Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mięso. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mięso. Pokaż wszystkie posty

22 maja 2024

Doświadczanie kuchenne i różne inne

 

Przez dwa ostatnie dni pojawiły się pierwsze majowe, nader skąpe deszcze przy okazji burzowych lekkich manifestacji. Upał z dnia na dzień wzrasta, słońce stoi w dzień wysoko. Nad chatą kwitną akacje i od rana huczą radośnie pszczoły z pasieki sąsiada. Znak Bliźniąt zesłał też od razu owady w większej i aktywniejszej gromadzie (nie tylko meszki i komary, jak dotąd), motyle różnych barw, uaktywniły się pszczoły.

Jaskółki szaleją nad obejściem wyłapując pracowicie swój pokarm, acz wyprowadziły się z jakiegoś względu od nas i przeniosły do sąsiedztwa. Ale terytorium łowieckie jak widać zachowały.
Codziennie ratuję życie topiącemu się w ptasim poidle szerszeniowi. Suszy skrzydełka z boku, po czym odlatuje, gniazdując samotnie gdzieś pod dachem budynku gospodarczego. Samotniki nie są groźne i kąsają tylko przyciśnięte do muru. Zaczynają się też, niestety, muchy, acz najgorsze jak co roku dopiero przed nami.
Anna ogląda łąkę planując sianokosy. Nowy akumulator do władka zakupiony. Stary padł w zimę. Tymczasem udało się ściąć przy pomocy złapanego okazyjnie Andriuszy uschłą jabłoń w sadzie. Drewna mamy na 2 lata do przodu i w tym roku po prostu tylko porządkujemy to co jest i samo przybywa.
Słońce dzienne pozwala korzystać z darmowego prądu, więc eksperymentuję w kuchni, potrawy przyrządzając głównie na kuchence elektrycznej. W ten sposób palę pod płytą tylko wtedy, gdy ktoś chce się wykąpać, czyli co kilka dni. Dzięki temu w mieszkaniu panuje przyjemny chłodek w ten ciepły czas.

Jakie eksperymenty? Ano rozpracowuję przetwory mięsne w słoikach. Tak naprawdę nigdy tego dotąd nie robiłam, więc muszę wypróbować różne przepisy, aby dojść do swojego smaku. Zresztą ogół przepisów dotyczy przede wszystkim wieprzowiny, czasem kurczaków czy indyczyzny, a nasz asortyment nieco jest inny. Każdy rodzaj mięs zaś wymaga swoich przypraw i nieco innego potraktowania ogólnego.
Jak na razie wypadło zgrabnie, acz były mankamenty, które teraz będę poprawiać. Nim zabiorę się za większe ilości i tyndalizację.

Stado kaczek i częściowo indyków zostało wybite, udało się wygrać wyścig z lisem po stracie trzech kur i kaczora. Zaatakowany został także naczelny indor i już na nim kreskę położyłyśmy, bo tylko garść piór po nim została na drodze przed bramą i rozkrzyczana ze strachu gromadka reszty indyków. Psy pognały w las za tropem złodzieja, a mnie zastanowiło, że brak krwawych śladów czy ciała ofiary w pobliżu. Z doświadczenia bowiem wiem, że lis indora nie udźwignie w zębach, musi go wlec pracowicie i w spokoju do kryjówki, dzięki czemu udawało nam się w innych latach takie stracone sztuki odnaleźć w polu czy na pastwisku. Tutaj został spłoszony dość szybko, tymczasem wielkiego samca ni widu ni słychu. Szukałyśmy same i potem z psami w okolicznym lasku, krzakach i w ogródku, bez rezultatu. Anna dostała nawet ze zdenerwowania bólu serca i musiała walerianę zażyć. 
Tymczasem raniutko, skoro świt przywitało ją znajome gulganie na podwórku... Indor przetrwał noc gdzieś w lesie, po prostu w szoku skrył się przed drapieżnikiem tak skutecznie i cicho, żeśmy go nie mogły znaleźć. Miał kreskę nad sobą, a w ten sposób z tej naszej radości na razie mu się upiekło.

Nadto co kilka dni warzę ze świeżego twarogu koziego sernik. Doszłam, że przepis na sernik gotowany jest najlepszy i najwygodniejszy do wykonywania w stałych porach, nie wymaga wypiekania spodu. W ten sposób zagospodarowujemy twaróg, który jest pyszny, ale nie ma na niego klientów z racji choćby dużo wyższej ceny niż twaróg z mleka krowiego. Do którego wszyscy są przyzwyczajeni i łatwo go dostać.
Oczywiście zmniejszyłam ilość cukru i robię według swoich proporcji, bo ogólnodostępne przepisy na wszelkie ciasta i słodycze są niemożebnie przesłodzone, wprost nie do zjedzenia. Aż mnie zęby bolą na samo wspomnienie i zgaga się odzywa (na szczęście tylko w pamięci).

Sernik jest przepyszny i znika w ciągu 2 dni. Czasem trzech, gdy nakazuję wstrzemięźliwość, bo są akurat inne rarytasy do spożycia.

Zapisuję tu swoje proporcje, aby nie zapomnieć doświadczenia na później. Zatem...

Sernik gotowany w polewie kakaowej

(bez glutenu)

Składniki:
55-65 dag świeżego twarogu koziego domowej roboty (oczywiście może być też krowi, ale nie mam)
1/2 kostki masła
1 paczuszka budyniu waniliowego lub śmietankowego i opcjonalnie kilka łyżek mleka do jego rozmieszania
2 duże jaja, gęsie, indycze lub kacze (kurzych dałabym 3)
4 czubate łyżki cukru, w tym łyżka cukru waniliowego (niekoniecznie, bo wcale tej wanilii nie czuć i właściwie szkoda zachodu)
Duża garść rodzynek i nieco mniejsza pokrojonych na drobno daktyli

Można dorzucić co się lubi jeszcze, np. figi, orzechy, pestki dyni, wiórki kokosowe, co się ma i lubi.

Przyrządzanie:
Składniki mieszamy w płaskim garnku na małym ogniu, stopniowo rozpuszczając i mieszając stale, aby nie przywarły. Gdy już całość się zespoli w jedność pozwalamy jej pobulgotać kilka minut (ok. 5), ale mieszając co chwila.

Wtedy zestawić garnek z ognia i dosypać słodki wkład rodzynkowy, wymieszać i przelać wszystko do foremki, w której ma ostygnąć i nabrać twardego kształtu. Po wstępnym wystygnięciu najlepiej wstawić do lodówki, co przyspiesza proces.

Gdy już się ów proces po kilku godzinach dokonał wykładamy sernik z formy na talerz i zabieramy się do przyrządzenia polewy. Co do niej ciągle się uczę. Wciąż pojawiały się jakieś niedoróbki, więc skonsultowałam się z koleżanką mistrzynią od wypieków wszelakich. I już wiem, że trzeba dbać o niską temperaturę, bo w zbyt gorącej kakao oddziela się od masła tworząc nieładne grudki. Mleko zaś nie może być zimne. I stale mieszać, aż do uzyskania litej masy.

Składniki polewy: masło, mleko, cukier, kakao, proporcje do wybranej ilości są jeszcze w rozpracowywaniu i próbowaniu, dlatego nie podaję szczegółów. W praktyce używam po 3 łyżeczki wszystkiego, czubate (oprócz mleka, które czubka nie osiągnie).
Po jej wylaniu na sernik można całość posypać dodatkowo wiórkami kokosowymi. W ten sposób uzupełniamy owe niebywałe ilości cukru, z których zrezygnowaliśmy dla własnego zdrowia i urody, naturalną i zdrową słodyczą.

Dla ułatwienia można po prostu rozpuścić kilka tafelków czekolady i poradzić sobie tym sposobem.

Nie obżerać się, bo ser twarogowy to 100 procent białka, i po dłuższej chwili od zjedzenia jest się sytym i pełnym po uszy. I to bez nadmiaru cukru.

Najlepiej zagotować masę około południa, ma wtedy czas do wieczora dobrze zastygnąć, a polewa to już prędki pikuś. 

Sernik moim zdaniem zdobywa najlepszy smak po 2 dniach, ale rzadko udaje nam się tyle wytrwać. 

6 listopada 2023

Jesień już

Trochę się pozmieniało, ale wypadki szybko ogarniamy. Takie to już gwiazdy na niebie w ostatnim czasie, dużo opozycji planet w znaku Skorpiona i Byka. W samo zaćmienie Księżyca padł mi komputer. Szczęściem w nieszczęściu zdołałam spisać swoje pliki, spodziewając się niespodziewanego. I po kilku dniach zostałam właścicielką nowszego modelu. 

Było też kiełbasienie domowe i ukręciłyśmy 8 kg wyjątkowo pysznej kiełbasy w ciągu pewnego jednego dnia. Trzeba też było kupić nową zamrażarkę (stara chodzi, a jakże, ale zawsze lepiej mieć zapas, niż nie mieć w razie awarii), gdzie oprócz kiełbasy i mięsa z tegorocznych kaczek zamrażam jeszcze mleko i sery twarogowe. Bo kozy zaczęły już ograniczać mleczność, są dojone tylko rano, niektóre co dwa dni. Zatem starcza na jogurt i twaróg, które robię co 3 dni.

Ponadto przy zmianie miesięcy tuż przed pełnią był wysyp grzybów, Anna prawie nie wychodziła z lasu, wpadła w szał grzybobrania. Takich jak poniżej pełnych kubełków przyniosła niezliczoną ilość.

Suszarka chodziła na okrągło, oraz siatka pełna grzybów stała nad rozpaloną płytą. Wyszło z tego sama nie wiem ile słoików suszu. Codziennie grzyby królowały na stole, w rodzaju zupy grzybowej, sosu czy smażonki. Do tego ponad 10 słoików zamarynowanych w domowym occie powędrowało do piwniczki.

Pogoda po pełni szybko zrobiła się typowo listopadowa, deszczy, mży i mgli. Poranki są mocno chłodne. Acz wciąż starcza nam palenie jedynie pod kuchnią przez kilka godzin południowych, aby ogrzać połowę domu, gdzie zimujemy. W ogrodzie są jeszcze resztki zielonych upraw i poplon. A przy płocie taka wielka stepowa trawa nam wyrosła.

13 czerwca 2023

Kłopotowo

Wstałam w kwaśnym nastroju. Był to dzień wyznaczony na kolejną wizytę u stomatologa, tymczasem samochód, choć odpalony wstępnie i zagarażowany, miał na dziś umówioną wizytę w warsztacie. Mógł w każdej chwili stanąć w drodze i laweta brana była pod uwagę w razie takiego wypadku. Rozważałam przełożenie wizyty na za tydzień, ale czekanie jeszcze tyle dni wydawało mi się okropieństwem.

Udało mi się tym kwasem (ząb pobolewał mnie w nocy, zapewne przed zmianą pogody) sprawić, że Anna zdecydowała się zaryzykować.
- Podwiozę cię do gabinetu, jeśli się uda wrócimy, jeśli nie, przyjdziemy pieszo i wtedy wezwę lawetę.

Ruszyłyśmy na kwadrans przed wyznaczoną godziną wizyty. Samochód odpalił i zgasł dokładnie na skrzyżowaniu przed wjazdem do gminy. Anna oczywiście rozstrzęsiona i cała w nerwach, ja zaś wniosłam modły do anioła stróża o interwencję w opałach. Tylko tyle umiem.

Sposobem podpowiedzianym przez mechanika, otworzyła maskę, użyła ręcznej pompy paliwa, odłączyła elektrykę i po pewnej chwili włączyła. Samochód zawarczał, zapalił, ale zaraz zgasł.
- Jeszcze raz. Jeśli to nie pomoże, stoczymy go na pobocze i wzywamy pomoc. 
Powtórzyła zabieg. I wsiadłyśmy do auta. Ruszyło. I to całkiem dziarsko.
- O! Nawet kontrolka przestała się palić! - zdumiała się Anna.
Zajechałyśmy na miejsce, po zaparkowaniu weszłam punktualnie do gabinetu wraz z dzwonem kościelnym, który wybija każdą godzinę elektronicznymi melodyjkami.

Wyszłam po pół godzinie już bez zęba boleści, którego zdecydowałam się jednak wyrwać nie licząc na cudowne uleczenie. 
Anna odwiozła mnie do domu, kontrolka wciąż się nie paliła, więc nie zatrzymując się już więcej ruszyła pod Hajnówkę do warsztatu z delikwentem. Wróciła nim w miarę szybko. Po diagnozie, że trzeba wymienić to i owo, co wymaga czekania do daty podanej nam przez pierwszego, miejscowego mechanika. Póki co, samochód jeździ.

Także ruszył z maszyną znajomy rolnik i skosił sobie i nam łąkę. Akurat przed deszczem zdążył. Prognozy mówią, że zaniosło się co najmniej na tydzień. Ot, kolejna wpadka. Nie dało się odwołać, bo rolnik pracuje na etacie i akurat ma urlop.

Dzisiaj rano, ledwie po śniadaniu zasiadłam do pisania, Anna weszła z wieścią:
- Mamy kolejny kłopot!
- Co się stało?
- Coś zagryzło Zdzicha i uciekło. Tuż przy domu. Walczył, pełno piór w kilku miejscach przy drodze. Jeszcze ciepły.
- O, ja cię! Lis łakomczuch. Przecież i tak by go nie uciągnął w środku dnia bez zauważenia. Może więc lisica. Nic dobrego to nie wróży reszcie stadka.

Trzeba było Zdzicha szybko pozbawić głowy i wypatroszyć. Chociaż tyle dobrego. Tłuścioch zdrowy był.  

Pisane mu było zginąć po męsku w walce. Uratowałyśmy mu już życie dwa razy, ubijając jego rywali, starego indora i ostatnio koguta. Za trzecim razem dał gardła.

7 maja 2023

Kogucia głowa

Wróciły zimne noce, chłodny wietrzyk, mało deszczu. Zatem główne sadzonki nadal są noszone dom-cieplica, cieplica-dom, rano i wieczorem, aby nie zmarzły. Anna wciąż coś pikuje, rozsadza, sieje, w tym kwiaty. Ma ogrodniczą szajbę.

Trwają żniwa rzodkiewkowe. Trzeba uwolnić miejsce pod pomidory i ogórki, zatem jest to już konieczność. Jemy je w zupach, sałatkach i na kanapkach, poszły do kwaszenia, zielone zjadają z apetytem kozy i drób, zamieniając je na mleko i jaja. Część po prostu rozdajemy, jak się zdarzy ktoś zaprzyjaźniony pod ręką. Nie ma czasu bawić się w handel, taki los rolnika.

Wczoraj, w dzień koronacji króla angielskiego, Anna posadziła indyczkę na jajach. W dzień po zaćmieniu, co astrologicznie nie jest wskazane, ale miejmy nadzieję, że niebo będzie jednak łaskawe. Nie dało się już dłużej zwlekać, bo ptak już od ponad tygodnia zasiadał w gnieździe na pusto.

Samo zaćmienie przyniosło nam rosół z koguta, którego trzeba było skrócić o głowę. Co kilkaset lat wcześniej przytrafiło się imiennikowi obecnego króla, Karolowi I, zdekapitowanemu na rozkaz pyszałka Oliwera Cromwella.
Wszystko dlatego, że kogut rozpętał pojedynek na śmierć i życie z indorem, albo na odwrót, tak naprawdę nie wiem do końca, kto zaczął. Rozganiały obu zaciekłych wrogów psy, potem indor poszedł do izolatki, ale ledwie z niej wyszedł, bo w końcu trzeba go było na świat wypuścić, rzucił się na koguta z większą pasją. Dostał łupnia i jego korale spuchły niemożliwie podwajając gabaryty, aż był dylemat, którego z nich skrócić o głowę. Zwyciężyła wiara w uleczenie gulguła, który może jeszcze w sezonie spełnić rolę troskliwego taty, i tak kukuryk poszedł na ofiarę. Smaczniutki, muszę pochwalić. A korale powoli wracają do normy.

Poza tym część dzieci zostało odstawionych do odsadnika, sami chłopcy. I zaczęło się dojenie poranne. W efekcie zagospodarowuję dziennie 3 litry mleka. Może wydać się mało, ale gdy taka ilość się codziennie powtarza, to w sumie mamy wszystkiego w dostatecznej ilości dla siebie i na zapas. Jogurt, wreszcie się zaczął i mogę porzucić te sztuczne wytwory sklepowe. Do tego twaróg i pierwsze serki miękkie. Lądują w chłodnym miejscu opakowane, aby mogły dojrzeć przez tydzień dwa i nabrać smaku.

Ach, i kaczusia Kasia zaczęła się nieść i mogę sobie wreszcie pozwolić na jajecznicę ze szpinakiem, albo kluski leniwe, a nawet naleśniki!

6 września 2022

Spadowisko

Dość szybko i skutecznie wielki upał zamienił się w rześkie chłody. Nadal słoneczne i suche. Ta susza sprawia, że dynia w naszych ogródkach zatrzymała w większości wzrost w fazie maleńkiej kulki, częściowo zżółkła, a po dwóch przymrozkach nocnych jej liście sczerniały. Oj, nie będzie dużych zbiorów jesiennych tego roku, po raz pierwszy od czasu rozpoczęcia jej uprawy! Żal.
Za to udały się pomidory różnej maści, zrobiłam spore zapasy soków pomidorowych i jeszcze przerabiam końcówkę. Nadwyżki sprzedały się bez problemów, bo owoce rzadkich odmian były smaczne, słodkie, bezpieczne jeśli chodzi o nawożenie i wolne od zarazy.

Ostatnie wiaderko ogórków dotarło do kuchni dwa dni temu. Anna wreszcie wyrywa uschłe krzaki. Zapasy kiszonych i sałatek zostały uzupełnione, resztę zjadają kozy. Ze smakiem.

Pastwisko wyschło jak pustynia, kozy pasą się na jabłkach spadowych w sadzie i każde zasilenie dodatkowe witają chętnie, odwdzięczając się mlekiem. Popołudniami Anna zabiera je na ugór, gdzie posilają się liśćmi leśnych krzewów, czeremchy, brzozy, robinii itp. Ale ogólnie marnie to wszystko wygląda.

Zebrana aronia, po raz pierwszy z owocujących naszych krzewów, okazała się mało soczysta. Anna uzupełniła zbiory na nieużytkach za wsią, i owoce wylądowały w zamrażarce, aby je użyć do dżemów jabłkowo-aroniowych i nalewki. Jeśli robić sok, to jedynie na bazie treści jabłkowej. Podobnie jest z dziką różą, którą dodaję do dżemów i cydru. Który powoli, stopniowo się tłoczy i nastawia, zgodnie z biegiem dni i codziennych prac.

Wróciłam do palenia w kuchni (do tej pory, w czas upalny, korzystając z fotowoltaiki używałam do gotowania głównie kuchenki elektrycznej albo gazowej). Chrustem. W domu od razu cieplej się zrobiło. Wieczory i poranki zimne już są i tarasowe przyjemności wieczorne zostały skrócone, a w zasadzie z powrotem wniesione do wnętrza. Niemniej warto spędzić tam trochę czasu o samym zmierzchu, gdy zapalają się światełka solarne, bo z lasów obok można usłyszeć pierwsze ryki byków jeleni i łosi, gotujących się do wrześniowego rykowiska i rui. To niezwykłe, piękne doznanie sił przyrody, które wciąż trwają skryte w swoich leżach.

Codzienny przerób jabłek wygląda następująco. Trzeba je rano zebrać, aby zdążyć przed kozami (zostawiając im te najgorszego sortu), przebrać, pokroić, nastawić sokownik, usmażyć porcję dżemu, rozdrobnić i zasypać pektoenzymem, wytłoczyć, przelać do gąsiora. Gotowe przetwory przelać do butelek i przełożyć do słoików. Gotowe schować do piwnicy. To oprócz serów, także codziennej pracy od kilku miesięcy. 

Kilka dni temu stracił głowę główny indor w stadzie. Nie dało się już czekać. Od jakiegoś czasu rozpoczął zawzięte walki z drugim, młodym indorem, który dorósł. Trzeba było ich rozdzielać, każdy nocował gdzie indziej, bo rozpętała się walka na śmierć i życie między samcami-przewodnikami stada. Również w dzień byli wypuszczani na zmianę. Kłopot.
Ostatecznie Anna zerwała mnie raniutko z łóżka, pomogłam jej związać i zapakować do wora delikwenta, po czym obezwładniony kobiecym sposobem, skutecznie stracił łeb na pieńku, wystawiwszy go przez dziurę w zawiązanym worku. Wyszła z tego kupa mięcha i dzisiaj jemy pierwszy rosół, z warzywami z naszego ogródka, marchewką, kalarepką, selerem, jarmużem i cebulą.

28 października 2021

Jesienne odcienie

Pogoda spokojna, bezwietrzna, słońce zza chmur, po jednej nocy z przymrozkiem opadły wszystkie liście z drzew. Brodzi się teraz w żółto-czerwonym suszu na ziemi. Żurawie i gęsi już odleciały wielkimi kluczami na południowy zachód. Z lasu skrzeczą jesienne wroniaste ptaszyska, sójki itp. wrzaskuny.
Anna wzięła się za piłowanie, po naprawie piły w serwisie. Pocięła pnie leżące jeszcze od zimy na kaczym dołku, i zwaliła dwie uschnięte sosny tamże. Zrobiła też porządek z jabłoniowymi i akacjowymi gałęziami gromadzonymi już od dłuższego czasu i wyszło, że nie ma się o co strachać, że na zimę, nawet najsroższą zabraknie opału.

Dwa tygodnie temu pojawił się kominiarz i przeczyścił komin, wdrapując się na dach niczym zręczna małpa, rękami i nogami, bez drabiny. Trochę sadzy opadło, została wygrzebana w piecu i wyniesiona na kompostownik. 
Przez kilka dni zagospodarowywałyśmy paprykę, ostrą i mniej ostrą. Część poszła na susz. Duża część na kiszenie w słoju. Inną wciąż jemy w różnych potrawach, gotowaną, pieczoną i na surowo. Z tej zakiszonej z dodatkiem domowego przecieru pomidorowego wyszło kilka słoiczków sosu. Z innej, zapiekanej z pomidorami, bardzo ostrej trochę więcej ostrego sosu, po którym chuch robi się gorący. Sprawa jeszcze się toczy, bo nie wszystko dotąd przerobione.

Jesienne rzodkiewki pozwoliły znów zrobić zapas kim-ći.

Oraz kaczusie w większości przeniosły się na drugą stronę. Oprócz trzech ubitych jedna zyskała klienta, zostały jeszcze dwa kaczory, tylko dlatego, że miejsca w zamrażalniku brakuje. Jednak od razu wybitnie zmniejszyła się ilość karmy, którą musiałam codziennie przygotowywać.
Jutro na obiad kaczka w buraczkach. Po ostatnich zupach, pomidorowej i ogórkowej miłe urozmaicenie.

Kozy jak żadnego roku dają wciąż sporą ilość mleka, choć przeszłam na dojenie raz dziennie, o poranku. Bywa 6-5 litrów, co każe wciąż serowarzyć. Mimo że zapasy dla nas są już właściwie wystarczające. 

Poza tym nastrój oscyluje pomiędzy jesienną refleksją, zwyczajną o tej porze i refleksją filozoficzną rodzącą się chcąc nie chcąc z obserwacji wydarzeń, które toczą się wokół nas, blisko. Trudno to opisać, bo i trudno ogarnąć rozumowo. Emocje wciąż się klarują, ukazując nieznane dotąd odcienie. Nie, nie jest to strach, ale duże spoważnienie, ostrożność, modlitwa (tak!). Puszcza wokół ma swój dziki i nieludzki cień, który stał się potrzaskiem dla zwabionych naiwnych, na który tacy jak my, zwykli ludzie, mogą jedynie bezradnie patrzeć. Czasem podać wodę czy kawałek chleba, i tyle.

19 kwietnia 2021

Lepiej gorzej

Kontakt ze światem jest u nas rzadki. Na wiosce wszystko toczy się zwyczajnym torem, choć jakiś czas temu było ważne wydarzenie, bo odszedł nasz dawny sołtys, wiekowy już znacznie. 

Prace idą swoim codziennym tempem. Pogoda poprawiła się, wiatry ustały, wyszło słońce i grzeje na zmianę z burzowymi chmurami, które nadciągają popołudniami, błyskają, grzmią nieco i przede wszystkim zlewają glebę wodą (wczoraj także gradem), po czym trawa na pastwisku i w sadzie od razu ruszyła.
Chłopaki wioskowe nie kwapią się do pracy, zatem Anna sama zaczęła wydobywać obornik z koziarni. Ja niestety w siłowych zajęciach już mniej mogę pomóc, ze względu na wzrok, który na jesieni mocno mnie wystraszył nagłym zaburzeniem, na szczęście udało mi się wrócić do formy. Odpowiednie witaminy i odpoczynek pomogły. Dotarło jednak do mnie, że wysiłek nie jest wskazany.

Wizyta na targu w sąsiedniej gminie - gdy tak rzadko bywa się w świecie zewnętrznym ogarniętym paranoją i telewizji nie ogląda - zadziwiła. Brak towarów, sprzedających ogrodników, którzy zawsze tłumnie o tej porze roku handlowali kwiatami i sadzonkami. Ci nieliczni, którzy coś wstawiają nie mają tego, co trzeba. Seler naciowy? Nikt o to nie pyta, więc w domu zostawiłem. Kilka bratków i stokrotek. Czemu? Pani, w zeszłym roku, jak lokdałn na wiosnę zrobili to 25 tysięcy bratków u mnie na kompost poszło. Nikt w tym roku nie zaryzykował. Niektórzy weszli w biznes ze sklepami sieciowymi, ale to strata, zwłaszcza, że za tira torfu prawie dwa razy tyle co w zeszłym roku zapłaciłem. Sadzonki pomidorów po 3-4 złote, gdy w zeszłym po 2,5 były. Mało też kupujących, zainteresowanych, a jeszcze w 19 roku trudno było się przecisnąć na sporej powierzchni. Kwitnie za to handel w sklepach i przez internet. Ludzie pracują zdalnie albo nudzą się, uderzają w szaleństwo, kłócą się i rozstają. Póki będą mieć drukowane pieniądze, a w sieciach będzie konserwowane najtańsze jadło pięknie opakowane tak będzie. Mały rolnik dostał po łapach, zostaną tylko hobbyści i preppersi.
Ale owszem, były młode kurki do sprzedania, po 22 złote.

Pytanie brzmi: czemu ludzie tak panicznie boją się śmierci? Tak bardzo nie chcą o niej myśleć? Pogodzić się z Bogiem i Jego wolą i żyć tyle, ile On zechce? Bez cudowania?

Wieści z Polski dochodzą, że wybijają wielkie stada kur, także zarodowe z powodu ptasiej grypy. Cena rośnie i zapewne mięso z kurczaków będzie ogólnie droższe już niedługo. 

Przygotowujemy się do odsadzenia koziej młodzieży, gdy tylko obornik pójdzie na ogród. I sprzedaży. Ponoć podaż wzrosła. 

25 stycznia 2021

Kiełki w ruch

Po krótkiej ale skutecznej odwilży, podczas której drób zdołał odzyskać dobry humor i rozprostował skrzydełka, a nawet ponownie zacząć się nieść, pojawia się kolejne pogodowe ekstremum, śnieg i z nim zapowiadane już zawieje śnieżne. Merkury zaczyna zwalniać na niebie w wilgotnym i ciepłym znaku Wodnika (lubiącym zalewać, wylewać i zawiewać), a to przynosi różne awantury atmosferyczne, wietrzne i chmurne. Jako byłam przepowiedziałam półtora tygodnia temu.

Odśnieżamy na bieżąco, żeby się nie dać, ale to dopiero początek. Zatem głównie oczyszczamy przestrzeń wjazdu i wyjazdu, oraz koleiny pod samochód, co trzeba często powtarzać. Na szczęście ta czynność jest przyjemna i ruch na świeżym powietrzu mocno wskazany, po którym lepiej się czujemy i policzki się rumienią, więc nie ma co narzekać.

W taki czas kucharzenie i internet to główne nasze rozrywki. Anna zakupiła niedawno wielką kutą patelnię chińską, wokiem zwaną i co rusz każe mi ryż prużyć. Na oknie stoi szereg słoików z wilgotnymi nasionami na kiełki. Słonecznik, fasola mung, soczewica, soja, czarnuszka i cieciorka. Co jakiś czas trwają żniwa i świeże "kluseczki" idą na chińskie danie.

Patelnia ma okrągłe dno i jest tak duża, że wymaga specjalnej podstawki na kuchenkę gazową, która niekoniecznie dobrze się sprawdza. Za to sprawdza się świetnie na naszej piecokuchni, po zdjęciu wszystkich fajerek. Anna zatem podsmaża najpierw cienko krojone i wcześniej zmacerowane w przyprawach kawałki mięsa koziego albo drobiowego (głównie dysponujemy gęsiną i indyczyną), po czym daje na patelnię warzywa i kilka ząbków czosnku, dorzuca garść albo i dwie świeżych kiełków i wszystko miesza z ryżem.
Już na talerzu polewa potrawę odrobiną oleju sezamowego, który ma dość ostry aromat.

Jemy z sałatkami ogórkowymi różnej maści, jaka się nawinie, albo z kapustką kiszoną.

Co prawda dzisiaj był rosół na skrzydle gąsiora i kostce koźlęcej, który starcza nam na dwa dni jedzenia z hakiem (resztka służy do zupki dyniowej albo sosu), ale już w planie kolejna chińszczyzna czeka.

Kiełki dostają też dość często kury i inne dziobate. W osobnym miejscu kiełkuje bowiem pszenica i owies dla nich. To stary dobry sposób na dowitaminizowanie drobiu zimą.

5 stycznia 2021

Poświąteczne rozważania

Święta minęły niepostrzeżenie i spokojnie, jak zawsze daj Panie Boże. Na Nowyj God chłopaki z wioski postrzelali na wiwat o białoruskiej północy, czyli naszej 22 i poszli spać. Nasze zwierzęta nie bojące. Psy jedynie uszami zastrzygły. Kot odwrócił się na drugi bok i spał dalej.

Pogoda się mazi. Zmokłe kury i indyki okupują otwarte pomieszczenia pod dachem. Ale zaczęły się nieść od razu na "barani skok". Codziennie zbieramy 6-7 i więcej jaj. Wysypują się z lodówki. To zasługa młodych zeszłorocznych kurek, które właśnie osiągnęły swój wiek nieśny.

Kurza hodowla idzie prościej, gdy pozwolić ptakom na mnożenie się we własnym zakresie. I nawet nadwyżki sprzedajemy chętnym. Nie kupujemy piskląt z wylęgarni już od kilku lat. Robią to kwoki w swojej letniej porze, czasem przy wsparciu zbywających zasiadłych jenduszek. Dwie-trzy kury na stado zawsze mają ochotę w ciągu lata i wygodniej jest pozwolić im wysiedzieć choćby po kilka jaj, niż bić się z ich hormonami macierzyńskimi. Prowadzają potem pilnie młode, kurczęta szybko rosną i uczą się od kwok wszystkiego, co potrzebują do życia. Jedynym mankamentem tej metody był u nas zawsze ubytek tych kurcząt spowodowany atakami lisa, kani albo włóczących się psów. Zazwyczaj bowiem idąc za dorosłymi szybko lądowały w lesie na grzebalisku i tam kusiły los. 

Ostatnio wzięłam się na sposób, karmię je osobno w jednym miejscu i pozwalam żerować w obrębie ogrodzonego ogródka pod okiem psów. Póki nie dorosną. W tym roku las pożarł więc jedynie 4 zbyt samodzielne kogutki, z sześciu narodzonych. Dwa dorosły szczęśliwie, i pełnią już role szefów stada. Piejąc na wyrywki rano i w ciągu dnia. Aż mi serce rośnie.
Kurki zaś ostały się w całej liczbie i tak się składa, że stado liczy sobie teraz, wraz z pozostającymi starszymi nioskami nieco mniej, niż 20 sztuk. Nieco mniej, bo właśnie niedawno odeszła była najstarsza kura, licząca sobie nie wiem ile, w sposób prawie naturalny. Bo już w agonii oddała żywot na pieńku, aby psy mogły skorzystać z mięsa. Jeszcze druga, równie stara, prosi się o wyrok, spędza już bowiem większość dnia w gnieździe przysypiając. Ale ciągle nie ma na to odpowiedniej chwili. Głodem nie przymieramy, żeby o tym natychmiast pomyśleć, jako o zdobyciu przysmaku obiadowego.
Tak to się zatem toczy wśród naszych braci i sióstr mniejszych, swoim powolnym torem, zrywami. Każde z nich ma swój czas i los, który go wyznacza.

Drobiowe zapasy zamrażarkowe uzupełnili jeszcze przed świętami dwaj gąsiorowie, pozostali nam sprzed zeszłego sezonu. Doszli dorosłego wieku i zaczęli walczyć o jedyną samicę-gęsicę, czyli Pulcherię, ciągając się za łby z Balbinem ile mieli siły. Znudziło mi się rozganiać towarzystwo i pozwoliłam na egzekucję. Teraz pokój zamieszkał w obejściu. A w wolnowarze co rusz smakowity rosołek bulgocze. 

Nie wiem, czy wiecie, ale robiłam obserwacje i wyliczenia praktyczne i doszłam, że z jednej starej kury można uzyskać aż 18 smacznych pełnowartościowych porcji obiadowych! Plus resztki dla psa czy kota. Więc co dopiero z jednej gęsi... Pieczyste to naprawdę ogromne marnotrawstwo jedzenia. Jak się zaczną czasy zaciskania pasa już niedługo, to pewnie wielu sobie przypomni stare sposoby szanowania pokarmu i mnożenia dobrego, zamiast wylewania spalonego tłuszczu do zlewu.

Oczywiście, po świętach trzeba było zrobić podliczenie doroczne zysków i strat.
Powiem tyle. Poszło trochę oszczędności na inwestycje, głównie tunel, oprzyrządowanie ogrodnicze i garncarskie, sadzonki i instalację fotowoltaiczną, dlatego na zero w ciągu roku nie udało się wyjść. Ale kilkutysięczny minus, mam nadzieję da się odrobić w nadchodzącym sezonie choćby dzięki odpowiednio w czasie umocowanemu ogrodniczeniu. Bo ten były sezon był rozruchowy, późno rozpoczęty i bardzo eksperymentalny. Niemniej, te osoby, które u nas zaopatrzyły się w ogórki są bardzo zadowolone z zakupu, żadnych kapci po zakiszeniu czy zamarynowaniu ogóraski nie zaliczyły, były świeżutkie i naprawdę prosto z krzaka rwane. Co ma ogromne znaczenie w przetwórstwie.
Anna nabrała doświadczenia i odwagi, wie już co i jak, ustala właśnie plany siewne, zamawia nasiona, rozpracowuje kalendarz itp. Na pewno będzie mniej papryki, której ilość w tym roku nieco nas przerosła. Powstało mnóstwo mniej i bardziej ostrych sosów i suszu, ale i tak część skarmiłam kurom. 

Kozie stado zmniejszyłyśmy do wymaganego minimum, aby przy dotacji na pastwisko pozostać. Zarobiły na swoje utrzymanie mlekiem i sprzedażą młodzieży oraz dały nam zapas jedzenia na cały rok w postaci serów, mleka, jogurtów i mięsa. Zysku pieniężnego poza tym niewiele, ale i nie zaliczyły straty. Sianokosy i pasza roczna opłacone.

Drób zarobił na siebie jajami, mięsem, pisklętami i sprzedażą niektórych dorosłych sztuk z nawiązką. Zwróciły się koszty ziarna i witamin co najmniej w dwójnasób. Nie mówiąc o stałym zaopatrzeniu w świeże jaja i dorywczo w mięso, uskutecznianym na bieżąco.

Generalnie zatem gospodarstwo zarabia na siebie, na opłaty za opał, paliwo, podatki, pracowników, prąd i śmiecie, aczkolwiek pewnie dałoby się z niego więcej wycisnąć, gdyby nam się chciało. Ale wiek już postępuje, mamy też inne zainteresowania, które potrzebują uwagi i czasu, zatem powoli ustawiamy sprawy tak, aby było najwygodniej dla nas.
Zysk, jako przyrost na koncie nie jest najważniejszy. Człowiek z miasta pewnie tego nie rozumie, bo konto daje mu poczucie bezpieczeństwa. Jednak wieśniak ma ziemię i tu bezpieczeństwo zależy od jego pracowitości w sezonie wegetacyjnym i sprytu w uzyskaniu jedzenia, opału i utrzymaniu chaty w jakimś porządku i przyzwoitym stanie. Zatem konto zastąpione jest przez inwentarz i przetwory zmagazynowane w piwniczce, które teraz nas codziennie żywią. I pozwalają ograniczyć wizyty w sklepie do naprawdę niezbędnego minimum (zapałki, papier toaletowy, masło, olej, sól i cukier raz na jakiś czas).

Co do mnie to rozwijam się. Czytam, uczę się, piszę, zaglądam w przyszłość przez dziurkę od klucza w drzwiach snów. I tak to biegnie swoim własnym tempem ku kolejnej wiośnie, wraz z przyrastającym światłem. Czego i wam wszystkim  z serca życzę!

12 grudnia 2019

Późna jesień, czyli myślał indor...

Późna jesień, gdy temperatury chodzą około zera i są w przeważającym procencie na plusie, nie jest zła. Kociej Maciej co prawda dawno już zmienił letnie nawyki i większość nocy przesypia w domu, wychodząc dopiero nad ranem i wracając wkrótce na śniadanie, ale zdarza mu się jeszcze zabalować.

Prace w gospodarstwie przystopowały na tyle, na ile mogą. Kozy spędzają czas w koziarni przy otwartych na ścieżaj wrotach w dzień, na sianku i owsie, z dodatkami warzywnych smakołyków od czasu do czasu. W praktyce nie są już dojone oprócz jednej, najpóźniej zakoconej i najwięcej dającej, raz dziennie, co pozwala mieć jeszcze codzienne świeże mleczko do kawy, wkład do szejka owocowego i zabielinkę do porannej zupki ryżowej albo jaglanej.

Czas przedświąteczny i przedzimowy każe także przejrzeć stado drobiu pod kątem zbiorów i oszczędności. Właśnie dorosły tegoroczne kogutki, trochę ich za dużo na podwórku, robią raban w kurniku, wyjadają nioskom karmę. Z pięciu zrobiło się dwa. Podobnie pod nóż poszedł dwuletni indor, tłusty, ledwie toczący się i posiadający największy apetyt w swoim stadzie. Nie wiem ile ważył, bo nie dorobiłam się jeszcze wagi mierzącej powyżej 3 kilogramów. Na oko przynajmniej 6 kilogramów miał, jeśli nie więcej, już po oporządzeniu. Wstępne sortowanie kawałków przyniosło wniosek, że na samych rosołach z niego i najlepszych kąskach mięsnych mogłybyśmy spokojnie żywić się suto ze dwa miesiące. Oczywiście nie pazernie i na bogato, lecz gospodarnie, nie marnując żadnego kęska.
W dodatku właśnie pokroiłam wszelkie tłustości z niego wzięte i utoczyłam z nich prawie 2 litry smalcu i słoik skwarków dla piesków i kota. Skończyło się dla nich mleko, ale są inne smakołyki.

Szybko jego ważne miejsce w stadzie zapełniło się. Dzisiaj przyjechał następca, maści czarnej, tegoroczny samiec, kupiony w powiecie w rolniczej wymianie barterowej. Czyli żadna to oszczędność na karmie, jednak w kolejce do nieba stoją jeszcze starsze indyczki.

Kilka dni temu zaś, nieco wcześniej, w ramach robienia miejsca w zamrażarce, wyprodukowałyśmy jakieś 7-8 kilogramów kiełbasy z zalegających mięsiw kozich. Było drugie tyle, bo pomagała nam miejscowa koleżanka, dokładając nieco swoich materiałów, a przy okazji ucząc nas poglądowo, jak robią kiełbasę tutejsi. Przyniosła ze sobą własne zioła, które wyhodowała i zmieliła na domowy pieprz ziołowy, o wiele bardziej aromatyczne, niż sklepowy. Przyprawiłyśmy zatem obficie i smakowicie, także czosnkiem. Kiełbasa wyszła nad podziw smaczna i o wiele lepiej nabita, niż nam się to udawało (a raczej nie udawało) zrobić. Tajemnica jest prosta. Po pierwsze trzeba mięso mielić przez specjalne grube sitko i nabijać kiszkę przez maszynkę ręczną, a nie elektryczną.
Urobku nie wędziłyśmy. Poszedł do zamrażarki w całości.

Wyciągam pęto co jakiś czas i zaparzam je w garnku. Przepis prosty: zagotować wodę, tyle, aby zanurzyć całość kiełbasy, dodać kilka liści laurowych, ziaren pieprzu i ziela angielskiego oraz łyżkę soli. Wrzucić surową kiełbasę na wrzątek, zdjąć z ognia i poczekać 30-40 minut, aż się zaparzy. Ja stawiam garnek na piecu c.o., woda nie ma szans się gotować, ale też nie stygnie zbyt szybko, o co chodzi w tym wszystkim. Potem wyjąć kiełbasę i schłodzić.
Można też inaczej: biała kiełbasa wpada do zupy typu żurek, czy zalewajka, albo krupnik. Mimo, że jestem bezglutenowa, to czasem robię barszcz na mące gryczanej, albo krupnik z niepalonej kaszy gryczanej.
Ewentualnie, co wypraktykowałyśmy zaraz tego samego dnia, świetnie sprawdza się jako

szybka podlaska kolacja. 

Obieram 2-3 ziemniaki, kroję na cienkie plastry, wrzucam do małej brytfanki z kawałkami słoninki, lekko solę i posypuję ziołami, dodaję też kawałek surowej kiełbasy. I wstawiam na kwadrans do pieca... kaflowego, gdy już żar się w nim wypali przy wieczornym paleniu. Tak, zwykły kaflowy piec ścianowy (pokojowy) może służyć świetnie jako piec chlebowy, czyli piekarnik. Jeśli tylko pali się w nim drewnem, a nie węglem! Udają się w nim w ten sposób także ciasta i chleb. Kto ma, niech próbuje. Duża oszczędność energii, bo dwie funkcje w jednym.

22 grudnia 2018

Gyros domowy prawie po grecku

Dawno nie pisałam. Od czasu, gdy gospodarstwo zimuje życie codzienne stało się monotonne i skupione wokół ciepłego pieca. Trudno znaleźć w tym temat, którego bym już nie poruszała na tym blogu w ubiegłe zimy. Wreszcie dzisiaj coś się znalazło. Witajcie!
Mając tak wiele czasu dla siebie zajęłam się rozwijaniem swoich hobby. Piszę horoskopy chętnym poznać swój indywidualny charakter i trochę los, uczę się astrologii pytaniowej, to mocno pasjonująca mnie dziedzina, analizuję swoje sny i pracuję ze śnieniem (tak, że nie nudzę się nawet w nocy), ponadto podciągam się w sztuce kucharskiej. I właśnie to ostatnie natchnęło mnie do dzisiejszego wpisu.

Zdecydowałam się przyrządzić po raz pierwszy w życiu gyrosa prawie po grecku, w wersji zimowej, mocno własnej. W tym celu najpierw przestudiowałam kilka filmików jutubowych, na których każdy z prezenterów przyrządzał tę potrawę po swojemu, zapewniając, że ta właśnie jest najoryginalniejsza z oryginalnych. I zgromadziłam dane, co i jak robić.
Na to, jak w końcu rzecz całą wykonałam wpłynęły zasoby przyprawowe i lodówki. Zrezygnowałam z sosu tzatziki ponieważ zimą nie jadam świeżych ogórków (choć kusiło mnie spróbować z kwaszonym) ani pomidorów, a także z powodu wahań temperatur dziennych i nocnych jogurt przestał się dobrze warzyć, więc go nie nastawiam. Tę część gyrosowego wtajemniczenia zostawiam sobie na czas letniego sezonu, gdy jogurt jest u nas codziennością.

Zamiast chlebka pita wybrałam tortille, te same, których nauczyłam się z książki kucharskiej. Nie mogę jeść mąki pszennej, jednak tortille są całkowicie dopuszczalnym zastępnikiem pity. Mięso wzięłam koźlęce, z łopatki, wychodząc z założenia, że to jest bardziej Grekom podobne, niż kurczak z fermy (którego też nie jadam). Zamiast sosu tzaziki użyłam zwykłej kapusty podsmażanej (nie cierpię pekińskiej) i keczupu domowego swojej roboty. A oto, co z tego wyszło:



Gyros prawie po grecku, wersja zimowa

Składniki:
Ok. 0,4-0,5 kg mięsa koźlęcego z łopatki
Łyżka octu jabłkowego
2 łyżki kwaśnego mleka (jogurtu)
1 cebulka
2 ząbki czosnku
Łyżeczka zmielonej gałki muszkatołowej
Łyżka czerwonej papryki słodkiej
Łyżeczka kurkumy
Łyżeczka kminu rzymskiego
Szczypta tymianku (oryginalnie powinno być oregano, ale nie miałam na podorędziu)

Składniki i sposób przyrządzania tortilli znajduje się tutaj;

Ponadto do farszu:
Cienko pokrojona kapusta zwykła w ilości zapełniającej patelnię
Szczypta soli
Szczypta pieprzu czarnego mielonego
Kapka pomidorowego koncentratu
Keczup domowy
1 cebula pokrojona w cienkie płatki

Przyrządzenie:
Mięso kroimy na bardzo cienkie i nieduże płatki, wcześniej usuwając błony. Marynujemy je z octem jabłkowym, dwiema łyżkami jogurtu (ja użyłam mleka kwaśnego, bo tylko to było w domu, potrawa się nie pogniewała), papryką, kminem rzymskim, gałką muszkatołową, kurkumą i oregano (lub tymiankiem albo zielem prowansalskim), dokładamy drobno posiekaną cebulę i zmiażdżone 2 ząbki czosnku i tak pozostawiamy. Najlepiej zrobić to na kilka godzin przed przystąpieniem do kucharzenia.

Następnie zajmujemy się usmażeniem tortilli. Z podanej na tym blogu ilości składników wychodzi 10 placków ze średniej patelni. Staramy się je lepiej usmażyć po jednej stronie, drugą pozostawiamy bladą (do czasu).

Mięso wstawiamy w nakrytym naczyniu żaroodpornym do rozgrzanego piekarnika w temperaturze 165 stopni na pół godziny. Czas pieczenia jest zależny oczywiście od rodzaju mięsa, którego używamy. Po tym czasie odkrywamy naczynie i pieczemy drugie pół (albo nieco więcej) godziny w temperaturze 200 stopni. Powinno się zrumienić na wierzchu i odparować cały sok, no, i nabrać stosownej miękkości, zatem jest to sprawa zależna od rodzaju mięsa, wieku zwierzęcia i własnych upodobań. W każdym razie warto zaglądać i próbować, czy już doszło.
Kiedy mięso się piecze, a tortille już zostały usmażone bierzemy się za kapustkę. Cienko poszatkowana, leciutko posolona i popieprzona idzie na patelnię z łyżką smalcu. Podsmażona i podduszona lekko, pod koniec z dodatkiem kapki koncentratu pomidorowego i oregano (ja dodałam w to miejsce majeranku, ponieważ kapusta lubi takie zioła, nie wzdyma po zjedzeniu) posłuży do wypełnienia farszu placków.

Gdy wszystko jest już gotowe bierzemy się za nadziewanie gyrosów. Kładziemy każdy placek lepiej usmażoną stroną do środka, wykładamy na niego łyżkę-dwie mięsa, potem na nie idzie duszona kapusta, kilka plasterków cebuli i łyżka keczupu domowego. Zawijamy w sposób, którego wam niestety, nie oddam w opisie. Podejrzałam go na jednym z filmików, gdzie prezenter rodem z Kaukazu popisywał się właśnie zawijaniem farszu w tortille.W każdym razie wychodzi z tego paczuszka z zawiniętymi wszystkimi bokami tak, że farsz nie ma prawa wypłynąć.
Takie zawijaski wkładamy na patelnię i przysmażamy do zrumienienia placków z każdej strony.
I gotowe!

Podawać na talerzu, z dodatkiem jakiejś kiszonki lub kwaszonki (to już będzie po polsku), a ponieważ potrawa wychodzi całkiem ostra użyłam do popicia kwaśnego mleka koziego. Zamiast tzatziki.

Po spróbowaniu jestem podekscytowana swoją nową umiejętnością. I obiecuję sobie przyrządzić na wiosnę wersję wiosenną, potem letnią, ze stosownym sosem jogurtowym. A także - jak przystało - użyć do tego grilla, zamiast patelni.

Z potrawą, która z racji długiego przyrządzania wypadła w porze mocno poobiedniej nie pokłóci się lampka wina. Nie jestem snobką, ani nie udaję Greka na tej mojej podlaskiej wioseczce. Ot, winko aroniowe, właśnie świeżo zlane do drugiego dojrzewania fajnie się skomponowało.

11 października 2018

Gulasz koźlęcy egzotyczny

Wypróbowałam dzisiaj swoje siły z potrawą nader egzotyczną, którą przystosowałam do posiadanych warunków i okoliczności. I udało się! Na bazie przepisu na Barani gulasz z książki pani Pospieszyńskiej, która została moją kulinarną guru ostatnio. Ku uciesze podniebienia upichciłam coś, co bardzo nam zasmakowało. Uwaga, podaję przepis (przystosowany do naszych warunków). Oryginał pochodzi z Południowej Afryki.

Gulasz koźlęcy z fasolą

Składniki:
ok. 1/2 kg koźlęciny lub koziny. Wiek zwierza zadecyduje o długości przyrządzania potrawy i trzeba być tego świadomym.
Olej
4 pomidory
2 cebule
Puszka fasoli czerwonej lub białej
Jabłko
Garść rodzynków
Przyprawy: garam masala (lub curry), sól, chili lub pieprz cayenne, ocet jabłkowy lub inny fikuśny, mnie się sprawdził ocet porzeczkowy, cukier

Przyrządzenie:
Można robić wszystko od początku w odpowiednim rondelku, albo zacząć na patelni i całość przenieść do rondla/garnka pod koniec.
Drobno siekaną cebulę smażymy 5 minut na oleju, po czym dodajemy mięso pokrojone w małe kostki (im mniejsze, tym szybciej potrawa dojdzie). Smażymy wszystko do zrumienienia. Po czym wrzucamy pokrojone drobno, obrane ze skórki pomidory i dodajemy łyżeczkę soli i 1/4 łyżeczki chili lub pieprzu cayenne. Przykrywamy całość i dusimy na maleńkim ogniu przez pół godziny.
Po tym czasie przygotowujemy zestaw przypraw: łyżka garam masala (lub curry) z dodatkiem półtorej łyżeczki cukru wymieszana z 1/4 szklanki wody i łyżką octu owocowego.
Przekładamy mięso z patelni do garnka, dodajemy do niego odsączoną fasolę z puszki, przygotowany zestaw przyprawowy oraz pokrojone na kawałeczki jabłko z garścią rodzynków i w tej postaci dusimy jeszcze na małym ogniu  przez czas potrzebny do miękkości wszystkich składników. Im starsze było mięso tym dłużej, jasna sprawa. Także jabłko i rodzynki muszą się znacznie "rozpuścić". Mnie ta faza duszenia potrawy z drobno posiekanym kawałkiem młodej koźlęciny zajęła pół godziny, ale biorę pod uwagę, że mogłaby potrwać i godzinę w trudniejszym przypadku.Oryginalny przepis na baraninę zaleca 2,5 godziny pyrkotania na słabym ogniu (w takim przypadku pewnie dobrze sprawdziłby się wolnowar).

Gulasz podaje się z ryżem. Pasują do niego polskie kiszonki, ale i cukinia na słodko-kwaśno wpisuje się świetnie w aromat i smak.

25 lutego 2018

Pasztetowa w słoikach

Dawniej mawiano, i ja też to powtarzam, żeby nie zginęło doświadczenie przodków. Zima w Polsce musi się wymrozić, choćby przez 2 tygodnie. Jeśli tego nie zrobi w grudniu czy w styczniu, to raczej pewne jest, że mróz wypadnie w lutym. I mamy!
Oczywiście, w zależności od zimy będzie to mróz mniejszy lub większy. Ale dobrze jest, gdy potrzyma trochę w okolicach 15-20 stopni, a raz czy dwa spadnie jeszcze niżej. Tak dla zdrowotności!

Ach, moja niezapomniana pierwsza zimo na Podlasiu! 2005... Mróz trzymał kilka miesięcy, raz sięgnął prawie 40 stopni, a gdy temperatura z 28 w dzień spadła wreszcie do 15, czułam taką wzniosłą radość, jakby wiosna już przyszła!

Ponieważ dzisiaj w nocy ma być najchłodniej, to trochę czynności kuchennych sobie dodałam, żeby jakoś to znieść i wykorzystać dłuższe, niż zazwyczaj palenie w piecu.

Co więc dzisiaj mamy? Ano...

Pasztet do smarowania, pakowany w słoikach

Składniki: 
0,8 kg mięsa koźlęcego, karkówki bądź łopatki
0,25 kg wątróbki koźlęcej
0,20 kg podrobów koźlęcych (serce, płucka)
0,30 kg słoniny
Warzywa jak do rosołu, zatem 2 marchewki, pietruszka, seler, cebula
Przyprawy: sól, pieprz prawdziwy, kilka ząbków czosnku, cząber, albo czarnuszka czy mieszanka prowansalska

Przyrządzenie:
Wrzucamy do gara z wodą z dodatkiem ziela angielskiego i kilku listków laurowych najpierw warzywa, gdy chwilę się pogotują dodajemy mięso i podroby, a na koniec wątróbkę. Tę warzymy około 5 minut i odstawiamy wszystko do przestygnięcia.
Następnie mielimy drobno mięso, podroby, surową cebulę i czosnek, gotowane warzywa oraz słoninę. Dodajemy przyprawy do smaku według własnego gustu i dokładnie mieszamy.
Pakujemy masę w wyparzone wcześniej słoiczki po dżemie, dokładnie ubijając, aby nie było przerw i pasteryzujemy przez półtorej godziny w temperaturze w granicach 65-75 stopni. Odstawiamy do ostygnięcia.
I pałaszowania.

"Weki mięsne w słoikach 2 razy pasteryzować trzeba w odstępie 1 dniowym." Dodaję i podaję za czytelniczką bloga Ewą G. ;)

Oczywiście mięso można stosować dowolnie, każde się nadaje. My korzystamy z tego, co daje gospodarstwo.

Sposób na konserwy domowe w słoikach z różnych mięs gospodarczych w piecu chlebowym zapiekane i pasteryzowane, jaki poznałam z ust wioskowej starszyzny opiszę może innym razem.

26 stycznia 2017

Mój ulubiony obiad

Ponieważ musiałam dzisiaj, jak nigdy w zimie, wstać wcześniej i obrządek poranny poczynić, bo Anna na zajęcia  ceramiczne dla dzieci w domu kultury się wybrała, postanowiłam czymś się wykazać. Bo tym sposobem czas się cudownie rozmnożył i rozciągnął. Zdążyłam ukończyć literackie zajęcie w zwykłym czasie i jeszcze go zostało. W takim razie wzięłam się za ugotowanie ulubionego obiadu. Trochę dłużej się go przygotowuje, niż zwykły codzienny posiłek, ale czemu nie zrobić tego, na co ma się akurat ochotę w taki słoneczny mroźny i długi dzień, jak na przykład dzisiejszy?

Najpierw oczywiście zniosłam drewno, nabiłam piec c.o. po brzegi i odpaliłam ogień. Już po kilkunastu minutach ruszyła pompa elektryczna i rozprowadziła po pokojach ożywcze ciepełko.
W takim razie mogłam się zająć przygotowywaniem ulubionej wyżerki.

Zaczęłam od porąbania żeberek koźlęcych siekierką na pieńku pod tarasem, podzielenia ich na drobne kawałki i zamarynowania na krótko, skropione octem jabłkowym, w ziołach i przyprawach. Lubię ostro.

Te pozostawiwszy do zmacerowania, zajęłam się drugim z kluczowych składników ulubionego obiadu.

Kluski ziemniaczane kładzione na wodzie, bezglutenowe

Składniki:
Ziemniaki obrane niekrojone w ilości akuratnej dla czterech osób, bądź dwóch na dwa dni, czyli ok. 1 kg
2 łyżki mąki ziemniaczanej
2-3 łyżki mąki bezglutenowej (sprawdza się każdy rodzaj, ryżowa, kukurydziana, bądź gryczana)
2 jaja
1 łyżka soli kamiennej niejodowanej

Ziemniaki ucieramy, w proporcji 1/2 raz na tarce drobnej, a raz średnio grubej (żeby się nie przemęczać). Najlepiej zrobić to na durszlaku, wtedy utarta masa od razu obcieka z wody. Żeby wyłapać cenny krochmal stawiamy taki durszlak w misce. Masę ziemniaczaną solimy 1 płaską łyżką soli kamiennej i mieszamy, przyspiesza do wydzielanie wody. Po jej odlaniu z miski mieszamy treść ziemniaczaną z pozostałym na dnie krochmalem. Dodajemy odpowiednie ilości mąki ziemniaczanej i bezglutenowej, wbijamy jajka i energicznie mieszamy całość łyżką.

W tym czasie wstawiamy garnek z osoloną wodą na ogniu i zagotowujemy. Kiedy woda wrze ostrożnie i powoli, aby nie przerywać wrzenia wrzucamy masę ziemniaczaną, zwyczajnie czerpaną łyżką, do wody. Zostawiając takie nieduże kupeczki w jednym miejscu. One opadają na dno, ale niedługo się podniosą. Po kilku minutach, gdy już wszystkie kluski pływają wyławiamy je łyżką cedzakową z wrzątku na talerz.

Woda po kluskach jest gęsta od krochmalu, proszę się nie dziwić. Ja wykorzystuję ją z powodzeniem, jako dodatek do karmy dla drobiu. Ptaki to uwielbiają!

Uwaga: jeśli kluska nie trzyma kształtu i rozpuszcza się w wodzie to znak, że trzeba dodać składników zlepiających, mąki, albo jaja. Dlatego ja najpierw upuszczam jedną małą próbną kluseczkę i sprawdzam, jak się ma we wrzątku. W drugą stronę też można przedobrzyć i kluski wychodzą zbyt ścisłe, ale na ciepło dają się zjeść, gorzej z nimi na drugi dzień, po odgrzaniu. Swoją drogą odgrzewane kluski są równie pyszne, i świetnie smakują po prostu ze skwarkami i cebulką.

Drugim składnikiem mojego ulubionego obiadu jest sos, i do niego zabieram się w podobnym czasie. Można czynności zgrać ze sobą. Kiedy utarte ziemniaki odsączają się, my już stawiamy patelnię na ogień.

Sos z żeberek koźlęcych

Składniki:
Żeberka koźlęce, pokrojone i zmacerowane wcześniej w occie jabłkowym i ulubionych ziołach
2 łyżki smalcu lub garść pokrojonej na skwarki słoniny
1 marchew
1 pietruszka
1/2 niedużego selera
1 cebula
Garść pokrojonej w kosteczkę dyni
2-3 suszone grzybki
Przyprawy: liść laurowy, kilka ziaren ziela angielskiego, pół łyżki soli, pieprz prawdziwy, pieprz cayenne, odrobina kozieradki, tymianku, majeranek, czarnuszka, albo co się lubi najbardziej.

Na rozgrzany tłuszcz na (bezwarunkowo) żeliwnej patelni układamy żeberka i smażymy dotąd , aż mięso się zrumieni. Pod koniec smażenia dodajemy pokrojoną cebulkę, aby nabrała smaku.
W tym czasie w osobnym garnku wstawiamy wodę na sos, tyle, żeby zakryła mięso, wrzucając do niej pokrojone drobno warzywa, grzyby suszone oraz podstawowe długo gotujące się przyprawy. Zagotowujemy. Kiedy zacznie wrzeć przeważnie już żeberka są gotowe na patelni do wrzucenia do wody. Dodajemy je razem z cebulą i tłuszczem. Gotujemy pod przykryciem, aż mięso zmięknie. Zazwyczaj, przy koźlęcinie jest to więcej, niż godzina, nawet półtorej. Pod sam koniec dodajemy inne ulubione przyprawy, które nie lubią długiego gotowania, bo tracą wtedy smak.

Podajemy na stół, gdy sos upajająco pachnie, a mięsko odchodzi łatwo od kości.
Kluski ziemniaczane kładzione polane sosem z żeberkami, najlepiej smakują z dodatkiem surówki bądź kiszonki, albo kwaszonki.

U nas króluje ostatnio w roli dodatku ostre czosnkowo-paprykowe kim-ći z kiszonej kapusty pekińskiej, ale już się gotowią i smaku nabierają inne kapuściane cuda. O nich napiszę przy innej okazji.

Dla pobudzenia smaku można się wcześniej uraczyć dojrzałym czerwonym winem z aronii, bądź aroniowo-winogronowym.
Ewentualnie zostawić sobie buteleczkę na po ulubionym obiedzie.

9 marca 2016

Tajemnice koźlęciny

Pytają mnie o przyrządzanie mięsa koziego. Zdecydowałam się odpisać na blogu, aby rzecz przybliżyć większej ilości osób ewentualnie zaciekawionych tematem.
No, cóż, idzie Wielkanoc. Nasze koziołki wielkanocne wciąż czekają na kupca, a mimo, że miałyby pójść nawet po tańszej cenie, nie ma chętnego. Pewnie po świętach się znajdzie. Gdy trawa ruszy. I cena także skoczy. Bo trzeba będzie zapłacić za ich przedłużoną hodowlę i skarmianie sianem i owsem.
No, dobra, przystępuję do wyjaśnień szczegółowych.

Zastrzegam, że kucharką wybitną nie jestem. Korzystam z przepisów, czasem coś wyjdzie, innym razem nie. Próbuję tego i owego. Ale przez 10 lat bez mała hodowli kóz co nieco doświadczeń i wiedzy uzbierałam. Zapewne mieszczuchom nie na wiele ona, a może właśnie na wiele, bo informacji konkretnej nie mają, jedynie tę z polowań w sklepach urządzanych.

Mięso kozie powolutku zdobywa sobie miłośników i to widzę ja ze swojej wioski, bez żadnych liczników internetowych. Ot, po prostu więcej ludzi się pyta w sezonie o mięso, albo kupuje chętnie koziołki na odchowanie z przeznaczeniem na pieczyste. W 2006, gdy zaczynałam hodować kozy najpierw trudno je było w ogóle kupić, bo na znacznym obszarze powiatu było ledwie kilku (2-3?)  hodowców maleńkich przydomowych stad, a potem sprzedać nadwyżkę młodzieży, bo mało kto z apetytem patrzył na kozie mięso. I na mleko też większość się tylko krzywiła. Choć baraninę ze smakiem jedli i płacili za nią dużo więcej, nie kojarząc jej w ogóle z koźlęciną.
Po dziesięciu latach popyt wyraźnie się zwiększył, choć wciąż baranina wiedzie prym. Ten i ów spróbował u sąsiada na grillu i zachwycił się i chce też tak.

Zacznę od tego, że koźlęcina koźlęcinie nierówna. Czym innym jest mięso z dwumiesięcznego oseska, który (teoretycznie) nie jadł jeszcze innej paszy, niż mleko matki, a czym innym mięso z półrocznego koźlaka, który pasł się do jesieni na łące i osiągnął wagę od 15 do 20 kg dochodzącą. Pierwsze jest bardzo delikatne, nie wymaga wielkiej obróbki termicznej, no, i ma posmak i zapach mleka (czego osobiście nie lubię). Przyrządza się je tak, jak jagnięcinę i nie będę się nad tym rozwodzić, bo przepisy można łatwo znaleźć w internecie. Dodam jedynie, że naukowcy wytropili, iż młoda koźlęcina jest nawet bogatsza w składniki odżywcze od jagnięciny, tradycyjnie uważanej za potrawę wzmacniającą i podawaną dzieciom i chorym, podobnie jak rosół.

Jeśli ktoś ma dostęp do całej tuszki, to oczywiście pierwszą sprawą jest właściwy podział mięsa. Gdyż nie każde nadaje się do wszystkiego. Na pieczeń nadają się udka i łopatki takiego podrostka. Z karku i kręgosłupa można wyciąć kotlety, jeśli ktoś potrafi, to z kością (można podejrzeć w internecie jak to się robi), a jeśli nie - to wyciąć delikatnie schab i polędwicę nożem. Nie jest ona imponująca, to dość cienkie wałki mięsa, które nadaje się i na tatar i na malutki befsztyczek. To drugie polecam jako szybkie, smaczne i wzmacniające danie na patelnię.

Befsztyk koźlęcy
Trzeba pociąć schab na kotlety grubości najmniej 2-2,5 cm, po czym delikatnie je zbić, skropić octem jabłkowym (który bardzo się lubi z koźlęciną), posypać ulubionym ziołem (są różne szkoły, ze świeżych polecany jest siekany zielony lubczyk, z suszonych jakieś zioła myśliwskie, typu tymianek, rozmaryn, z ostrych pieprz prawdziwy lub cayenne). Skropić olejem i chwilę pomacerować. Wrzucić na dobrze rozgrzany tłuszcz, na którym nieco wcześniej podsmażyło się cebulkę i ząbek posiekanego czosnku. Smażyć z każdego boku ok. minuty-dwóch i dawać na talerz, z cebulką oczywiście. Może być jeszcze lekko zaróżowione w środku. Trzeba wiedzieć, że dłuższe smażenie powoduje twardnienie mięsa i jeśli przegapić odpowiedni moment, czeka nas już tylko długie duszenie pod przykryciem, aby je móc zjeść bez gubienia zębów.
Soli się zawsze na talerzu, nigdy wcześniej. Zresztą mięso kozie zazwyczaj jest słone samo w sobie (kozy lubią pasjami sól lizawkę, co daje się potem odczuć) i dla kogoś, kto nie używa dużo soli może nawet takie wystarczyć bez specjalnego przyprawiania. Pasuje do niego jakaś surówka. I chleb. Najlepiej domowy z pieca.

Pieczeń koźlęca
Tu są różne szkoły. Ważne jest z jak wiekowego kozła, bądź kozy mamy mięso. Im bowiem zwierzę starsze, tym dłuższej obróbki termicznej wymaga. Co do kozy to problemu nie ma, lecz kozły, te starsze, mające około roku, a tym bardziej więcej, bywa, że capią. Jeśli są jednak właściwie ubite i sprawione nie powinno być z tym problemu większego, niż przy baraninie (która moim zdaniem bardziej wonieje). Najważniejsze, aby w takim wypadku dokładnie pozbawić mięso błony i przerostów tłuszczu, gdyż w nich ukrywa się ewentualny "smaczek". Wyczyszczone mięso dobrze jest skropić octem jabłkowym i dać mu tak poleżeć przez noc. Dodatkowo zmniejsza to "samczy aromat". I wreszcie przy pomocy czubka ostrego noża ponadziewać je ząbkami czosnku gdzie się da. I nasmarować ulubionymi przyprawami.
Mówi się, że do koźlęciny, jak i do baraniny pasują zioła używane do dziczyzny.
Z pewnością także Arabowie mają swoje patenty przyprawowe, i jeśli ktoś ma dostęp do sklepu z przyprawami arabskimi warto chyba podpytać sprzedawcę w tej sprawie. Podobno (tylko słyszałam, nie próbowałam) mają takie, które nawet największego i najstarszego capa rozbroją w ciągu dwóch godzin.
Przepis na świetny w smaku gulasz koźlęcy z fasolką i przyprawą garam masala podaję osobno. Także na gyrosy z nadzieniem z koźlęcego mięsa prawie po grecku tutaj.
Oraz nader smaczną zapiekankę z ziemniaków i mielonego mięsa koziego.

Mięso koźlęce jest chude, dlatego pieczeń można śmiało obłożyć plastrem słoniny czy boczku. Najlepiej zapakować je w rękaw, albo jeszcze lepiej piec w naczyniu glinianym, tzw. rzymskim. Świetnie sprawia się także wolnowar. W innym przypadku, na brytfannie trzeba je podlać wodą i nakryć kawałkiem folii aluminiowej. W piekarniku piec w jak najniższej temperaturze najdłużej jak się da. Generalnie wysoka temperatura 170 stopni daje jakieś 2,5-3 godziny pieczenia (to jeszcze zależy od wielkości pieczystego). Obniżona nawet do 100 stopni - wymaga odpowiednio dłuższej obróbki. Zbyt wcześnie wyciągnięta pieczeń jest łykowata i trudno ją pogryźć. Dlatego lepiej przedobrzyć, niż nie dopiec.
Gotową kroić na grube plastry, podawać z warzywami i pieczonymi ziemniakami, surówką, winem. Na zimno też jest pyszna i starcza na kilka dni do kanapek.

Polecam grilla z dość grubo krojonych kawałków mięsa z udźca albo łopatki, odpowiednio i długo wcześniej macerowanego w różny sposób co najmniej przez noc. Moim zdaniem nie ma nic lepszego!

Inne potrawy
Zostają żeberka i różne kości, np. giczki czy te z karku. Te świetnie nadają się do gęstych zup, krupniku, grochówki, fasolowej, kapuśniaku, bigosu. Albo dodatek do mięsa drobiowego w pożywnym rosole.
Jeśli je uwędzić, jeszcze lepiej. Fasolka po bretońsku, mmm!
Sos na żeberkach polecam. Najlepiej robić go z dodatkiem suszonych grzybów, a żeberka najpierw podsmażyć na patelni do zrumienienia. Ostatnio testujemy w domu żeberka w miodzie. Pychotka!
Przepisy są do znalezienia w internecie. Tu jeszcze raz namawiam do używania wolnowara (odpowiedni wpis na blogu). To idealne naczynie do potraw z koźlęciny, wymagających stosunkowo niskiej temperatury i długiego przyrządzania. Jeśli gotować mięso na kuchni, to czasem (zależnie od wiekowości zwierza) trzeba i dwie, do trzech godzin pitrasić taki gulasz, uważając, aby nie odparował za bardzo, albo się nie przypalił. Wolnowar załatwia sprawę idealnie.

Pasztet, podroby i kiełbasa
Oprócz powyższych części zostają jeszcze płaty boczne, podroby i tłuszcz (najmłodsze koźlęta są go pozbawione, ale kilkumiesięczne już miewają go trochę).
Otóż płaty nie nadają się ani do pieczeni, ani do sosu, ani do kiełbasy, są poprzerastane błonami, magazynującymi kozi smaczek, nie dla każdego przyjemny. Za to świetnie sprawdzają się, wraz z płuckami, sercem, nerkami i wątrobą w pasztecie! Przepis na pasztet z koźlęciny sposobem chłopskim znajduje się na tym blogu, proszę sobie zajrzeć.

Wątróbka jest jak najbardziej zjadliwa w formie smażonej w cebulce, choć wchodzi kwestia indywidualnej aromatyczności  kozła i jego wieku. Żołądek nadaje się na flaczki. Lub jakiś salcesonowy wynalazek. Jak najbardziej.

Kiełbasa warta jest zachodu, zwłaszcza, gdy koza była starsza, niż półtora roku. O takiej kiełbasie można sobie poczytać na moim blogu. Można ją przyrządzać na kilka sposobów. Ponieważ mięso jest chude, przeważnie dodaje się do niego jakiś procent słoniny oraz kawałek wieprzowiny, klasycznie łopatkę. Słoninę kroić, nie mielić, bo wypłynie z kiełbasy podczas wędzenia. Przyprawy najprostsze: dużo, dużo czosnku, majeranek, świeżo utłuczony pieprz czarny, kminek w ziarnkach, całkowicie wystarczą.
Kiełbasa z czystego mięsa koźlęcego, bez tłuszczu wymaga dodania pewnej ilości kaszy manny, dla lepszego zlepienia masy. Wędzona w zimnym dymie przez kilka dni, podsuszana potem ma swoje bardzo ciekawe walory. I specjalny smak.

Mięso ze starszych sztuk generalnie nadaje się głównie na mielone, gołąbki, pasztety i kiełbasę, ewentualnie do długiego gotowania w kapuście. Pieczenie można sobie odpuścić.

Tłuszcz, a właściwie łój koźlęcy ma duże wartości odżywcze, należy do tłuszczy omega-3, świetnie i długo się przechowuje. Ma swój specyficzny aromat, do którego można się przyzwyczaić. A koty i psy wręcz go uwielbiają! Dawniej gospodynie używały go, wraz z łojem baranim do smażenia pączków.

To, co tu opisałam nie jest oczywiście wszystkim, co się da o tym mięsie powiedzieć. Ale niech w inne szczegóły bawią się kucharze.

20 lipca 2015

Stan klęski żywiołowej

Zacząć muszę ten wpis górnolotnie i dalekosiężnie. A także filozoficznie, było nie było. Sami się za chwilę przekonacie, dlaczego.
Od jakiegoś czasu sięgnęłam z powrotem do tłumaczenia czekających na mnie cierpliwie pism Nostradamusa. Powrót po przerwie odświeżył stare lęki. Trudno się nie bać, czytając niektóre opisy i wiedząc, że dotyczą tego, co zapewne zobaczymy sami na własne oczy jeszcze w tym życiu, albo nasze dzieci czy wnuki. Nie różnią się one zbytnio od zwykłych prognoz robionych ostatnio przez specjalistów od ekonomii, socjologii, technologii, tudzież wojskowych czy politycznych strategów. Wiele z tych opisów już jest ożywionych i rozwijanych w praktyce i w Internecie przez miłośników teorii spiskowych, pisarzy i filmowców, ekologów czy preppersów itp. Wiadome to jest każdemu myślącemu trzeźwo i logicznie człowiekowi. Że obecny stan rzeczy nie może utrzymać się długo, z takich, czy innych względów. A w zamian nic dobrego nas nie czeka. Jeśli zabrać naszemu obecnemu społeczeństwu kilka podstawowych rzeczy, na których osiadło, tuczy się i rozkwita od stu lat, np. prąd, gaz, ropę naftową, środki czystości, wodę i jedzenie z pewnością oszalałoby bardzo prędko. I właśnie takie szaleństwa, ogarniające ten nasz zbytkowny świat opisuje Nostradamus. Nie okiem współczesnego prognostyka, a podglądacza tych wydarzeń żyjącego pół tysiąca lat wcześniej! To świat wstrząsany od rewolucji, zamieszek i konfliktów wewnętrznych, przeniknięty przez „nowego rodzaju wroga”, tj. Arabów i innowierczych uchodźców z trzeciego świata, okrutnych zamachów dokonywanych przez ludzkie roboty, świat oszalały od dżumy, gorączek krwotocznych, które rozłażą się mimo kwarantann i zamkniętych obszarów i sięgają coraz dalej i wyżej w głąb Europy, zdziesiątkowany zarazą kładącą pokotem zwierzęta czteronożne, bydło małe, duże i konie, a potem ludzi, pełen bandytów, złodziei i snujących się po świecie żołdaków z rozpuszczonych luzem wojsk, uderzany bezlitośnie pociskami wojennymi i w ich wyniku rozpętanymi katastrofami klimatycznymi, śmiercionośnymi upałami, całkowitym wyjałowieniem ziemi (na obszarach, gdzie uprawia się teraz rośliny GMO) żywiącej już tylko panoszące się robactwo, rozległymi pożarami, huraganami, trzęsieniami ziemi, wybuchami wulkanów, niesamowitymi burzami i wyładowaniami, wylewami rzek i ogromnymi falami morskimi wdzierającymi się w głąb wybrzeży. Oraz skażeniem radioaktywnym. Wszystko to ma się wydarzyć w obecnym stuleciu i zaprawdę, powiadam wam, cieszmy się ostatnimi chwilami szczęścia i spokoju... Bo nigdy już nie wrócą. Przynajmniej w formie, którą znamy.
O ile człowiek urodzony w 1895 roku, gdyby dane mu było spotkać się ze swoim przodkiem z 1815, nie byłby specjalnie niczym zdziwiony, bo niewiele w sposobie życia codziennego wtedy zdążyło się zmienić, a nawet człowiek z 1995 roku dogadałby się jeszcze z tym z 1915 całkiem do rzeczy, to człowiek z 2095 będzie już zupełnie kimś innym, niż my teraz. Jakby stojącym po drugiej stronie bezdennej przepaści.
No, dobrze, powiecie, po co to opowiadam, po co straszę?
Ten blog jest od spraw gospodarskich, obyczajowych, budowlanych, a nie od straszenia. Tymczasem nie mogę się z tym zgodzić. Powstał on z chęci zapisywania doświadczeń osoby, która zdecydowała się sama zmienić swoje wygodne miejskie bytowanie na wiejski prymityw, żyć w prosty i w miarę bezpieczny sposób, by właśnie owe lęki i przeczucia zbiorowe, które nie tylko ja miewam od dziecka, jakoś zrównoważyć i przerobić w aktywnym działaniu. Nieważne, czy sensownie, czy może nie. Los tym rządzi.
A teraz najnowsze wypadki poniekąd wpisały się w koloryt tych moich uruchomionych świeżo lęków i wyobrażeń. I muszę zdać z nich relację opierając się na owych przyszłych wydarzeniach, które mają się do tych wczorajszych i przedwczorajszych może nijak, choć jednak cokolwiek jakoś tak, chyba…

"Uwaga Podlasie, nadciąga czarny szkwał!" Takie ostrzeżenie, wysłane na fejsie przez znajomego meteorologa amatora dotarło do nas już po ptokach. Czyli po południu wczorajszego dnia. A dziwny burzowy żywioł rozszalał się przedwczoraj mniej więcej koło 18 godziny. Szczęściem zdążyłam zamknąć właśnie wszelkie ptactwo. I kozy już zeszły z pastwiska. Towarzyszyła temu niezmierna i nienaturalna duchota, w której nagle ożywiły się zwykłe muchy. Nagle pojawiły się całymi chmarami, rojąc się z lasu. Poprzednia generacja została przez nas bardzo skutecznie zmniejszona w oborze i kurniku dzięki chemicznemu środkowi, smarowanemu na framugach okien i drzwi. Teraz obsiadły mnie jak nigdy dotąd namolnie w wielkich ilościach, pchając mi się do twarzy i uszu niczym zwariowane. Chwilę potem silny wiatr przywiał wielkie chmury. Zrobiło się prawie ciemno. No, i oczywiście momentalnie zabrakło wody w kranie i zgasło światło.  
Drzewa tańczyły wokół, las kłaniał się i powstawał, a wiatr nosił liście i gałązki w dół i w górę, wśród błysków i w sumie niegroźnych grzmotów i pomruków niebieskich. Trwało to kilka godzin. Spędzonych przy ostatniej znalezionej w domu świeczce. Po kilku godzinach wodę włączono. Światła nie.
Kozy trzeba było wydoić już po burzy, o zmierzchu, bo nauczona doświadczeniem odłożyłam tę czynność w czasie. Mleko dojone w czas wzbierającej duchoty i błyskawic, warzy się i nie nadaje się nawet na twaróg. Zmienia smak w niemiły sposób. Podobnie działa także bliskie uderzenie pioruna na świeże mleko nawet zamknięte w zbiorniku. Ale tym razem piorunów nie było.
Rano wciąż trwał brak prądu. Trudno. Nasza chata jest całkowicie dostosowana do takiego wariantu funkcjonowania. Gorzej byłoby z wodą. W razie dłuższego jej braku trzeba by było pójść po prośbie do sąsiadów, zasobnych w studnie. Wodę na kawę ugotowałam w czajniku na gazie. Gdyby nie było gazu, wystarczyłoby skoczyć do lasu, nazbierać koszyk szyszek i napalić pod płytą. Niemniej pojawił się pewien niepokój o stan zamrożonego mięsiwa w zamrażarce. Wolałam nie otwierać i nie sprawdzać jego stanu, aby nie wypuścić na zewnątrz ducha mrozu. O dziesiątej rano miało minąć gwarantowane w instrukcji 16 godzin, gdy lód się ma trzymać. 
Jak niepokój, to najlepiej spytać się wyroczni. Rzuciłam monetami, pytając o to, co z prądem. 
- Wieczorem dopiero będzie? - zdumiałam się.
Trudno. Tak miało być. Przestałam się martwić. Zapasy w zamrażarce nie są zbyt pokaźne, jak to latem. Indora się najwyżej rozmrozi i upiecze jutro czy pojutrze. Resztę też jakoś przetworzy i znowu zamrozi. Nie problem. (Gdyby nie było prądu i piekarnika można przecież napalić w piecu chlebowym). 
Telefon 911 w elektrowni powiadomił nas kobiecym głosem, że nasza wioska jest na liście awarii nie sprawdzałam jak długiej, bo do końca wysłuchiwania szeregu miejscowości w siemiatyckiem, bielskiem i hajnowskiem nie dotrwałam i włączenia prądu należy się spodziewać za cztery godziny. To mi jednak uświadomiło rozmiar klęski żywiołowej, która padła wczoraj na łącza elektryczne w całym regionie.
Rano, mimo poburzowego cienia i lekkiego ochłodzenia wciąż było parno i muchy nie odpuszczały nawet przed siódmą. Było ich całe mnóstwo, wyroiły się i zasiedliły oborę na całość. Teraz nie dziwi mnie opis plag egipskich. Owe legendarne rojące się muchy i żaby musiały towarzyszyć jakimś zjawiskom elektryczno-magnetycznym w atmosferze, które oddziałują na ich psyche (o ile takową mają), czy też instynkt przetrwania.
Prąd włączyli rzeczywiście o 14. Ledwie jednak zasiadłam do komputera i przeczytałam owo spóźnione ostrzeżenie meteorologiczne znów zniknął. Po kilku próbach zamigotania pojawił się o 19. Ale też jeszcze nie na dobre. Tak miało być. I-Cing nie myli się nigdy.

Anna pojechała na całe popołudnie do Hajnówki. Na Jarmarku Żubra wystawiła się ze swoimi rękodziełami. Prażąc się w dusznym słońcu, które dość późno tego dnia, ale skutecznie wyjrzało zza chmur. Wróciła około 18. Gdy poszła przygonić kozy z zarośli zauważyła dziwne zachowanie naszych pszczół. 
- Roją się, albo co. Kurdę, trzeba chyba coś zrobić.
Kozy wróciły do obory, a ona wzięła pszczelarski sprzęt i poszła je obejrzeć. Pszczoły wielką gromadą kłębiły się u progu swojego ula. Odymiła je, ale nie znalazła wśród nich królowej. Na wszelki wypadek dołożyła im nową ramkę do ula, gdyby się okazało, że nie mają miejsca. Jedna pszczoła użądliła ją w nogę. Ale dym uspokoił wszystkie. Zaczęły kolejno wchodzić do ula i kłąb zniknął.  
Zaś niedługo potem znów rozpętało się osobliwe zjawisko burzowe. To żaden przypadek, że o podobnej godzinie, bo właśnie pora dnia uruchamiała w horoskopie opozycję Plutona  do Marsa i Merkurego. Ledwie włączony prąd wyłączono, chyba tym razem jednak profilaktycznie. Burza była spektakularna, choć odrobinę inaczej, niż poprzedniego wieczora. Błyskom i grzmotom nie było końca. Spadło sporo deszczu. Poszła cała butelka wina bzowego ze świeżego nastawu. Oraz żarówka w żyrandolu przy próbie włączenia światła, którego nie było już dłuższy czas. 
Po burzy, już po 22 godzinie, czyli po ponad dobie od awarii, prąd wrócił. Zajrzałam do zamrażarki. Włączyło się już czerwone światełko alarmowe (o 14 jeszcze go nie było, choć gwarantowane 16 godzin minęło z zapasem, pewnie to zasługa tego, że trzymamy w niej także stale wkłady do lodówki przewoźnej). Mięsiwa pozostały skamieniałe. Podobnie siara zamarznięta w butelkach, odłożona do mydeł, ani drgnęła. Czyli dobra jest. 
Jednak, gdy Anna pojechała dzisiaj rano do Czeremchy (po drodze mijając trochę połamanych wichurą drzew przy drodze), aby między innymi wysłać list polecony powitała ją stanowcza odmowa pani zza lady.
- Nie mamy prądu od wczoraj. Nie działa sprzęt i komputer. Nie przyjmę przesyłki, bo nie wiadomo ile to potrwa. Nie mam jak wpisać, zważyć ani zarejestrować.
Nie dała się ubłagać. Mój nieboszczyk dziadek,  jeszcze przedwojenny naczelnik poczty, w grobie się przewraca. Stan klęski trwa nadal. No, i nadchodzi codzienna niebezpieczna godzina...

17 kwietnia 2015

Czerwone i czarne

Było ich dwóch. Czarny i czerwony. Dwie wielkie nadęte piłki, a raczej piły samonadmuchujące się i parskające jak dawne parowozy, gdy wypuszczano z nich nadmiar pary przed odjazdem z peronu (może ktoś jeszcze pamięta? ja pamiętam, bo taki stawał zawsze na torze koło boiska piłkarskiego w mojej rodzinnej miejscowości i dawał różne sygnały dźwiękowe, gdy nasi gola wbili), a potem gulgające namiętnie wokół siebie. Skąd Indianie pólnocnoamerykańscy z pewnością swoje indiańskie okrzyki wzięli, tudzież puszenie się w ptasich piórach, przez naśladownictwo. W ogóle nawiasem mówiąc najczęściej spotykany drób miejscowy bywał często natchnieniem dla rdzennej ludności, co do zwyczajów, muzyki, dźwięków i strojów. Nie na darmo zielononóżka była swego czasu oznaką polskiego patrioty.
Od dzisiaj jest jeden. Czerwony.
Czarny musiał odejść. Gdy jest dwóch, to nawet, gdy są dwie panny do wzięcia, to bardziej pilnują siebie nawzajem, żeby blokować swoje wobec nich posunięcia, niż zajmują się sprawami właściwymi na wiosnę.
Na razie daleko nie wylądował. Bo w zamrażarce. Ponad pięć kilo, tyle wiem, bo więcej moja elektryczna waga nie obsługuje. A taki wydawał się mikrus jeszcze w zimie!
Chyba tytułem wyrównania energii, jedna z jenduszek jajo dziś po południu uroczyście zniosła. Duże, kropkowane.

19 listopada 2014

Cisza powyborcza

Wczoraj obudziłam się w zimowej ciszy. Kiedy spadnie śnieg bo, robi się cicho, to szczególny moment w przyrodzie, zauważyliście? Oczywiście był to symboliczny pierwszy śnieg, który zniknął całkowicie, gdy dzień się rozwinął, a pod jego koniec wyjrzało nawet słońce. Zza burych chemicznych chmur.

Taką ciszę mam od jakiegoś czasu w sobie i to ona jest przyczyną rzadziejących wpisów na tym blogu. Zmienia się moja prywatna pora roku, cykl istnienia. Można to astrologicznie wytłumaczyć, ale ten blog nie jest na takie tematy, więc pominę wytłumaczenie. Powiem tyle, że na takie kosmiczne zmiany w horoskopie - i co za tym idzie w życiu - nie ma mocnych. Coś zanika. W zamian jeszcze nic się nie pojawiło poza tym, że to, co zanika zaczęło zmieniać konsystencję z twardej, materialnej na papierową, w końcu wizualną, formalną, wreszcie kiedyś przestanie istnieć, odsunięte w przeszłość. Zrobiwszy miejsce nowemu. Bo jeszcze przecież nigdy nie było tak, żeby coś w zamian się nie pojawiło. Otwieram umysł i serce, czekam. Interesuję się wszystkim, co mi przychodzi do głowy i serca spontanicznie, ale nie przywiązuję się do żadnej nowej ścieżki, pomysłu, wizji. Pewnie kiełek już gdzieś zaczął rosnąć, tylko ja nie umiem go jeszcze zauważyć.
Wraca do mnie rada usłyszana od Alefa Sterna, ASa, aby zrobić z tego bloga książkę. Oczywiście nie byłby to prosty zapis dziennikowy. Materiałów jest o wiele więcej. Nagromadzonych przez dziesięć lat tego mojego życia na Podlachii. Bardzo możliwe, że się za to wezmę i wtedy skrystalizuje się pomysł, idea, osąd, wniosek, refleksja, wiedza i co tam jeszcze... Najszybciej takie rzeczy przychodzą podczas pisania. Idzie zima, taką pracę w wakacje rolnika bardzo lubię. Winko wspomagające natchnienie dojrzewa w gąsiorkach.

A póki co dzisiaj zastał mnie chłodny poranek, zmarznięte liście i powierzchnia gleby na podwórku, trza zacząć wkładać kalesony, wyciągnąć jakiś sweter z szafy. Ubita wczoraj gęś czeka na pieczyste...

24 lipca 2014

Wokół festiwalu

Zawiesiłam wpisywanie ze względu na nadmiar zdarzeń i notorycznie inny stan świadomości, w który mnie one wprawiły. Powoli wracam do normalności, ale zdaje się, już będzie odrobinę inaczej. Zwyczajnie się zmieniam.
Przed festiwalem, klasycznie, było mnóstwo pracy. Trafiły się fuchy, chociaż Anna zarzekała się, że już żadnej nigdy nie weźmie. Przyszło co do czego, nie odmówiła.
Potem był festiwal, trzydniówka. Anna jeździła na wiele godzin w ciągu dnia, gdyż razem z Jurkiem Fiedorukiem prowadziła warsztaty z gliny, a potem stoisko z wyrobami ceramicznymi dzieciaków z koła garncarskiego przy domu kultury. Przy okazji też wystawiła swoje mydła, które cieszyły się dużą popularnością. Ja w tym czasie pilnowałam gospodarstwa, rozmawiałam z gośćmi, wszystko na sporym rauszu, w który wprawiło mnie mocne roczne winko jabłkowe, w pewnym nadmiarze wypite pierwszego wieczoru.
Apogeum festiwalowe było w sobotę. Koncert okazał się po prostu i jednym słowem WSPANIAŁY. I nie do opisania. Ludzie na widowni również. Panowała ogólna atmosfera przyjaźni i bratania się. Ktoś poczęstował mnie szklaneczką śliwowicy (dostępnej legalnie u zaprzyjaźnionego Słowaka, który od kilku lat zjeżdża ze swoimi wyrobami na festiwal). Ktoś wyściskał przechodząc obok. Co rusz natykałam się na dawnych znajomych i trzeba było się witać. Wystąpiły po sobie same dobre i coraz to lepsze zespoły. Od ukraińskiego Kozak System, przez angielski The Ukrainians, rumuński Taraf de Haidouks po Czeremszynę. Która wystąpiła w zwiększonym składzie śpiewaczym i dała taki popis białego śpiewu chóralnego, że znajomi Ślązacy, którzy po części przeżywali to po raz pierwszy popadli w zachwyt (choć już i tak byli w euforii po występie rumuńskiej orkiestry cygańskiej).
- W jakim języku oni śpiewają? - pytali mnie później i trzeba było objaśniać podlaskie oczywistości.
- Te kilka wolnych utworów na początku to było coś zajebistego. Czemu nikt w Polsce tego nie zna, nie wie? Tu wszyscy śpiewają na widowni razem z zespołem, znają słowa, rozumieją!
Ano tak. 
Niedziela była spokojna, poświęcona bardziej imprezom towarzyszącym, warsztatom tego i owego, konkursom, niż muzyce. Skończyło się wszystko o zmierzchu dyskoteką prowadzoną przez DJ Wojcia i pożegnaniami. 
Pogoda dopisała, było wręcz skwarnie. 
Potem należało festiwal odespać i otrzeźwieć. 

Z innych, już rolniczych spraw to ważna jest historia kubanek. Zdechły prawie wszystkie, po kolei na zarazę wirusową (nasz weterynarz nie jest specjalista od gęsi, a inny, którego nam polecił jako znawcę, obsługuje jedynie wielkie fermy). Został tylko największy gąsiorek, który zresztą wykluł się pierwszy. Dostał imię, Kubuś. Oraz towarzystwo trzech zielononóżek, które się wykluły pod indyczką (z 15 jaj pozostało 7, których nie zgniotła, a z 5 wyklutych piskląt przeżyła trójka, którą odebrałyśmy nerwowej niani, aby dać im szansę odchowania się). Dzięki słonecznej pogodzie Kubuś dnie spędza w zagródce w ogródku przy tarasie, co bardzo sobie chwali. Uspokoił się już po stracie stadka i oswoił ze mną, a nawet złapaliśmy ze sobą dobry kontakt.

No, a brojlery poszły pod nóż, a raczej pod siekierę. Jednego już zjadłyśmy, oj, smakowity. Miały wagę od 1,5 do 2 kg. Kartoflami, osypką, twarogiem, zielonym i serwatką karmione.

20 lutego 2014

Wieści z kurnika

Sufit w kuchni wreszcie skończony, dwukrotnie pomalowany farbą. Dzisiaj posprzątałam dokładnie pył, kurz i co się dało wyszorowałam, piec, zlew, kafelki. Zajęło mi to pół dnia, Anna bawiła się trzy dni. Ale wreszcie widać postęp w chacie. Zaczynamy otwierać się na ozdabianie i gadżety, choć żadnego pomysłu jeszcze nie ma, ale jest otwarcie głowy na napływ inspiracji.

Poza tym jastrząb zabił białą kokoszkę. Co prawda starą, już 4-latkę, ale niosła się całą zimę i teraz też. Szkoda. Laba szczekała zajadle w kierunku ataku ptaka, ale nie pobiegła go spłoszyć. Niemniej zainteresowało to Annę i poszła sprawdzić, co się dzieje w lesie. Na jej widok jastrząb odfrunął. Kura trafi do psiego garnka, będą co najmniej trzy rosoły. Wątroba i żołądek były idealnie zdrowe. Wielka różnica z kurami naszych sąsiadów, które czasem trafiały się - padłe, czy zabite przez drapieżnika - naszym  psom. Kurami, mimo wolnego wybiegu karmionymi do oporu paszą treściwą i pszenicą. Po roku życia padają na wątrobę, która jest dosłownie w strzępach, lub otłuszczone serce, zdarzało się też Annie znaleźć podczas patroszenia  coś w rodzaju wodnego raka na jajowodzie. Mięso śmierdziało paszą tak, że zdarzało się, iż nawet pies nie chciał jeść z nich rosołu.
Starzy rolnicy jednak, a w tym wypadku gospodynie, bo to kobiety przeważnie hodują i dbają o swoje stadko drobiu, są uparci. Czego nauczyli się za młodu, tak i robią ciągle. Nawet nie liczą kosztów takiego przekarmiania (po co liczyć, jak emerytura co miesiąc spływa do kieszeni), bo to może by ich otrzeźwiło, jeśli już tego nie potrafi dokonać kiepski smak mięsa. Jajo od ich kury jest pewnikiem "droższe pieniędzy". Poza tym rzadko kiedy pozwalają usiąść kwoce na jajach i wysiedzieć młode. Uzupełniają stado co roku na wiosnę w wylęgarni. Kolejny koszt i kolejny kłopot, bo jednodniowe pisklęta trzeba ogrzewać i specjalnie karmić. O co najlepiej i bezproblemowo zadbałaby przecież zwykła kwoka.
Nasze kury żyją długo, szczęśliwie, niosą się ile chcą i mnożą ile chcą. W zeszłym roku wysiedziane maleństwa dały stosunkowo duży przychód i pokryły z nawiązką koszty rocznego karmienia całego stada. Niewiele jaj sprzedajemy (bo i stado jest mało liczne, średnio ok. 15 sztuk), większość same zjadamy bądź oferujemy gościom, ale dzieje się to cały rok i jest to pyszna baza codziennego bezpieczeństwa żywieniowego. Doliczając zdrowe mięso (kogutki albo stare kury), o wspaniałym smaku można powiedzieć, że hodowla kur (nie licząc innego drobiu) stanowi mocne oparcie dla domowego gospodarstwa.
Poza tym indyki mają właśnie coś w rodzaju godów. Indor się puszy, a indyczki krążą wokół niego w swojej hierarchicznej kolejności.
Anna, która wczoraj pojechała do Bielska w kwestii mojego nowego starego komputera, wstąpiła także do wylęgarni i zapisała się na gęsi jednodniowe. W tym roku będą u nas gusie, zamiast kaczek.
A komputer już działa, co widzicie na własne oczy, bo piszę na nim.