Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Narodziny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Narodziny. Pokaż wszystkie posty

11 kwietnia 2026

Taki ptak

I wiosna przyszła, a wraz z nią nowe ptaszki przyleciały. Inaczej już od sikorek śpiewające, ćwierkające, świergoczące, kląskające, gwiżdżące, gruchające, a także te klekoczące, gęgające i podnoszące wielki poranny czy wieczorny klangor. Jak i zdarzają się te skrzeczące, kraczące i pohukujące, ale już naprawdę dużo rzadziej niż zimową porą. Sikorki gdzieś zniknęły, ale tylko się przemieściły w głąb leśnych ostępów.
Wczoraj raniutko usłyszałam znajome pukanie w okno w kuchni, cisza i znów, i znów. O! Cóż to za natręt? Przy porannych zajęciach ujrzałam za szybą dwóch sikorków :) na gałęzi klonu, pilnie i z ciekawością usiłujących mnie podejrzeć. Wypasione tłuścioszki! To najpewniej moi zimowi goście ptasiej stołówki... Poprawili mi humor na cały dzień.
Dzisiaj uaktywnił się towarzysko kowalik-sąsiad, w podobny sposób. Puka w okno od kuchni, po czym widzę jak sfruwa na taras do karmnika i główką w dół pozostając dziobie chwilę karmę mocno jak mini-dzięciołek, zerkając co chwila na szybę, jakby mnie widział, choć raczej nie widzi. Mam wrażenie, że czuje jakoś moją obecność i wzrok, stąd taka czujność. Bywa, że zamiera nieruchomo na długie chwile, jakby udając że go tu nie ma. I tak na siebie patrzymy każde ze swej prywatnej "niewidzialności".

Poza tym przyszły na świat nowe dzieci, niedługo będziemy je odstawiać od cyca, bo mleko już się marzy. To znaczy udaje się udoić po kubeczku dziennie, stąd jest "śmietanka" do kawy czy dolewka do jaglanki, ale to zdecydowanie za mało na twarożek czy jogurt. 

Anna chucha na roślinki, codziennie wynosi z domu siewki pomidorów i kapustek do cieplicy, a wieczorem wnosi je z powrotem. 

Poza spacerowaniem, obrządkami, gotowaniem i domowymi obowiązkami, rozprawianiem ze zwierzętami, które są najmilszymi słuchaczami, bo przecież nieważna jest treść, a ton głosu, a mam wrażenie, że mój ton bardzo jest dla nich przyjemny, bo są odprężone, strzygą uszami, pokwakują radośnie, gulgają, drepczą przy nodze, zbiegają się, chcą głasków i smakołyków. A to wszystko podnosi serce i umysł, po prostu uszczęśliwia.
I czytam. Teraz głównie fantastykę, ale nie tylko. Obserwuję także amatorsko różne zjawiska w sferze mentalnej naszego narodu, Europejczyków i Amerykanów, ale nie tylko. Przede wszystkim zdążając za filmikami na YT, prowadzona często algorytmem, ale nie tylko. 

Człowiek uczy się wtedy, gdy jest konfrontowany z tym, czego nie zna, widzi lub słyszy po raz pierwszy. Szukam zatem relacji cudzoziemców zwiedzających Polskę, lub Polaków zwiedzających inne kraje. Słucham wykładów językoznawców i tłumaczy z różnych narzeczy ziemskich. Aby zdobyć wyższy pułap (dystans) pozwalający na szerszy ogląd spraw i świata, w którym tkwię i żyję fizycznie, ciałem swoim. Umysł pozwala przecież fruwać dowolnie, jako ten "duch co dmie kędy chce i dokąd chce". Wysłuchuję opowieści o życiu albo ich spojrzeniu na świat z ust mormonów, żydów ortodoksyjnych, Indian, muzułmanów, hinduistów, buddystów czy taoistów. Czytam święte pisma z różnych rejonów świata, mitologie, kroniki historyczne. Po wędrówkach Ossendowskiego przez bolszewicką Syberię i buddyjsko-magiczną Mongolię, po Herodocie (Egipt, Grecja, Persja, Scytia) i Marku Polo (Azja od Bagdadu do Pekinu, przez rejon polarny, Cejlon, po tatarskie stany i z powrotem), po Bitwie na polu Kuru na półwyspie indyjskim, przeniosłam się do Persji, gdzie spędzam tysiąc nocy z Szeherezadą, czytam listy perskie Monteskiusza, ale i studiuję dziwne rytuały zaratusztriańskie wraz z Awestą. Dowiedziałam się tak, że była ona przetłumaczona na polski przez prof. Pietraszewskiego w połowie XIX wieku, ten dopatrzył się w niej źródła słowiańszczyzny (z tej racji, żeśmy jako Słowianie ludem indoeuropejskim), a tym samym wywarła pewne wpływy kulturowe. Jakie? Ano polski autor fantastyczny, Stefan Grabiński wydał tom opowiadań poświęconych kultowi ognia pt. "Księga ognia". I ten właśnie też sobie przyswoiłam. A ponieważ utwory Grabińskiego chwalił jako jedne z ulubionych w młodości mistrz Stanisław Lem, to ruszyłam następnie w jego kierunku i tym samym w przyszłość. Okazało się, że nie znam wielu jego pierwszych książek, zatem zaczęłam od początku studia lemowskie. "Astronauci", "Powrót z gwiazd", jeszcze sporo przede mną, nawet pomijając to co już dobrze znam. Ponadto, aby nie zdziadzieć w tej Europo-Azji powracam do Ameryki Łacińskiej, Majów i Azteków.

Kultura obrazkowa, przeniesiona na ekrany telewizyjne, w postaci filmów i seriali kompletnie przestała mnie pociągać i interesować. Najnowsze produkcje hollywoodzkie, przy pomocy narzędzi AI robione łącznie ze scenariuszami, nie mówiąc o podrasowywanych aktorach, wydaje się obrzydliwością, zmaszynieniem, odczłowieczeniem, "nuuudą, panie nuuuuudą!". Mistrz Lem wystartował w świat maszyn i cyber-tworów, pogrążając się w zamian w awersję i wstręt wobec biologicznych bladawców, oślizgłych i wilgotnych, ale też wskazując do czego prowadzi owa droga. Zdaje mi się, że stoimy jako ludzkość na progu, a jak próg - to jest i wybór. Jeśli wybór to niezbędna jest świadomość. By ją mieć, trzeba posiąść wiedzę i dystans, Dlatego już głównie czytam, a nie oglądam (lub raczej: dużo mniej oglądam, a widzę z pomocą swego umysłu).
Wybór między czym a czym? 

Byciem człowiekiem albo nie-człowiekiem. Proste. 

Większość na razie daje się prowadzić jak cielęta, myśląc że świat jest jaki był i będzie jaki jest. Tymczasem Ten Próg stoi między jakościami, i jeśli go przekroczymy nie będzie już żadnego odwrotu. Nadchodzi ten czas, z dawien dawna zaplanowany. Chcesz być nie-człowiekiem? Uświadom sobie z czym to się wiąże, do czego zmierza, co daje i co zabiera, bo to będzie raz na zawsze! Nie wrócisz już do biologii ciała, będziesz się od niej coraz bardziej oddalał, wchodząc w świat z metalu i plastiku, fal i praw matematyki, stając się jego podległą częścią. W świat wymagający posiadania niewolników, a od ciebie bycia wyższą rasą. Posiadanie niewolników zaś najbardziej zniewala panujących, jak pokazuje Historia - nasza ludzka nauczycielka. Cóż wart pan bez raba? Mniej niż psia kupa, zapewniam.

Chcesz być człowiekiem? Uświadom sobie z czym to się wiąże, czego masz się trzymać, w którą stronę zmierzać, a którą omijać, bo nie twoja jest, tam stracisz to, co masz, raz na zawsze.
Tak przedstawiony wybór, dla kogoś inteligentnego daje proste wytyczne. Jeśli wyborem jest nie-człowieczeństwo - wybierasz ciągłą gonitwę za czymś nowym, innym, która łatwo przerodzi się w ucieczkę przed konsekwencjami, których ostatecznością jest wielkie splątanie, węzeł gordyjski, piekłem zwany. I tak czy siak koniec świata, choćby w jego wersji rozszerzonej do wszechświata i Big Bangu. Jeśli postanowisz pozostać człowiekiem, masz i drogę i trwanie, bowiem ciało kontaktuje cię z Matką, Matka z Ojcem, Ojciec z Synem, którym to ty, Człowieku jesteś, nikt inny. 

Ech, tyle myśli, tyle wrażeń, tyle spostrzeżeń... I o! puka ptaszek w okno. Och, och, och, taki ptak - dobry znak! (Nie-ludziu, pamiętaj, wchodząc na tę ścieżkę, będziesz musiał sobie ptaszka narysować, a jak ci się znudzi - skarykaturyzować, potem spotwornić, potem zabazgrać, i wycierać gumką aż do wessania przez kosmiczną czarną dziurę). Nam ludziom, tak mało naprawdę potrzeba do szczęścia! :) Tylko Ziemi, tylko nieba, tylko wody, zwierząt, roślin, pór roku. I opowieści, modlitwy, wspólnoty, śnienia, smutku i wesela. I na koniec: Papapa! Dziękujemy za teatrzyk!

28 marca 2025

Ślady wiosenne

I przyszła wiosna, jakaś taka chłodna, słabo wyczuwalna, ale to tak zawsze na Podlasiu. W istocie zaczyna się u nas w kwietniu, gdy pojawiają się pierwsze pączki na drzewach i zawilce w lesie. Spadło trochę deszczu nocami dwiema, więc dzięki temu, że dnie są mało słoneczne, świat jest nawilżony i odświeżony. Są już wszystkie ptaki, żurawie, bociany wioskowe. Codziennie spaceruję w okolicy i obserwuję zmiany, gadam z ptaszkami, gwiżdżąc im do wtóru, mam wrażenie, że niektóre mi odpowiadają. Tak jak ja im.

Poza tym różne cudeńka koło naszej chaty chodzą sobie nocami i porami bezludnymi. Obserwuję różne ślady zostawiane na szutrowej drodze. Wcześniej stadka jeleni, teraz zaś tropy delikatnych stópek mamy sarny i maleńkich raciczek dwojga biegających wokół niej sarniątek. Widać, jak wyszły z sosnowego, gęstego młodniaka po prawej przechodząc do starego lasu po lewej stronie drogi, a w dalszym miejscu wyśledziłam ich powrót do młodniaka.

Któregoś ranka Anna zawołała mnie na dwór. "Chodź, coś zobaczysz. Co to może być?"

Na piasku koło domu snuły się okręgami cienkie linie, gdzieniegdzie pojedynczy trójpalczasty ślad jakby stopy, ale okręgi były duże, spiralne, krążące w jakimś tańcu.

- Hm, na węża to nie wygląda...

Myśl o dziwnych stworach technologicznych była przerażająco-zadziwiająco-zabawna, więc ją odrzuciłam racjonalnie i wyśledziłam kierunek ruchu owego niezidentyfikowanego stwora. Zmierzał na wzgórze ziemianki i tam się urywał. Wkrótce też, odkryłam takie ślady również w obrębie podwórza.

- Oj, już wiem! To nasz Igor w tańcu wokół Ilonki takie ślady zostawia, gdy rozcapierza szeroko skrzydła i ciągnie cienkie ślady lotnymi piórami po piasku!

Poza tym kozy się wreszcie zdecydowały i wiosnę dają poczuć w zabawnych podskokach łatek i szarutek.

15 lutego 2025

Zimowanie

Minął styczeń, mija luty. Niespodziewanie nadeszły mrozy, większe niż około-zerowe przymrozki, nocą dochodzące nawet dwunastu stopni. Sucho przy tym, śniegu jak na lekarstwo. Ptaki domowe snują się zmarznięte po obejściu, dwie kury już zostały pożarte przez las, więc nie spodziewamy się niczego innego, niż zaofiarowała nam wiosna zeszłoroczna, gdy trzeba było wybić prawie całe stado drobiu w wyścigu z drapieżnikami.

Nabrałam nowego pro-zdrowotnego zwyczaju, wychodzenia o poranku na krótki spacer (w sumie jakiś kilometr) traktem koło chaty. Z psami, które to uwielbiają. Obserwacja przyrody codzienna otwiera zmysły lepiej,  niż jakiekolwiek inne rozważania. Namierzyłam dzięcioła-sąsiada, raz słyszałam już nawet głos pojedynczego żurawia zza lasu, było to przed mrozami, więc mam nadzieję, że zawrócił do swoich. Poza tym głównie aktywne są gawrony i para kruków mieszkająca opodal przez okrągły rok, która właśnie rano, gdy sobie chodzę, kończy swoje obloty po terenie i zwołuje się krakliwie do gniazda. W nocy pohukują sowy, odzywa się też ptak, którego nazywam "śmiszkiem", bo jego głos przypomina rechotliwy śmiech, albo też "gwizdacz", z którym już umiem pogadać, naśladując jego gwizdy całkiem zgrabnie. Widuję również w dzień na tarasie jak zawsze małe ptactwo w typie sikorek, w te mrozy podrzucam im trochę karmy. 

Mimo tej spacerowej nowej tradycji dopadła mnie zaraza przedwiosenna, zwleczona przez Annę z warsztatów z dziećmi, jak zawsze to bywa. Najpierw ona, teraz ja. Na szczęście nic poważnego, raptem katar, zrazu nieco gardło, i potem pokasływanie, gorączka malutka albo wcale. Uruchomiłam materac elektryczny i pokonałam atak dreszczy jednego popołudnia. Biorąc tylko witaminy i krople do nosa. Przez ten czas jedna z kóz poroniła, (zdarzało się i to w naszej hodowli, choć na kilku palcach można zliczyć przypadki), nie jest najmłodsza, poza tym ma agresywną bodącą siostrę dominatorkę. Zatem zaczyna się dojenie, na razie tyle co do kawy, ale w sumie w samą porę. Bo już trzeba było raz dokupić mleko sklepowe do śniadaniowej jaglanki i do kawy właśnie.

Zimowe wieczory zaś i noce częściowo w czas przebudzeń spędzam na lekturze. Och, co radość mieć takie przestrzenie do penetracji wyobraźnią. Głównie czytam fantastykę, począwszy od najstarszych dzieł, ale i nieco filozofów i ksiąg świętych różnych kultur, oraz ufologów. Moje dzieło życia wreszcie żmudnie złożone, pofrunęło do drukarni i czeka na egzemplarz próbny.

18 stycznia 2025

Się kręci


Zofka przywitała z nami nowy rok. Kilka dni temu drugi raz. Miejscowi bowiem obchodzą również małankę według "ruskiego kalendarza", która wypada 13 stycznia. W praktyce odbywa się klasycznie, trochę petard i fajerwerków puszczanych w niebo z poszczególnych wsi. Chłopaki zazwyczaj robią to kulturalnie, koło dwudziestej pierwszej, bo później już pewnie nie trzymają się prosto na nogach, albo w ogóle leżą. 
Pogoda tego stycznia leniwa jest, udaje tylko zimę. Choć znajomi znad morza piszą o ogromnych śnieżycach i przeszkodach drogowych, u nas jest grzecznie. Kilka dni popadało nieco, nie na tyle jednak, aby trudzić się specjalnym odśnieżaniem, teraz zeszło całkiem i stopniało. Nad polami unosi się biała mgła. Czasem widać na skraju lasu idącą majestatycznie klępę albo rogatego jelenia, także zostawiają swoje ciężkie ślady na szutrowej drodze obok, z czego wnoszę, że podchodzą dużo bliżej naszej chaty, niż nam się zdaje. To dlatego prawie co noc pies warczy pod drzwiami i szczeka zawzięcie w ciemność, budząc mnie ze snu.
Młoda kura zaczęła się nieść, stąd zwiększyła się ilość jajek do dwóch co dwa dni. Pulcheria zakończyła swoją zimową sesję nieśną, ale jestem usatysfakcjonowana, bo mam duży zapas w lodówce na swoje potrzeby. 
Pierwszy raz w życiu przyrządziłam kartacze i nawet mi wyszły, acz nie z mięsa klasycznie wieprzowego. 

Poza tym rozleniwiłam się. Kończymy skład książki, o której napiszę, gdy wyjdzie z drukarni, zatem głównie teraz czytam. Wróciłam do dawnego zainteresowania ufologią, ze względu na temat, który odżył na amerykańskim Wschodnim Wybrzeżu przy okazji dziwnych dronów (teraz przyćmiony przez pożar w LA). Przypominam sobie dawne filmy i książki na ten temat, wywiady z badaczami itp. Anna zaś kręci na kole talerze, ozdabia je i wypala w słoneczne dnie. I tak życie leci.

31 grudnia 2024

Noworocznie

 I kolejny Sylwester przybieżał...


Wrzucam zdjęcie naszej tegorocznej choinki świątecznej na pamiątkę. Gałęzie świerkowe, z naszej działki uszczknięte, związane i wetknięte w naczyńko zwilżane. Na koniec posłużą jeszcze kozuchom do ogryzienia, w przyrodzie nic się nie marnuje.

Pulcheria się niesie, obdarowując mnie zdrowo. A w noc przed moimi kolejnymi odrodzinami narodziło się szczęśliwie dzieciąteczko, Zofka. Imię dostała po swej praprapraprababce Zofiji. 

Wszystkiego dobrego wszystkim Ludziom i zwierzętom!

28 października 2024

Zgniła jesień


Zaraz po wejściu Słońca w znak Skorpiona zmieniła się pogoda. Zapanowała zimna wilgoć, powszechne pleśnienie i gnicie zrzucanych letnich szat przez Mać przyrodę. Rdzawo-żółty liść zbrązowiał i  chybcikiem zaczął opadanie, spadła temperatura w nocy, a poranki do samego południa zasnuły się gęstymi tumanami mgły. Które kozy przeczekują w oborze, bo boją się mgły i nie lubią mokrych raciczek maczanych w zimnej rosie na pastwisku. Niewiele już mają do robienia na pastwie, choć potrafią się pracowicie raczyć uschłymi badylami, wiechami i kiściami nasion traw i chwastów, znajdują jeszcze niedojedzone gdzieniegdzie usypy żołędzi pod takimi, jak ten na powyższym zdjęciu dębami, których kilka wokół naszego obejścia rośnie. Bardzo lubią żołędzie, żarło wysokoproteinowe, powodujące, że dają mleko tłuste i mocne.
Mleka więc wciąż dostatek, aż jestem tym nieco już znużona. Bo zapas serów żółtych poczyniony został dostateczny dla nas, twaróg przerabiam na ruskie pierogi, kluski z ruskim nadzieniem, awanturkę, sernik, placki z serem, a resztę smażę na serek topiony z kminkiem albo zamrażam. Na szczęście zaobserwowałyśmy rosnące brzuchy u kilku kóz, zatem może zaszły w ciążę niepostrzeżenie, w tzw. "cichej rui", która ponoć w tym roku masowo się wydarzała w hodowlach. Wiem-ci to z grupy dyskusyjnej hodowców krętorogiego bydełka. Są pod obserwacją i codziennie patrzymy, czy płód się nie ruszy w brzuchu, potwierdzając podejrzenie. Brzuchy zaczyna być widać po połowie ciąży, więc jest jeszcze trochę czasu na udój, ale trzeba czuwać i powoli zmniejszać własną korzyść. Której dostajemy jednak wystarczająco na nasze potrzeby.

Ponadto zaczął się czas opozycji planetarnych na niebie i zaczęło bujać naszym życiem codziennym, jak to w takich razach się przytrafia. Padł internet i naprawa łącza trwała 5 dni. Technik przyjeżdżał dwa razy, dyskusji z AI i żywymi konsultantami było co niemiara, aż w końcu pomogła wymiana modemu na taki nowszej generacji. Technik stwierdził brak synchronizacji z sygnałem, swoim cudownym sposobem, badając sprawę przy odpiętym kablu do komputera. Gdy Anna próbowała mu to powiedzieć, przerywał: "Słucha! Nie gada! Tu się nic nie poradzi!". I rzeczywiście miał rację, do czego doszła, włączywszy kabel, gdy już odjechał, ustrojstwo zamigotało przez chwilę i zlało nas na nowo. W końcu pojechała do salonu w drugim powiecie, siemiatyckim (w naszym powiecie salon ponoć istnieje, ale nie ma żadnych namiarów adresowych w sieci, a podany telefon już dawno jest nieaktualny, odzywa się tylko zmęczony głos nowego właściciela numeru, "tak, wiem, znam sprawę, salonu już tu nie ma, numer nieaktualny") i przywiozła nowy modem. Który zadziałał rzeczywiście sprawnie od pierwszego włączenia, za to nie można wyłączać wi-fi przez 10 dni. "Czyli jesteśmy na stałym podsłuchu" - stwierdzam, jako badaczka teorii spiskowych. "W razie czego mów do mnie na migi".
Po tej akcji pojawiła się awaria wodociągu, która trwała całą noc, ale wciąż są jakieś prace i zaniki wody w kranie. A to jeszcze nie koniec tego, co szykują planety.

Poza tym ściągnęłyśmy furę gałęzi i pociętych pni jabłoni z sadu i kilka brzózek na ugorze, Zwiozłam też taczką wcześniej pocięte kawałki z drzew połamanych zimą na kaczym dołku, głównie sosna, ale też trochę grabiny i okazało się, że drewutnia sama się zapełniła. 
Wiem, że już palicie w c.o. w większości, albo wam palą, gdy mieszkacie w bloku. U nas wciąż starcza popalić 2-3 godziny przysłowiowym "chrustem z lasu" pod płytą kuchenną, nagrzewającą ściankę kaflową między kuchnią a pokojem oraz bojler z wodą. Anna zabawia się teraz naturalnym farbowaniem i na płycie stoi wielki gar parowy, zwiększający "powierzchnię grzewczą". Na wieczór przymykamy drzwi do drugiej, dziennej części domu i to ogrzewanie całkowicie wystarcza do następnego dnia. Trzeba jedynie zadbać, aby przynieść drewno wcześniej do wyschnięcia, bo o tej jesiennej porze nasiąka na dworze wilgocią choćby tylko od mgły i rosy, niekoniecznie musi padać deszcz.

16 lutego 2024

Wczesne przedwiośnie

Zima gdzieś się ulotniła, choć zajrzała niedawno na kilka dni i nocy. Przyszły słoneczne dnie, które nastrajają do ruszenia się sprzed komputera i wyjścia na dwór, powrotu do jakichś czynności i robótek fizycznych, przygotowujących gospodarstwo do nowego sezonu. Wakacje mają się ku końcowi. 

Zlatują już duże ptaki, jak dzikie gęsi i żurawie oraz mniejsze ptaszęta, które witają nas o poranku radośnie powitalnym kląskaniem, kwileniem, gwizdaniem i nawoływaniami, a także przy wieczornym obrządku mówią dobranoc, w imieniu Pana Boga, naszego wspólnego Stwórcy. Odpowiadam im moim nieumiejętnym naśladowaniem ich gwizdów, a gdy niekiedy któryś mi odpowie, cieszę się jak dziecko.

Zaczęłam od małego przemeblowania pokoju komputerowego i wymiany biurka i jednego z foteli komputerowych na nowy. Nie robiłam specjalnych obliczeń feng-shui na ten nowy chiński rok (drewnianego Smoka, jakby ktoś nie wiedział), ale intuicyjnie zmieniłam kierunek ustawienia swojego stolika, bo zbyt nagle zaczęłam popadać w dziwną ospałość i brak energii przy dawnym ustawieniu. Już następnego dnia wszczęłyśmy samodzielne konstruowanie obudowy poddasza, poszły w ruch ołówek i miarka, ukośnica, wiertarka i wkrętarka. Roboty z tym jeszcze dużo, ale do wiosny powinnyśmy zdążyć.
Dzisiaj zaś odzyskiwałyśmy pracowicie stare płyty, które nam dawno temu znajomi sprezentowali czyszcząc swój gospodarski śmietnik, aby teraz przyciąć je odpowiednio na półki. Przesiadywanie przy komputerze zaczyna mnie męczyć i czuję to zwyczajnie w mięśniach, zwłaszcza skurczonym godzinami brzuchu. Zatem zmieniłam dietę na lżejszą i więcej razy ćwiczę Qiqong, aby mięśnie i krążenie pobudzić. Co rano wyskakując zaraz po ablucjach na taras albo na dwór i kłaniając się i machając rękami ku Gospodzinowi jednocześnie na niebie i w sercu przebywającemu.

Ponieważ pewne dawne pisaniowe zatrudnienia są już ku końcowi, a dalej nie wiem co będzie, nieśmiało przymierzam się do opanowania wizualnej strony internetu. Pierwszym krokiem było założenie konta na You Tube dla Kresowej Zagrody. Udało się, zabawa trwa. Niniejszym podsyłam pierwszy, inaugurujący je filmik. W tle słychać trąbkę szarej gąski Pulcherii.


Poza tym czytam, myślę, rozważam, otwieram się na nowe koncepcje filozoficzne. Przechodzę tzw. w klasycznej astrologii "rok klimakteryczny" (to taki, który się dzieli przez 7), który dawno temu traktowano jako próg życia i śmierci. Dokładnie w tym roku życia zmarł Mój Mistrz, oraz moja mama, zatem mam co brać pod uwagę, bo takie rzeczy się kodują w podświadomości. Jednym słowem, aby nie umrzeć, trza mi urodzić się na nowo! Nie przelewki.

Ten sam filmik z dodatkiem, na dowód, że robię postępy. To tak walentynkowo, choć z lekkim opóźnieniem.:)
 

31 stycznia 2024

Krótka trzustka

Śniegi już oczywiście schodzą, bo po wczesnej zimie przyszło wczesne przedwiośnie. Ponoć iluzyjne, ale jak na razie internetowe meteo niczym nie straszy. Spełniła się przepowiednia znajomego masarza, który patrosząc tuszkę zauważył jeszcze wczesną jesienią: "Krótka trzustka, krótka zima". Warto zapamiętać, bo to wtajemniczenie jeszcze etruskich haruspików, wróżących z wnętrzności zwierząt ofiarnych. 

Kozom też się wiosna przypomniała, a jakże.
Zaczęły się wykoty. Matkom nabrzmiały cyce.

Jak na razie wsio myszouchy. Po puszkinowskim tacie. Czyli rasa bezucha (bezuszna), jakby ktoś nie zrozumiał. Już wychodzą na spacery.


Powyżej Kafcia z mlekiem, jak na razie jedyna ze zwykłymi uszami, po mamie.


A to jej brat bliźniak. Czarny Książę.

12 września 2023

Obfitość

Noce stały się chłodne, temperatura spada do 11 i 10 stopni, dzięki czemu nawet upalne dnie, coraz krótsze z końcem lata zrobiły się do zniesienia. A dom jest cały czas mile i z równowagą dzienno-nocną wychłodzony, i mogę spokojnie gotować na płycie, paląc "za darmochę" chrustem i ogrzewać tak wodę w bojlerze.

Anna spędza większość dnia na dworze, w swoim ukochanym ogrodzie, który dopieszcza, zmienia, projektuje w głowie na przyszłość, z dumą znosząc codziennie jakieś zbiory. Cukinię, patisony, marchew, buraczki, koktajlowe pomidory, fasolnik, paprykę, czy pierwsze w tym roku dynie (o, właśnie, zaliczyłyśmy już pożarcie pierwszej dyni Hokkaido!). Wszystko to muszę zagospodarowywać. Nadmiar cukinii czy liściastych sałat, rukoli, kapust i rzodkiewek nie jest kłopotem, bo dzięki niemu kozy mają pyszne jedzenie i robią z niego dla nas mleko, przemieniane moimi rękami w sery, twaróg i jogurt, czyli czyste białko. Które daje się krócej lub dłużej przechowywać.


Wszelkie odpady warzywne, jak nać marchwi czy buraków zasila także brzuchy drobiu, który chętnie obdarowuje nas w zamian jajami. Stąd więc nasza dieta jest teraz bardziej warzywna niż w innych porach roku i składa się z wielości jarzyn różnych gatunków i smaków, gotowanych i pieczonych, surowych i kwaszonych, z dodatkiem serowym lub jajecznym.

Ruja niby się odbyła, ale ponieważ pewności nie ma, że wszystkie przeznaczone na rozmnożenie kozy skutecznie "zaszły" czekamy na ewentualną powtórkę z rozrywki (która powinna nadejść w odległości dwóch tygodni po pierwszej rui). Wraz z bohaterem wydarzeń, kozłem Myszkinem. 

3 lipca 2023

Piękny potwór a natura

Pogoda jak to przy pełni, niepewna. Trochę wiatru, trochę chmur, trochę rosy i dżdżu, trochę słońca.
Trwają prace przy konstruowaniu kurzego traktora. Trzeba było kupić siatkę wolierową, taką, owaką. Przeszukać zakamarki w szopce i wyciągnąć deski, beleczki i resztki płyt z różnych budów zdatne do konstrukcji. Anna docięła je pod wybrany wymiar i przy pomocy pomagiera złożyła w całość, umocniła, ze mną zaś naciągnęła i docięła siatkę, teraz stanęło jeszcze na drzwiczkach do tego ustrojstwa. Praca delikatna, wymagająca skupienia i odporności na stres. 
Dlatego nasze dwa wylęgi kaczo-indyczo-perlicze wciąż wychodzą na zmianę do zagródki, jedynej zabezpieczonej szczelnie od zewnątrz i od góry specjalną siateczką. Do tego przedwczoraj pojawił się na świecie trzeci lęg. Już prawie uznany za nieudany eksperyment.
Kurza kwoka wysiedziała 9 jaj od Halinki i wylęgła 9 indycząt. Żwawych i silnych.  Kolejny problem logistyczny do pokonania. Póki co próbujemy te dodatkowe dzieci sprzedać. O ile jednak na początku sezonu jaja i małe indyczęta szły od ręki, to teraz nikt nie odpowiada na ogłoszenie. Trudno, jakoś będziemy je chować i czekać na klienta. Szkopuł w tym, że kwoka ma w zwyczaju szybko, już po miesiącu czy tak jakoś, ledwo odchowane kurczęta odpychać od siebie i porzucać. Co dla indycząt jest zgrozą. Indyczka bowiem prowadza je i chroni troskliwie prawie do dorosłości.

Poza tym zaczynają się z wolna zbiory ogórków. Te poniżej na obrazku poszły wszystkie już na drugą porcję małosolnych. Ponoć rakotwórcze, jak ogłosił urząd europejski od zdrowia (czy raczej chorób), ale jak sądzę dotyczyć to może w istocie ogórków zachodnich, z dużych gospodarstw, gdzie podlewa się szklarniowe uprawy wodą z gnojowicy. Mieszkańcy Niemiec od lat już narzekają na brak smaku w jarzynach, znajoma mówiła, że wszystko tam smakuje jednakowo, tylko wygląda inaczej. Dlatego polskim jedzeniem była zachwycona. A rozmawiałam z nią na ten temat już prawie 20 lat temu.
Pamiętacie historię sprzed kilku lat, gdy w Niemczech zmarło trochę ludzi w wyniku zjedzenia surowych ogórków? Całą sprawę wyciszono skutecznie, ale rolnicy wymieniali się uwagami właśnie na temat owego nawożenia i podlewania substancjami pochodnymi od zwierząt karmionych wiadomo jak w chowie zamkniętym. Najwyraźniej problem się nawarstwia, ziemie jałowieją, użyźniane sztucznie lub takim to pseudo-naturalnym cudem biotechnologii.
Mój mistrz Michał wieszczył, że ogromne połacie pól zostaną porzucone jako ugory, z powodu "pięknego potwora, którego zrodzi ziemia". Jak sądzę miał na myśli także uprawę roślin modyfikowanych, pięknych i dorodnych z wyglądu. Ale dobrze, dobrze, wierzcie nie wierzcie, zamknijcie oczy i uszy. My osobiście na razie nie boimy się rakotwórczego kiszonego ogórka, bo wszystko uprawiamy w zgodzie z Matką Naturą. Ale mieszczuchy niech lepiej baczą, co i od kogo kupują w tej materii, bo i do Polski zaraza produkcji zmechanizowanej przyszła, jedynie ma mniej lat.


I dla urozmaicenia i uspokojenia tematu trochę innej natury wrzucam. Glina, ceramika, wzorek z przyrody wzięty, mydelniczka pod mydełko domowej roboty (jakby ktoś pytał). Prosto z pieca wyjęta.

25 czerwca 2023

Owocowy deser

Lato przeszło przez próg równonocy, zamieszało z sianokosami, ale doroczne sprężenie sił i muskułów odbyło się bezawaryjnie i z dobrym skutkiem. Stado ma już zapas siana na zimę pod dachem, można zająć się na spokojnie innymi pracami i zadaniami do wykonania. Już bez napięcia i stresu.

Ni stąd ni zowąd, po rzodkiewkach i truskawkach pojawiły się kolejne owoce.

Tak, świdośliwa. Krzaczek posadzony kilka lat temu już w zeszłym roku owocował, a w tym obsypał się jeszcze obficiej. Owoce, nader podobne do jagody kamczackiej czy amerykańskiej, są smaczne, i najsmaczniejsze z dodatkiem koziego jogurtu. Deser znika w okamgnieniu. Tak, już rosną inne krzaczki i w następnych latach powinno ich być więcej.

Padające ostatnio deszcze, chwilami obfite, choć niezbyt uporczywe, wsparły rośliny posadzone i posiane w wałach obornikowych. Oto jak się ma "dziwna kapustka", same nie wiemy co to z tego wyrośnie, ot, eksperyment ogrodniczy. Słomiany obornik ma to do siebie, że wchłania wodę i oddaje ją powoli w okresie suszy, zatem wspiera roślinę w trudniejszy czas, i ogrodnika również, bo podlewanie nie jest długo wymagane (chyba, żeby jednak susza była permanentna, co zawsze może się zdarzyć). Podobnie rosnące dynie również ruszyły z kopyta. 

Poza roślinami hodujemy także inne dobra. Już dwa lęgi mam na dokarmianiu, codzienna praca i dbałość, bo maleństwa trzeba karmić co dwie-trzy godziny, tudzież zmieniać im wodę na świeżą. Oto jeden z nich, starszy. Kaczuszki, a pośród nich trzy perliczęta. Wszystko prowadzane troskliwie przez nianię indyczkę.

Trafiły dzisiaj do specjalnej zagródki, w czas słoneczny i przyjazny. Pierwsze przeżycia strachu i szoku mają już za sobą i zaczynają się oswajać ze świeżym powietrzem, ciepłym i suchym podłożem piaskowym i szeroko widocznym otoczeniem. 

20 czerwca 2023

Wilgotno

Zrobiło się wilgotno. Pogoda ciepła, ale w większości pochmurna i parna. Nocami lub w dzień pada deszcz, chwilami bardzo ulewny. Wieczory i ranki we mgle unoszącej się nad pastwiskiem. W sumie nie narzekałybyśmy na to, bo uprawy zaczęły rosnąć i nie trzeba grządek podlewać, dynie ruszyły pięknie, nawet w ogrodzie permakulturowym, gdzie żadnego podlewania ręcznego nie ma z racji odległości od wodociągu. Ale siano leży na łące, skoszone. Słaba nadzieja, że uda się je zebrać. Anna czeka na jeden dzień pogody, aby pojechać obracarką i zwałować to co jest, a w razie dalszej wilgoci, po prostu zwiezie się co się da i trawa pójdzie na podściółkę. Wtedy trzeba szukać łąki do skoszenia, aby jednak zebrać zapasy dla zwierząt na zimę. Takie to letnie stresy rolnicze są.

Póki co różne prace idą do przodu. Trzeba było naprawić połamane pod ciężarem obornika dechy z fury, udało się dzięki pomocy nowego pomagiera. Także kurier przywiózł zakupioną internetowo siatkę ogrodzeniową i zagródka dla piskląt została dokończona. Oraz udało się zmienić dętkę w obracarce.

Pracowicie związałam sznurki snopowiązałkowe przez dwa popołudnia i Anna podwiązała już pomidory i ogórki w dużym tunelu, z dumą też przyniosła do domu dwie wyrwane próbnie z grządki marchewki, całkiem spore i o tyle ważne, że do tej pory marchew i pietruszka w ogóle się u nas nie udawały. Zatem pierwszy to sukces. Kalarepki trzeba zjeść, bo wpadły do tunelu koziołki i zeżarły im liście. Służą zatem za warzywo rosołowe. Zjadłyśmy także ostatnie truskawki. Cebula zaczyna nabierać kształtów i aż żal, że więcej nie posadziłyśmy, bo apetyt na nią i szczypior jest znaczny.

Indyczka z zespołem kaczo-perliczym zamieszkała w kurniku. Drugi wylęg, indycząt z dwiema kaczuszkami na razie grzeje się i jest dokarmiany w pudle pod lampą-kwoką w kuchni. Indyczka-matka jest na dzień oszukiwana podkładaniem niewylężonego jaja, które pilnie wysiaduje. Przez kilka dni taka sztuczka się udaje, bo dostaje dzieci na noc do gniazda. Kiedy się wzmocnią, dobrze wygrzane i nakarmione zaczną samodzielne życie pod jej opieką.

I tyle nowin. Wygląda na to, że mój odczyt tegorocznego horoskopu światowego odnośnie pogody, że będzie mokre lato i później miał coś z prawdy w sobie. 

8 czerwca 2023

Kamyki pod nogi i górnolotny zapach

Jak na razie i jak zazwyczaj o tej porze roku wydarzenia uczą nas pracowitej pokory i cierpliwości. Nie! nic strasznego, ot, przeszkody i kamyczki od losu pod nogami do przeskoczenia. Sianokosy niepewne.
Po pierwsze i najważniejsze kilka dni temu nagle padł samochód. Szczęśliwie jednak (dobre duchy mają nas w opiece) Anna wróciła nim z łąki do domu i zatrzymał się tuż przed bramą. Miał kłopot z odpaleniem już na łące, ale dał się namówić i dowiózł właścicielkę na miejsce. Ponieważ nie dałam rady pchnąć go pod górkę, parkował pod bramą przy drodze dwie noce. Miejscowy warsztat okazał się "obłożony" aż do 26 dnia tego miesiąca, co okazało się datą horrendalnie daleką zważywszy sprawy pilne do wykonania, które nas czekają. Na szczęście pewien mechanik z polecenia, rozwijający biznes niedaleko Hajnówki, przyjechał na wezwanie osobiście, zajrzał pod maskę, odpowietrzył silnik i auto odpaliło. Może dojedzie na dniach do warsztatu samo.

Tym samym trzeba odwołać sianokosy, przynajmniej w najbliższym terminie. Jarmark też stoi pod znakiem zapytania. Poza tym zgrabiarka do siana okazała się mieć znowu kapcia na tym samym kole co poprzednio, i trzeba je najpierw wymienić. Zaangażowało się już w sprawę dwóch ludzi. No, i trzeba było kupić nową dętkę.

Poza tym przyszedł przymrozek i jednej nocy zwarzył większość kiełkujących już pięknie dyń i nieco pomidorów posadzonych w gruncie. Tym tunelowym nic się nie stało. Wysiałyśmy drugi raz dynie. Te posiane pod laskiem nie rokują dobrze, bo na początek przyszła susza, a potem przymrozek. Jeśli wykiełkują będzie cud.
Na szczęście po drugim siewie przyszła burza - wbrew wcześniejszym zapewnieniom sztucznego proroka - i deszcz zlał pięknie grządki i pastwisko. Padał też nocą. Wróciło nieco nadziei.

Pierwszy wylęg piskląt sprzedał się, teraz pojawił się drugi. Tym razem 3 perliczęta i 7 kaczuszek. Na razie grzeją się w pudle pod lampą kwoką, czekając na spokojny słoneczny dzień oraz kuriera ze specjalną siatką ogrodzeniową dla nich, aby można było je wystawić na zewnątrz z przyszywaną matką. Z lampą też był kłopot, bo gdy przyszło co do czego okazało się, że dotychczasowa znikła, prawdopodobnie spaliła się, Anna ją wyrzuciła i zapomniała o tym fakcie na śmierć. Trzeba było ratować się zwykłą żółtą żarówką i zamawiać nową lampę przez internet. A więc kolejna zwłoka.

Na ostatnich kilku jajach indyczych zniesionych przez Halinkę zasiadła kwoka, która już od ponad tygodnia wysiadywała na pusto w kurniku, blokując gniazdo nioskom. 

Pomidory już podwiązane. Ogórki rosną żwawo i niedługo trzeba będzie i dla nich robić podpory. Żeby nie było nudno wiążę popołudniami używane sznurki z ciuków, które posłużą jeszcze do dalszego podwiązywania. Taki recykling. I ćwiczenie medytacyjne.

Od jakiegoś czasu kwitną robinie akacjowe nad domem. Od rana do wieczora towarzyszy nam na dworze miły brzęk zbierających nektar owadów w chmurze upajającego zapachu. Tymczasem sąsiad już zrobił pierwsze miodobranie. Miód z kwiatów śliwy. Jasny, słodki, gęsty, mniam.

Wieczorami czytam książki. Unowocześniłam się i przekonałam do czytnika. Anna sprezentowała mi swój stary i tak oto jak przed laty wracam do bycia molem książkowym, jakim od dziecka byłam. W necie daje się znaleźć wiele interesujących mnie tytułów. Choć czasem jeszcze kupuję papierowe egzemplarze, głównie są to podręczniki do astrologii, językoznawstwa lub stare teksty opatrzone setkami przypisów i komentarzy, które na czytniku słabo się prezentują i nie dają swobodnie używać. 

1 czerwca 2023

Był maj...

Komary ustępują muchom. Rozwija się w szybkim tempie susza. Anna planuje sianokosy.

Maj przyniósł: naprawę ogrodzenia na pastwisku, wymianę słupków na nowe, podpory dla starych. System nawadniania w długim tunelu zamontowany. Postawiony dodatkowy tunelik koło koziarni dla zbytnio rozmnożonych sadzonek pomidorów. Grządki zewnętrzne wszystkie obsiane i nasadzone dynią, cukinią, pomidorami, papryką, fasolką i co tam jeszcze Bozia dała. Ponadto wreszcie zostały zawieszone okiennice przy dwóch oknach południowych pod tarasem.
Plonowały pięknie i skończyły się rzodkiewki, szpinak i sałata.


Grządka przed nakryciem włókniną. W celach ochronnych przed drapieżnymi kurami. Sposób się sprawdza od lat.


Fioletowa mizuna.


Chwila relaksu pomiędzy.


To powyżej w skrzynkach już posadzone na grządkach.

Dziś klują się indyczęta.

13 marca 2023

Mikro w makro

Dokarmianie weszło w fazę rutynową. Pierwsze dni za nami. W trzecim dniu jedno najsłabsze koźlę zdechło, trudno, nie miało mu się na życie, wykot trwał zbyt długo. I tak wynik jest dobry i w zgodzie z normą. Naturalne padnięcia się zdarzają, u nas trafiają się co jakiś czas, a bywa że są lata bez tego, więc nie narzekamy. I Bogu i naturze dziękujemy za sprzyjanie.

Podrzucam zdjęcia dzisiaj zrobione, w chwili bardziej słonecznej niż zachmurzonej. Dzieciaki wyszły na spacer do sieni. Nie są to wszystkie z nich, ale połowa.


Ten czarny na głównym planie to Bombel, szefuńcio. Z tej racji, że urodził się pierwszy i jedynak w dodatku, teraz jest prowodyrem gromadki. I już tak zostanie. Ten z boku raby jak cielaczek, istna cielęcinka, zowie się oczywiście Łatek, i należy do najmłodszych. 

Koźlątka, zresztą jak i wszystkie zwierzęce dzieci, ledwie staną na nogi nabierają wigoru, ciekawości i we wszystkim naśladują dorosłych. Tworzą też ze sobą mikro-stado wewnętrzne, w którym panują prawa obowiązujące w stadzie zewnętrznym , dorosłym. Tak, że matka szefa takiego stadka wzrasta w hierarchii. W tym roku awans trafił się najmłodszej Inez, czyli Nesce, Kawusi.


Maluchy trudno uchwycić aparatem, tak są ruchliwe. Stąd zdjęcia niewydarzone i nieupozowane. Ledwie naciśniesz przycisk, a one już w innej pozycji śmigają. Bombel oczywiście pomaszerował samodzielnie do kurnika, eksplorować nowe przestrzenie. A za nim reszta brzdąców, trzeba było wyłapywać.

12 marca 2023

Nie sztuka

Pogoda bura i mglista, teraz zaczął wiatr nawiewać chmury i rozganiać je, więc mamy marcowy garniec ze słońcem i śniegiem na zmianę.

Od 6 marca czyli od pełni księżycowej przez kilka dni trwały wykoty. Nie były na szczęście trudne i nawet Flora zdołała sama przyprowadzić trójkę. Ostatnie wyskoczyło z niej po kilku godzinach i jest nieco słabowite, chwiejne, trzeba je dokarmiać i stawiać na nóżki. Stać stoi, ale boi się zrobić krok do przodu, bo łatwo się przewraca. Przymuliło go i może się rozejdzie, mam nadzieję. Robię mu masaże i ćwiczę stanie na własnych nogach.
Ponadto Mikusi zrobiło się zapalenie jednego strzyka. Zdojenie go było trudnym doświadczeniem, bo koza kopała i wyrywała się z bólu. Dostała zastrzyk przeciwzapalny i obserwujemy. Jej dzieciaki ciągną mleko ze zdrowego strzyka. Doimy ile się da z resztek inne matki i uzbieranym mlekiem dokarmiamy głodomory z butelki. Najgorsze są pierwsze dni, dzieciaki bowiem potrzebują wzmocnienia i uwagi. Z doświadczenia wiem, że jeśli nawet słabowite koźlę przeżyje trzy dni na wspomaganiu, to potem zaczyna być lepiej. Choć bywały wyjątki. Wiadomo, zależy.

Zatem w kuchni wyszły z całorocznego ukrycia strzykawki, smoczki, butelka, glukoza i podgrzewanie.

9 października 2022

Grzyby, ceny, porządki

Niedawno pojawiły się wreszcie grzyby, głównie maślaki, z rzadka kurki, prawdziwki to tylko na zdjęciach fejsbókowych niektórych szczęściarzy można podziwiać. Bywają też zielonki, co zapowiada doroczny "koniec grzybów". Czyli nie ma co liczyć na uzupełnienie zapasów suszu. Nawet zajączków, czyli podgrzybków nie uświadczysz.
Anna wybrała się jednego popołudnia w las za domem, nazbierała wiadereczko maślaków, nad którym biedziłam się całe kolejne popołudnie. Część trafiła na patelnię do obiadu, garść do leczo następnego dnia, a resztę zapakowałam do dwóch słoiczków i zalałam zaprawą octową, będą na później. Również kani jest wysyp w naszym sadzie, na pastwisku i niekiedy przyrządzam sławny kotlet.

Ostatnie pomidory z tunelu, ostatnie jabłka, antonówki. Przerabiam je na mus. Pomidory na pastę do pizzy. Ostatnie maleńkie dyńki w ogródku przy domu, seler naciowy na susz. Układamy także porżniętą gałęziówkę pod daszkami, gdzie się da, aby nie mokła. 

W Biedrze uzupełniamy zapas cukru, bo zeszłoroczny wyszedł. Przydał się w czasie nagłej cukrowej zwyżki cen. Nie liczę na ich spadek. Pozory mylą. To się już nie stanie. Sklep zresztą stosuje chwyty zachęcające do kupowania, dając rabat 15 złotych za zakupy powyżej 100. W przeliczeniu na uchwyt cukru obniża to jego cenę około złotówki, z 6 na 5. W gospodarstwie to ważny konserwant i raczej nie należy zdawać się na przypadek, gdy jest wysyp owoców. Nawet gdy pszczelarstwo padło i nie trzeba owadów dokarmiać.

W komisie meblowym w sąsiednim powiecie kupiłyśmy duży drewniany stół na taras. Udało się go samodzielnie załadować na pakę (nieco wystawał, ale kulturalnie), umocować, przywieźć, wyciągnąć i ustawić. Taras wymaga jeszcze sporo porządkowania, co wymaga wolnego czasu. W miarę postępu jesieni będzie go więcej, więc trwam w spokoju.

Jedna drewutnia, najstarsza, zbutwiała już zupełnie i wymaga postawienia od nowa. Tej zimy trzeba będzie wybrać z jej obrębu zalegające tam drewno (o ile śnieg go nie zasypie), a w przyszłym sezonie będziemy znów bawić się w budowlańców.

Poza tym ważne: obecna pełnia księżycowa na niebie przekonała jednak kozy do dorocznego święta miłości. Dwa dni wcześniej zaczęła ruję jedna koza, teraz już wszystkie merdają ogonkami. Trwają zaloty.

I tyle nowin gospodarskich.

16 czerwca 2022

Furowanie

Popadało, choć wcale nie tak strasznie, jak zapowiadały prognozy meteo. Roślinki zadowolone. Akacje przekwitły, ścieląc drogę pod sobą białymi płatkami. Intensywne zapachy i bzyczenie owadów przy pobieraniu nektaru skończyło się na rzecz śpiewów przeróżnych ptaków w gęstwinie i oblotów kolorowych motyli.

Ostatni wylęg indycząt utknął ze sprzedażą. Karmię i chucham na gromadkę, która mieszka z indyczką w stodółce. 

Anna zaś zwozi naskładane wcześniej drewno z działki leśnej opodal. Jedna fura dziennie, załadować i rozładować. Starczy roboty.

30 maja 2022

Koniec maja

Po suszy nadeszły deszcze. U nas na wiosce, przez meliorację przed laty pozbawionej naturalnego wodnego wzmocnienia, a pobudowanej na leśnych piaskach, to łaska boska dla schnących szybko łąk i ogródków działkowych. Coraz zresztą mniej licznych nawet na wsi, bo mało komu się chce w ziemi grzebać, gdy można do Biedry, Lewiatana czy innego zbiorowego potwora marketowego skoczyć i za grosz kupić sobie konserwowane jedzonko w pięknym, kuszącym oko opakowaniu. Słychać jednak, że na wioskach "mokrzejszych" od naszej ludzie już narzekają na nadmiar wilgoci i komary.
Jeśli ktoś u nas narzeka, to kozy, które w ulewny czas muszą siedzieć pod dachem, a siano już im nie w smak.

Z wydarzeń, to odbyły się szczęśliwie dwa lęgi indycze, wszystkie jaja okazały się zalężone i dzieci żwawe. Od razu bez zwłoki wykupione. W narodzie jeszcze duch ostrożności czuwa i jak ktoś pracy się nie boi to inwestuje w drobną hodowlę i działkę przywraca do użyteczności. Mam wciąż nadzieję, że się nie damy czającemu się w krzakach powrotowi komuny w nowoczesnej odsłonie!

Klon znowu się nadłamał podczas porywów wiatru, tym razem konar upadł na wóz stojący pod drzewem. Na szczęście nie był tak wielki i ciężki jak poprzednie i obyło się bez uszkodzenia. Anna wsiadła na Władka Turowicza i miała okazję wykazać się precyzją niedawno upieczonej traktorzystki, podjeżdżając tyłem do woza. Ja zaczepiłam go sprytnie i tak został wydobyty z miejsca zaparkowania, z którego ręcznie może trzy silne osoby by go wypchnęły, a może nie. W sumie od początku roku klon dał sporą ilość drewna opałowego, które pocięte już piłą układamy pod daszkiem na następną zimę.

Zmieniamy także meble w kuchni, przygotowując się do gruntownego remontu instalacji różnego rodzaju i unowocześnień. 

W tunelu zaś sadzonki przyjęły się i rosną. Z nowych zbiorów sami popatrzcie co się dało zyskać.

15 lutego 2022

Słońce

Przyszły słoneczne dni, spadło trochę śniegu, co sprawia, że światła w dzień wydaje się jakby więcej. W nocy zresztą też z racji księżyca w pełni i czystego wyżowego nieba. Mimo kilku stopni poniżej zera zaktywizowało to zwierzęta. Kozy w południe wychodzą z dzieciarnią na gumno, gdzie obgryzają w swoim dorosłym gronie gałęzie sosnowe przywiezione z lasu. A młodzież rozkręca się.