Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gryzonie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gryzonie. Pokaż wszystkie posty

17 listopada 2021

Mgła nad światem

Listopad pełną gębą. Mgły gęste się ścielą i skraplają całymi dniami, witają rześkie poranki, żegnają zimne i wilgotne zmierzchy. Sąsiadowi w lesie składowane drewno spleśniało. Andriusza ambitnie zwozi z kolegą swoje składy do domu, my też resztki, które jeszcze na działce pozostały - przyczepką. C.o. jeszcze nie dotknięte nawet (oprócz wyczystki kominiarza), wciąż daje radę piec kuchenny i ścianówka na noc nagrzana. W razie gorącej kąpieli włączamy farelkę w łazience i luz. 

W cieplicy i tunelu pozostałości jeszcze rosną, pietruszka, rzodkiewka, kapustka pekińska i pakczoj w niewielkich ilościach. Całkiem niedawno zerwałam paprykę z ostatniego krzaczka. Nać pietruszki suszę, wraz z suszonymi liśćmi selera i lubczykiem służy jako smakowy dodatek do potraw. Z reszty nastawiamy w słoikach kimći. Które potrafi wytrzymać do wiosny bez problemu, jedynie nabierając mocy, więc jest to zapas zimowy witamin i mocy lata.

W miejscowym sklepie chleb doszedł do ceny 4 złotych i więcej. Tańszy tylko w Biedronce w sąsiedniej gminie. Już od dawna jeść się nie dawał, zrobił się gliniasty, lepki. Wiem, bo choć nie jem, to czasem karmię nim psy. Dostają wieczorem na kolację kromkę wdrobioną do świeżego mleka. Anna od czasu do czasu chleb zaczynia i własny piecze. Ale także jakoś odzwyczaiła się od pieczywa i mącznych potraw. Jemy tego naprawdę mało i powiem wam, da się, można! Z rzadka pojawia się ciasto owocowe albo sernik, chleb (pół na pół z psami zjadany) tudzież jakieś placuszki czy pizza. Ja przyrządzam z własnych zapasów bezglutenowych, Anna czasem dołącza, a czasem swoją używa. Częstotliwość jednak zadziwiłaby niejednego. Ciasto raz na 2 miesiące. Placków dawno nie było i na razie się nie zanosi. Pizzę mam zamiar uskutecznić po jakichś 3 czy 4 miesiącach. Także chleb raz na kilka miesięcy.

Pokazują się sikorki, pilnujące swojej zimowej jadłodajni. Na razie sobie radzą, ale przypominają się, biegając po parapecie za oknem na tarasie i fruwając pod jego dachem. 

Kot nocuje w domu. Myszy się schodzą, jak co roku o tej porze, biegają, przeszukują kąty. 

Kozy doję już od jakiegoś czasu tylko rano, mleka starcza do kawy, na lody i twaróg co 2 dni, litr jogurtu co 4, czasem miękki serek podpuszczkowy. Zrobiły się stateczne, wolą już siano w ciepłej oborze. Wypuszczamy je na wybieg na 2 godziny, aby nogi rozprostowały, a młode wyhasały się.

Stare kury wypierzyły się, ale przestały się z tej okazji nieść. Młode są jeszcze za młode. Zatem zastój jajeczny. I tyle nowin jesiennych.

7 sierpnia 2021

Pora na pomidora

Ochłodzenie przyszło wraz ze zlewnymi deszczami, na szczęście krótkimi, ale także częstymi, zwłaszcza nocą. Ci co nie skosili jeszcze zboża mają zagwozdkę. Zbyt mokre jest, aby kombajnować. Chłód w ciągu dnia, mało słońca, wielkie poranne rosy po deszczach nie pomagają, a dodają problemu. 

Sezon ogórkowy się skończył. Ostatnie krzaczki wyrwane lądują na kompoście. Zapasy zrobione. Teraz pora na pomidora. W większości jeszcze zielony lub ledwie czerwony, ale co kilka dni trzeba zerwać trochę owocu, choćby w obawie, że trafi w całości do wścibskich kurzych dziobów. Bowiem czikeny, nie w swojej masie, ale dwa czy trzy wypenetrowały jak i gdzie i co, i codziennie, gdy tylko nasz wzrok skupi się na czymś innym sprawdzają smakowitość i dojrzałość owoców. Tu dziobnie, tam dziobnie, siam wpałaszuje prawie całego. Problem jest. Trzeba by firany zawiesić w wejściach do tuneli, ale nie ma na to czasu. Wciąż coś.

Zbieram te naddziobane, okrawam, okrawki idą do kurzej karmy, a resztę zjadamy w leczo albo zapiekance. Z pomidorami jest dokładnie tak jak z serami. Kura bezbłędnie trafia na najsmaczniejsze okazy, jak mysz na najlepsze serki. To znawcy tematu gębowego.

Czyli zielone zamieniło się na czerwone.

W różnych gatunkach smakowych, wielkościach i odcieniach barwy zasadniczej. Tego nie znajdziecie w sklepach.

26 lipca 2021

Ptasia mowa

W dniach 23-25 tego miesiąca mieliśmy w gminie doroczny festiwal muzyki folkowej, który odbył się mimo wszystko, radując ludzi i stałych przyjezdnych gości, którzy są w nim osadzeni od lat ponad dwóch dziesiątek. Nie odwiedziłam osobiście żadnego występu z różnych racji, choć nie ze strachu przed dżumą. Za to Anna spędziła tam całe godziny i dnie, współprowadząc warsztaty ceramiczne i swój kramik z wyrobami z gliny i nie tylko. Jerzy nocował u nas, jak zwyczajnie, więc miałam możliwość zażyć nieco atmosfery imprezy i pogadać o świecie w sposób jaki lubię, poza systemowy (nie jestem anty, ale trochę spoza i trochę sponad). Wpadła także na godzinkę znajoma Ślązaczka, bywała co roku o tej porze, aby wypić piwo bezalkoholowe na altanie i wymienić niusy życiowe. A poza tym karmiłam zwierzynę, gotowałam i przetwarzałam jak zawsze, urozmaicając sobie wolne chwile tłumaczeniem almanachu Nostradamusa na zmianę z podsłuchiwaniem na live koncertu ze sceny gminnej.

Dlatego zapiszę tu ważniejszą historię, jaka zapadła mi w serce i działa się mniej więcej równolegle. Zacznę od tego, że w tym roku drobnych ptaków różnych gatunków zrobiło się wokół mnie jakoś więcej. Od wiosny przepięknie śpiewały i fruwały w kątach widzenia niemal wszędzie. Myślę, że to wynik wykraczającej poza normy przyrody betonozy polskiej, ale i zapewne ogólnych zmian klimatycznych, które owe stworzenia przeczuwają, szukając spokojnych i bezpieczniejszych dla siebie terenów na wylęgi, jakie najwyraźniej się kurczą. Bywało, że pod dachem tarasu wił sobie gniazdko jakiś ptaszek, przeważnie była to makolągwa albo rudzik. W tym roku zrobił to kopciuszek. I to tuż nad oknem, przy którym siedzę zawsze przy komputerze. Zatem, gdy jest uchylone w ciepły czas prawie stale słyszałam wciąż to, co dzieje się u drobniutkiej sąsiadeczki.
Kopciuszek w pewnym momencie zaczął być charakterystycznie słyszalny, okazało się, że karmi swoje narodzone świeżo pisklątko. Maluch wydawał głośne wołania, a potem radosne odgłosy, gdy matka przylatywała z jakimś smacznym kąskiem. Ptak szybko nauczył się spokoju na mój widok, gdy często wychodziłam na taras za tym czy owym. Odfruwał na śliwę obok rosnącą i spokojnie czekał, aż przejdę. Bał się jedynie kota, co od razu poznawałam po wzmożonych okrzykach ostrzegawczych i niespokojnym furkotaniu.
Kot zaś jest o tej porze roku częstym tarasowcem, w nocy i w dzień, rzadko idąc w dalszą drogę albo przesiadując towarzysko w mieszkaniu. Wychodziłam natychmiast i pacyfikowałam Maćka, zabierając go do domu albo wyganiając w dalsze rejony obejścia. Kocur jest spokojnym sporadycznym łowcą mysz, karmionym w domu, a moimi ptakami, które co roku hoduję od pisklaczka nie interesuje się pod kątem łownym wcale. Uznał zapewne w całej swej wrodzonej uprzejmości, że są moje i nie ma do nich prawa łownego. Kopciuszek, jak zaobserwowałam, również podlegał pode mnie, a nie jego widzimisię.
Maciej jednak w zamian bardzo lubi przebywać godzinami w pobliżu owych moich ptasząt, czy to kurcząt, indycząt czy kacząt, kryjąc się gdzieś w pobliżu pod krzaczkiem i słuchając ich spanikowanych rozmów ze sobą ze spokojem drzemiącego lwa. I tym sposobem nie raz napędził mamie kopciuszycy stracha. Ja też miałam obawy, bo zwierzętom wierzyć do końca nie należy, mają jednak instynkt, który nimi zarządza, zatem czuwałam, wiedząc, że zbliża się moment, gdy młode wyfrunie z gniazda. Mogło wtedy łatwo wpaść w zęby kota. Zapewne i mama kopciuszek była tego świadoma, bo z dnia na dzień robiła się bardziej nerwowa. 

Zbliżała się pełnia. Spodziewałam się, że wtedy sprawy się rozstrzygną. 

Tymczasem działa się jeszcze jedna historia w tle. Z tajemniczym cichym drapieżnikiem porywającym i kasującym podrośnięte kurczaki, które kręciły się tuż przy płocie w ciągu dnia. Jednego z nich padłego znalazłam w kupie niesprzątniętych jeszcze gałęzi akacjowych, zamordowanego i zostawionego sobie na później. Domyślamy się, że jest to kuna, która zamieszkała gdzieś w pobliżu, może na strychu paszarni. W gospodarstwie jest dużo myszy, więc pełni rolę naturalnego wroga gryzoni, ale przy okazji - jak widać - bywa groźna inaczej.
W noc przed pełnią, gdy martwiłam się o kopciuszczę bardziej niż zwykle, przeczuwając wylot z gniazda i pierwsze niezdarne obloty, nagle na tarasie zrobił się mały raban. Najpierw rozkrzyczała się w gnieździe nad oknem mama ptaszka. Po czym rozległ się bojowy okrzyk, czy raczej groźny ostrzegawczy syk Kocieja Macieja. Który wziął i przepędził skradającą się kunę na terytorium sobie podległym. Być może ratując tym samym ptaki przed wybraniem z gniazda. 

Następnego dnia, jak przewidziałam byłam, napotkałam kopciuszczę w trawie po drugiej stronie drogi. Uciekło przede mną, oczywiście pozostawiłam je, wierząc, że matka jest gdzieś w pobliżu i czuwa nad niezdarą. Nasłuchiwałam czy nie usłyszę charakterystycznego ćwierku przy domu. Daremnie. Jednak po obrządku wieczornym, gdy wracałam pustym już podwórkiem, coś mnie nagle zawołało siedzące nad wejściem do ziemianki. Maleństwo! Najwyraźniej przyleciało się pokazać. Fruwało już zręcznie samodzielnie. Pogadaliśmy chwilkę (znało dobrze mój głos, bo zawsze przemawiałam do nich wychodząc na taras) i uspokoiłam się. 

Następnego dnia młodziutkie ptaszę siedziało na poręczy altany, gdy przyszłam do porannego obrządku. Przywitało się, wyraźnie ucieszone. I po chwili odfrunęło. Już go nie widuję, ale wierzę, że daje sobie radę. 

9 czerwca 2021

Wąż przydomowy

Stały mieszkaniec naszego obejścia od lat nie znikł, nie zginął, jak mi się było zdało w tamtym roku, gdy nie wpadł mi w oko ani razu, także nie znalazła się jak zazwyczaj skórka z wylinki. W tym pojawił się znowu, najpierw naszła go Anna na grządce podwyższonej ukrytego pod włókniną. Potem w stosie gałęziówki, wylegującego się w porannym słońcu.

Niechaj jest i żyje sobie bezpiecznie. Idą upały, sama rozumiem, że woli podwórko, gdzie zawsze jakiś garnek z wodą dla ptactwa stoi i cieniste zakamarki i myszy buszują w pobliżu budynków gospodarczych.

15 sierpnia 2013

Przed jesienią

Uratowałyśmy dwa jaskółcze żółtodzioby. Dwa dni pod rząd znajdowałyśmy je rano siedzące pod wewnętrznym progiem obory, spadały z gniazda nad nimi. Anna brała drabinę, ja podawałam jej ptasie szkraby w misce, i dłonią w rękawiczce (żeby a nuż nie zrazić rodziców do zapachu ludzkiego) wkładała znajdki z powrotem do gniazdka. W sumie ten późny wylęg, już drugi z rzędu liczy sobie trzy jaskółczęta. Poprzednia młodzież radzi już sobie sama, ale i tak wpada na nocleg do obory, gdzie wysiaduje na przeciwległej belce.
Od kilku dni nic nie wypadło. Rodzice kręcą się i zwijają, aby wykarmić potomstwo, zatem nic złego się nie stało.

Natomiast Laba zaczęła kraść jaja z dzikiego gniazda, które sobie kury urządziły pod wialnią. Dostaje ostrą reprymendę: "Fe! Zostaw!" i natychmiast zostawia jajo, niesione delikatnie w pysku, co na razie jednak nadal nie jest dla niej straszniejsze od pokusy smacznej wyżerki gdzieś na uboczu.

Anna zmobilizowała się wczoraj i porżnęła cały tegoroczny urobek, sosnowo-brzozowy z działki leśnej piłą i na krajzedze. Część poszła na zapas do pieca chlebowego, część co cieńszych kawałków pod kuchnię, a resztę ułożyłam w ścianki pod daszkami. W ten sposób oba są już zapełnione po brzegi i długiej zimy się nie boimy.
Zostanie jeszcze sporo odpadów z żerdzi świerkowych, które mają pójść na ogrodzenie, to już wejdą w dalsze zapasy na rok przyszły, lub może nawet za-przyszły.
Są tacy co wieszczą tej zimy nawet 40 stopni na minusie. Niezbyt w to wierzę, ale rzeczywiście myszy złażą się z pól do gospodarstwa dość szybko, za nimi zleciały się z głębin puszczy nocne drapieżne ptaki, których straszliwych wrzasków ucho ludzkie nie słyszało dawno, lub nigdy (to, co ostatnio mnie przeraziło w nocy, to zapewne sowa, może ta?). Ponadto szykuje się żołędny rok, dęby mają mnóstwo owoców, a tutejsi mawiają, że zawsze tak jest przed mroźną zimą. Zobaczymy.

Na razie widzę, że drzewa czeremchowe obrodziły, owoce są już częściowo dojrzałe, więc codziennie, przy okazji wypasu kóz chodzę na nasz ugór i zjadam kilkanaście garści, zawzięcie plując dookoła pestkami. Słodkie, niektóre już pomarszczone od słońca i braku deszczu.
To stary Mikołaj mnie oświecił, opowiadając:
- Mój znajomy, starszy człowiek zaczął chorować na nadciśnienie. Lekarz przepisywał mu leki, które nic nie pomagały. Aż ten nagle usłyszał od kogoś radę, jedz czeremszynę, ona ci pomoże! Posłuchał, przestał brać leki i codziennie do lasu chodził, bo pora była odpowiednia, i zajadał się czeremszyną. Przy okazji zbierania grzybów. W końcu poszedł do lekarza, uśmiechnięty, porcję stu tabletek z kieszeni wyjmuje, wykłada na biurko i mówi, że jest zdrowy. Jak to? Lekarz na to i zmierzył mu ciśnienie. Doskonałe. Ot, i tak się chłopina uzdrowił sam.
No, to jadam, czemu nie? Jak jest okazja.

11 sierpnia 2013

Ostatnia chwila

I po żniwach. Nie obyło się bez napięć, które trwały trzy dni. Aby jednak zdążyć przed zapowiadanym deszczem i zmianą pogody na chłodniejszą.
Dwaj wioskowi kombajniści zrezygnowali z pracy u nas, z sobie tylko znanych względów, gdyż żadnego wytłumaczenia, ani nawet konkretnej odpowiedzi na nie, nie usłyszałyśmy. Ot, iście po podlasku. Zamówiony trzeci, z sąsiedniej wioski orzekł: "Łoj, trzeba było od razu mówić, już dawno bym skosił"... lecz ledwie to wyrzekł i umówił z nami na 8 rano, zapadła cisza. Okazało się, że pojawiła się nagle awaria w kombajnie. Szczęściem trafiło na złotą rączkę. Naprawa, przy pomocy rodziny trwała do popołudnia. Gdy już nad nami zgromadziły się spore chmury i wiatr zawiał, zwiastując niespodzianki pogodowe, nadjechała w końcu machina żniwna.
Udało się skosić i wysypać ziarno na płachtę, a częściowo do worków wręcz w ostatniej chwili. Ledwie kombajn odjechał z nieba spadł lekki deszczyk. Zdążyłyśmy resztę ziarna nakryć, a potem przesypać do worków i wypakować je w stodółce. Nasze pole jednak nas zaskoczyło. Owies wyglądał naprawdę marniutko, był rzadko posiany, niski, wyka słabo wzeszła, ale i tak - mimo, że spora część była wyjedzona przez kozy uciekające z zagrody w sadzie, trochę z tyłu dziki poryły, trochę drób zebral - w efekcie dało tonę ziarna. Czyli tyle, co zazwyczaj.

Poza tym przetwory. Dżemy porzeczkowe i wino z czarnej porzeczki plus kilka soków z tejże zrobione, nalewka nastawiona, ogórki w kilku postaciach wylądowały w licznych słoikach. Także dwa gary sosu chińskiego w dwóch postaciach (zamrażanej i słoikowej, konserwowanej octem jabłkowym) upakowane, oj, zasmakował nam. Teraz czekają na mnie jeszcze koncentraty pomidorowe i leczo, bo dojrzewają pomidory w folii, a w warzywniku cukinie i dynie różnego gatunku. Mrożę je. Zeszłoroczne zjedliśmy z Radem całkiem niedawno.

Pogoda po żniwach momentalnie siadła i stała się osienna. Prawosławni mówią: "Anna - osienna panna". Znam to zjawisko od zawsze. Pola pełne zboża zdaje się generują stałą wysoką temperaturę, która po ich ścięciu momentalnie znika i przychodzi ochłodzenie. Myszy schodzą się z pól do domów. Dziś w nocy coś chrobotało w kuchni. Trzeba trutkę wysypać, żeby nie zdążyły się rozmnożyć. I okna zamykać na noc.

21 września 2011

Wieści zwierzęce

Nieprzypadkowym przypadkiem nawiążę tematem do sąsiedzkiego blogu. Tym razem (w poprzednim roku był to, przypomnę "chomik", zwierzątko niewiele większe od myszy, ale krzyczące znacznie od niej głośniej, które chciało koniecznie zanurzyć się na zimę w ogródkowym inspekcie koło domu) w nocy obudziło mnie intensywne skrobanie gdzieś w ścianie tarasowej, blisko drzwi. Odgłos jednak był większy od tego, który robi mysz. Coś próbowało - jak sądziłam - dostać się do środka, wgryzając się w trzeszczącą piankę, którą izolowane są okna i drzwi w ścianie. Na szczęście po kilku minutach dźwięki ustały...
Zapomniałam o tym do rana, ale rano Kola zaczęła się dziwnie zachowywać. Nie przychodziła na wołanie, tylko jak przymurowana, z napiętym wzrokiem i merdającym ogonem wpatrywała się intensywnie w jeden punkt w ogródku przed tarasem.
Zachowuje się tak zawsze wtedy, gdy pojawi się obcy przybysz, dzikie zwierzę. Psica z pasją poluje na szczury polne, które kopią nory w zimie pod daszkiem drewutni (raz nawet udało jej się zagryźć wielkiego samotnego samca, ale tylko dlatego, że nie uciekał, tylko próbował się odgryźć). Podobnie reagowała na zeszłorocznego chomika, aż po dwóch dniach musiał się wyprowadzić z obejścia. Zatem i tym razem uznałam, że wizytuje nas ów chomik, szukający jesienno-zimowego przytuliska, nie dociekałam kto zacz, tylko zajęłam się dojeniem kóz.
Tymczasem okazało się inaczej...
Zwierzę, ukryte pod oknami inspektu opartymi o słup, pod naporem ciekawskiego i rozgorączkowanego instynktem łowieckim psa nagle rzuciło się do ucieczki. Kola pogoniła za nim. Rozległ się głośny krzyk, przypominający rozdzierający głos ptaka, rodzaj ćwierkania (wystraszone gryzonie zazwyczaj ćwierkają, to głos u mysz nieco podobny do cykania świerszczy). Dopadła zwierzątko na tyle blisko, że stanęło i zaczęło się bronić, skrzecząc przy tym odstraszająco z całej siły. Pies dostał pazurem po nosie i zaskoczony przystopował w gonitwie...
Pobiegłam kawałek za dom, do lasu, ale nic już nie zobaczyłam. Za to na tarasie i w pobliżu czuć było intensywny ostry zapach...
Raniony psi nos został zdezynfekowany wodą utlenioną.
Sprawdziłam następnie w wikipedii. Łasicowate należą także do skunksowatych i mają gruczoły zapachowe, którymi znaczą teren...
Nie łasica, było z pewnością większe, sądząc po głośnym krzyku. Co innego, kuna albo tchórz. Stawiam na kunę leśną (przyszło z lasu i tam uciekło), tj. tumaka.

Było to trzy dni temu. Nie pojawiło się już z powrotem. Być może bywało wcześniej i łowiło myszy pchające się do chaty, pewnie wchodząc za nimi jakąś szparką pod szalunek.

Z innych wieści zwierzęcych: kogut Ancymon stracił ogon z niewiadomych przyczyn. Wydarte długie, dostojne pióra walają się w kurniku. Niechybnie z czymś walczył i raczej nie sądzę, że był to któryś z młodych kogutków. Te jeszcze nawet nie ośmielają się zapiać przy nim, a co dopiero stanąć do pojedynku. Może to Kola się zemściła za atak, albo poszarpał go kot, usiłujący wydostać się z kurnika (Jasio uwielbia tam spać w dzień). Kogut teraz wygląda, hm... kuso i niepoważnie.

No, i dzisiaj przed wieczorem zobaczyłam pierwszy wielki klucz żurawi w tym roku. Leciały z północy prosto na południe. Znaczy zima szybko się zacznie.

8 września 2011

Zimowe zapasy

Tak jakby chłodniej się robiło... Zarzucam już na siebie koszulę, gdy wychodzę na dwór. A przy komputerze okrywam chłodne kolana skórą z koziołka.
Wczoraj znalazłam w domu utopioną w misce z wodą spasłą mysz... znaczy zimno idzie i myszy do domu się pchają.
Wciąż nie możemy wyjść na prostą z pracami i remontem. No, remont stoi praktycznie od czerwca. Z powodu różnych zadań podejmowanych w firmie. I prac polowych, takich i owakich. Sianokosy, żniwa. Czeka jeszcze przygotowanie pola na zimę z zagospodarowaniem gnoju i jesienne czyszczenie obory.
Z wolna robimy zapasy zimowe. Zwierzęta już są zabezpieczone, teraz my. Trzeba uzupełnić "prowiant wojenny", tj. puszki z fasolą, grochem i rybkami oraz mąka, kasza, ryż, olej, sól, cukier, kawa, herbata itp. To oprócz przetworów, które zawsze szykujemy własnymi rękami z tego, co daje ogródek.
Ten prowiant to moja obsesja od dziecka. Jeszcze z czasów, gdy straszono nas w szkołach wojną atomową. Śniłam wtedy często o tym, że buduję sobie bunkier na rodzinnej działce, aby przetrwać. Co prawda nigdy nie przeżyłam prawdziwego głodu, ale mieliśmy w domu okres zaciskania pasa, gdy ojciec zachorował i nie zarabiał, ja jeszcze nie skończyłam szkoły, a kredyty trzeba było spłacać. I żyliśmy z jednej okrojonej pensji Mamy. Udało się, dzięki częściowej samowystarczalności żywieniowej. Ale pamiętam do dziś pustki w lodówce przez wiele miesięcy. Zawsze jednak była kasza (najtańsza, kupowana dla psów i kur), świeże jaja (od naszych trzech kurek), słonina i smalec (bo lepszy od oleju dla psów i kota), mleko od krowy (kupowane od sąsiada 3 razy w tygodniu po cenie skupu w mleczarni), a z niego śmietana, zsiadłe i twarożek. Były też warzywa z ogródka, mąka, kiszona w beczce kapusta i ziemniaki. Głodu zatem być nie mogło. Bo zalewajki, ziemniaków z kwaśnym mlekiem i potraw z jajek (Mama robiła pyszny makaron) było zawsze pod dostatkiem. Bywało też mięso z własnej niewielkiej hodowli gęsi i indyków, które Mama trzymała. Potem poszłam do pracy, zaczął się tak jakoś kryzys i stan wojenny i moje "stanowisko" nagle sprawiło, że miałam dobrego, swojskiego jedzenia po pachy. I nigdy tak się najadłam jak wtedy, gdy wszyscy w kolejkach stali i handlowali kartkami. Ot, paradoksy dziejowe.
Wracając do "prowiantu wojennego", to nawet w stanie pokoju ma on sens, kiedy się żyje na Wsi. Do najbliższego sklepu mamy 7 kilometrów i nie zawsze czas i możliwość pojechania po zakupy. Rosnące ceny paliwa każą już ograniczać te wypady do minimum i coraz częściej Ania przesiada się zwyczajnie na rower. Poza tym większy zapas w piwniczce niezbędny jest na zimę. Bo bywa, że jakikolwiek wyjazd do miasteczka uniemożliwia pogoda albo awaria samochodu na przykład. Siedzi się wtedy w chacie, pali w piecu i zajada zapasy i produkty zgromadzone w sezonie ciepłym, gotując, piekąc i smażąc różne przysmaki. Nieraz i przez kilka tygodni bez wyjazdu poza wioskę. (Zdecydowanie lubię zimę pod tym względem, a podstawą tego lubienia jest dobry piec i ogrzewanie).
Inne zapasy biegają żywe i zimują wraz z nami, aby do wiosny. W każdym razie stanowią bazę świeżego mięsa, jaj i mleka na co dzień.
I tak to jest... zwyczajnie, naturalnie.
Obejście jest całym światem, kołem, jak sama nazwa wskazuje... które codziennie się rytualnie obchodzi dwa razy w tak zwanym obrządku. Święte koło, święte obejście...

27 sierpnia 2011

Stan obejścia

Upał od wczoraj, nie wysypiam się z tego powodu.
Ubyło jeszcze jednego kurczaczka z maluchów, jest teraz sześć.
Gusia nabrała dawnej werwy i zaczyna trenować odlatywanie. To zabawny widok na podwórzu, startującego na rozbiegu samolotu, choć przy tym osypuje się jeszcze puchem i nie wszystkie lotki są już wykształcone.
Wciąż jeszcze przerabiam pomidory na przeciery. Nastawiłam nalewki i zrobiłam dwie butelki soku z czeremchy. Lekko gorzkawy, ale słodki, z nutą wiśniową w tle. Można polubić, bo nie otrząsa kwachem, jak np. soki z porzeczek. Poeksperymentuję jeszcze i dodam następnym razem winogron, powinno to usunąć goryczkę. Ania nazbierała dzisiaj owoców dzikiego bzu, również na sok.
W tym roku jabłek w sadzie na lekarstwo, spady załatwiają w całości kozy, ale za to zapasy innych soków są równie bogate, jak w zeszłym stanowiły jabłkowe. Jest sok malinowy, z czarnej porzeczki, czeremchowy i będzie z czarnego bzu.
W piwniczce zewnętrznej prace nie posunęły się ani o jotę. Majster oczywiście zajęty innymi pracami. I poradziłyśmy sobie inaczej. Sklepiszcze ma zresztą mieszkańców. Na razie gryzoni nie zauważyłam, już posadzka je przystopowała, ale bywają czarne ślimaki bez skorupek, pomrowami zwane i polująca na nie... ropucha szara. Odkąd się ujawniła, wysiadując bardzo często na stopniach schodów prowadzących w głąb piwnicy stąpam z wielką ostrożnością, aby nie rozdeptać jej przypadkiem, jak suchy liść, który do złudzenia przypomina. W sumie cieszę się, że tam mieszka i dba o równowagę ekologiczną wewnątrz naszego schronu.

12 maja 2011

Do czterech razy sztuka

Udało się za czwartym podejściem. Wylewka z ociepleniem styropianowym w piwniczce zewnętrznej zrobiona, przy okazji także właz do zbiornika oczyszczalni ścieków został zalany. W ogóle takich piwniczek, jak teraz nasza, na podlaskich wsiach jest dość sporo. Nazywa się je "sklep", a to od stosowanego w nich łukowatego sklepienia.
Wygląda to na podwórzu jak pagórek, z drzwiczkami, którymi schodzi się w dół po schodkach do pomieszczenia środkowego. Niektórzy budują sobie w ten sposób letnie kuchnie z pomieszczeniami magazynowymi w głębi.
Nasz pagórek porastają dziwne krzewinki, które ktoś zidentyfikował jako octowca, ale jeśli to jest octowiec to jakaś odmiana lokalna i stara. Dawny właściciel sprowadził go, tak samo jak róże, bez, klon i akacje z ogrodu przy dawnym dworze dziedzica w Jancewiczach. Rośnie toto bez umiaru, zieleni się ładnie, kozy nawet to jedzą, ale nie tykają kwiatów, kury chętnie tam się kryją przed niebezpieczeństwem z nieba, koty wylegują w zaciszu i chłodzie.
W sklepie tylko owo środkowe pomieszczenie do tej pory było zagospodarowane jako tako (zrobione półki na weki i zapasy), a następne, trzecie i główne pomieszczenie, głębiej położone, z oknem w półokrągłym stropie, wychodzącym na zachód tuż nad powierzchnią gruntu oraz kominkiem wywietrznikowym, pozostawało na luzie. Nie miało posadzki tylko piasek, no i, wiadomo, dzięki temu miało częstych gości i zimowych mieszkańców.
Oba pomieszczenia posiadały kiedyś osobne drzwi, które rzeczywiście przydają się podczas mrozów czy wielkich upałów, gdyż nie wpuszczają powiewu zimna lub gorąca od drzwi wejściowych i stabilizują temperaturę (zimą na około 5 stopniach, latem, nawet najbardziej upalnym na 13-14). Ale wilgoć szybko je zniszczyła i odpadły od dębowych futryn, które jedne tkwią nadal w murze nieruszone przez czas, pleśń, grzyba czy próchno. Chcemy właśnie przywrócić zamknięcia, aby zaczęły spełniać swoją funkcję od nowa.
Jest jeszcze całe mnóstwo pracy przed nami, przede wszystkim z uszczelnieniem wnętrz nie tylko przed gryzoniami, ale i komarami, muchami, ślimakami i co tam jeszcze lubi się w wilgotnych podziemnych pomieszczeniach pojawiać. No, i z dezynfekcją końcową i gdzie się da z oklejeniem ścian i posadzki kafelkami.
W każdym razie sklep jest funkcjonalny, nawet w tej dość starawej, najprostszej i nieszczelnej postaci nic w nim nie przemarza nawet przy 35-stopniowych mrozach i bez drzwi wewnętrznych! Posiada wilgotność i temperaturę wprost wymarzoną dla dojrzewania serów i win. Myślę, że możemy być z niego jeszcze bardzo zadowolone, gdy już okiełznamy żywioły.
W oczekiwaniu na dokończenie prac betoniarskich rozgrzebałyśmy dalej ogródek, Ania dosadziła więcej sadzonek w folii, a także zasadziła się na dokończenie rżnięcia gałęziówki na zimę, lecz zadanie okazało się trudniejsze. I jeszcze nie zostało wykonane.
Do mnie wtedy należy układanie drewna pod daszkiem. Jest już prawie pełny. Gdy skończymy, zapasy zimowe będą uzupełnione. Praktyka dwuletnia pokazała, że wychodzi nam od listopada do kwietnia niecałe półtora daszka drewna. Latem palę chrustem i odpadkami z budowy. Tych odpadów, starych belek i desek do porżnięcia jest jeszcze w obejściu na co najmniej dwie zimy. Więc nie jest źle.
Widziałam też, pasąc kozy, że pogoda skusiła również starego Mikołaja do tej samej pracy. Stał bez laski i ciął gałęzie na krajzedze, a Mikołajowa podawała je i podtrzymywała. Znaczy, nie będzie jeszcze umierał, bo martwi się o przyszłość... Ogłosił to zresztą zaraz na przedwiośniu, radośnie.

A poza tym od kilku dni trwa inwazja, tj. wiosenny wylęg, komarów. Geodeta, który robił ostatnie pomiary do poprawionej mapki działki stwierdził, że na naszej wiosce są wyjątkowo wielkie i żądne krwi. Takich nie ma w jego miasteczku, o, nie! Oganiał się jak szalony, ale kto mu kazał przyjeżdżać do pracy przed wieczorem?
No, nie lepsi są Mieszczanie, którzy o istnieniu komarów dowiadują się boleśnie dopiero na łonie przyrody w majowy weekend, i żałośnie nadrabiają miną w swoich krótkich spodenkach i koszulkach, próbując daremnie bronić się jakimiś psikaniami, które tylko bardziej rozdrażniają krwiopijne samice.
Czyli jednym słowem mam przerąbane z komarami. Także z meszkami, których było dzisiaj mnóstwo w sadzie, wokół kóz. Biedaczki pasły się na siedząco, skrywając wymiona i brzuchy przed ukłuciami kuzynek. A ponieważ komarzyce są przyciągane przez zapach mleka (jak i niektórych serów dojrzewających) to dojenie, zwłaszcza wieczorne zamienia się w "bój to jest nasz ostatni!"...

Byle do lata...
Komary znikają wtedy jak zaczarowane.
Za to pojawiają się masowo... muchy. I trwa to do sierpnia.
- Cholera, po co nam ten taras? - zapytowywuje filozoficznie Ania. - Jeśli i tak nie da się na nim posiedzieć dłużej, niż kilka minut o tej porze?
Ha, najlepiej taras sprawdza się zimą.

7 maja 2011

Piwniczkę czas naszykować

Do południa zbierało się, a od południa lało coraz rzęsiściej. Tymczasem umówieni wcześniej majstrowie (tj. jeden majster z dwoma chłopakami, wczorajszymi nieco, bo Jurija było) przyspali z rana i właśnie, gdy niebo wilgotniało zwlekli machiny do roboty.
Wszystko jednak odbyło się szybko i sprawnie. Wyciągnęłyśmy z piwniczki wszystkie magazynowane tam przedmioty, worki kartofli, beczkę kapusty, farby sitodrukarskie, drewnochrony, także stare drzwi i szybę, Ania przeprowadziła reflektor przedłużaczem z domu, aby miejsce pracy dobrze oświetlić i panowie ocenili co i jak robić. Wykryli przy okazji kilka nor szczurzych, wychodzących z zewnątrz poniżej ścian piwnicznych, na głębokości zatem prawie dwóch metrów. W pobliżu trochę rozsypanych ziemniaków napoczętych ich ząbkami leżało. Jednym słowem jadłodajnię miały całozimową. Muszę jednak przyznać, że były dość grzeczne i więcej szkód, oprócz owych paru ziemniaków i nadgryzionej cebuli i marchwi pastewnej nie poczyniły.
Następnie panowie włączyli warczącą machinę, wsypali połowę dawki zakupionego wcześniej cementu i wymięszali go ze żwirem, który po budowie się ostał w znacznej kupce oraz z wodą, po czym świeży beton transportowali na nogach w starych wiadrach (wraz z siedliskiem zakupionych, och, jak dobrze jest mieć na stanie różne graty gospodarskie i nie musieć zaczynać dosłownie od zera!), po schodkach w głąb piwniczki, aby wylać go na dno trzeciego, najgłębszego, kopulastego pomieszczenia, do tej pory posadzki pozbawionego. Poszło im szybko i zgrabnie, pierwszą warstwę uświęcili gorącą herbatą i kawą i ustalili, że kończą zlecenie w poniedziałek, czyli jak Pan Bóg przykazał, w dzień majsterski.
Ania zakupiła jeszcze paczkę styropianu, który ma się znaleźć między pierwszą i drugą warstwą wylewki, izolując piwniczkę od spodu. Majster zaś zabrał ze sobą stare drzwi od komory, które ma przyciąć do istniejącej już futryny w piwnicy, aby pomieszczenie dało się zamykać.
Tym sposobem pierwsze najważniejsze kroki do tego, aby piwniczkę zewnętrzną przystosować do roli dojrzewalni serów zostały poczynione. Dalsze poczynania są zaplanowane i nadejdą w swoim czasie.

7 kwietnia 2011

Koci szpital

Nie wspomniałam o tym do tej pory, żeby o sprawie opowiedzieć, gdy już się skończy, ale nie skończyła się i zaczęła mi czas i uwagę zabierać, więc opowiem teraz.
W nocy z 26 marca (dnia ogłoszonego porą nadejścia największego japońskiego skażenia nad Polskę, to tak trochę a propos synchroniczności zdarzeń) było wyjątkowo zimno, chwycił mróz. Łacio wrócił rano do chaty kichający na potęgę.
Kichał tak stale przez dwa dni, po czym dostał potężnego kataru. Ciekło mu z oczu, z nosa, zaczął w końcu oddychać otwartym pyszczkiem. Przestał chodzić na wycieczki i większość czasu spędzał w jakimś spokojnym kącie w domu, sypiał na mojej kołdrze i rzęził, rzęził. Trzeba jednak przyznać, że Łacio - doświadczony nie jeden raz trudnymi i bolesnymi dolegliwościami (zazwyczaj raz do roku spada na niego jakiś dopust Boży) - znosi chorobę profesjonalnie. Zachowuje spokój, wycisza się, stara się jeść, choćby cokolwiek, śpi dużo. Od wczoraj mogę powiedzieć, że wyzdrowiał w pełni. Trwało to więc całe dwa tygodnie...
Ale tydzień temu zaczęła chorować Kicia. Jej objawy z początku były całkiem inne i przez to mylące. Nie mogła nic jeść, wymiotowała, rzęziła, prychała. Weterynarz z miasta, do którego zadzwoniłyśmy stwierdził, że może to być zatkanie jelita sierścią mysią i trzeba podać jej specjalną pastę. Albo może samo przejdzie. Nie przeszło jednak. Kotka zaczęła w końcu sapać, pojękiwać, ledwie liznęła wody, chowała się w różne kąty domu i obejścia. Pod łóżko, pod biurko, do kredensu, do szafki na buty albo pod stos ułożonych żerdzi na podwórku. Zestresowana, dramatyczna. Zupełne przeciwieństwo flegmatycznego Łacia.
Wczoraj zatem Ania przyspieszyła konieczny wyjazd do miasta S. w celu przeglądu auta i odbioru dokumentów od dawnej księgowej, aby pójść w jej sprawie do weterynarza. Kotka została w domu. 45 km jazdy w jedną stronę w zamknięciu byłoby dla niej nie lada stresem, nie chciałam ją na to narażać.
Ania wysłuchała długiego pouczającego kazania od młodej pani doktor, że kota nie przywiozła. Bo jej zdaniem to wcale nie jest zatkanie mysią sierścią, a koci katar. Lub druga opcja zatkanie jelita kłąbem tasiemca. Według niej wszystkie koty polujące mają tasiemca, wystarczy, że poliżą pchłę, już go mają. Leczenie tego jest długie i trzeba je często powtarzać, w czym pobrzmiewała nutka farmacji zarabiającej na przestraszonych wizją owego niewidzialnego tasiemca właścicielach kotów. No, ale pozostawmy to. Jest to przypadłość wszystkich weterynarzy od drobnych zwierząt w każdym większym mieście i już żeśmy to przy psie przerabiały w Warszawie. Straszą chorobami, pouczają, toczą oczami z oburzeniem, że pies dostał kleszcza (TO NIEDOPUSZCZALNE!), dają dwa razy tyle zastrzyków (na wszelki wypadek), przepisują najdroższe leki i za każdą wizytę przy byle czym doją biednego właściciela z pieniędzy niczym krowę.
Ania przyjechała zatem z tabletką na odrobaczenie i czterema zastrzykami do zrobienia.
- Jak jej dać tabletkę, gdy Kicia nic nie je? Zaraz ją zwymiotuje, to absurd! - stwierdziłam. I odłożyłyśmy tę sprawę aż do powrotu apetytu.
Ponieważ wczoraj objawy nieco się zmieniły i coraz bardziej przypominały katar, choć wciąż Kicia nie kichała ani nic jej nie leciało z noska ani z oczu, czym prędzej dostała 2 pierwsze zastrzyki przeciwzapalne. Ania przypomniała sobie łatwo swoje nauki pobierane w medycznym liceum, które skończyła. I zrobiła je całkiem fachowo, Kicia nawet nie zauważyła.
Po pół godzinie kotka na tyle się uspokoiła pod względem żołądka, że... chlipnęła trochę świeżego mleka z miseczki. Bardzo mnie to pocieszyło. Niestety w nocy nie było dobrze. Obudziła mnie o północy, bo ukryła się pod łóżkiem, tuż pod moją głową i tam głośno rzęziła i pojękiwała. Kręciła się co jakiś czas nerwowo, nie mogąc złapać tchu. Ewidentnie już jednak miała zatkany nosek i oddychała otwartą buzią, co ją bardzo denerwowało. Dramatyczka.
Uspokajał ją mój głos i głaskanie. Po godzinie palenia światła i czuwania wyciszyła się trochę. Uznałam, że pójdę spać, bo co więcej mogę zrobić? Po kilku godzinach kotka wyszła spod łóżka i wskoczyła na kołdrę, układając się w moich nogach.
- Uch, przeżyjesz to! - stwierdziłam z ulgą.
Dziś sapie dalej, nie je, wciąż oddycha buzią, ale mam nadzieję, że najgorsze za nami. Jutro dostanie dwa kolejne zastrzyki.

Jasio również złapał wirusa, ale zdaje się jest na niego w dużej mierze uodporniony. Chorował na koci katar od oseska, bardzo długo. Rozlepiałam mu codziennie zaklejone ropą oczka i cierpliwie znosiłam jego ataki duszności. Teraz jedynie trochę pokichał, miał niewielki wyciek z jednego oka i właściwie (tfu,tfu, odpukać) chyba mu już przeszło, po dwóch-trzech dniach. Piszę chyba, bo ten mój Lion Prince rzadko wpada do chaty coś zjeść albo się zdrzemnąć. Cały czas ma zajęcia w plenerze.

6 grudnia 2010

Skoki na zimno

Zero stopni to prawie jak lato. ;-) Kicia wreszcie odkleiła się od kuwety, którą uzurpuje sobie na wyłączność w czas mrozów. I kocury to respektują! Bez żadnego "miau" wychodzą kupkać na mróz i śnieg, a ona nie. Czym niewymownie złości Anię.
- Tylko nie krzycz na nią, gdy siedzi już w kuwecie! - ostrzegam profilaktycznie - Wtedy zacznie się załatwiać na twoim ukochanym chodniczku na przykład, a kuweta będzie stała pusta... W końcu po coś jest.
- Ale ona zwyczajnie nigdy tak często się nie załatwiała jak teraz to robi! - gniewa się Ania.
- Trudno. Rzeczywiście pije często wodę, to pewnie suche powietrze w domu. I je za dwie, bo jeszcze myszy łapie i przepuszcza przez siebie - tłumaczę zwierzaka. Choć to ja muszę czyścić co rusz kuwetę z piasku, który ma ten mankament, że nie pochłania kocich smrodków w ogóle. I o to właściwie cały dym trwa.
Tak do końca nie wiem, czemu Kicia tyle pije i je. Przecież kocury też żyją pod tym samym dachem i równie często jedzą. A jednak rzadko wychodzą za potrzebą i nie piją tyle wody. Może to jakaś urojona ruja? Mózgowa? Bo zauważyłam też pewne prowokacyjne zabawy ze strony kotki wobec kocurów. Lecz te, gdy wykażą tylko zainteresowanie zaraz dostają pazurami po paszczach. Łacio już jest dawno pogodzony i niewiele sobie z tego robi. Raczej nie daje się sprowokować. Znalazł sobie dzikie kotki na wiosce i wywalczył pozycję wśród kocurów już zeszłej zimy (kosztem blizny na nosie i rozerwanego ucha). Wobec Kici okazuje po mężowsku aseksualną przyjaźń. Ale Jasiek, który jest prawiczkiem i nigdy nie zdobył jeszcze żadnej samiczki co rusz ściąga na siebie gniew Kici. Potrafi mu nieźle wtłuc.
Kicia prowokuje także Kolę do zabawy, która w moich oczach dość groźnie wygląda, ale pewnie taka nie jest. Mianowicie udaje obcego kota. Przebiega najeżona przed nosem psa, a Kola czuje się zaproszona do gonitwy i rusza za nią galopem. Kotka skokami błyskawicznie dopada pierwszego lepszego drzewa i wdrapuje się tam wysoko, a pies szczerzy zęby i szczeka groźnie pod drzewem. Co ciekawe, nauczyła tej zabawy także Jaśka. Który robi niekiedy dokładnie tak samo jak ona. Może ma to więc pedagogiczny charakter wobec jedynaka, który jeszcze życia nie zna i dopiero czekają na niego niebezpieczeństwa, gdy w końcu pójdzie na wieś za głosem serca.
A tak poza tym koty z psami są zaprzyjaźnione. A nawet, gdy Kicia okupuje posłanie Koli koło kaloryfera, Kola bez najmniejszej obrazy czy próby walki o swoje przenosi się posłusznie do pokoju.

Ponieważ było dzisiaj ciepło, otworzyłam na dłużej kurnik i oborę. Kury wyszły i wyjadały spadłe z kozich misek ziarno przed oborą. W końcu nakarmiłam je w kurniku i zamknęłam za nimi drzwi. I niedługo potem usłyszałam gdakanie jakiejś zabłąkanej kokoszki. Poszukałam i znalazłam ją... na czubku śliwy rosnącej koło ubikacji. Straciła z oczu stado, przestraszona śniegiem wskoczyła na gałęziową grzędę i tam trwała. Chciałam ją złapać na gałęzi, ale wystraszona wystartowała do lotu i... przefrunęła kilka metrów nad ziemią ponad całą szerokością podwórza. I przerażona brakiem gruntu do lądowania osiadła na... dachu stodółki. Niczym dziki ptak.
Posiedziała tam trochę, aż nakarmiłam kozy. W końcu Ania ruszyła na nią z grabiami i kurka wystartowała z dachu ku otwartej oborze. Wylądowała dokładnie na progu koziarni.
Stamtąd już się dała spokojnie zaprosić do kurnika.
Ot, Zielone Nóżki fruwające. Trzeba pamiętać.

4 grudnia 2010

Pixi i Dixi w akcji

Jeszcze jesienią, gdy otwierałyśmy czasem dla wietrzenia budynku okna na górce, wprowadziła się na poddasze mysia rodzinka. Wpierw było ich mało, najwyżej dwie myszki, jednak szybko zrobiło się dużo. Jak to u myszek. Zaczęłam więc pozwalać kotom buszować nocami po górce (co uwielbiają). Stopniowo skasowały nadmiar do kilku, trzech, dwóch, w końcu pozostała jedna. Ta najbardziej upierdliwa.
Zamieszkiwała pod podłogą na poddaszu, gdzie dostawała się przez szparę koło komina, wciąż jeszcze nie obrobioną gipsokartonem. Z zapałem chrobotała nad moim łóżkiem przez pół nocy, igrając sobie z kotem (głównie Jaśkiem), który daremnie czatował na nią przy kominie aż do rana. Opracowała sobie także tajemną drogę do pożywienia. Zsuwała się kolejną szparką przy kominie po cegłach w dół do kuchni, tam najadała się gdzieś do woli i wracała tą samą drogą do siebie na strych pod podłogę.
Najpierw robiły to w parze, niczym Pixi i Dixi naigrywające się z kota Dżinxa.
Ale Kicia zauważyła tę ich sztuczkę i zaczaiła się którejś niedawnej nocy w kuchni na płycie. Jest czarna, kompletnie niewidzialna w ciemności. Myszka, ledwie zsunęła się po kominie w dół wpadła w otwartą kocią paszczę i tylko pisnęła dramatycznie ostatni raz w jej zębach. Pixi albo Dixi.
Myślałam potem, że to już koniec i kazałam Ani zasłonić płytą wejście na poddasze, żeby ciepła z mieszkania nie ubywało. No, i wtedy zaczął się szał. Obudziłam się w środku nocy jak na jakimś balu mysim. Jasiek miał zamkniętą drogę na strych, więc ów bezczelny ostatni Dixiak wziął się do zabawy na całego. Wydaje mi się, że turlał po podłodze puste puszki po piwie, jakie zostawili gdzieś w kącie majstrowie, bo nic innego nie przychodzi mi do głowy tak hałasującego.
- O, nie! Tego nie zniosę! - przyrzekłam sobie i następnego wieczora uchyliłam płytę na strych, tylko trochę, ale na tyle, aby koty mogły swobodnie chodzić.
Dzisiejszej nocy znajome chrobotanie nad głową rozpoczęło zwyczajną nockę z szarym współmieszkańcem chaty. Ale tuż przed świtem zakończyło się jego agonalnym okrzykiem w zębach kocich. Gdzieś w kuchni, blisko.
Uff.
I niech ktoś powie, że bez łownego kota można na wsi żyć.

Co prawda jest też równoważna opcja zachowań, czyli brak kota w ogóle i stosowanie tzw. sposobów na myszy. Na naszej wiosce na ogół nikt kota do domu nie wpuszcza ("bo narobi") i różne kocie na pół dzikie osobniki bytują przeważnie w oborach i stodołach, tam żywiąc się gryzoniami i przy okazji mnożąc się podobnie jak one, bez ograniczeń innych jak naturalne wypadki. Nasi sąsiedzi, nie posiadający wcale kotów, rozkładają zawsze trutki i pułapki w swoich mieszkaniach. I to im wystarcza, choć pewnie przywykli do różnych nocnych chrobotów zimą, bo nie wierzę, że to daje całkowity skutek.
Jeśli jednak masz kota trucizny odpadają, ze względu na jego zdrowie i życie. W tej sprawie trzeba wybrać, albo-albo. Nie ma nic pośredniego.
Ja wybrałam koty.

Kocia straż anty-mysia wokół domu również jest cenna, czego doświadczam od kilku lat dzięki Kici i jej przybocznemu Jasiowi. Takie przydomowe koty czyszczą stale teren, zwłaszcza jesienią, gdy gryzonie masowo z pól walą na gospodarstwa.
Nasz Łacio obrabia w ten sposób obejścia naszych dwojga sąsiadów, nocując często gęsto w ich stodołach i chlewikach. Zresztą Kici również zdarza się tam zaglądać z sąsiedzką przysługą.

No, teraz nie będę jednak tak ufna w samą odstraszającą myszy obecność kota i już po żniwach zamknę na noc okna w całej chacie, aby nie prowokować lo/a/su.


(Zdjęcie zrobione na Dąbrowie trzy lata temu. Przedstawia Iwanka, poprzedniego jedynaka Kici, czyli starszego brata Jaśka, podczas poobiedniej drzemki. Iwanko trafił do domu pewnych emerytowanych rolników, u których jest oczkiem w głowie, jako jedyne teraz hodowane zwierzątko i strażnik mysz.)

13 października 2010

Starość puka

Wczoraj, przy wyjeździe na drogę coś w naszej Żeńce zastukało, pukło i okazało się, że jedzie dość mocno przechylona na lewy bok.
Prawdopodobnie pękła sprężyna od tylnego lewego amortyzatora. W zeszłym roku wymienianego.
No, tak. Żeńka (jej dawne francuskie imię Genevieve rozwiało się już na tutejszych wertepach dość dawno) już niemłoda jest. A musiała teraz wozić kilkakrotnie ciężkie materiały ze stolicy, potem drewno dębowo-grabowe, następnie worki ziemniaków i żyta. I klops.
Trza było zawrócić. Księgowa musi poczekać. Miejscowy mechanik ma czas dopiero w piątek. Zakład, w którym wymieniano Żeńce amortyzatory i są chyba jeszcze na gwarancji znajduje się 40 km stąd. Może warto będzie zaryzykować jazdę, ale najpierw po uzgodnieniach telefonicznych...

W zamian zatem zabrałam się za sprzątanie starych kafli i cegieł z rozebranej ścianówki. Jurek F. tak się rozczulał nad starymi kaflami i piał peany na temat starych glinianych pieców, że wstyd byłoby to zaniedbać i zostawić na pastwę deszczom i śniegom. Przebrałam zatem co lepsze i całe, nie pęknięte. Wytrząsnęłam z nich glinę i kamienie. I zwiozłam ich kilka taczek pod stodółkę, gdzie ułożyłam je zgrabnie na palecie (łoj, szczury będą miały zimą pod spodem super domek). Może kiedyś przydadzą się jeszcze do jakiegoś pieca chlebowego, kominka albo wędzarni. Niech leżą, jeść nie wołają.

11 października 2010

Jesienny umiar

Jabłka zostały zebrane, zeżarte lub zgniły. Ich śladowe byty przyciągają do sadu dziki. Widać w trawie zryte ślady, nawet pod płotem od strony drogi i bramy! Wczoraj późnym wieczorem dziwne chrumkania spod chaty od strony pola wystraszyły spośród akacjowej gęstwy Jaśka.
Poza tym zimne noce i przymrozki ściągają dzikie ptaki bliżej domostw. Zaczęły zaglądać na taras i do obejścia stadka bogatek, sikorek ubogich, wróbli i pliszek. Bardzo to miły i rozweselający widok. Tacy goście zawsze przywołują na moją twarz uśmiech.

Lubię jesień. Palenie w piecu nie męczy mnie. Nie jest jeszcze intensywne, jak w zimie. Znikają przede wszystkim dokuczliwe owady. Oczywiście bywają, ale w ilościach do pominięcia. I jeśli tylko gryzonie są pod kocią kontrolą można bytować beztrosko.
Oprócz tego, co z lasu wyłazi i chrumka. Mam nadzieję, że do obejścia nie wlezie i nie natknę się na jakiegoś potwora w drodze do wychodka. Z którego w nocy przy okazji pasjami w gwiazdy patrzę. Teraz widoczne świetnie jak na dłoni.

2 września 2010

Szczerość w oborze

Poranek po rozdeszczonej nocy w deszczu, choć malejącym. Wychodząc na obrządek założyłam na lewą stronę bluzę polarową oraz dwa różne kalosze. Zauważyła to dopiero Ania.
Wpuściłam przemokniętego kota (Jasia) do mieszkania i potem stoczyłam walkę z kozami. Są zdenerwowane tym nagłym całodziennym staniem przy żłobie, siano zaczęły jeść dopiero wczoraj wieczorem, gdy straciły nadzieję na wyjście na pastwisko. Teraz pchały się do jedzenia wszystkie naraz, a zwłaszcza młode, Zuzia i Tynia nie dawały się potem zaciągnąć do boksu. Są już tak silne, że trudno je tam wepchnąć, gdy nie chcą. Gdy się tak opierały w otwartych drzwiczkach wypadły stare kozy i zaczęły buszować po podwórku. Przewróciły przygotowane porcje dla reszty i zrobił się ogólny bałagan. Trzeba je było zagonić, zamknąć, nowego owsa przynieść, a ten wysypany zostawić kurom. Kiedy już były zamknięte okazało się, że się tak wystraszyły, że żadna nie chciała wyjść do dojenia.
Trzeba było ochłonąć ze zdenerwowania i zacząć do nich łagodnie przemawiać. Zwierzę wyczuwa doskonale emocje w głosie osoby, którą zna i nigdy nie daje się nabrać, nawet jeśli mówi się sztucznie spokojnym tonem wie to. To wielka nauka opanowania - obcowanie z braćmi i siostrami mniejszymi. Nie prześliźnie się żaden fałsz.
Gdy otworzyłam drzwi lamusa, aby dosypać śruty do kurzej karmy nakryłam dwa myszaki wylizujące resztki w kurzym garnku. Na mój widok zerwały się i w panice wyskoczyły z wysoko postawionego naczynia na łeb na szyję. Stałam i czekałam, aż uciekną, właściwie rozśmieszona. Trzeba będzie tam Kicię zamknąć raz drugi.
Ledwie przełożyłam polar na prawą stronę i wymieniłam kalosze z Anią, przyjechał stolarz i zdjął wymiary do schodów na górkę. Może uda się je zamontować tej jesieni, jeśli brygada założy w miarę wcześnie podłogi w pokojach.

13 sierpnia 2010

Sposobem

Znów upalnie. W nocy przeszła jedynie krótka sucha burza. Sucha, znaczy bez deszczu, tylko grzmiało i błyskało się.
Suche burze to ponoć zjawisko afrykańskie, lecz także są czymś częstym w pobliskim regionie nad rzeczką Orlą. Opowiadano mi, że od lat są przyczyną wielu pożarów na tamtejszych wsiach. Nikt nie wie, czemu akurat ulubiły sobie tamten teren.
No, a teraz jak widzę i słyszę, zaczynamy mieć owo cudo i u nas.

Upały źle także wpływają na serowarzenie. Narzeka na nie znajomy koziarz i serowar-hobbysta. Mówi, że sery mu kwaśnieją. I ja miałam pewne kłopoty i trochę trwało, zanim nauczyłam się pracować z mlekiem w taki gorąc.
Mianowicie zostawiam mleko z wieczornego udoju w piwniczce albo na tarasie, jeśli noc jest chłodna (a robią się już chłodniejsze). Rano dodaję to z porannego udoju, mieszam oba i zostawiam na 1,5-2 godziny, aby dojrzało. Nie dodaję zakwasu, bo mleko wieczorne jest już rozbuchane kwasowo, choć jeszcze tego nie czuć w smaku. I po dodaniu podpuszczki odczekuję tylko 5-10 minut, aż utworzy gęstwę. Otóż dłuższe czekanie (według przepisu ok. pół godziny), powoduje właśnie zbytnie skwaśnienie i zbrylenie się sera, ziarno nie lepi się dobrze, a ser potrafi się rozpaść po wyjęciu z formy.
Dalej postępuję jak zawsze, choć przetrzymywanie sera w ciepłe dni w domu jest ryzykowne. Dojrzewa zbyt szybko w niekorzystnej dla bakterii temperaturze. Solę, wysuszam ser, a gdy dostaje skórki pakuję go w parafinę i do piwnicy. Ostatnio jednak przy wielkich ulewach i parowaniach podskoczyła wilgotność i niektóre sery, nie mogąc szybko wyschnąć, dostały lekkiej pleśni na skórce. Trzeba by je było myć w solance i znów suszyć. Nie mam jeszcze warunków dojrzewania dla serów z pleśnią, wolę nie zakażać sobie przestrzeni przypadkowymi grzybami (choć w sumie to żaden problem na razie, bo owe pleśnie są z gatunku czerwonych, białych i niebieskich, pachną przyjemnie i nic złego serowi nie robią), to jednak opóźnia to zaparafinowanie, co w taki upał jest istotne. Dlatego ostatnio robione sery zalałam na próbę woskiem (prezent od znajomej). Liczę na to, że wosk będzie zdrowo kontrolował dojrzewanie takich lekko zapleśniałych serów. Zobaczymy za kilka tygodni co się teraz dzieje pod ochronną warstwą w środku.
Uch, kiedy uporamy się z budową (jeszcze czekają na robotę 2 podłogi, progi w drzwiach i schody na poddasze) zabieram się za sklep (tj. piwniczkę). Trzeba ją przygotować profesjonalnie do funkcji, którym ma służyć. Przede wszystkim wysprzątać, pomalować ściany świeżym wapnem, zamontować drzwi wewnętrzne, które odpadły od spróchniałej futryny, a są bardzo potrzebne zwłaszcza w gorące i bardzo mroźne dni, bo utrzymują stałą temperaturę w środku, postawić dodatkowe półki w najgłębszej salce, z drewna olchowego. Przyda się też pociągnąć tam światło. Dopiero wtedy, także po wstawieniu gęstej siatki w okno i zabezpieczeniu wywietrznika przeciw gryzoniom i owadom, będzie można pracować z pleśniami i dojrzewaniem profesjonalnym serów. Co bardzo mnie interesuje, lecz zostawiam sobie jako przygodę na przyszły rok.

Poza tym brygada zabrała dyle pozostałe z budowy domu, aby przetrzeć je na legary pod podłogi. Oraz nieporżnięte dębczaki, kupione w lesie jeszcze na Dąbrowie, niby na opał, ale w dobrej długości, grubości i zdrowiu na to, aby zrobić z nich deski progowe i futrynę w piwnicy. A ja maluję trzeci raz okna lakierobejcą koloru jasny dąb.

16 maja 2010

Las atakuje

W kurniku pani Wiery tragedia. Wczoraj kuna wdarła się przez szparę w drzwiach, zabiła kwokę i pięcioro kurcząt, niedawno wyklutych. Jak tak dalej pójdzie Kola będzie mieć zapas rosołowy do końca roku. O ile wiem, kuny raz rozbestwione potrafią wybić całe stado.
Tej nocy coś wdrapywało się po ścianie chaty od strony lasu. Wstałam i goniłam psa, coby postraszył dzikiego gościa. Na razie "łaska" (tak mówią na te zwierzątka w moim rodzinnych stronach, skrót od łasica) trzyma się granicy lasu i nie zapuszcza wgłąb obejścia. Ale... pożyczona kwoczka pani Wiery zasiada na jajach niedaleko, w stodółce. Obawy rosną.
I nie miej tu dobrego psa, gospodarzu!
Pioter opowiada, że kiedyś w starej stodole na obecnej naszej posesji gnieździły się tchórze, robiły spore szkody, zanim je zdołano ubić. Poza tym dawno już tego nie było. Lisy również nie zaglądały tu od wielu lat. Głównym kłopotem były jastrzębie. Tych w tym roku jakoś nie widać (tfu, odpukać w niemalowane), i znienacka teraz atak czworonożnych drapieżców.
Zauważam, że lepsza w gonieniu dzikiego zwierza jest nasza mniejsza suka-kundelek. Robi najwięcej hałasu i śmiało biegnie między drzewa. Kola szczeka owszem w powietrze, ale nie postrzega wizyt małych zwierząt jako zagrożenia i rusza się bez refleksu.
Natomiast pasjami poluje na szczura w drewutni i wykopała już tam wielką jamę. Potrafi czatować na niego godzinami, zapominając o jedzeniu i piciu. Zabijając szczury przegryza im kark i porzuca je. Potrafi w ten sam sposób unieszkodliwiać także szerszenie!

31 marca 2010

Dieta cud

Kicia ma przypływ macierzyńskich uczuć. Do wyrośniętego jedynaka. Od kilku dni znów znosi mu myszy. To trzeba zobaczyć. Głowa Czarnej-Dzikiej w oknie z tłustą myszą w zębach, z pałającymi oczami domagająca się wejścia do środka. Wczoraj przez nieuwagę została wpuszczona. Zdobycz spoczęła na środku kuchni, a Kicia specjalnym matczynym miaukiem, którym się posługuje zawsze w relacji z synaczkiem pojękiwała z piętnaście minut, wołając swoje książątko. Zanim stwierdziła, że młody nie reaguje, nie ma go, nie chce prezentu. Ania daremnie próbowała wygonić ją z domu. W końcu kotka wniosła swoje mięsko pod biurko komputerowe i schrupała je pod moją ochroną. Słyszałam tylko chrzęst łamanych mysich kostek. Mniam, mniam.

Wielki Tydzień i nadchodzące obżarstwo wielkanocne nastraja do myślenia o diecie. Tyle tych różnych diet się narobiło i jest, i ciągle nowych przybywa! Żadna jednak, ani wegetariańska, ani wegańska, ani wiktariańska, ani dieta Kapuścińskiego dla chudzielców, ani odchudzająca, ani pięciu przemian, ani bezglutenowa, ani jaskiniowców, ani tralalala nie opiera się na najważniejszej dla żywienia się podstawie. Żadna!
Otóż od kiedy istnieje cywilizacja i swobodny dostęp do produktów rolnych, najpierw zastrzeżony dla klas wyższych, teraz powszechny - ludzie zatracili kontakt z rytmami czasu, z porami roku! Które to w przyrodzie rządzą tym, co zjada każda istota od zarania swoich dziejów.

Znam sporo osób od lat będących na takiej czy innej diecie. Przeważnie są z Miasta. I czas dzielą na pracę i urlop albo zimę w przegrzanych miejskich domach i wakacje w górach albo nad morzem. Przez cały rok jedzą te same warzywa, serki, owoce i piją te same napoje. Pominę tu jakość owych produktów, bo nie w tym rzecz.
Zauważyłam, że coś ich łączy, niezależnie od tego jaką dietę stosują.
W charakterze i temperamencie.
Pominę tu także popularne motywacje wegetariańskie, że 1) człowiek odżywiający się roślinami z pewnością awansuje duchowo i zdobywa czystość, dzięki której zaczyna należeć do wyższej kasty (motyw zaimpregnowany na zachodzie przez hinduistów); 2) nie jedząc mięsa uzdrawiają ziemię i chronią biedne zwierzęta (masowa manipulacja pseudo-ekologiczna), 3) nie jedząc mięsnych produktów dbają o swoje zdrowie (czasem konieczne u osób chorych, ale okresowo, bardzo rzadko: stale). To są iluzje, kryjące tak naprawdę całkiem inne przyczyny, najczęściej kompletnie nieuświadamiane sobie przez tych ludzi.
Powiem, co widzę okiem psychologa-amatora.
Oni lubią w ten sposób kontrolować emocje i świat. Dieta jest dla ich psychiki jak filtr przepuszczający jedynie wybrany rodzaj energii i izolujący ją od wpływów niekontrolowanych. Narzucają swój rytm światu. Izolują się. Odlatują i trwają w tym odlocie, jak w przeźroczystym ale nieprzepuszczalnym balonie. Czemu? Bo zjada ich lęk przed chaosem emocji i wrażeń, przed śmiercią, przed szaleństwem uczuć. Wszyscy są jakimiś fanatykami. Mniej lub bardziej. Zamkniętymi w swoim wybranym i sztucznym świecie. Pozamykanymi na różne sposoby. I daleko im do równości, wspólnoty, integracji ze światem jaki jest.
Moje spostrzeżenia na temat stanu fizycznego niektórych tych ludzi nie są najlepsze (choć nie we wszystkich przypadkach, które zależą od wrodzonej budowy ciała). Bezskutecznie jednak jest wytykać zagorzałemu i upartemu weganinowi, że z braku jakichś ważnych substancji, których odmawia swojemu organizmowi zalewa go flegma i trudno jest z nim wytrzymać na co dzień w domu, bo charczy, kaszle, odpluwa tudzież dokucza mu notoryczna swędziawka ciała. Albo fanatykowi głodówek, a w perspektywie niejedzenia, że ciało mu rzednie i blednie, depresja nań spada, seks nawet nie cieszy i związki się rozpadają. I tak nie posłucha. Nie usłyszy. Tę głuchotę powoduje kontrola umysłu poprzez dietę, jakiej uległ.

Jedną z ważnych idei osiągnięcia samowystarczalności żywieniowej we własnym gospodarstwie jest dla mnie powrót do rytmu ziemi i przyrody, zsynchronizowanie własnego ciała z porami roku i darami Matki Natury, odnalezienie podstawowego pulsu żywienia i życia tym samym.
(Ewa)

***
W prawosławnych kalendarzach dni postu oznacza się rybką, przeglądając kalendarz jest ich naprawdę sporo. Właśnie trwa 40-dniowy. I rozmawiając tutaj z ludźmi starszymi często słyszę, że poszczą właśnie. Na różne sposoby i z różnym natężeniem, czasami w intencji, czasami dziękczynnie. Myślę, że we współczesnym świecie ten sakralny wymiar postu zastąpiły diety. Tylko wymiar duchowy gdzieś się zapodział, więc cały proces nie działa już z taką siłą. Bo post zarówno dla ciała jak i dla duszy jest wskazany.
Moja babcia zawsze w piątek robiła jarskie dania. To był bardzo fajny zwyczaj. (Ania)