Listopad pełną gębą. Mgły gęste się ścielą i skraplają całymi dniami, witają rześkie poranki, żegnają zimne i wilgotne zmierzchy. Sąsiadowi w lesie składowane drewno spleśniało. Andriusza ambitnie zwozi z kolegą swoje składy do domu, my też resztki, które jeszcze na działce pozostały - przyczepką. C.o. jeszcze nie dotknięte nawet (oprócz wyczystki kominiarza), wciąż daje radę piec kuchenny i ścianówka na noc nagrzana. W razie gorącej kąpieli włączamy farelkę w łazience i luz.
W cieplicy i tunelu pozostałości jeszcze rosną, pietruszka, rzodkiewka, kapustka pekińska i pakczoj w niewielkich ilościach. Całkiem niedawno zerwałam paprykę z ostatniego krzaczka. Nać pietruszki suszę, wraz z suszonymi liśćmi selera i lubczykiem służy jako smakowy dodatek do potraw. Z reszty nastawiamy w słoikach kimći. Które potrafi wytrzymać do wiosny bez problemu, jedynie nabierając mocy, więc jest to zapas zimowy witamin i mocy lata.
W miejscowym sklepie chleb doszedł do ceny 4 złotych i więcej. Tańszy tylko w Biedronce w sąsiedniej gminie. Już od dawna jeść się nie dawał, zrobił się gliniasty, lepki. Wiem, bo choć nie jem, to czasem karmię nim psy. Dostają wieczorem na kolację kromkę wdrobioną do świeżego mleka. Anna od czasu do czasu chleb zaczynia i własny piecze. Ale także jakoś odzwyczaiła się od pieczywa i mącznych potraw. Jemy tego naprawdę mało i powiem wam, da się, można! Z rzadka pojawia się ciasto owocowe albo sernik, chleb (pół na pół z psami zjadany) tudzież jakieś placuszki czy pizza. Ja przyrządzam z własnych zapasów bezglutenowych, Anna czasem dołącza, a czasem swoją używa. Częstotliwość jednak zadziwiłaby niejednego. Ciasto raz na 2 miesiące. Placków dawno nie było i na razie się nie zanosi. Pizzę mam zamiar uskutecznić po jakichś 3 czy 4 miesiącach. Także chleb raz na kilka miesięcy.
Pokazują się sikorki, pilnujące swojej zimowej jadłodajni. Na razie sobie radzą, ale przypominają się, biegając po parapecie za oknem na tarasie i fruwając pod jego dachem.
Kot nocuje w domu. Myszy się schodzą, jak co roku o tej porze, biegają, przeszukują kąty.
Kozy doję już od jakiegoś czasu tylko rano, mleka starcza do kawy, na lody i twaróg co 2 dni, litr jogurtu co 4, czasem miękki serek podpuszczkowy. Zrobiły się stateczne, wolą już siano w ciepłej oborze. Wypuszczamy je na wybieg na 2 godziny, aby nogi rozprostowały, a młode wyhasały się.
Stare kury wypierzyły się, ale przestały się z tej okazji nieść. Młode są jeszcze za młode. Zatem zastój jajeczny. I tyle nowin jesiennych.