Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konie. Pokaż wszystkie posty

12 grudnia 2025

Francuska przygoda

Opóźniłam się z poniższą relacją z jakichś takich zwyczajnych codziennych szarych przyczyn jesiennych. Ale ponieważ historia była u nas niezwyczajna, jestem w obowiązku zamieścić ją jednak na blogu.

Otóż około 23 listopada (a więc jakieś 3 tygodnie temu) spadł pierwszy śnieg tego roku i aura mocno się popsuła. Lekko po południu (ale niedaleko do wczesnego zmierzchu) tego dnia przed naszą bramą zatrzymały się ni stąd ni zowąd - trzy konie, mały pies i dwoje ludzi. Anna, ujrzawszy ich z okna wyszła przed dom zobaczyć co i jak. Długo nie wracała. W końcu poszłam za nią wiedziona ciekawością. Targała właśnie trzy kostki siana na taczce. Goście poprosili o trochę siana dla koni.
Okazało się, że pojawili się wędrowcy rodem aż z Francji, poprosili o możliwość rozbicia się namiotem w zagrodzeniu i ugotowania sobie czegoś w domu. No problem. Byli to sympatyczni młodzi ludzie, rozmawiający trochę po rosyjsku i angielsku, ja zaś dołączyłam do tego z moją lichutką w mowie francuszczyzną.
Samuel i Marie, z regionu Anjou, po naszemu zwanego Andegawenią, od 8 miesięcy wędrujący z końmi kupionymi bodaj w Kazachstanie, przez Kirgistan (albo odwrotnie), Rosję, Litwę, Łotwę, Podlasie gdzieś hen za Rzeszów, gdzie mieli w planie dotrzeć „gruzowikiem” i zimować do kwietnia, po czym ruszyć przez Słowację na południe, do siebie.

Wywiedziałam się, że dziennie robili en pied od 16 do 25 kilometrów, zależnie od pogody, choć teraz śnieg nieco ich opóźnił w marszu, koń się pośliznął i muszą uważać na jakość drogi. Ogrzali się przez kilka godzin przy piecu, wysuszyli, ugotowali sobie makaron, poczęstowałam ich zupą burakową czyli la soupe vegetarienne, notre fromage et cacao de ceremonie avec lait de chevre et sucre brun. Smakowało. Dostali wodę dla koni, które dużo jednak nie piły, bo śnieg im wystarczył.

Rozmowa czasem zamierała, bo brakowało nam słówek, mimo że wyciągnęłam ku pomocy moje dwa diksjonery, no i był automatyczny tłumacz w smartfonie w razie czego, ale w sumie było miło.

Następnego dnia Francuzi wpadli o poranku na kawę i herbatę. Opowiadali o wilkach, żubrach i łosiach widzianych przez nich wcześniej, ale u nas nic im się nie przytrafiło. Przy czym największy zachwyt budziły w nich łosie, których nazwę wymawiali jak angielskie wash. A żubry nazywali bizonami. Porozmawiałam trochę po ichniemu, z wtrąceniami rosyjskimi, które nieco rozumieli, nader niezdarnie, co rusz zapominając francuskich czasowników. Mój główny problem był jednak z pojmowaniem mówionej francuszczyzny, bo tego nie trenowałam w ogóle od czasów licealnych, nie było potrzeby. Rozumiem pisany język, potrafię też sformułować jakoś zdania i co nieco opowiedzieć od siebie, ale raczej z brakiem wzajemnej komunikacji. Byli jednak przyjemnie zaskoczeni, że mogą usłyszeć swój język tak daleko od kraju, odpowiadając mi po rosyjsku albo angielsku (tą mową włada Anna).
W każdym razie nieco się wystraszyli słysząc o temperaturach zimowych możliwych na wschodzie Polski oraz dużych ilościach śniegu (tam gdzie zmierzali trwała właśnie zwyczajna kilkudniowa awaria prądu na dużym obszarze z powodu śnieżycy). Pogoda ich zdziwiła. W swojej Andegawenii zimą miewają najwyżej 3-5 stopni na minusie i niewiele śniegu. Rosję i wschodnie kraje przebyli porą ciepłą, w dużej części „gruzowikiem”, a zeszło im tak długo, bo biurokracja tam uniemożliwia szybsze poruszanie się. Zaśmiałam się: Le dernier Français à avoir voyagé ici en hiver fut Napoléon!

Rozstaliśmy się serdecznie i Bon voyage! Vous prenez ce fromage! Oni ruszyli całym swoim stadem na sąsiednią gminę en pied, a my do miasta. Śnieg zaległ w lasach i na leśnych duktach, ale drogi już były w miarę odgarnięte. Tym niemniej mocno im współczułyśmy jeszcze dość długo, mając nadzieję, że przetrwali dzielnie zimno, wilgoć i błoto kolejnych dni.

21 stycznia 2024

Zimowanie

Śnieży dalej, z doskoku, ale tych doskoków było już tyle, że straciłam rachubę. W obejściu mamy teraz małą Szwajcarię, góry i wąwozy między nimi, po których codziennie trzeba przejechać szuflą, zwiększając szczyty, aby nie stracić kontroli nad sytuacją. W niektórych newralgicznych miejscach wczoraj musiałam odkuć już iście skamieniałą zmarzlinę szpadlem, aby móc dostać się do nich w potrzebie.

Nadmiar ciężkiego śniegu zawalił okrycie pod starą cieplicą, z którego korzystał drób.


Kaczusie jakoś sobie jednak radzą w odśnieżonych rejonach, drepcząc po śniegu, wypuszczane z kurnika wtedy, gdy nie ma zbytniego mrozu albo zawiei. To nader odporny narodek.

Ponadto Anna rozbiegana, ma wiele pracy, pomysłów, potrzeb i planów tu i tam. Organizuje sobie i dzieciom różne zajęcia na ferie, co wymaga zakupów, wyjazdów i uzgodnień. Ja siedzę cierpliwie, jak ten żółw w skorupie, na miejscu i co najwyżej kontaktuję się ze światem przez internet. Muszę przyznać, że miałam ostatnio coś w rodzaju ataku depresji i wycofania się w głąb, (całkiem jak autyk), którą na tyle znam, że od razu podjęłam kroki zapobiegawcze. Zamiast rozmyślać i karmić straszliwego głoda zabieram się za czytanie książek. Wróciła mi czytelnicza pasja i nieraz spędzam nad książką kilka godzin, bardziej w nocy niż w dzień, w chwilach częstej i zwyczajnej w późniejszym wieku bezsenności. Podstawowe witaminy ważne w zimie, gimnastyka na powietrzu, odśnieżanie jako ćwiczenie fizyki ciała, nauka (tym razem zasad indyjskiej astrologii). Żadnych horrorów, kryminałów, tragedii w filmach czy mediach, poza tymi, które zwyczajne życie dookoła mnie niesie. Nie są spektakularne, ale jest co wiedzieć.
Dzisiaj dręcząca mnie w ostatnich latach planeta Pluton, zawieszona jakby specjalnie dla mnie na końcówce znaku Koziorożca, weszła wreszcie prawie na dobre (bo zawróci w niego jeszcze na krótko 1 września tego roku, by całkiem wejść 20 listopada tr.) do następnego znaku Wodnika i od rana czuję dziwną ulgę i zwyżkę nastroju. Może nie będzie tak źle. Na inaugurację owego epokowego wejścia na całe 40 lat następnych znajomy astrolog podrzucił mi film do obejrzenia. Japońską anime, "Ghost in the Schell" czyli "Duch w pancerzu". Takie wskazanie ducha czasów, które nadchodzą. 

Udało się złapać pana elektryka, który zamontował wreszcie nowy sterownik. Przyznam, że niewiele to zmieniło w naszej codzienności. Tyle, że nie muszę już kontrolować temperatury pieca, aby nie przekroczyła normy, bo pompa rozgania nadwyżkę ciepła po kaloryferach. Z tego wynikła rozmowa i konkluzja, że trzeba poważnie pomyśleć o generatorze prądu i alternatywnych rozwiązaniach, bo zakład państwowy jest coraz bardziej zaniedbany, ilość pracowników zmniejszyła się więcej niż o połowę, nie ma komu pracować i nie ma nowych chętnych do pracy, infrastruktura coraz starsza, maszyny się psują i stoją nienaprawione, a wypożycza się w razie potrzeby sprzęt od prywatnych właścicieli. Ci nawet słupy wymieniają. Ile to może potrwać?

Opieszałość służby odśnieżającej również jest godna zastanowienia pod tym kątem. Nasza boczna droga nigdy nie była rozpieszczana, jest w ostatniej kolejności, ale w obecnych wciąż odnawiających się dośnieżeniach nic się nie pojawia z pomocą. Ciężki sprzęt leśny robi od czasu do czasu koleiny, które pogłębiają się tak, że samochód z niższym zawieszeniem może nie przejechać. W razie jednak spotkania pędzącego wozu z naprzeciwka z trudem albo niemożliwością jest zjechanie na pobocze bez niebezpieczeństwa utknięcia albo zderzenia. Czasem jedzie się i 20-30 km na godzinę. Z drugiej strony, są to warunki, do których starzy wiejscy Podlasiacy są przywykli i cierpliwie czekają wiosny, po prostu. Dawniej wyciągano sanie i zaprzęgano konia, który to widok był mi znany jeszcze w czasie, gdy tu zamieszkałam, teraz sanie może i są tu i ówdzie w stodole zaparkowane, ale koni brak. Czasem nieliczni hodowcy urządzają tam i siam kulig, ale to już cała impreza rozrywkowa, a nie zwyczajna potrzeba zajechania do gminy, sklepu czy kościoła, jak bywało zimową porą.

Ale nie ma co narzekać. Prąd po ostatniej dobowej awarii jest, choć wczoraj w trakcie powiewów wiatru "migał", czyli nie złamało się żadne drzewo na poważnie. Na razie. Baterie i telefony ponabijane. W razie. Nowe książki na czytnik ściągnięte. Jest czym palić i grzać się. Lodówka i piwniczka pełna, czekać tylko wykotów. Kaczki i gęś zaczęły się nieść, kury nie przestały. To ważne. Pora wyskoczyć na taras ptaszkom leśnym słoninki podrzucić!

26 września 2023

Jesienne uciechy

I znów był jarmark. Tym razem w Ciechanowcu, z okazji święta ziemniaka. Dojazd i przyjazd łatwy, więc można było kilka godzin postać w oparach smażonych frytek, patrząc jak ludzie pochłaniają ze smakiem? zwykły cukier zamieniony maszynowo w watę. 

Pod strzechą, choć czy to taka, jaką dawniej kładziono na chatach? Może i tak. Jednak w praktyce poza skansenowej nie sposób już dostać słomy ciętej kosą w snopach, łatwiej robić to z trzciny. Łatwopalnej, dużo bardziej niż słoma, zwłaszcza gdy wyschnie w upalne lata.

Trochę wiejskich atrakcji pod publiczkę dla mieszczan. 

I stoisko, kątem oka kamery uchwycone.

Przy którym zatrzymała się miła para czytelników niniejszego bloga. Pozdrawiamy z tego miejsca serdecznie, także w imieniu koziołka Myszkina vel Puszkina, albo nawet i Putina.

Zaś od początku tygodnia ruszyły inne zajęcia, bo trzeba wykorzystać powrót słonecznej i ciepłej pogody. Powstały dwie wzniesione grządki w dawnym sadzie, ogrodzone deskami tartacznymi i wypełnione chruściano-korowo-liściowo-trocinowymi śmieciami, zgrabionymi na podwórzu w miejscach, gdzie zalegała gałęziówka, teraz już pocięta i ułożona na zimę. Z dodatkiem obornika i słomy.

Zbiór malin zmusił do nastawienia ich na sok. Do tego kocimiętka, melisa, aksamitka na susz do herbatek uśmierzających nerwy. Idzie ciemny czas, trzeba się przygotować.

7 grudnia 2012

Końskie życie

Niektórzy dopiero śnieżynki spadające z nieba oglądają albo podziwiają na ziemi od niedawna, a my już z zimą dawno obeznane i przystosowane, wraz ze zwierzyną, jesteśmy. Wciąż do-pada nowa warstwa śniegu, a rano wita trzeszcząca i śliska od nocnego mrozu dróżka do obory. Kury i kaczki wypuszczam około południa, śniadanie dostają wewnątrz kurnika. Aby około 15 z powrotem tam wrócić i grzać swoje lokum własnymi ciałami.
Doszło zrzucanie siana z górki nad oborą co 2-3 dni. I owies i żyto znikają szybciutko. Zatem wyznaczyłam już ze stada drobiu wszystkie zdatne sztuki na ubicie, aby zwiększyć tym samym zapas karmy dla młodszej i potrzebnej w przyszłym roku reszty. Dziś trafił na pieniek jeden z młodych, tegorocznych kogutków. Na początku było ich wszystkich 5 plus szef, a zostało 3 (z szefem), jastrząb zabrał resztę. Udało się jednego na tyle szybko znaleźć, że dostał się psu w prezencie, co nieco zmniejsza stratę. Zatem nie ma co zwlekać, zamrażarka przecież i tak wciąż chodzi.
Czyli dzisiaj znów na piecu rosół się kitrasił, tym razem z dodatkiem imbiru, na sposób chiński ugotowany. Jutro chłopaki będą zwozić drewno, przyda się im rozgrzewający posiłek po pracy.

Wczoraj zaś, gdyśmy tak na podwórzu z drobiem i kozami się zabawiały w południe, całkiem słoneczne i w miarę ciepłe, rozległ się w powietrzu nagle niepokojący dźwięk.
- Koń zarżał?
Poszłam za chatę, w stronę głosu popatrzeć. Myśląc, że może kuc Iwana (obecnie jedyna koniowata istota na naszej wiosce) znowu się zgubił i trzeba go namierzyć, jak to mu się już kilka razy zdarzyło. Po chwili ukazała się w oddali na drodze sylwetka człowieka prowadzącego konia.
- A po cóż on tu do naszej wioseczki skręcił? - zdumiałam się.
Po kilku minutach człowiek ów doszedł do naszej zagrody i patrzę, oczy przecieram, zwraca się ku naszej bramie. Konia przy niej zostawił, a sam wszedł na podwórze. Starszy, siwy mężczyzna.


O, tak to wyglądało.
Na widok nieznanego potwora u wrót indyki zaczęły w te pędy uciekać.


A kury ukryły się stadnie w kurniku.
Hm, człowiek ów okazał się znanym powszechnie w naszej gminie hodowcą dużych zwierząt. Zwie się go Farmerem, albo - nie wiedzieć czemu, może kiedyś był podobny? - Hansem Klosem (i nie chodzi o znanego bloggera w sieci, o nie, choć ten może się i zainspirował był, kto wie?). Jako hodowca stanowi prawdziwą zagwozdkę dla sąsiadów oraz systemu władzy. Bowiem wszystkie swoje zwierzaki trzyma luzem, bez obory jak, i bez paszy. Czyli stosuje chów wolny, bezoborowy i ekologiczny, a nawet paleolityczny (jakby niektórzy powiedzieli, i libertariański). I krowy, i konie, i świnie, i podobno kozę też ma, jak mi się pochwalił. Wszystkie zimową porą porosłe gęstą szczecią, mnożą mu się zdrowo i nic im nie dolega, chyba, że któreś akurat padnie. Ale to się każdemu hodowcy przecież zdarza.
Problem dla systemu stwarza on taki, iż jego ranczo nie mieści się w konwencjach unijnych w żadnym wypadku, a stada nie trzymają się jego ziemi, tylko buszują najczęściej po działkach, ogródkach i sadach przyległych właścicieli ziemskich. Pustosząc je oczywiście i niszcząc. Gmina na skargi zareagowała jakimiś kontrolami i z innych urzędów też byli, nadziwowali się, Farmer żadnych kar nie uiszcza, bo z czego, poszkodowani podali sprawę do sądu i urząd tę sprawę przegrał. Został wyrokiem zobligowany do znalezienia lokalu dla zwierząt Klosa na zimę. Od miesięcy wisi zatem w urzędzie ogłoszenie poszukujące chętnego rolnika z pustymi budynkami gospodarczymi, który by się zgodził przechować ów inwentarz u siebie, za opłatą oczywiście. I nikt się nie zgłasza, choć pustostanów na podlaskich wioskach większość stoi. Nie chcą ludziska, bo kto by chciał ze zwierzyną, która nigdy w budynku nie stała, użerać się?
- Konie mi uciekły - oznajmił Farmer słodkim głosem, witając się - Jak je prowadziłem przy torach. Pobiegły asfaltem, nie było ich tutaj?
- Nie. A ile uciekło?
- 9 sztuk. Tylko ta jedna klaczka została, bo ją prowadziłem...
Na jego prośbę wykonałyśmy telefon do sołtysa z drugiej wsi z zapytaniem, czy ich nie było. I do innej też. Nie było.
Niezbyt zmartwiony Podlechita poprzyglądał się naszej koziarni, kapelusz na głowę leniwie wcisnął i odszedł w końcu z wolna, tak jak przyszedł. Zapewne w kierunku domu swego, co mu gmina za swoje pieniądze odremontowała, bo konie jego do wolności nawykłe, w lesie z głodu nie zginą i pewnie gdzieś ktoś je znajdzie i da znać.

25 listopada 2011

Koniec i początek w wiecznym tańcu

Zginął uratowany spod dzioba koguta kurczak... od tamtego czasu pasł się zawsze w pewnym dystansie do stada. Zniknięcie bez krzyku i śladu wygląda na pojawienie się psa... brak jednak jakichkolwiek dowodów ani świadków, żeby interweniować u właściciela.
A dla odmiany Gusia znów uniknęła końca swego świata. Anię już zaczęło mocno denerwować to wrzaskliwe i brudzące ptaszysko, wtrącające się w każdą rozmowę na podwórzu, czy to z kimś przybyłym, czy z komórkowym rozmówcą. A że ładnie przytyła i wygląda na tłuściutką gąskę, z której można by garniec leczniczego smalcu utoczyć, to się i apetyt znalazł na rosół i pasztet. Trochę kwękałam, ale w końcu już prawie ustąpiłam. Tylko jakoś tak prosiłam w sobie po cichutku Los, aby jednak to się nie stało, co ma się stać. Zjeść łatwo i szybko, ale wychować tak zabawną ptasią istotę trudno. Hm, no, i... klasyka.
Gusia zaczęła się nieść! Wczoraj zniosła pierwsze jesienne jajo. Egzekutorka zmiękła, bo z gęsich jaj robi ciasta i naleśniki, a wydmuszki ozdobia na wielkanocny stół. Do tego z jajami krucho się teraz zrobiło, bo tylko jedna kokoszka się niesie i to co dwa-trzy dni. Reszta zmienia upierzenie. Więc te gęsie jak znalazł zaspokoją nasze przedświąteczne potrzeby.
Znakiem tego będzie jeszcze ciepło. I drugim znakiem, wyrok odroczono. Na święty nigdy. (No, chyba, że kryzys nagły się zrobi i głodem będziemy przymierać).

Poza tym Ania wywiozła na nowe poletko ostatnią już przyczepkę gnoju, z czwartego koziego boksu, i rozrzuciła go przy pomocy taczki i wideł. Trafił się także majster, który podjął się nam stary wóz konny zreperować, i załadowaliśmy w czwórkę z sąsiadami przodek na przyczepkę, przedtem stary dyszel obciąwszy od niego piłą.
- He, jak wóz będzie to może i kuń się znajdzie? - zaśmiałam się.
I pajechali!

23 października 2011

Niedzielna rozrywka

Ancymon trafił wczoraj do garnka i... rewelacja. Dotąd tylko słyszałam peany na temat smaku zielononóżek, teraz wiem, że to żadna przesadna reklama. Rosół jest po prostu znakomity! I mięso również. Delikatniejsze od zwykłych kur. Ciekawi mnie jeszcze pieczeń. Ale to zostawiam sobie na zimę, bo kogutki są jeszcze za młode na ubicie. Jeden z nich już zresztą przejmuje rolę szefa (no, na razie to mało powiedziane), pieje najgłośniej, jest najdorodniejszy, ale jeszcze nie oznajmia gdakaniem zniesienia jaja przez kokoszkę, ani nie ogłasza alarmu lotniczego i cicho trochę na podwórzu się zrobiło.
Budowa płota przystopowała z braku czasu, u nas i panów dwóch. Ale Ania w euforii przedzimowej porżnęła na krajzedze stary, co najmniej 50-letni płot, aby już nie zalegał w ogródku i teraz służy mi pięknie do palenia pod płytą. To się nazywa funkcjonalność i pełny recykling zużytych elementów budowlanych. Popiół, który na koniec z tego powstaje wyrzucam na kompostownik i staje się użyźniaczem naszej słabiutkiej gleby. Rozmawiałyśmy niedawno o tym z Jerzym-ceramikiem, który jest wielkim fascynatem naturalnego budownictwa. Gliny co prawda u nas nie ma, albo występuje sporadycznie po wsiach w ilości jak na lekarstwo, ale drewna nie brakuje i to jest podstawowa baza materiałowa okolicznych budowli.
Co ponadto?
Ano baardzo dawno powieszone przez nas na wiejskiej tablicy ogłoszenie nagle zadziałało i zadzwonił telefon. Pan ogłosił, że ma do sprzedania śrutownik, w przystępnej cenie i parę innych klamotów też się znajdzie. Umówiliśmy się na dzisiaj w południe.
A więc zdarzyła się nasza ulubiona wycieczka w teren w celach handlowych, super rozrywka niedzielna. Dotarłyśmy szybko, bo to trzecia wieś od nas, jakieś 12 km na skróty licząc.
Po drodze minęłyśmy sąsiednią wieś, w której mieści się nasza parafialna cerkiew.
Przepięknie odremontowana tego lata. Zresztą sami podziwiajcie:




Już u celu sympatyczny gospodarz zademonstrował nam niewielką machinę pozbawioną silnika, ale łatwą do załączenia np. do silnika krajzegowego, w sam raz na nasze niewielkie potrzeby. I my w gadkę, ulubioną. A może parnik? a może sierp? albo widły? albo kosze? A może koza? A może kucyk? Sporo by się znalazło i dla kolekcjonera i dla osiedleńca, i dla rolnika. Uzgodniliśmy różne potrzeby, ubiliśmy interes ze śrutownikiem, na dokładkę dostałyśmy w gratisie zardzewiałą maszynkę do mięsa i stare chomąto, pogadaliśmy o reperacji starego wozu, który mamy na stanie i o traktorach też, a co. Gospodarz używa na przykład traktora w pełni sprawnego z 1962 roku!
He, może jednak przekonam się kiedyś do prawdziwego kunia? Tego moja wyobraźnia nie przerabiała jeszcze.

20 września 2011

Napotkane na granicy światów

Wyjazd do miast okolicznych w różnych bardzo ważnych sprawach papierkowych postanowiłyśmy urozmaicić sobie w drodze powrotnej wycieczką przez wioski jeszcze przez nas nie spenetrowane. Ktoś z naszych gości orzekł, że był na Podlasiu iks lat temu i jakoś wtedy większe na nim zrobiło wrażenie, swoją wiejskością, drewnianym budownictwem i prowincjonalnością. Teraz "wszędzie widać wpływ Unii, kolorowe domy, napisy, miejski szyk". Spytałam, czy zjechali choć raz w bok z głównych tras. Nie. A właśnie tam schronił się dawny świat, Kraina Przodków naszych. Trzeba tylko odwagi wjechania samochodem na szutrowe, piaskowe, polne i leśne drogi, dróżki i trakty.
Podlasie, przynajmniej ten skrawek, w którym my mieszkamy, czyli w dół od Puszczy Białowieskiej robi jeszcze jedno wrażenie. Niesamowicie wielkiej przestrzeni, choć wcale w rzeczywistości tak nie jest. Budzi je tylko to, że tak wiele tu przestrzeni niezamieszkanych, odludnych, dzikich. Wieś od wsi odległa jest od 5 do 7 km (a nawet więcej), co na zachód od Wisły już w praktyce nie występuje i miejscowości przechodzą jedna w drugą prawie bez widocznej granicy, albo z niewielką odległością 1-2 kilometrów. Nie ma też metropolii, jedynie miasta powiatowe, wielkości ok. 20 tysięcy mieszkańców, każde odległe od siebie jakieś 40-45 km. Drogi główne wąskie, często łatane i nieliczne, co rusz zjeżdża się z asfaltu na przedwojenne kocie łby, albo żwir, dobrze, jeśli wyrównany. Dodać trzeba, że wioski są na ogół niewielkie, od kilkunastu do kilkudziesięciu domostw, przeważnie o tradycyjnym wyglądzie, drewnianych. Tu konie, tam krowa, kozy albo barany, ówdzie kury pasące się w pobliżu obejść. Staruszkowie na ławeczkach w niedzielę wysiadujący. I wszędy blisko do lasu. Każda z wiosek to osobna kraina, mentalna i językowa, i religijna także. Ale o tym już kiedyś pisałam.
No, więc jadąc od Hajnówki powiatową trasą ku nam wiodącą wzdłuż granicy zboczyłyśmy w pewnej chwili w las, przejechałyśmy jedną wioskę, potem drugą. W tej udało nam się rozpytać kobietę siedzącą na ławeczce, czy ktoś w pobliżu trzyma kozy, bo słyszałyśmy, że tak, a my szukamy kozy na wymianę. Pani bardzo szeroko i sympatycznie odpowiadając stwierdziła, że owszem są, tacy jedni z miasta, ale to za wsią trzeba jechać, ło, tą drogą, prosto-prosto, aż się trafi w takie miejsce, gdzie tylko dwie chaty stoją. To tam.
No, więc pomknęłyśmy wyboistą polną drogą na kolonię owej wioski, ale jak się okazało powtórzenie "prosto" oznaczało dodatkowo, że daleko. Jakieś pięć kilometrów przez las zrobiłyśmy, żeby dotrzeć do dwóch domów. Zapytany mieszkaniec jednego jednak stwierdził, że to nie tu, tylko jeszcze jakieś pół kilometra dalej w las.
W ten sposób trafiłyśmy na ranczo pewnych romantyków z miasta Łodzi...
Mieszkają tam od lat 9. Trzymają stadko kóz, które mieszkają w starej stodole i mają rozległe pastwisko za chatą. Oraz starego konika tarpana i dwa psy. Kozy chowane są w pełni ekologicznie, czyli chodzą sobie luzem. Jedzą tyle, co uzbierają na łące, w sadzie i w lesie, a zimą karmione są jedynie sianem. W sumie stwierdziłyśmy, że może niepotrzebnie tak się przemęczamy dokarmiając nasze stado owsem przy dojeniu?
Chatę wyremontowali na wzór starej, zmienili piec i komin, ale ogrzewają się w zimie ścianówką i płytą. Wewnątrz urządzili sobie coś w rodzaju galerii ze starymi klamotami wiejskimi i zdjęciami własną ręką robionymi.
Teraz budują kuchnię letnią, krytą strzechą słomianą, z piecem chlebowym i grillem.
No, więc wyszło fajnie. Swoi zawsze się znajdą, nawet na kresach cywilizowanego świata, jak widać.
Wróciłyśmy z tego wszystkiego o szarówce. Kury już wszystkie siedziały grzecznie na grzędach, a kozy ledwie po omacku trafiły na stanowisko dojeniowe.
Takie z rzadka miewamy rozrywki towarzyskie na podlaskich bezludziach.

31 stycznia 2011

Jajeczny temat i nie tylko

Przed południem zaszedł do nas stary Mikołaj. Z tuzinem jaj. A za co? A dla jaj.
No, poważnie mówiąc, za podwózkę żony do dentysty. Tyle, że ta wycieczka dentystyczna, kilkukrotna, dotyczy kilku pań z naszej wsi, i nasz-też, więc powtarzam, dla jaj.
W zamian dostał upieczonego chleba żytniego na zakwasie, aninej roboty. Taki mamy handel wymienny na wiosce.
Pogadalim sobie też o jajach, a raczej o ich wycinaniu, różnym zwierzakom. Rolnicy przeważnie mają wśród siebie jednego czy drugiego, kto umie to robić. Ale na ogół chodzi o czyszczenie prosiąt. Co do baranów musimy zapytać tego i owego, ale to już umiejętność zanikająca. Z koziołkami zatem najlepiej udać się do weterynarza.
- On takie specjalne szczypce ma, chwyta, zaciska, krew nie płynie i wtedy przecina woreczek i wyciska jajko.
Czyli jak w komedii Kusturicy, którą żeśmy sobie niedawno obejrzały w necie. Tyle, że tam byk osuwał się na ziemię pod wpływem hipnozy, a Mikołaj opowiada, że bykom to się robi na stojąco. Ogierom na leżąco. O "sztucznym zapładnianiu" indyczki też było, he! i dopiero po komentarzu Wojtka Majdy pojęłam, że to była satyra na Amerykę.
O polityce też pogadaliśmy. Mikołaj ma do tego podejście filozofa.
- Ja ośmdziesiąt lat skończył już, co mnie tam. Niech tam się gryzą i zmieniają, byle jeść było co.

A poza tym dokleiłyśmy kilka brakujących w jednym kącie kuchni płytek terakoty, na zmianę fugowanie, a w międzyczasie warzenie golonki i nóżki z wieprzkowej ćwiartki, cośmy ją kupiły przed świętami, na piecu c.o. Wyszło sporo galaretki.

21 stycznia 2011

Refleksje dalsze

Przeczytałam "Pamiętniki mieszczanina podlaskiego" wydane ostatnio ponownie w 300 egzemplarzach przez Ratusz w Bielsku Podlaskim. W sumie, jak tak patrzeć, to oprócz polityki niewiele się tutaj zmienia. I tego, że z władz zginęli Prusacy, Niemcy, Rosjanie, a z miasteczek żydzi (których pan Roch Sikorski z przyrodzonego charakteru nie lubił i ze smutkiem patrzył, jak się mnożą i wszędy wciskają). Niemcy przynieśli ze sobą ziemniaki, które wtedy zaczęto na Podlasiu uprawiać, dlatego ich kartoflarzami przezywano. Parę co celniejszych kawałków sobie wynotuję, dla spamiętania i anegdoty.
Ów mieszczanin był zbiedniałym szlachetką, który na handlu końmi się dorobił oraz na przewozie towarów do wielkich miast (prowadził wieprze i gęsi do Warszawy, woził len i konopie do Gdańska). W czasach wojen napoleońskich był enterprezerem (tj. przedsiębiorcą) i handlował z poruczenia różnych sąsiednich rządów, wożąc co trzeba i co było w cenie przez trzy granice, które tu po wsiach sąsiednich ustalono. Na koniec udał się nad Prypeć, skąd jego przodkowie przybyli na Podlasie, przepił z kim trzeba i uzyskał od pisarza miejscowego legitymizację swego szlachectwa, co skwapliwie dzieciom przekazał. Mimo to refleksje życiowe miał inne.
"Ile razy zastanawiam się nad przedmiotem, która z klas społeczeństwa jest najszczęśliwsza, wnoszę podług mego zdania, że zamożnego włościanina."

8 stycznia 2011

Kozak, koń i kozi ząb

Świąteczna wizyta udana. Doszliśmy wszyscy jednomyślnie do wniosku, że jak pić samogonkę to jedynie słuchając rosyjskich ballad. No, to żeśmy sobie słuchali, gadali, słuchali, aż Aleksandr Rosenbaum przypomniawszy mnie się, łzy mi wycisnął na samo jeno wspomnienie ballady o kozaku i koniku złotogrzywym, jego duszy.
(Można podejrzeć pod adresem: "Zabolieło serce u mienia", albo w wersji koncertowej: tutaj oraz pieśń kozacza, bliska i z tej samej płyty).
- Normalne to nie jest. Że nawet, gdy tylko opowiadam o tej piosence łzawo się wzruszam - stwierdziłam i wszyscy natychmiast przytaknęli.
Ale to prawda, ja przy tej pieśni z-a-w-s-z-e rzęsiście płaczę. Właściwie wszystkie zwierzęta zabite w dziejach świata przez i dla człowieka wtedy opłakuję.
I nie będę o tym dyskutować. Tak jest i już.
I niech moje łzy zbawią ich dusze.

Poza tym nagle pojawił się problem. Który nie wiemy jak rozwiązać, więc robimy co możemy. Zofija prawdopodobnie złamała sobie ząb trzonowy (na krojonej marchwi), którego część nadal tkwi ruchomo w szczęce w pozycji poziomej. Do tego zakrztusiła się mocno kawałkiem marchewki i dość długo kasłała, odpluwała, dychała i rzęziła. Aż ją wziąwszy za nogi tylne potrząsałyśmy głową do dołu i opukiwałyśmy plecy, aby korek pomóc usunąć. W końcu, po kilku godzinach i kilku takich próbach udało się, odbeknęła mocno. Ale nic nie jadła i nie piła do południa następnego dnia, w końcu zjadła dwie michy ziarna, jak zawsze. I dziś znów stop. Widocznie połknąć to dla niej już nie jest problem, ale gdy jedzenie wraca ze żwacza do pyska, to przeżuwa je z trudem. Powitała nas rano leżąc i ze smutnym i poważnym wzrokiem. Ani pić ani jeść nie chciała. Wreszcie po południu skusiła się na garść tartej marchwi (gotowaną kaszę odrzuciła), wypiła sporą dawkę wody i zaczęła ostrożnie wybierać źdźbła z codziennej dawki siana.
Ma mleko, karmi małą bez problemów (Jaśmina jest białą iskierką czystej radości), ale wychudła już sporo i sama nie wiem jak się sprawa rozwinie. Mam nadzieję, że ząb w końcu wypadnie sam (nie dajemy rady nawet go zobaczyć, tkwi głęboko i jedynie widać na pysku pod skórą gulkę, która daje się wciskać palcem w głąb bezboleśnie) i Zosia wróci do jakiej takiej formy. Oczywiście będę ją już musiała specjalnie dokarmiać, żadnych twardych warzyw i suchego chleba, najlepiej śruta i tarte warzywa, jak dziecku. No, i ostra kuracja witaminowo-mineralna na dowapnienie kości, bo pewnikiem kolejna ciąża ją tak osłabiła. Ech, te białasy!

5 stycznia 2011

Gulliwer naszych czasów

Od najwcześniejszych lat życia byłam molem książkowym. Dodam, wielkim molem książkowym. Kiedy inne dzieci sylabizowały A-l-a m-a k-o-t-a, jak już dawno przeczytałam elementarz od deski do deski i zapisałam się do szkolnej biblioteki. Jakież było moje rozczarowanie, gdy pani kazała mi wybierać książki spośród serii "Poczytaj mi mamo" i tym podobnych malowanek, a o poważniejszych pozycjach nie chciała nawet słyszeć.
Z pomocą przyszedł mi tata i zaczął zabierać mnie do biblioteki gminnej. Którą prowadzili wtedy jego zaprzyjaźnieni kresowiacy, a on też był wieeelkim molem książkowym i te wizyty były częste.
W ten sposób w ciągu pierwszej-drugiej-trzeciej klasy poznałam całą klasykę, dostępną mej dziecinnej inteligencji, lecz wcale nie dziecinną. Nigdy w życiu nie przeczytałam Kubusia Puchatka czy Dzieci z Bulerbyn, ale za to znałam na wyrywki "Robinsona Cruzoe", "Trylogię" Sienkiewicza, "Podróże Gulliwera", "Księgę Dżungli" czy "Lato leśnych ludzi".
Po wielu wielu latach uczestniczyłam w warsztatach reiki, urządzanych przez pewnego mistrza z Łodzi. Siedzieliśmy sobie tam w kręgu na podłodze przedszkolnej, bo rzecz działa się w przedszkolu i mistrzunio oznajmił, że w naszych pierwszych ulubionych w dzieciństwie i wielokrotnie czytanych książkach znajduje się klucz do naszego życia dorosłego, jego problemów, wyborów, celów, sukcesów i klęsk. Jako dzieci mamy intuicyjne przeczucie kim jesteśmy i w którą stronę chcemy się rozwijać. Wtedy pewna ponad 50-letnia kobieta zamyśliła się i lekko pobladła.
- Całe moje życie to poświęcanie się dla najbliższych i cierpienie w milczeniu. A teraz uzmysłowiłam sobie, że najbardziej w dzieciństwie uwielbiałam "Serce" Amicisa!

Nie podam wszystkich moich ukochanych tytułów, które zmieniały się w miarę rośnięcia oczywiście, ale zawsze były przeczytane co najmniej kilkakrotnie. Jednak po realizacji przeprowadzki na kresy, kilkuletniego życia w samotnej chatce na kolonii i zbudowania prawie od podstaw obejścia (w którym dominują kozy) i domu przy wsparciu Piętaszka, oraz samodzielnej pracy i życia w przyrodzie bardziej, niż wśród ludzi, czas na Gulliwera. Cóż on tam zacz znaczył?
Spośród jego licznych przygód, spośród których podróżowanie na latającej wyspie pośród super-uczonych zamieniających gówno w pyszne jedzenie (ech, autor musiał zajrzeć w nasze czasy) zrealizowało się także jako kilka lat obcowania z kosmitami (hehe) i innymi niewidzialnymi istotami, teraz nadszedł czas w moim życiu na konkluzję końcową książki, już po powrocie Gulliwera z krainy Houyhnhnmów (doskonałych koni). Co prawda do koni, jak i do krów nie zbliżę się nigdy bardziej, niż na kilka kroków, jednak dominuje we mnie nastrój Lemuelowy.
Jest to zmęczone obrzydzenie do ludzi i ich spraw. Które wcale się nie zmniejsza na wsi po ucieczce z miasta, a wręcz przeciwnie.
Teraz najszczęśliwsza bywam w oborze albo w lesie, tak jak Gulliwer w swojej angielskiej stajni pośród koni.

Co prawda nie uczłowieczam zwierzaków, ani tym bardziej nie stawiam ich wyżej w hierarchii od siebie, jak to zrobił bohater Swifta, lecz męczą mnie ludzie nie mający pojęcia, że pies to pies, koń to koń, a koza to koza. A nie człowiek, czy jeszcze wyższa istota, czyli Najlepszy Przyjaciel Człowieka. Nawet, gdy dostanie imię.
Imię służy do przywoływania i kierowania.
Dawno temu Bóg stworzył Adama i pozwolił mu nazwać wszystkie żywe istoty na Ziemi. Tym sposobem uczynił go ich władcą i przekazał mu królestwo ziemskie w celu kierowania nim.
To cholernie trudny obowiązek, zwłaszcza, że władza wiąże się z rządzeniem narodzinami i śmiercią zwierząt i roślin (tak, one też są istotami żywymi i czującymi!). Polega też na panowaniu nad emocjami i odróżnianiu prawdziwej i światłej miłości od ckliwych sentymentów i fałszywych przywiązań do cielesnych form.
Staram się wykonywać ten obowiązek uczciwie i prosto. Z Ramienia Najwyższego, które taki świat po coś stworzyło i nie mnie, jego zaledwie cząstce, z tym dyskutować. Tym bardziej krytykować. Nawet, gdy trzeba patrzeć prosto w oczy prawdzie, że ten świat makabryczny jest. Nie odmówię jednak sensu tej przyrodzonej makabrze, za głupia na to jestem i sama z niej zrodzona.
Jedno wiem, gdy trzymam się tych prostych praw i ról jestem szczęśliwa, syta i zdrowa, a wraz ze mną moi podopieczni.
Dlatego nie dam się wrobić w papierowe serce miejskich jahusów (nie juhasów, na Boga, czytajcie książki!), dla których golonki wiszą na drzewach, mleko płynie co rano z kartonika w biało-czarne łaty, a kot czy pies jest jedyną istotą ziemskiej przyrody i najlepiej, gdy chodzi w butach i pali fajkę.

26 listopada 2010

Lekcja anatomii z wybuchem albo nie

Dzień pierwszego mrozu zaczął się normalnie. Przyjechał majster drugi z pomocnikiem i wyczyścili szlifierką jętki pod malowanie, założyli kilka przyciętych płyt gipsokartonowych na suficie, a potem zajęli się szalowaniem pakamery przy kuchni (dawnej sieni), gdzie stoi lodówka i sypia Kola.
Smalec zrobiony wczoraj ładnie stężał i mimo piątku skusiłam się na pajdę swojskiego (tj. aninego) chleba razowego ze smalcem ze skwarkami. Wyszło tego 4 i pół litra. Zostało słoniny jeszcze na drugie tyle plus inne potrzeby (kiełbasiane w zamierzeniu). Zaniosłam słoiki do piwniczki, niech stoją i wychodzą w swoim czasie.
Kozy pasły się na ośnieżonym polu oziminy z wielkim zapałem. Zjadanie zielonych kiełków jest zalecane przez rolników. Korzeń trzyma się wtedy mocno ziemi, a nadgryziony od góry na wiosnę krzewi się w kilka pędów i zwiększa plony. Dlatego o tej porze roku puszcza się na pola żyta konie i krowy, co prawda po pierwszych przymrozkach, bo to zwierzęta ciężkie i dopiero wtedy nie tratują gleby i nie wgniatają zboża w głąb ziemi.
Kozy są lekkie, tak samo jak i owce. Nasz sołtys już dawno puszcza swoje owcze stado na zieloną paszę. A i ja przymykałam oko na moje kozy, bo mi ich się ganiać nie chciało. Przychodzą z pola grube i ciężkie tak, że w boksach zaraz kładą się na brzuchu, przeżuwając.

Następnie z ponownie wyostrzonym nożem zabrałyśmy się za praktyczną lekcję anatomii.
- Kurdę, gdzie ta karkówka? Potrzebuję karkówki na baleron. Nie zniszcz łopatki, bo chce pieczeń zrobić. Ostrożnie z boczkiem, nie przecinaj go po swojemu. Kości nie są połączone ze sobą na stałe, da się przeciąć, tylko trzeba manewrować nożem z wyczuciem. A co to za mięsień? Pręga? Polędwica? Muszę w internecie sprawdzić. Ok, kości pójdą do bigosu i krupniku. A te resztki do kiełbasy albo na gulasz. Ale golonkę musisz odrąbać, nie da się chyba inaczej. I nóżkę odetnij.
- Nie rządź się tak. Potrzymaj na sztorc, a teraz odwróć. O, tak. Wiesz, że jestem mańkutem, nie na tą rękę! Do diabła, jak mi palce zmarzły!

Już zrobiłyśmy wywiad tu i ówdzie. Miejscowi łopatkę zużywają przeważnie do kiełbasy, albo na mielone. Boczek wędzą bez peklowania już na drugi dzień po ubiciu. W pończosze. Razem z kiełbasami. Ja spróbuję potrzymać kilka dni w solance. I uwędzić na sznurku większy kawał.
Dzisiaj nastawiłam wywar ziołowy i gotuję baleron ze schabo-karkówki (nie udało mi się tego rozróżnić, mimo przeczytania objaśnień w Wikipedii).

Ruszyła też niemiecka machina zamrażalnicza i stopniowo dokładam do niej posegregowane części wieprzka.
A na koniec dnia postanowiłyśmy rozpalić w c.o. I się zaczęło!
Z powodu odkręcania kaloryfera w jadalnym przy szalowaniu wyciekło sporo wody z kaloryfera w pokoju serowym (tak zwanym, bo najchłodniejszy i na razie w nim sery dojrzewają). Jak się okazało w praniu. Woda zagotowała się w rurze, pompa pompowała z jękiem powietrze, z odpowietrzaczy nic nie leciało i napięcie rosło jak cholera.
Zgubiłam gdzieś cycek do odpowietrzania i biedziłam się ze zdartym śrubokrętem drżącymi ze zdenerwowania dłońmi.
I uff, Ania dała dolewanie wody na full i w końcu instalacja złapała równowagę. I pompa przestała rzęzić. I ogień zaczął dogasać. I przestałam się denerwować wyimaginowanym wybuchem.

I mnie chyba też skoczyło ciśnienie z tego wszystkiego.
Bardzo boję się wybuchów.
Od czasu, jak w "nastolęctwie" wybuchł mi w rękach syfon i tylko o kilka centymetrów od mojej głowy przeleciała jego górna część, uderzając w sufit i robiąc w nim sporą wyrwę. Skończyło się na zejściu dwóch paznokci na palcach prawej ręki.

Teraz skończyło się szczęśliwiej. Baleron się kitrasi w wywarze, Ania się kąpie, koty śpią (o nich w czas mrozu to osobna opowieść), a ja grzeję się skórą ze śp. koziołka Bombka na kolanach i dokańczam tenże post.

2 listopada 2010

Lokalne rozwiązania a planetarny chaos

Pewien internetowy znajomy podesłał mi film twórcy "Green Beautiful" Coline Serveau, który w tłumaczeniu z francuskiego brzmi: "Lokalne rozwiązania światowego bałaganu". Leciał w tym roku we francuskich kinach.
Jest to ważne przesłanie uświadamiające wszystkich, tak rolników jak mieszkańców miast i konsumentów żywności, nad jaką przepaścią stanęła planeta. Zarządzana złodziejsko i przestępczo przez skorumpowane rządy, eksploatowana do granic przez korporacje, zatruwana chemią i nawozami sztucznymi, które "zrodziły się z wojny", czyli zaczęły być sprzedawane na siłę rolnikom po II wojnie światowej przez dawne koncerny zbrojeniowe, produkujące bomby i broń chemiczną.
Realizatorzy wędrują przez kontynenty i wszędzie widzą i słyszą to samo. Wypowiadają się ludzie z Brazylii, Afryki Północnej, Francji, Włoch, Ukrainy i Indii. Tak samo prości jak wykształceni, z wieloma fakultetami.
Ziemia jest niszczona i gwałcona. Przez zmaskulinizowany i zracjonalizowany system oparty na zysku.
Jednocześnie film skupia się na pokazaniu alternatywy, jaką jest rolnictwo organiczne. Które potrafi szybko uzdrowić zmartwiałą glebę i przywrócić w niej różnorodność życia. I smaków, które daje w obfitości. Wypowiadający się reprezentują tę właśnie ścieżkę rozwoju.
Porzucili ślepą wiarę w wyższość rolnictwa intensywnego i chemicznego i wybrali współpracę z Matką Ziemią. Czasem przeszli przez osobisty dramat przemiany z rolnika-rekordzisty (jak pewien chłop indyjski czy dyrektor ukraińskiego kołchozu), czasem oparli się namowom przejścia na nowoczesne technologie w czasach, gdy były wdrażane (jak pewien samotny rolnik francuski), niektórzy studiowali zanikłe w Europie dziedziny nauki, takie jak mikrobiologia gleb i sami zaczęli robić badania, których już od lat nie wykonują zachodnie laboratoria.
Wszyscy są do siebie podobni pod jednym względem, głębokiej troski o życie ziemi, o przyrodę, i miłość do pracy rąk, z której żyją oni i ich rodziny. Dodajmy, szczęśliwe rodziny, nie dotknięte patologiami.
Film niepokoi, ale i zostawia nadzieję. Że ludzie się ockną i zdążą uratować planetę, swoją matkę.
Wydaje mi się osobiście, że za mało niepokoju przekazał. Że tragedia, która się dzieje została zbytnio rozjaśniona uśmiechami tych szczęśliwych rolników i obrońców bio-różnorodności. Ale może lepiej zabrać się samemu do działania, bo czasu zostało niewiele, raptem kilka lat, żeby się okopać do przetrwania najgorszego? A nie gadać po próżnicy?
W przekazach rolników zwłaszcza zachodnich, ale i południowoamerykańskich było wiele myślenia o katastrofie. Francuz sprzedający bezpośrednio swoje warzywa klientom z Paryża mówi, że Paryż w razie kryzysu ma zapasy jedynie na 4 dni. Jeśli przymuszona głodem ludzka szarańcza ruszyłaby na wieś, pożarłaby całą jego pracę w jednym momencie. Żyje z tego powodu w strachu. Jest jednym z niewielu małorolnych gospodarzy w tym rejonie. A w ostatnim czasie jeszcze ich liczba się zmniejszyła.
Film nie szafuje modnymi hasłami. Wyraz permakultura nie pada tam ani razu, choć jest pean na temat rolnictwa bezorkowego (głoszony przez francuskie małżeństwo mikrobiologów gleby). Jest wzmianka o biodynamice i jego twórcy oraz piękny leśny ogród uprawiany w Indiach. I pokaz przyrządzania przez indyjskich chłopów preparatów chroniących sadzonki ryżu przed szkodnikami. Ogólnie wszyscy pracują ze ściółkowaniem, nawożeniem naturalnym, gnojem zwierzęcym i kompostem. Zbierają własne nasiona i chronią stare odmiany roślin.
Na koniec może dodam opowieść naszej pani sąsiadki. Warto słuchać starych ludzi pod tym względem. Oni nie wierzą w propagandę nawozowo-chemiczną, bo widzieli inne rzeczy na własne oczy.
Nasza wioska ma najsłabsze gleby V i VI klasy, wydarte przez karczunek lasowi kilkadziesiąt lat temu.
- Myśmy gospodarzyli tak - opowiada - Trzymało się kilkanaście świń, 3-4 krowy, konia i kury. Jak chłopy gnój z chlewa i obory wyciągali to było tego z 12 fur naraz. To wszystko szło na pole. Rzucaliśmy pod ziemniaki, co trzy lata. Po ziemniakach szedł owies, a po owsie żyto. I znowu gnój i kartofle. Wtedy ziemia rodziła, kłosy były duże, a snopy ło, takie (pokazała w objęciu). No, ale byli na wiosce i tacy, którzy mieli gorszą od nas ziemię, a większe plony. Ło, takie (pokazała znowu, rozszerzając ramiona). Ale oni więcej nawet zwierząt trzymali i nawozili ziemię co roku, bo nie mieli co z gnojem robić. Ziemia dawała zawsze, nie kaprysiła. No, a teraz? Kogo stać na saletrę? na oprysk? Tyle ile zasiejesz to i zbierzesz, a czasem nawet mniej... Tyle kabanów czy kur, które można tym utrzymać daje gnoju ledwie pod zagonek kartofli i warzywniak za stodołą. No, i starzy jesteśmy, dzieci nie chcą na wsi robić, w dyrektory poszły, ech...

5 września 2010

Trochę o czarach

Od niejakiego czasu dopiero wiem, że są w regionie wsie mające złą sławę. Ostrzega się chłopaków, aby nie brali stamtąd żon. "Tam ludzie są dziwne, niedobre" - mówią tutejsi, a spytani o szczegóły milkną. Wiem już, że pewną rolę odgrywają w tym zaszłości historyczne i dawne niesnaski sąsiedzkie na bazie narodowości, poglądów politycznych czy wiary. Ale nie tylko. W wielu tych wsiach mieszkały bądź mieszkają złe baby. Takie co niedobre zazdrosne oko mają. Kwiatki od tego więdną albo zwierzęta zdychają, kury przestają się nieść, a krowy dawać mleko. I takie, co szepczą przekleństwa sypiąc coś na drodze, wokół domu albo pod dywan wrzucają, po którym stąpa przeklinany. Albo podrzucają mu do ogródka zawiniątka, które ściągają zły czar, a jeśli ciekawski niedowiarek je otworzy, to umiera w przeciągu krótkiego czasu.
Są i dobre baby (szeptunów jest mniej, słyszałam tylko o jednym, już nie żyjącym, zresztą lekarzu z zawodu). O tych wszyscy wiedzą gdzie są i w razie potrzeby jadą po pomoc. Czar złej miłości odczynić, alkoholizm przegnać, guza wyleczyć, słabość osłabić. Albo interesy ruszyć, klientów przywołać, kłopotom zaradzić.
Dużo różnych historii tu się opowiada i wszyscy wierzą w moc tych ludowych zamawiaczy, dobrą i złą. Lepiej w dniu ślubu nadrobić drogi, gdy ktoś ci na niej nagle popiół lub specjalne zioła wysypuje. Albo trzymać w kieszeni cięte słomki, gdy zwierzę się nie wiadomo komu sprzedaje i może urodzajność i płodność zabrać ze sobą. Lub zawiesić na nim coś czerwonego przeciw urokowi. A gdy już czar rzucony i koń się poci, rży bez powodu, albo inne zwierzę staje się niespokojne bez przyczyny, przetrzeć je zaraz bielizną osobistą, przepoconą koszulką, kalesonami, a najlepiej majtkami zdjętymi z siebie. W innym przypadku koń może nawet paść, cielna krowa poronić.
Była właścicielka naszej chaty różę spalała ponoć bardzo skutecznie. Tj. czerwone wykwity wrzodowe na ciele. Przy pomocy lnu święconego palonego nad gromnicą i odpowiedniej ilości zdrowasiek.
Jej córka na ziołach i naparach się zna. Niegojący się wrzód na kopycie końskim u sąsiadów wyleczyła okładami z arniki.
Inny znajomy wodę umie znaleźć różdżką z gałązki wyciętą. I z dokładnością do metra ją umiejscowić. Leczy też chore uszy spalaniem w nich wąskich świec cerkiewnych (i nie mylić z metodą Indian Hopi, choć identyczna to jednak pradawna ludowa).
Sławna w województwie historia wystawienia na skrzyżowaniu sedesu ukradzionego ze śmietnika batiuszki w celu odczynienia pecha, co ponoć szeptunka doradziła, o który zabił się jadący tamtędy inny batiuszka, osierocając żonę i dzieci, wydarzyła się zaledwie w zeszłym roku.
W sumie: miałyśmy wielkie szczęście, że nas droga tutaj zaprowadziła, a nie tam, tam czy siam, a przecież mogła była...