyłam ją na półkę. I tak czekała. Gdy kolejny raz po nią sięgnęłam, planowałam poprzestać na jednym opowiadaniu. Zamiast tego zaczytywałam się w kolejnych, aż w końcu moje wątpliwości zniknęły i znów przypomniałam sobie, za co uwielbiam prozę tego pisarza. A z tego wyłania się prosty wniosek - nie ma sensu czytać niczego na siłę - zarówno my możemy na tym ucierpieć, jak i nawet bardzo dobra książka. Zamiast tego lepiej poczekać na odpowiedni nastrój. Ale już kończę te wywody, czas się skupić na książce.

Podejrzewałam, że trudno będzie ocenić tę książkę jako całość. Opowiadań jest naprawdę sporo, są bardzo różnorodne i właściwie nie mają żadnego punktu wspólnego, jak to było w przypadku "Wszystkie boże dzieci tańczą". Właśnie jego brak z początku budził moje wątpliwości, które jednak wkrótce zostały rozwiane. Ta wielorakość pozwala wyodrębnić najbardziej charakterystyczne dla autora zagadnienia, a także zdać sobie sprawę z wszechstronności poruszanych przez Murakamiego tematów. Dostajemy więc szereg różnorodnych, a jednak często do siebie podobnych bohaterów - mężczyźni, którzy bez skrupułów sypiają z mężatkami, pisarze, ci, którzy od zawsze wiedzieli, co będą w życiu robić, a także ci, którzy stale czegoś poszukują. Nie zabraknie również kobiet - spełniających się zawodowo, pewnych siebie, tajemniczych, czy też ulotnych, które z dnia na dzień mogłyby zniknąć z życia pozostałych bohaterów. Nie da się też pominąć często wykorzystywanej przez pisarza anonimowości - możemy poznawać czyjeś życie, jednocześnie nie mając pojęcia jak ma na imię, nie znając szczegółów, które normalnie uznalibyśmy za istotne. A jednak wszystko jest tak wyważone, by niczego nie zabrakło. Dość błahe tematy nabierają znaczenia dzięki pięknej oprawie w słowa, w pozornie zwyczajnych wydarzeniach można dostrzec ich wyjątkowość.

W "Robaczku świętojańskim" od razu rozpoznałam fragmenty "Norwegian Wood". Z początku było to trochę jak déjà vu, ale z każdym kolejnym zdaniem coraz bardziej utwierdzałam się w tym przekonaniu. I było to bardzo miłe spostrzeżenie, pokazujące, że wciąż całkiem nieźle tą powieść pamiętam, choć niektóre szczegóły już nie tak wyraźnie. Stanowiło to też dla mnie przypomnienie, że warto byłoby kiedyś do niej wrócić. W "Przypadkowym podróżnym" spodobało mi się pojawienie się Murakamiego we własnej osobie (choć i w innych opowiadaniach miałam wrażenie, że mocno utożsamia się z narratorem). Trochę wyjaśnień, te zwykłe-niezwykłe wydarzenia, które rzeczywiście go spotkały - odebrałam to wszystko trochę jak ukłon w stronę czytelnika i bardzo ten gest doceniam.

"Ślepa wierzba i śpiąca kobieta" (kolejny tytuł, który za nic nie chciał mi wejść do głowy) to całkiem udany zbiór opowiadań, który rzeczywiście świetnie ilustruje zmiany zachodzące w prozie autora oraz te jej punkty, którym wciąż pozostał wierny. Książka ta powinna przypaść do gustu zwłaszcza osobom, które znają już Murakamiego z innych jego dzieł, więc to właśnie im polecam ją najbardziej.

"Przyzwyczajenie to zadziwiająca rzecz. Wystarczy, żeby zabrakło jednego elementu,
i człowiek się czuje, jakby kawałek świata go porzucił."
9/10

wtorek, 28 stycznia 2014

H. Murakami "Kafka nad morzem"


Kafka nad morzem - Haruki Murakami

Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2007
Ilość stron: 623

Mając nadzieję na ucieczkę przed klątwą ojca, piętnastoletni Kafka Tamura ucieka z domu i trafia na wyspę Shikoku. Swój czas spędza głównie w prywatnej bibliotece wyróżniającej się bardzo rodzinną atmosferą, jednak będzie miał również okazję nawiązać kilka cennych znajomości. Ale czym jest owa klątwa? Nie chcę zdradzać za wiele...
Poza losami Kafki dowiadujemy się co nieco na temat tajemniczego incydentu, który miał miejsce jeszcze w czasie wojny. Jest też pan Nakata, podstarzały, niezwykle sympatyczny i na swój sposób ujmujący analfabeta, który swoje braki nadrabia chociażby umiejętnością rozmowy z kotami. I, jak zauważył jeden z nich, ma zbyt jasny cień, jakby ktoś ukradł jego część. Do niedawna wiódł spokojne życie w dzielnicy Nakano, jednak śmierć ojca Kafki zmieniła wszystko... Dlaczego? Sprawdźcie sami.

Akcja posuwa się do przodu już od pierwszych stron. Autor nie traci wiele czasu na tłumaczenia, pozostawia nas w niepewności, abyśmy w gąszczu słów spróbowali wyłapać co się tu dzieje. Taki sposób narracji wzbudza jeszcze większą ciekawość, która wręcz nie pozwalała mi się oderwać od lektury. Chciałam zrozumieć sens rozgrywających się wydarzeń, a jednocześnie nie miałam zamiaru się spieszyć, aby móc w pełni rozkoszować się słowem pisanym. Choć z czasem towarzysząca nam niepewność nieco blednie, nie zanika całkowicie, ukazując się od czasu do czasu na kartach powieści. Cała akcja zdaje się dążyć do jakiegoś bliżej nieokreślonego sensu i zbliża się do niego powoli, ale systematycznie.

Powieść jest pełna różnorodnych sytuacji, poglądów i ludzkich charakterów. To wszystko (a nawet więcej) składa się na jej niepowtarzalny klimat. Murakami pisze ciekawie, z humorem, jest bezpośredni i nie unika tematów kontrowersyjnych. Część zastosowanych przez autora rozwiązań mogłoby się niektórym nie spodobać, ja przyjmowałam je z pewnym przymrużeniem oka. A może po prostu przywykłam już do części japońskich dziwactw? Z początku niewiele wskazuje na to, że jest to książka z gatunku fantastyki, jednak po pewnym czasie staje się to oczywiste, a nadnaturalne zdarzenia stają się codziennością bohaterów.

"Są różni ludzie i są... różne koty."

Już podczas lektury towarzyszyło mi uczucie, że chciałabym kiedyś (może nawet wkrótce) przeczytać tą książkę jeszcze raz. Jedną z przyczyn były interesujące wywody na różne tematy (i co za tym idzie, wiele ciekawych cytatów), przypisywane zwykle panu Oshimie, człowiekowi elokwentnemu i niezwykłemu (w różnym tego słowa znaczeniu). Poza tym, jako że akcja często ma miejsce w bibliotece, a Kafkę i Oshimę z powodzeniem można by nazwać bibliofilami, miałam okazję dowiedzieć się co nieco o japońskiej literaturze (głównie z dawnych czasów), z czego chętnie skorzystałam. Jeśli chodzi o innych bohaterów, wymienię chociażby tajemniczą panią Saeki i nieco zakręconego pana Hoshino.

Jak już wcześniej wspomniałam, Murakami nie tłumaczy wszystkiego. W wielu przypadkach nie świadczyłoby to o książce najlepiej, jednak w tym przypadku widać, że był to zabieg jak najbardziej celowy (dowodem niech będzie chociażby poniższy cytat). Pod koniec czar, który roztaczała ta powieść nieco osłabł (może najważniejsze było samo dążenie do sedna, a nie jego osiągnięcie?), jednak myślę, że mimo wszystko zasługuje na najwyższą ocenę.

"Tego, czego się nie da właściwie wytłumaczyć i przekazać słowami, najlepiej w ogóle nie tłumaczyć."
10/10

środa, 16 października 2013

H. Murakami "Wszystkie boże dzieci tańczą"


Wszystkie boże dzieci tańczą - Haruki Murakami


Wydawnictwo: MUZA
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 182

To pierwszy zbiór opowiadań Murakamiego, jaki miałam okazję przeczytać. Uogólniając, są to krótkie epizody z życia różnych osób, które dają ich bohaterom okazję do przemyśleń, wspominania przeszłych wydarzeń i snucia różnorakich wniosków. Są owiane tajemnicą, pełne niedopowiedzeń, można potraktować je jako zwyczajne opowiadania lub spróbować doszukiwać się w nich jakiegoś ukrytego sensu. Koniec opowiadania nie jest równoznaczny z końcem przedstawionej historii. Autor pozostawia nam wiele swobody w kwestii interpretacji jego utworów i tylko od nas zależy jak to wykorzystamy.

Choć opowiadania to nie to samo, co pełnowymiarowa powieść, Murakami radzi sobie z nimi równie dobrze. Przedstawiony w nich świat kreuje z umiarem - ni mniej, ni więcej niż to, czego potrzeba nam do odpowiedniego odbioru jego tekstów. Nie widzę sensu w opisywaniu wszystkich sześciu opowiadań - przy tak krótkich utworach lepiej zapoznać się z nimi na własną rękę - jednak wspomnę co nieco na ich temat. W każdym z nich w pewnym momencie wspomniane jest trzęsienie ziemi w Kobe. Poza tym bohaterom towarzyszy wiele objawiających się w różny sposób niepewności. Mężczyzna, którego porzuciła żona, pracownik biura ubezpieczeń, którego odwiedza wielka żaba... Niektóre historie wydają się nieco oderwane od rzeczywistości, inne całkiem surrealistyczne. Przy ograniczonych możliwościach, jakie daje opowiadanie, Murakami zdołał przekazać czytelnikowi to, co zamierzał.
Historie te bardzo się od siebie różnią, jednak czyta się je równie przyjemnie. Wyraźnie odznacza się charakterystyczny dla Murakamiego styl, który nadaje im ten niepowtarzalny klimat. Poza tym podoba mi się wydanie książki. Powoli coraz bardziej zaczynam lubić opowiadania, jednak tym, którzy dopiero planują sięgnąć po któreś z dzieł tego autora, proponuję zacząć od jednej z jego powieści.

"Ciężko jest być młodym. Są takie rzeczy, na które nawet myślenie nie poradzi."
7/10

czwartek, 29 sierpnia 2013

H. Murakami "Norwegian Wood"


Norwegian Wood - Haruki Murakami


Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2006
Ilość stron: 470

Watanabe nigdy nie miał zbyt wielu bliskich znajomych, jednak ci, których można było zaliczyć do tego wąskiego grona z pewnością byli wyjątkowi. A może raczej dość specyficzni?
Zacznijmy od tego, że Kizuki, jego najlepszy przyjaciel w wieku siedemnastu lat popełnił samobójstwo. Był to szok dla wszystkich, którzy go znali, zwłaszcza że nigdy nie sprawiał wrażenia, żeby planował coś takiego. Wkrótce Watanabe, pragnąc odciąć się od bolesnej przeszłości, zaczyna studia w Tokio. Tam niespodziewanie spotyka Naoko, byłą dziewczynę Kizukiego. Jak się okazuje, obojgu służy ta odnowiona znajomość i zaczynają być sobie bliscy. Jednak, tak jak już wcześniej wspomniałam, Watanabe otaczają bardzo specyficzni ludzie i Naoko nie była tu wyjątkiem. Ich relacje były bardzo skomplikowane, a wkrótce, dziewczyna z powodu problemów psychicznych ląduje w sanatorium. Tam najwyraźniej powoli dochodzi do siebie, jednak życie trwa nadal. Watanabe chodzi na wykłady, czyta książki, spotyka znajomych i wciąż nie może zapomnieć o Naoko. Problem w tym, że ich światy bardzo się od siebie różnią. Czy uda się je pogodzić?

"Nasza normalność polega na tym, że zdajemy sobie sprawę z własnej nienormalności."

"Norwegian Wood" to książka o życiu, o dorastaniu, o akceptacji i wielu innych sprawach. Razem z Watanabe przeżywamy jego problemy, radości i wszystko to, co składa się na jego egzystencję. Poznajemy wiele typów ludzi. Ludzi o bardzo barwnych osobowościach. Nieco wycofany, choć czerpiący radość z życia Watanabe, zagubiona, ale sympatyczna Naoko, pewny siebie, arogancki erudyta Nagasawa, obok którego jednak nie da się przejść obojętnie, szalona i urzekająca (lub też szokująca) swoją prostolinijnością Midori, kochająca muzykę Reiko, która wiele w życiu przeszła... Jest w czym wybierać. Murakami naprawdę świetnie potrafi kreować postacie, a co za tym idzie, zaciekawić nimi czytelnika. Nieraz wywoływały u mnie uśmiech na twarzy, zaskoczenie, radość, współczucie, czy też smutek, krótko mówiąc całą gamę najróżniejszych emocji.
Mimo wielu pozytywnych aspektów tej historii, bohaterom nieustannie towarzyszy widmo śmierci, udowadniając słuszność wielokrotnie powtarzanych w niej słów - "śmierć nie jest przeciwieństwem życia, ale jego częścią". Autor daje nam też do zrozumienia, że nie zawsze wszystko układa się po naszej myśli, a jednak nadal powinniśmy iść naprzód.

Jeśli chodzi o sam tytuł książki, to wiąże się on z piosenką Beatlesów o tym samym tytule. Muszę przyznać, że podczas lektury często chodziła mi po głowie. Hm... coś w niej po prostu jest. To dopiero druga książka Murakamiego, którą przeczytałam, ale na pewno nie ostatnia. Znalazłam w niej wiele trafnych, wartych uwagi cytatów i za jakiś czas z chęcią do niej powrócę, jednak najpierw chciałabym poznać kolejne jego dzieła i Was też do tego zachęcam. :)

"Nikt nie lubi samotności. Ja tylko nie próbuję się z nikim na siłę zaprzyjaźniać. To prowadzi do rozczarowań."
9/10

środa, 22 maja 2013

H. Murakami "Na południe od granicy, na zachód od słońca"


Na południe od granicy, na zachód od słońca - Haruki Murakami


Wydawnictwo: MUZA
Rok wydania: 2006
Ilość stron: 232

"Hajime od lat pielęgnuje w sobie wspomnienie Shimamoto, pierwszej ukochanej z okresu dzieciństwa, i porównuje do niej każdą poznaną dziewczynę. Kiedy już jako dorosły mężczyzna spełniony w życiu osobistym i zawodowym przypadkowo spotyka Shimamoto, okazuje się, że dawna fascynacja przetrwała. Hajime decyduje się rzucić swą rodzinę i wykorzystać szansę daną mu przez los. Czy jednak możliwy jest powrót do przeszłości? To piękna opowieść o niespełnionej miłości i pogoni za nieosiągalnym ideałem. Co leży na zachód od słońca i czy na południe od granicy znajdziemy raj, czy też zwykłą szarą rzeczywistość?"

O czym jest ta książka? O zwykłym życiu. Całą historię przedstawia nam właśnie Hajime, który wspomina dawne dzieje, znajomości, opowiada jak potoczyły się jego losy. Zwykła szara codzienność, można by powiedzieć. A jednak coś sprawiało, że książkę czytałam z niemałym zainteresowaniem, wręcz pochłaniałam. Co takiego wyróżnia ją spośród tysięcy tytułów o podobnej tematyce?

Nie chcę zdradzać zbyt wiele odnośnie fabuły, bo to bez sensu. Już sam opis dość dosadnie informuje nas czego możemy się spodziewać, choć mimo wszystko podczas lektury towarzyszyła mi swego rodzaju niepewność: może jednak coś sprawi, że losy bohaterów potoczą się inaczej? Może oni sami jednak zmienią zdanie?
"Na południe..." to historia o niespełnionej miłości, o samotności, którą można odczuwać pomimo obecności bliskich nam osób. Bohater snuje wiele refleksji na temat swojego życia i daje czytelnikowi do myślenia. Postać Hajime została świetnie wykreowana, a dzięki takiemu sposobowi narracji możemy go dobrze poznać - nie tylko jego zalety, ale i liczne wady. Czytając, łatwo możemy uwierzyć, że taki ktoś naprawdę istnieje. Ponadto książka nie pozostawia uczucia niedosytu.

"Nawet zamkom z bajki przydaje się warstwa świeżej farby."

Książka Murakamiego charakteryzuje się dużą plastycznością języka, co sprawia, że jej czytanie to sama przyjemność, a wykreowany przez niego świat jest jak na wyciągnięcie ręki. Nie można powiedzieć, że akcja jest wartka, a jednak ani przez chwilę nie byłam znudzona i z chęcią zaczytywałam się w przemyśleniach Hajime na temat jego egzystencji, a także w wywodach na najróżniejsze tematy. Nie potrafię tego skonkretyzować, tak po prostu jest. Poza tym bardzo spodobało mi się jej wydanie, które na swój własny, subtelny sposób przyciąga wzrok.

To moje pierwsze i z pewnością nie ostatnie spotkanie z twórczością Murakamiego. Słyszałam o nim sporo dobrego, więc miałam dość wygórowane oczekiwania. Na szczęście nie zawiodłam się i jestem bardzo ciekawa innych jego dzieł, zwłaszcza, że podobno "Na południe..." nie zalicza się do jego najlepszych książek.

"Obietnice - nawet te niezobowiązujące - pozostają człowiekowi w pamięci."
5/6