Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krowy. Pokaż wszystkie posty

6 września 2022

Spadowisko

Dość szybko i skutecznie wielki upał zamienił się w rześkie chłody. Nadal słoneczne i suche. Ta susza sprawia, że dynia w naszych ogródkach zatrzymała w większości wzrost w fazie maleńkiej kulki, częściowo zżółkła, a po dwóch przymrozkach nocnych jej liście sczerniały. Oj, nie będzie dużych zbiorów jesiennych tego roku, po raz pierwszy od czasu rozpoczęcia jej uprawy! Żal.
Za to udały się pomidory różnej maści, zrobiłam spore zapasy soków pomidorowych i jeszcze przerabiam końcówkę. Nadwyżki sprzedały się bez problemów, bo owoce rzadkich odmian były smaczne, słodkie, bezpieczne jeśli chodzi o nawożenie i wolne od zarazy.

Ostatnie wiaderko ogórków dotarło do kuchni dwa dni temu. Anna wreszcie wyrywa uschłe krzaki. Zapasy kiszonych i sałatek zostały uzupełnione, resztę zjadają kozy. Ze smakiem.

Pastwisko wyschło jak pustynia, kozy pasą się na jabłkach spadowych w sadzie i każde zasilenie dodatkowe witają chętnie, odwdzięczając się mlekiem. Popołudniami Anna zabiera je na ugór, gdzie posilają się liśćmi leśnych krzewów, czeremchy, brzozy, robinii itp. Ale ogólnie marnie to wszystko wygląda.

Zebrana aronia, po raz pierwszy z owocujących naszych krzewów, okazała się mało soczysta. Anna uzupełniła zbiory na nieużytkach za wsią, i owoce wylądowały w zamrażarce, aby je użyć do dżemów jabłkowo-aroniowych i nalewki. Jeśli robić sok, to jedynie na bazie treści jabłkowej. Podobnie jest z dziką różą, którą dodaję do dżemów i cydru. Który powoli, stopniowo się tłoczy i nastawia, zgodnie z biegiem dni i codziennych prac.

Wróciłam do palenia w kuchni (do tej pory, w czas upalny, korzystając z fotowoltaiki używałam do gotowania głównie kuchenki elektrycznej albo gazowej). Chrustem. W domu od razu cieplej się zrobiło. Wieczory i poranki zimne już są i tarasowe przyjemności wieczorne zostały skrócone, a w zasadzie z powrotem wniesione do wnętrza. Niemniej warto spędzić tam trochę czasu o samym zmierzchu, gdy zapalają się światełka solarne, bo z lasów obok można usłyszeć pierwsze ryki byków jeleni i łosi, gotujących się do wrześniowego rykowiska i rui. To niezwykłe, piękne doznanie sił przyrody, które wciąż trwają skryte w swoich leżach.

Codzienny przerób jabłek wygląda następująco. Trzeba je rano zebrać, aby zdążyć przed kozami (zostawiając im te najgorszego sortu), przebrać, pokroić, nastawić sokownik, usmażyć porcję dżemu, rozdrobnić i zasypać pektoenzymem, wytłoczyć, przelać do gąsiora. Gotowe przetwory przelać do butelek i przełożyć do słoików. Gotowe schować do piwnicy. To oprócz serów, także codziennej pracy od kilku miesięcy. 

Kilka dni temu stracił głowę główny indor w stadzie. Nie dało się już czekać. Od jakiegoś czasu rozpoczął zawzięte walki z drugim, młodym indorem, który dorósł. Trzeba było ich rozdzielać, każdy nocował gdzie indziej, bo rozpętała się walka na śmierć i życie między samcami-przewodnikami stada. Również w dzień byli wypuszczani na zmianę. Kłopot.
Ostatecznie Anna zerwała mnie raniutko z łóżka, pomogłam jej związać i zapakować do wora delikwenta, po czym obezwładniony kobiecym sposobem, skutecznie stracił łeb na pieńku, wystawiwszy go przez dziurę w zawiązanym worku. Wyszła z tego kupa mięcha i dzisiaj jemy pierwszy rosół, z warzywami z naszego ogródka, marchewką, kalarepką, selerem, jarmużem i cebulą.

19 lutego 2013

Latka lecą

Zaniemogłam z pisaniem na blogu, a bo i w życiu trochę mnie przycisnęły niespodziewane dolegliwości. To znaczy bywały wcześniej, ale nie w takim natężeniu i szybko o nich zapominałam, odkładając jakieś zdecydowane kroki na wieczne nigdy. Dalej się jednak nie dało tego ciągnąć.
Kilka dni trwało ustalanie tego, co mi jest. Drogą eliminacji pokarmów doszłam, co mi szkodzi. Okazuje się, że zaczęłam mieć objawy celiakii. Podobno kobietom w moim wieku to się nagle zdarza. Słowem zmuszona zostałam przez los do uściślenia diety, bo nie chcę tego nazywać zmianą, jeśli jem to co zawsze, tylko bez pewnych pokarmów co zawsze. Te moje najulubieńsze pozostawiłam bez zmian, więc nie jest to okupione jakimś strasznym wyrzeczeniem.
Jednym słowem z dnia na dzień zarzuciłam jedzenie chleba oraz potraw z mąki pszennej, żytniej i większości kasz. Najbardziej mi żal spośród nich chleba z pieca ze swojskim smalcem, masłem albo konfiturą własnej roboty. Ale trudno, raz się żyje, i lepiej zadbać o jakość tego życia, co pozostaje przede mną, zawczasu, niż kwękać i zapadać na zdrowiu coraz szybciej.
Porozmawiałam z zielarką utygan, która objaśniła mi dokładnie na czym polega to zaburzenie, a potem jeszcze z koleżanką od reiki z Krakowa, która prześwietliła mnie mentalnie trzecim okiem na odległość i zdiagnozowała stan moich narządów bardzo prawidłowo. Ona właśnie w ogóle natchnęła mnie do pomyślenia o diecie bezglutenowej już kilka lat temu, gdy sama dostała alergii na gluten w podobnym do mojego wieku i zdecydowanie pozbyła się tego zaburzenia, eliminując ze swojego jedzenia mąkę, cukier i mleko. Czuje się teraz świetnie, schudła i zniknęły depresje, które ją gnębiły długi czas.
Co do cukru, to nie mam problemów cukrzyco-podobnych, nikt w mojej rodzinie na to nie chorował, a poza tym od dziecka nie przepadam za słodyczami. Mogę ich w ogóle nie jeść, jak i nie słodzę herbaty czy kawy na przykład. Zatem ta czasem odrobina, jaką zjem w postaci loda na patyku, kiślu czy galaretki z bitą śmietaną wcale się nie liczy.
Także mleko mi nie szkodzi, choć od kilku lat piję jedynie kwaśne, jogurty, oraz jem w postaci masła i serów różnego rodzaju, czyli naturalnie przetworzone. Uważam, że - jeśli tylko nie ma się na nie alergii i ma dojście do niepasteryzowanego świeżego mleka - powinno się je spożywać w tych postaciach, dla dobra flory bakteryjnej w jelitach i żołądku.
Nie mam od tego zaflegmienia oskrzeli, na co narzekają niektórzy ortodoksi dietetyczni, twierdząc, że mleko powoduje zapadanie na choroby dróg oddechowych u dorosłych, którzy mleka nie potrzebują tak, jak dzieci. Nawet się nie przeziębiam od czasu wyprowadzki na Podlasie, czyli już 8 rok, w ogóle!
Tu nawiasem dodam coś na temat innego poglądu o mleku, że powoduje ono osteoporozę u starszych kobiet, otóż moje spostrzeżenia z życia wiejskiego temu przeczą. Znam wiele starych kobiet wiejskich, które są przyzwyczajone spożywać dużo mleka w rozmaitej postaci, i codziennie to robią od dziecka, a osteoporozy u nich ni śladu! Co rusz jednak już jakaś znajoma wiekowa pani, albo znajoma znajomej mieszkająca w miasteczku narzeka na odwapnienie kości. W czym rzecz? Odpowiedź jest chyba prosta i łatwa. Choroba pochodzi od mleka z chorych na odwapnienie krów hodowlanych! i mleka przetworzonego, kupowanego w sklepie.  I nie jest temu winne mleko samo w sobie (dowodem starsze pokolenie i ich przodkowie, żyjący na mleku krowim od zawsze, spożywanym w dużych ilościach, byle ono było prosto od krowy, takiej zwykłej mućki pasącej się na łące cały sezon).  Ale winien jest sposób produkcji, zaburzenie homeostazy zwierząt, ingerencja przemysłowa w ich naturalne potrzeby, a potem technologia przetwarzania.
Wniosek: jeśli człowiek niszczy naturalny porządek i wprowadza innowacje kosztem przyrody i zwierząt, zawsze zemści się to na człowieku, jako szczytowym szczeblu drabiny pokarmowej.

Poza tym sypie znowu, nocami mróz spada do kilku stopni poniżej zera, czasem więcej, czasem mniej. Zima udaje, że nie ma zamiaru odejść, trudno. Zapasów drewna wystarczy na pewno, zatem nie ma stresu. Takoż w piwnicy jeszcze pozostaje worek kartofli, ćwierć beczki kiszonej kapusty, mnóstwo soków, dżemów, kilka żółtych serów, kilka słoików przetopionego niedawno smalcu, kosz cebuli, w kredensie mnóstwo mąki na chleb i placki (nie dla mnie, ale co tam, jest), kilka butelek swojskiego wina, herbata i kawa w zapasie także są. Mięsa pełna zamrażarka, a kury znoszą już jaja. Można naprawdę dać się zasypać nawet na wiele dni.

Anna przykręciła wreszcie brakujące uchwyty do szafek kuchennych, w cieplejszy czas polakierowała podłogę w kąciku kuchennym na górze, no, i po raz trzeci od jakiegoś czasu odetkała zlew. Z tym zlewem miałam podejrzenie, że coś z nim nie tak, bo co rusz się zatykał, choć uważałam, aby nic grubszego z niego nie leciało. I moja racja! Składając syfon do kupy Anna odkryła, że zostało jej w ręku jedno kolanko, do tej pory używane. Panowie majstrowie zamontowali, z iście podlechicką wynalazczością, dodatkowe kolanko do odpływu i to była przyczyna, jak się okazało, cieknięcia i zatykania się rur. Jednak czasem dobrze być blondynką i iść po prostej, bez krzywizn!
Poza takimi drobnymi pracami zabawiamy się wieczorami oglądaniem filmów, seriali (nieśmiertelnej "Alaski" już czwarty sezon leci) i programów dostępnych w internecie, i już nawet planować nam się nie chce. Będzie co ma być. Tak mówi doświadczenie przodków.

10 września 2011

Krówki-kózki

Przespałam oglądanie zorzy polarnej nad Polską. Pamiętałam jeszcze o 20.30, żeby wyjrzeć na dwór koło północy, ale już pół godziny później zasypiałam w łóżku jak co wieczór. I nic mnie ze snu nie wyrwało, żadne kosmiczne blaski zaglądające w okienko. A mogło być widać, bo podczas zachodu słońca chmury zaczęły się rozstępować, a latarnie wioskowe palą się od jakiegoś czasu oszczędnościowo chyba tylko przez godzinę (bo po co wieśniakom latarnie! tylko spać ludziom i zwierzętom nie dają), potem już nic nie przeszkadza obserwować nieba w jego jesiennej gwiezdnej krasie. Trudno. Sądząc z tego, co się zaczyna wyprawiać w kosmicznym otoczeniu naszej planety, nie była to jedyna taka okazja niecodziennego widoku... zatem poczekamy, zobaczymy.

Ostatnimi czasy, w ramach robienia wojennych, tfu! zimowych (oczywiście) zapasów wzięło mnie na wspominki. Jak to moja prababcia warzyła w czas II wojny cukierki z mleka, a wujek woził je do miasta na sprzedaż. Mleko jest, może warto wykorzystać je i do tego? - pomyślałam.
Znalazłam w internecie kilka przepisów. Przeważnie nie różnią się w istocie całej pracy, jedynie w proporcjach składników. Pierwszy raz zatem wzięłam proporcję 1:1 mleka i cukru. Cukierki wyszły zbyt kruche i łamliwe, choć smaczne, lecz zdecydowanie za słodkie. Wczoraj przeszłam więc na proporcję 1:2, na litr mleka pół litra cukru (objętościowo mierząc). Smak zdecydowanie lepszy, lecz tym razem nie dowarzyłam mikstury i przelałam ją do formy zbyt wcześnie. Nie skrystalizowała się, tylko pozostała w stanie ciągnącym się, przypominającym klasyczną nutellę do smarowania (i nie ustępuje tamtej smakiem). Zawzięłam się i dzisiaj, już dziiiisiaj będzie wsio ok.
Zastanawiam się nad nazwą dla tych cukierków. Bo popularnie zowie się je krówkami. Lecz, jeśli są robione z mleka koziego powinny zwać się - kózkami, prawda? Ich smak jest nieco inny, niż krówek, może nawet lepszy, są też bledsze w kolorze, bo tłuszcz mleka koziego nie ma żółtego barwnika, jak krowi.
W każdym razie robię zapasy i już! Korzystając z tego, że ochłodziło się i codziennie palę pod płytą, co wydatnie zmniejsza koszty wytwórcze tego słodkiego luksusu.

15 maja 2011

A ciemność światła nie ogarnia

Wczoraj był dzień hardkorowy. Od rana trwał bunt. Nie, ja to pieprzę, rzucam, wyjeżdżam, wracam w rodzinne strony, do miasta, nie ma odwołania. Zaczynam od początku. Z pracą, zarabianiem, mieszkaniem. Nawet ta myśl obudziła we mnie twórczy wigor, odgrzebałam jakieś stare furiackie teksty z lat młodzieńczych, z myślą ich wydania jako bestselleru. Potem ogarnęła mnie trzęsawka i zaczęło przechodzić... Przekształciło się to wszystko w zewnętrzne zdarzenia następującej treści:
Najpierw w miasteczku podrzuciłyśmy pani Lenie jeszcze ciepłe z popołudniowego udoju "mleczko od krówki". Pani Lena opowiedziała nam, że - ponieważ jest cukrzyczką - sprawdza sobie poziom cukru po każdym posiłku. Otóż jako stara rolniczka od dziecka dużo spożywała i nadal lubi mleko. Dotąd kupowała na wiosce i piła mleko od krowy, lecz zauważyła, że potem podskakuje jej cukier. Ciężko jej było ograniczyć dawne przyzwyczajenia. Jednak po mleku kozim nic takiego się nie dzieje! Po prostu rewelacja. Miło było nam to usłyszeć.
Następnie prawie biegiem wpadłyśmy do GOK-owskiego kina "Tor", które działa od kilku miesięcy. Wreszcie znalazł się czas i chęć, aby tu zawitać. Szedł polski film "Sala samobójców".
Abstrahując od samego filmu (który mi się spodobał i całkiem był w hardkorowym nastroju wczorajszego dnia) to ekran jest duży i widoczny, krzesła miękkie, a sala na tyle pojemna i mało akustyczna, że nie przeszkadzały nawet zbytnio w słyszeniu filmu notoryczne rozmowy młodzieżowej widowni przez komórkę. Było nawet tak, że w scenach, gdy bohaterowie krzyczeli dramatycznie, jedna panna starała się koniecznie odpowiedzieć coś swemu rozmówcy czy rozmówczyni po drugiej stronie fali, przekrzykując kinowy krzyk!
- Co? Co mówisz?!!! Jestem w kinie! W ki-nie, słyszysz?!! To gdzie teraz jesteś?!!! Powtórz, bo nie słyszę!!! - całkiem jak w jakimś satyrycznym skeczu.
Ale dało się przeboleć, dzięki właśnie wyżej wspomnianej rozpraszającej się naturalnie rozszerzalności dźwięków w sali.
Na koniec, poruszone hardkorowym filmem w stylu neo-post-modernizmu (proszę nie szukać tego hasła, wymyśliłam właśnie) wylądowałyśmy na urodzinach kolegi w domu wspólnych znajomych. Była biesiada na tarasie, przy grillu i ognisko, ale dość szybko zimno zagnało gości do ciepłego wnętrza. Jednak przecież jakiś czas przy ogniu trwała rozmowa o najciekawszych filmach w stylu horror obejrzanych w życiu, a potem już we wnętrzu - z tematu permakultury szybko przeszliśmy do Nostradamusa i chemicznych smug tudzież fali promieniowania atomowego i innych horrorów, które osaczają ludzkość po cichutku, aż wszyscy ockną się nagle w bardzo niemiły sposób...
Kilka kieliszeczków jak zawsze pysznej nalewki oraz specjalny charakter dnia sprawił, że wprawiłam pozytywnie medytujących joginów (och, tacy też mieszkają w naszej gminie, a jakże!) w stan frustracji, a zło-wieszczyłam z rozczuleniem i tęsknotą za tym, aby coś wreszcie rozwaliło ten chory ludzki kazamat. Zamiast przepowiadać - jak Pan Bóg przykazał - o zwyciężającej ciemność planetarną wspólnocie rodowej i komunie z morusowej wyspy Utopia oraz ekowioskach anastazjowców i rolników organicznych odradzających umierającą przyrodę Ziemi.
Ale to był taki dzień, do diabła!

9 lutego 2011

Babski rząd

No, to odbyło się zebranie wiejskie, w obecności władzy gminnej. Zeszło się kilka bab, włącznie z nami. Na 33 mieszkańców 9 osób, w tym dwóch mężczyzn. Podobno norma. No, i stary sołtys odszedł na własne żądanie, a wspólnota zgodnie wybrała jego żonę na sołtyskę. My obie dostałyśmy się zaś niespodziewanie do rady sołeckiej, my i jeszcze jedna kobieta, dawna wieloletnia sołtyska. Ani też trafiło się przewodniczyć zebraniu, mnie zaś głosy w komisyi liczyć. Ot, życie społeczne.
Kiedy ludziska się rozeszły, rada sołecka jeszcze trochę poobradowała u nowej sołtyski, kawkę pijąc z kozim mlekiem, racząc się makowcem i marcinkiem, i o kozach i krowach dyskutując. Na naszej wiosce tylko dwie gospodynie jeszcze po krowie trzymają, ale już dawno przeszły siedemdziesiątkę, zatem myślą o umniejszeniu sobie pracy. Jak? Nie, nie będą mleka ze sklepu piły, tfu! Kozy sobie kupią! I starczy im i ich bliskim. Racja. Po co się przemęczać, doić, a potem mleko niesprzedane świniom skarmiać? Eto żałko - orzekła pani Marusia, która przy radzie też się na chwilę po koleżeńsku ostała.
Tak to na wiosce rządy bab się zaczęły (jak zażartował był wójt).

Dzisiaj natomiast zabrałyśmy się wreszcie za montaż szafki kuchennej, wedle instrukcji ikeowskiej. Oczywiście dyskusji jest przy tym co niemiara, bo już po własnoręcznym zmontowaniu jednego łóżka wiemy, że trzeba najpierw dokładnie obrazek obejrzeć i nad każdym detalem się zastanowić, żeby potem śrub nie wykręcać, bo jakiś element do góry nogami niespodziewanie wypadł.
Przerwał nam zaaferowaną robotę telefon od Niny z GOK-u. Ratunku, potrzebna pomoc przy krosnach! Nauczycielka tkania, starsza, ponad osiemdziesięcioletnia pani z sąsiedniej wsi lepiej się trochę poczuła i mogła wreszcie zjechać, aby pokazać, jak rozplątać zaplątane nici. Lub je przeciąć i naciągnąć od początku.
Zatem Ania rzuciła montaż, w samochód wsiadła i dalejże warsztat tkacki studiować u źródła.

19 stycznia 2011

Eco-fiction

Zdecydowałam. Ponieważ postu ni widać, ni słychać, będę odtąd gotować postne potrawy z okazji Świąt wszelakich.
Świat się na wywrót odmienił. Post o intencji jak najbardziej religijnej, pokutnej, duchowej i oczyszczającej dzięki temu ciało w najlepszy sposób, został zdegradowany do diety wegetariańskiej świątek piątek, czyli czynnik religijny starannie wykasowany. I zamieniony w ideologię: ratujmy Ziemię, ratujmy zwierzęta, ratujmy się od miażdżycy, ratujmy swoją wątrobę, serce, srotototo. A to przecież nie to samo!
Gdyby tak spełniły się plany NWO i Nowy Człowiek (nadczłowiek), wyzwolony z okowów zabobonnej religii, wszechstronnie wyedukowany i zdrowy, osiadły w cywilizowanej ekowiosce ogrzewanej wiatrakami, elektrownią wodną lub solarami, z piękną oszkloną biblioteką, klubem internetowym, polem golfowym dla sportsmenów jadł jedynie warzywa i owoce (podlewane i podsypywane gnojówka ludzką - przez rolników uważaną obecnie za jeszcze gorszą od świńskiej, ale wegetariański gnój na pewno jest o niebo wartościowszy) to wszelkie zwierzęta hodowlane, które pod skrzydła ludzkie się w zamierzchłych czasach Abla schroniły, przepadłyby tak samo, jak giną inne gatunki dzikie, a może jeszcze prędzej... Zniknęłyby krowy, kozy, kury, świnie, cały drób różnej jakości, co mogło to by zdziczało, ale powrót do natury byłby już tylko ich degradacją. Po świecie snułyby się watahy dzikich psów robiących czystkę w stadach owych odegnanych od ludzi zwierząt, nie umiejących sobie radzić zimą, a nowy człowiek rozpocząłby kolejny etap swojej ewolucji, jakim byłoby przejście na odżywanie się energią słoneczną. Nie dałoby się bowiem uprawiać wystarczającej ilości warzyw i owoców ze względu na szkodniki, zdziczałe króliki, ptactwo dawniej przydomowe, a teraz szukające łatwej paszy, dzikie świnie, kozy itp.
O ile koty domowe potrafią sobie radzić same, to jednak psom byłoby gorzej. Z człowiekiem pozostałyby przecież jedynie mutanty ze zdegenerowanym systemem trawiennym, zdolnym trawić groch i kapustę, na ogół dla tego gatunku śmiercionośne.
Ludzie musieliby przenieść się w cieplejsze rejony świata, aby wytrwać na jarskiej diecie. Bo nawet najwięksi siłacze wśród mężczyzn, karmieni specjalnie fasolą dla wigoru nie dawaliby rady przeżyć zim nowej epoki lodowcowej, o jakiej usłyszałam byłam kilka lat temu z ust... Białorusina. Tak, tak, u ruskich głosi się od jakiegoś czasu całkiem odwrotną teorię od Al Gore`a. Teorię długich i krótszych cyklów ociepleń i oziębień, według której weszliśmy kilka lat temu w erę stopniowego wieloletniego wychładzania się klimatu.
Tajna broń Amerykanów, Haarpem zwana, umieszczona na Alasce oraz systematyczna praca mróweczek samolotowych, siejących chemiczne smugi na niebie Europy od lat bodajże już 60 pozostaje jednak w rękach jakiegoś albo złośliwego gnoma, albo podwójnego agenta Wschodu i Zachodu. Bo w Rosji upały się zaczęły na owo głoszone oziębienie klimatu, a na Zachodzie śniegi i mroźne zimy oraz deszcze i powodzie - na ocieplenie.

Ale miało być o czymś innym, bardziej realnym.
Dziś na obiad świąteczny ugotowałam czerwony barszcz. Jako dodatek do podsmażanych pierogów grzybowo-kapuścianych. I starczy nam jeszcze na jutro spokojnie, i może nawet na pojutrze... Panie Boże, odpuść grzech obżarstwa w każdy dzień roku niezależnie od pory i potrzeby organizmu! Świętuję radość uwolnienia się od przymusu zjadania wszystkiego, co produkuję. A nadwyżkę zdrowej żywności zagospodaruj Ty, o Najwyższy, bo ludzcy biurokraci i ustawodawcy zbyt się zbiesili od jakiegoś czasu.

Poza tym popracowałyśmy radośnie na poddaszu, przy sprzątaniu bałaganu pobudowlanego. Trzeba było zamieść dokładnie trociny z podłogi, pozbierać odpadki drewniane zdatne do pieca i posegregować te, które jeszcze się mogą do czegoś przydać, jak resztki desek szalunkowych czy płyt osb i gipsokartonu.

Na wieczór sama przyjemność. Pożyczyłam w gminnej bibliotece reprint z XIX wieku, książeczki pt. "Łyki i kołtuny. Pamiętnik mieszczanina podlaskiego (1790-1816)".

26 listopada 2010

Lekcja anatomii z wybuchem albo nie

Dzień pierwszego mrozu zaczął się normalnie. Przyjechał majster drugi z pomocnikiem i wyczyścili szlifierką jętki pod malowanie, założyli kilka przyciętych płyt gipsokartonowych na suficie, a potem zajęli się szalowaniem pakamery przy kuchni (dawnej sieni), gdzie stoi lodówka i sypia Kola.
Smalec zrobiony wczoraj ładnie stężał i mimo piątku skusiłam się na pajdę swojskiego (tj. aninego) chleba razowego ze smalcem ze skwarkami. Wyszło tego 4 i pół litra. Zostało słoniny jeszcze na drugie tyle plus inne potrzeby (kiełbasiane w zamierzeniu). Zaniosłam słoiki do piwniczki, niech stoją i wychodzą w swoim czasie.
Kozy pasły się na ośnieżonym polu oziminy z wielkim zapałem. Zjadanie zielonych kiełków jest zalecane przez rolników. Korzeń trzyma się wtedy mocno ziemi, a nadgryziony od góry na wiosnę krzewi się w kilka pędów i zwiększa plony. Dlatego o tej porze roku puszcza się na pola żyta konie i krowy, co prawda po pierwszych przymrozkach, bo to zwierzęta ciężkie i dopiero wtedy nie tratują gleby i nie wgniatają zboża w głąb ziemi.
Kozy są lekkie, tak samo jak i owce. Nasz sołtys już dawno puszcza swoje owcze stado na zieloną paszę. A i ja przymykałam oko na moje kozy, bo mi ich się ganiać nie chciało. Przychodzą z pola grube i ciężkie tak, że w boksach zaraz kładą się na brzuchu, przeżuwając.

Następnie z ponownie wyostrzonym nożem zabrałyśmy się za praktyczną lekcję anatomii.
- Kurdę, gdzie ta karkówka? Potrzebuję karkówki na baleron. Nie zniszcz łopatki, bo chce pieczeń zrobić. Ostrożnie z boczkiem, nie przecinaj go po swojemu. Kości nie są połączone ze sobą na stałe, da się przeciąć, tylko trzeba manewrować nożem z wyczuciem. A co to za mięsień? Pręga? Polędwica? Muszę w internecie sprawdzić. Ok, kości pójdą do bigosu i krupniku. A te resztki do kiełbasy albo na gulasz. Ale golonkę musisz odrąbać, nie da się chyba inaczej. I nóżkę odetnij.
- Nie rządź się tak. Potrzymaj na sztorc, a teraz odwróć. O, tak. Wiesz, że jestem mańkutem, nie na tą rękę! Do diabła, jak mi palce zmarzły!

Już zrobiłyśmy wywiad tu i ówdzie. Miejscowi łopatkę zużywają przeważnie do kiełbasy, albo na mielone. Boczek wędzą bez peklowania już na drugi dzień po ubiciu. W pończosze. Razem z kiełbasami. Ja spróbuję potrzymać kilka dni w solance. I uwędzić na sznurku większy kawał.
Dzisiaj nastawiłam wywar ziołowy i gotuję baleron ze schabo-karkówki (nie udało mi się tego rozróżnić, mimo przeczytania objaśnień w Wikipedii).

Ruszyła też niemiecka machina zamrażalnicza i stopniowo dokładam do niej posegregowane części wieprzka.
A na koniec dnia postanowiłyśmy rozpalić w c.o. I się zaczęło!
Z powodu odkręcania kaloryfera w jadalnym przy szalowaniu wyciekło sporo wody z kaloryfera w pokoju serowym (tak zwanym, bo najchłodniejszy i na razie w nim sery dojrzewają). Jak się okazało w praniu. Woda zagotowała się w rurze, pompa pompowała z jękiem powietrze, z odpowietrzaczy nic nie leciało i napięcie rosło jak cholera.
Zgubiłam gdzieś cycek do odpowietrzania i biedziłam się ze zdartym śrubokrętem drżącymi ze zdenerwowania dłońmi.
I uff, Ania dała dolewanie wody na full i w końcu instalacja złapała równowagę. I pompa przestała rzęzić. I ogień zaczął dogasać. I przestałam się denerwować wyimaginowanym wybuchem.

I mnie chyba też skoczyło ciśnienie z tego wszystkiego.
Bardzo boję się wybuchów.
Od czasu, jak w "nastolęctwie" wybuchł mi w rękach syfon i tylko o kilka centymetrów od mojej głowy przeleciała jego górna część, uderzając w sufit i robiąc w nim sporą wyrwę. Skończyło się na zejściu dwóch paznokci na palcach prawej ręki.

Teraz skończyło się szczęśliwiej. Baleron się kitrasi w wywarze, Ania się kąpie, koty śpią (o nich w czas mrozu to osobna opowieść), a ja grzeję się skórą ze śp. koziołka Bombka na kolanach i dokańczam tenże post.

25 listopada 2010

Przygotowania do zimy

Z rana masarską robotą żeśmy się zajęły. Świeżo naostrzonym stalowym nożem rzeźnickim, kupionym parę lat temu z okazji pierwszego bicia kozła łatwo zdjęłyśmy połeć boczku i słoniny ze świńskiej ćwierci. Cała miednica tego wyszła, z połowę wagi całości. Zostawiłam zatem rąbanie siekierą nogi, golonki i żeber oraz oddzielanie łopatki, karkówki i schabu na jutro, a dziś pochłonęło mnie zagospodarowywanie tłuszczu. Co cieńsze kawałki i okrawki pokroiłam w kostkę i poszły do gara na smalec ze skwarkami (z dodatkiem cebulki i jabłek na koniec). Skórki zgromadziłam dla psów i kotów. Najgrubsze kawały zasoliłam z ziołami w kamionce i odstawiłam do śpichrza, gdzie jest teraz najchłodniej i najlepsza temperatura. Gdy się bardziej oziębi przeniosę do piwniczki albo na poddasze, zobaczę. Część kawałów słoniny zamrożę, będą do kiełbasy i na nowy smalec, gdy ten się skończy. No, a dwa połcie boczku zamierzam po zamarynowaniu w ziołach najpierw uwędzić, potem zagotować.
Dalsze plany przerobu mięs mam już w zarysie w głowie i jutro będę je realizować dalej.

W południe przyjechał kurier i dostarczył nam niedawno kupioną przez internet zamrażarkę, trochę ponad 100 litrów pojemności. Bez tego ani rusz na wsi.
Tym sposobem przechodzimy stopniowo do stylu życia, jaki prowadzą miejscowi chłopi. Po świniobiciu przerabiają kabana na wszelkiego rodzaju specjały wędzone, pieczone i gotowane, zamrażają i jedzą do następnego świniobicia. Urozmaicenie w jadłospisie dają kury, indyki, gęsi, perliczki, słowem drób.
U nas niedługo dojdzie koźlęcina.

Do zamrażarki pakuje się też farsze kapuściano-grzybowe, grzyby surowe i podduszane, koper i inne przetwory warzywne i mięsno-warzywne, wykorzystywane do robienia szybko gołąbków czy pierogów.
Tym sposobem w sklepie można już będzie kupować głównie to, czego nie wyprodukowało nasze gospodarstwo, albo któreś z naszej wsi. Bowiem ziemniaki, marchew, cebulę, kapustę plus kilka dyń i cukinii mamy miejscowe plus mleko od krowy kupowane 2 razy w tygodniu oraz osełkę masła raz na kilka tygodni. Zatem co jakiś czas trzeba będzie dokupić margarynę, cukier, mąkę (tę można będzie zorganizować własną, ale w przyszłym roku), kaszę, ryż, olej, herbatę, kawę i sól. Od czasu do czasu chleb i bułki, no i cytrusy. Bo dodam, że Ania wzmogła pieczenie chleba na zakwasie i może być go do woli w zimie (z żytniej razowej mąki kupionej w większej ilości od chłopa na targu). Sery żółte, twarde, miękkie i wędzone mamy własne. Tudzież jaja.

Tak mnie zajęła robota kucharska i palenie w piecach, że zapomniałabym zanotować, że spadło trochę śniegu i nawet nie stopniało w ciągu dnia. Kury były mocno zdziwione.

8 listopada 2010

Bezjajeczna suchość

Zakończyłam sezon serów podpuszczkowych już jakiś czas temu. Jednorazowe dojenie kóz przynosi codziennie coraz to mniej mleka. Trzy takie udoje (po użyciu części mleka do kawy i dla kotów) nastawiam na zsiadłe i robię z nich twarożek. Ale i to już ma się ku końcowi.
Nagromadziłam jednak zapasy, tak żółtego jak miękkiego dojrzewającego sera na całą zimę.
Pierwsza przestała dawać mleko czarna Dziunia, zresztą podobnie jak w zeszłym roku. Paradoksalnie to nasza rekordzistka, bo w szczycie sezonu dawała ok. 3,5 litra, jak na razie żadna nasza koza tyle nie miała. Mówię dlatego, że jest znakomitą sprinterką. Bo na przykład biała Misia daje o wiele mniej, ale na tyle jest zrównoważona, że nie ma spadku ilości na jesień i ostatnia się zasusza. Jednak zastrzyk krwi alpejskiej okazuje się zyskiem. Nasze pereszadki-wiktorynki, czyli Gwiazda i Luba dobrze rokują. Gwiazda jeszcze kilka dni temu dawała rano około litra mleka, najwięcej ze wszystkich.
Dziś jednak było spodziewane zaskoczenie. O,o!
Kazia nie dała ani kropelki, pusta.
To znak, że w ciągu najbliższych dni wszystkie kozy się zamkną. Jak wiem z praktyki. Nie mam pojęcia jak one sobie to przekazują, ale zawsze tak było. Pierwsza kończy szefowa, a zaraz po niej inne kaziuki, na koniec białasy.
Zgoda. Tak ma być. Ania zamówi u pani Marusi półtora litra mleka co 2-3 dni.

Dodam, że i kury na razie zablokowane. Wypierzają się, jak zawsze o tej porze roku i przestały nieść jaja. Zresztą są teraz tylko 4 nioski. No, a młode kokoszki jeszcze nie zaczęły się nieść.

2 listopada 2010

Lokalne rozwiązania a planetarny chaos

Pewien internetowy znajomy podesłał mi film twórcy "Green Beautiful" Coline Serveau, który w tłumaczeniu z francuskiego brzmi: "Lokalne rozwiązania światowego bałaganu". Leciał w tym roku we francuskich kinach.
Jest to ważne przesłanie uświadamiające wszystkich, tak rolników jak mieszkańców miast i konsumentów żywności, nad jaką przepaścią stanęła planeta. Zarządzana złodziejsko i przestępczo przez skorumpowane rządy, eksploatowana do granic przez korporacje, zatruwana chemią i nawozami sztucznymi, które "zrodziły się z wojny", czyli zaczęły być sprzedawane na siłę rolnikom po II wojnie światowej przez dawne koncerny zbrojeniowe, produkujące bomby i broń chemiczną.
Realizatorzy wędrują przez kontynenty i wszędzie widzą i słyszą to samo. Wypowiadają się ludzie z Brazylii, Afryki Północnej, Francji, Włoch, Ukrainy i Indii. Tak samo prości jak wykształceni, z wieloma fakultetami.
Ziemia jest niszczona i gwałcona. Przez zmaskulinizowany i zracjonalizowany system oparty na zysku.
Jednocześnie film skupia się na pokazaniu alternatywy, jaką jest rolnictwo organiczne. Które potrafi szybko uzdrowić zmartwiałą glebę i przywrócić w niej różnorodność życia. I smaków, które daje w obfitości. Wypowiadający się reprezentują tę właśnie ścieżkę rozwoju.
Porzucili ślepą wiarę w wyższość rolnictwa intensywnego i chemicznego i wybrali współpracę z Matką Ziemią. Czasem przeszli przez osobisty dramat przemiany z rolnika-rekordzisty (jak pewien chłop indyjski czy dyrektor ukraińskiego kołchozu), czasem oparli się namowom przejścia na nowoczesne technologie w czasach, gdy były wdrażane (jak pewien samotny rolnik francuski), niektórzy studiowali zanikłe w Europie dziedziny nauki, takie jak mikrobiologia gleb i sami zaczęli robić badania, których już od lat nie wykonują zachodnie laboratoria.
Wszyscy są do siebie podobni pod jednym względem, głębokiej troski o życie ziemi, o przyrodę, i miłość do pracy rąk, z której żyją oni i ich rodziny. Dodajmy, szczęśliwe rodziny, nie dotknięte patologiami.
Film niepokoi, ale i zostawia nadzieję. Że ludzie się ockną i zdążą uratować planetę, swoją matkę.
Wydaje mi się osobiście, że za mało niepokoju przekazał. Że tragedia, która się dzieje została zbytnio rozjaśniona uśmiechami tych szczęśliwych rolników i obrońców bio-różnorodności. Ale może lepiej zabrać się samemu do działania, bo czasu zostało niewiele, raptem kilka lat, żeby się okopać do przetrwania najgorszego? A nie gadać po próżnicy?
W przekazach rolników zwłaszcza zachodnich, ale i południowoamerykańskich było wiele myślenia o katastrofie. Francuz sprzedający bezpośrednio swoje warzywa klientom z Paryża mówi, że Paryż w razie kryzysu ma zapasy jedynie na 4 dni. Jeśli przymuszona głodem ludzka szarańcza ruszyłaby na wieś, pożarłaby całą jego pracę w jednym momencie. Żyje z tego powodu w strachu. Jest jednym z niewielu małorolnych gospodarzy w tym rejonie. A w ostatnim czasie jeszcze ich liczba się zmniejszyła.
Film nie szafuje modnymi hasłami. Wyraz permakultura nie pada tam ani razu, choć jest pean na temat rolnictwa bezorkowego (głoszony przez francuskie małżeństwo mikrobiologów gleby). Jest wzmianka o biodynamice i jego twórcy oraz piękny leśny ogród uprawiany w Indiach. I pokaz przyrządzania przez indyjskich chłopów preparatów chroniących sadzonki ryżu przed szkodnikami. Ogólnie wszyscy pracują ze ściółkowaniem, nawożeniem naturalnym, gnojem zwierzęcym i kompostem. Zbierają własne nasiona i chronią stare odmiany roślin.
Na koniec może dodam opowieść naszej pani sąsiadki. Warto słuchać starych ludzi pod tym względem. Oni nie wierzą w propagandę nawozowo-chemiczną, bo widzieli inne rzeczy na własne oczy.
Nasza wioska ma najsłabsze gleby V i VI klasy, wydarte przez karczunek lasowi kilkadziesiąt lat temu.
- Myśmy gospodarzyli tak - opowiada - Trzymało się kilkanaście świń, 3-4 krowy, konia i kury. Jak chłopy gnój z chlewa i obory wyciągali to było tego z 12 fur naraz. To wszystko szło na pole. Rzucaliśmy pod ziemniaki, co trzy lata. Po ziemniakach szedł owies, a po owsie żyto. I znowu gnój i kartofle. Wtedy ziemia rodziła, kłosy były duże, a snopy ło, takie (pokazała w objęciu). No, ale byli na wiosce i tacy, którzy mieli gorszą od nas ziemię, a większe plony. Ło, takie (pokazała znowu, rozszerzając ramiona). Ale oni więcej nawet zwierząt trzymali i nawozili ziemię co roku, bo nie mieli co z gnojem robić. Ziemia dawała zawsze, nie kaprysiła. No, a teraz? Kogo stać na saletrę? na oprysk? Tyle ile zasiejesz to i zbierzesz, a czasem nawet mniej... Tyle kabanów czy kur, które można tym utrzymać daje gnoju ledwie pod zagonek kartofli i warzywniak za stodołą. No, i starzy jesteśmy, dzieci nie chcą na wsi robić, w dyrektory poszły, ech...

21 października 2010

Rozpalanie pieca, czyli pierwszy śnieg

Atrakcją dzisiejszego dnia okazał się pierwszy śnieg, który rozpadał się około 17. Kury ze strachu ukryły się wcześniej w kurniku. Jedna Gusia odważnie kołysała się nad białą przestrzenią podwórka. To będzie jej bodaj trzecia zima, ma rutynę. Jasio odważnie asystował przy karmieniu kóz, ocierając się co rusz o ich nogi. Pamiętam jego przerażenie w zeszłym roku pierwszym śniegiem! Cały poranek i dzień spędził wtedy ukryty pod samochodem.
Od dzisiaj przeszłyśmy na jednorazowy udój kóz. Trzeba się zacząć godzić z niedomiarem mleka. Za jakiś czas zaprzestaniemy tego w ogóle, czyli jak mawiają rolnicy, zasuszymy kozy. Będzie zimowy urlop od tej przymusowej pracy. I od serów. To też lubię. Praca na okrągło jest ogłupiająca. Za to pani Marusia ma teraz mleczność dwóch krów w rozkwicie i będzie skąd brać świeże mleko. I masło.
Z ogrzewaniem w te wilgotne, czasem wietrzne, jak dzisiejszy dni również nie ma problemów. Wystarcza jednorazowe przepalenie węglarką drewna w pieczce w ciągu doby. Rozpalam zawsze po południu, piec rozgrzewa się w ciągu kilku godzin do maksimum i stygnie do południa następnego dnia. W mieszkaniu utrzymuje się temperatura umożliwiająca mi chodzenie w krótkim rękawku.
Zdun nauczył mnie prawidłowego palenia w ścianówce. Wcześniej robiłam zasadnicze błędy.
Zasady są takie:
- wkłada się do paleniska porąbane na dość grube szczapy drewno, tyle ile się zmieści. Przeważnie jest to pół węglarki. Wsuwa się je do końca, aby z przodu uzyskać wolną przestrzeń i aby ogień palił się w głębi pieca, a nie przy drzwiczkach (takie palenie dość szybko powoduje pękanie kafli nad drzwiczkami).
- z przodu układa się trochę palnego papieru (już coraz rzadziej można go kupić w formie gazety, większość to papier syntetyczny, trudno palny i śmierdzący, z dużym dodatkiem kredy i nie wiem czego), a na nim garść suchych żywicznych szczypek, które na Podlasiu smoliną albo łuczyną zwą. Ta kupka służy jako zapalnik najważniejszej reszty w głębi. Jeśli smolina jest naprawdę żywiczna, a nie tylko sucha, to nie trzeba żadnego papieru.
- uchyla się szyber i podpala rozpałkę, zamykając przy tym pierwsze drzwiczki, w których są szpary, przez jakie można obserwować ogień.
- ogień powinien załapać w ciągu kilku minut. Wtedy zamknąć drugie drzwiczki. Po mn. w. godzinie dołożyć resztę drewna z węglarki i zakręcić szczelnie drzwiczki. Można o wszystkim zapomnieć. Piec już będzie pracował sam na nasze ogrzanie.
- po wypaleniu się ognia i żaru, czyli po kilku godzinach, zasunąć szyber, aby wiatr czy mróz nie wychłodził pieca zbyt wcześnie.
I wsio.

20 października 2010

Blokady na drodze

Dzień stracony dla twórczej pracy przez komunikację, czyli jej brak.
Rano przyjęłyśmy wizytę pani Marusi z córką, oglądających nasze ostatnie i przedostatnie instalacje wodociągowe.
- Wot, maładcy - chwaliła nasze dzieło staruszka, w tym wygląd domu i różne inne usprawnienia, których u niej wciąż brak.
Mieszkając w Polsce od kilku lat codziennie nosi wodę w wiadrach ze studni dla krów, byków, drobiu i siebie s diedom. Pierze we Frani, korzysta z wychodka i myje się w misce. Na Białorusi zaznała kołchozowych udogodnień i marzy jej się teraz chociaż brodzik z prysznicem, o zlewie w kuchni nie mówiąc.
Ania, korzystając z podwózki (podwody, jak mawiają u mnie w piotrkowskiem) zabrała się z nimi do Czeremchy, a stamtąd wojadżerem dotarła do Kleszczel. Punktu, w którym teoretycznie można złapać autobus do Siemiatycz. Spóźniła się jednak, gdyż nikt nie umiał określić dokładnie o której jeździ ten autobus, a internet rano odmówił nam posłuszeństwa. Na miejscu okazało się, że już pojechał, a następny i ostatni jednocześnie jest dopiero po 16. Zatem spróbowała złapać na trasie autostop. Udało jej się po jakimś czasie. Szczęśliwie trafiła na ludzi jadących na Grabarkę. Wysadzili ją na zakręcie, ale dalej nie zdołała już posunąć się ani o krok. Nikt się nie zatrzymywał. Dopiero wzmiankowani wyżej państwo (zamiejscowi), wyjeżdżając z Grabarki podwieźli ją do Siemiatycz. Tam pieszkom na koniec miasta do zakładu mechanicznego i uff, udało się usiąść za własną kierownicą.

Słowem, region podlaski ma wciąż całe wielkie obszary, gdzie podróżuje się jak w latach 50-tych ubiegłego stulecia.
Dobrze, że nie musiała wracać tą samą drogą, bo pewnie jutro bym się jej doczekała. Tak, przebycie odległości ok. 40 km zajęło jej "ledwie" 7 godzin.

Ja tymczasem wzięłam się za rozplantowanie dwóch wzgórków piasku, które chłopcy wczoraj zostawili nie wiadomo po co. Chyba, żebym się dzisiaj nie nudziła. Kiedy mi się to jakoś udało, poszłam na wioskę szukać kóz.
Kozy, niezwykle samodzielne ostatnio, powędrowały sobie bowiem drogą koło sadu aż na koniec płotu od ogrodu pani Wiery, przeszły na jej stronę i wróciły paść się za jej stodołą, gdzie jest jeszcze trochę zielonej trawy. Tamtędy podreptały do sąsiadów.
Idąc drogą przez wieś zauważyłam Mikołajową na podwórku i zawołałam z daleka:
- Nie widziała pani moich kózek?
- A ło - pokazała ze śmiechem za swoją stodołę.
Kiedy przechodziłam przez jej podwórze zauważyłam, że Mikołajowa robi pranie w letniej kuchni, we Frani oczywiście. Studnia otworzona, żuraw nastawiony z wiadrem do ciągnięcia.
- No, już niedługo będzie można zainstalować pralkę automatyczną w domu i przestać się tak męczyć - powiedziałam.
- A co tam, nieee - uśmiechnęła się nieco stropiona Mikołajowa. - Nie chcę. Automaty tyle przycisków mają, kto by to spamiętał do czego są. Żeby jakaś najprostsza się trafiła... ale takich w sklepie nie mają.
I tak to jest na tej naszej wiosce.
Kran w domu może sobie starsi i zamontują, ale już odpływ wody z niego, albo inne udogodnienia typu prysznic czy kibelek, to już na pewno nie za ich życia u nich nastanie, jeśli w ogóle kiedykolwiek.
Z drugiej strony starzy są, po siedemdziesiątce, niektórzy więcej, przywykli, nigdy inaczej nie mieli. Poza tym są mało zaradni, nie umieją znaleźć firmy, sklepu, części, nie znają się, łatwo ich oszukać na cenie i wykorzystać finansowo. To ich zniechęca. Jedna z kobiet opowiadała z przerażeniem, jak się u córki w wannie wykąpała i potem wstać nie mogła w niej na nogi. Już nigdy w życiu do czegoś takiego nie wejdzie, bo to zabawa dla młodych sprawnych. To są dołujące historie, które wybijają im z głowy głupie zachcianki.

I tyle zdarzeń. Ach, wraz z przyjazdem Ani naprawił się internet. Pewnie coś nie łączyło.

14 października 2010

Koniec i początek

Wczoraj przyszedł Kościk i posprzątał to, czego Jarko nie zdążył. A więc wywiózł do dołu zalegające za chatą resztki ze ścianówki (lasujące się cegły, popękane kafle, glinę i kamienie), czyli to, co zostało po wybraniu wszystkiego, co nie uszkodzone i zdatne do przetworzenia w inną formę. Oraz przewiózł na inną kupę, w rogu podwórza pozostałości żwiru po budowie. Okazało się być tego dość sporo. Zwierzęta udeptały sobie tę kupę i zrobiły tam plażowisko i grzebalisko, dlatego wydawało się mniej, niż w istocie. Woził taczki całe popołudnie. Ale, na szczęście dla nas, zawziął się skończyć i zrobił to!
W tej chwili więc mamy podwórze uporządkowane, zapasy zimowe zgromadzone i pozostaje już tylko kilka drobnych prac do wykonania. Przed nadejściem pory rolniczych wakacji, czyli Pani Zimy.

Wpadła też z wizytą pani Hela i dalejże wspominać dawne dzieje. Jak to ludzie na wsi musieli kiedyś ciężko pracować, dorabiać się od zera, bez żadnych pożyczek czy zapomóg. Jej rodzice sprowadzili się tu z jedną krową, mieszkali w niziutkiej komórce, zanim tę chatę odkupili od kogoś w Puszczy i na tę piaszczystą górę przenieśli. Teście naszej sąsiadki mieszkali w tym samym czasie w "ziemlance" wygrzebanej na karczowisku. Kiedyś wąż tam wpełzł i wsunął się do dziecka uśpionego w kołysce w czasie, gdy pracowali w polu. W ziemiance także trzymali świnie, które były ich jedynym źródłem jedzenia przez jakiś czas. To miejsce jest już niezamieszkane, znowu porośnięte lasem. Pomiędzy drzewami istnieją jeszcze fundamenty budynku gospodarczego, który sobie później wystawili.
Opowiedziała też o dziejach nieistniejącej już dawno wsi Borki, sąsiadującej z naszą. Jej mieszkańcy sprowadzili się do niej przed wojną, bo ziemia była tania i mogli stać się rolnikami pełną gębą w zamian za poletko gdzieś indziej. Kilka lat karczowiska dawały plony, ale dość szybko gleba wyjałowiła się i przestała rodzić. Z ludnej wsi posiadającej nawet szkołę i przystanek pociągu pozostało z czasem kilku gospodarzy, a potem już nawet ostatni, obrabowany przez Cyganów w jeden dzień stamtąd uciekł do miasteczka. Jego ziomkowie ruszyli po wojnie na Ziemie Odzyskane i zapomnieli o tej wiosce, która wciąż wraca we wspomnieniach starszych okolicznych mieszkańców. Istnieją jeszcze ślady budynków pomiędzy drzewami w lesie, no, i przystanek na linii Nurzec-Stacja - Czeremcha. Wysiadają na nim zawsze gromadnie grzybiarze. I nazwa na tablicy widnieje: Borki. Taka to historia.
- Jak zamknę oczy to jeszcze widzę tę wioskę, wszystkie chałupy i budynki - opowiadała pani Hela - Światła w domach wieczorem i głosy ludzi i zwierząt słyszę. Ja tam nawet przez rok do szkoły przez las chodziła. Ech, przeminęło, nie ma, nie będzie.

5 września 2010

Trochę o czarach

Od niejakiego czasu dopiero wiem, że są w regionie wsie mające złą sławę. Ostrzega się chłopaków, aby nie brali stamtąd żon. "Tam ludzie są dziwne, niedobre" - mówią tutejsi, a spytani o szczegóły milkną. Wiem już, że pewną rolę odgrywają w tym zaszłości historyczne i dawne niesnaski sąsiedzkie na bazie narodowości, poglądów politycznych czy wiary. Ale nie tylko. W wielu tych wsiach mieszkały bądź mieszkają złe baby. Takie co niedobre zazdrosne oko mają. Kwiatki od tego więdną albo zwierzęta zdychają, kury przestają się nieść, a krowy dawać mleko. I takie, co szepczą przekleństwa sypiąc coś na drodze, wokół domu albo pod dywan wrzucają, po którym stąpa przeklinany. Albo podrzucają mu do ogródka zawiniątka, które ściągają zły czar, a jeśli ciekawski niedowiarek je otworzy, to umiera w przeciągu krótkiego czasu.
Są i dobre baby (szeptunów jest mniej, słyszałam tylko o jednym, już nie żyjącym, zresztą lekarzu z zawodu). O tych wszyscy wiedzą gdzie są i w razie potrzeby jadą po pomoc. Czar złej miłości odczynić, alkoholizm przegnać, guza wyleczyć, słabość osłabić. Albo interesy ruszyć, klientów przywołać, kłopotom zaradzić.
Dużo różnych historii tu się opowiada i wszyscy wierzą w moc tych ludowych zamawiaczy, dobrą i złą. Lepiej w dniu ślubu nadrobić drogi, gdy ktoś ci na niej nagle popiół lub specjalne zioła wysypuje. Albo trzymać w kieszeni cięte słomki, gdy zwierzę się nie wiadomo komu sprzedaje i może urodzajność i płodność zabrać ze sobą. Lub zawiesić na nim coś czerwonego przeciw urokowi. A gdy już czar rzucony i koń się poci, rży bez powodu, albo inne zwierzę staje się niespokojne bez przyczyny, przetrzeć je zaraz bielizną osobistą, przepoconą koszulką, kalesonami, a najlepiej majtkami zdjętymi z siebie. W innym przypadku koń może nawet paść, cielna krowa poronić.
Była właścicielka naszej chaty różę spalała ponoć bardzo skutecznie. Tj. czerwone wykwity wrzodowe na ciele. Przy pomocy lnu święconego palonego nad gromnicą i odpowiedniej ilości zdrowasiek.
Jej córka na ziołach i naparach się zna. Niegojący się wrzód na kopycie końskim u sąsiadów wyleczyła okładami z arniki.
Inny znajomy wodę umie znaleźć różdżką z gałązki wyciętą. I z dokładnością do metra ją umiejscowić. Leczy też chore uszy spalaniem w nich wąskich świec cerkiewnych (i nie mylić z metodą Indian Hopi, choć identyczna to jednak pradawna ludowa).
Sławna w województwie historia wystawienia na skrzyżowaniu sedesu ukradzionego ze śmietnika batiuszki w celu odczynienia pecha, co ponoć szeptunka doradziła, o który zabił się jadący tamtędy inny batiuszka, osierocając żonę i dzieci, wydarzyła się zaledwie w zeszłym roku.
W sumie: miałyśmy wielkie szczęście, że nas droga tutaj zaprowadziła, a nie tam, tam czy siam, a przecież mogła była...

3 czerwca 2010

Prazdnik

No, więc prazdnik. Dopadł nas u pani Marusi w domu, choć przecież prawosławnym. Ale tutejsi ludzie są tak uprzejmi, że świętują zawsze z tym, co akurat świętuje, nieważne czy katolik czy ruski.
Pojechałyśmy na rowerach w drugi koniec wsi, żeby obejrzeć sery pani Marusi. Zaczęła je znowu robić, po przerwie na wycielenie się jednej i drugiej krowy.
No, i nie obyło się bez poczęstunku.
- Siadajcie, jedzcie, pijcie, wsio swojskie, i nalewka, i kiełbasa, i syr, i sok.
Zabrałam na spróbowanie i pokazanie mój ser miękki.
Pani Marusia jest zapalona i podchodzi do nauki entuzjastycznie. Pierwsze sery, które zrobiła jeszcze piered Paschoj i przed zasuszeniem krów, wszyscy chwalą. Zostały zjedzone od razu na przyjęciu emerytów i rencistów. Są też tacy, co pytają o zakup. Ja też muszę pochwalić. Słodkie, łagodne, z małymi dziurkami.
Teraz pani Marusia jest pełna wynalazczych pomysłów z czego zrobić formę dla sera, żeby była krasnaja. Podpowiedziałyśmy jej kilka domowych rozwiązań. Na razie widać trochę na serze ślady chusty i nie jest zbyt równy.
- Ale, pani Marusiu, taki może się bardziej miastowemu podobać, bo widać ręczną robotę! - zakrzyknęła Ania.
Ale pani Marusia jest perfekcjonistką i nie zadowala jej taki wygląd. Ma wpaść do nas obejrzeć nasze rozwiązania i poznać nowe przepisy.

14 maja 2010

Sery

Wczoraj było święto, zdaje się Wniebowstąpienia. Już mi się myli czy prawosławne, czy katolickie. Było, więc powiedzmy-Sławko nie przybył do pracy, a ja zajęłam się czynnościami nie-publicznymi. Tj. robieniem serów (zaczynam eksperymenty, bo mnie gouda już nieco znudziła). Przejrzałam jedyną na razie posiadaną książkę o serowarstwie, podręcznik z czasów socjalizmu, gdy serowarstwo było domeną państwowych mleczarni. Plusem tego podręcznika jest omówienie wszystkich rodzajów serów produkowanych wtedy w Polsce, minusem - podawanie technologii dla zmechanizowanego zakładu, który bez problemu produkuje wielokilogramowe bloki serowe. Inteligentny człowiek zawsze sobie poradzi i coś wykombinuje, ale zawsze szczegóły mogą okazać się w praniu inne. W każdym razie zrezygnowałam z mieszania serwatki z wodą na pewnym etapie wyrobu goudy, mieszam ziarno w pełnej serwatce i wydobywam z niej gęstwę prosto do formy, co jak czytam charakteryzuje wyrób serów podlaskich i tzw. lechickiego.
Dziennie wyrabiam z mleka porannego ser żółty ok. 0,60 kg, trochę zwarnicy z serwatki, z wieczornego udoju stawiam mleko na kwaśne, jogurt, kefir z grzybka tybetańskiego, a z poprzednio zakwaszonego robię twarożek.
Zaczynamy myśleć o sprzedaży.
To wymaga sporej logistyki.
Miejscowi są niechętnie nastawieni do koziego mleka. Mają dość łatwy dostęp do świeżego krowiego. Choć można trafić na osiedleńców, turystów, gości agroturystycznych kwater (bardzo nielicznych w okolicy) albo alergików i właśnie do nich trzeba by skutecznie dojść z informacją. Zaczynamy myśleć.
Przy okazji wspomnę tutaj, że gdyby ktoś z Czytelników zechciał zamówić ser dojrzewający w ilości do 1 kg jeden lub mniejszy to można by uskutecznić sprzedaż pocztą. Serki miękkie, ricotta i twarożki najlepiej jednak, gdy są świeże i kupowane wprost.