Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gady. Pokaż wszystkie posty

9 czerwca 2021

Wąż przydomowy

Stały mieszkaniec naszego obejścia od lat nie znikł, nie zginął, jak mi się było zdało w tamtym roku, gdy nie wpadł mi w oko ani razu, także nie znalazła się jak zazwyczaj skórka z wylinki. W tym pojawił się znowu, najpierw naszła go Anna na grządce podwyższonej ukrytego pod włókniną. Potem w stosie gałęziówki, wylegującego się w porannym słońcu.

Niechaj jest i żyje sobie bezpiecznie. Idą upały, sama rozumiem, że woli podwórko, gdzie zawsze jakiś garnek z wodą dla ptactwa stoi i cieniste zakamarki i myszy buszują w pobliżu budynków gospodarczych.

10 sierpnia 2015

Ślad węża

Z jednej strony hiszpańskie upały na Podlasiu dają się znieść, jeśli po prostu człowiek skryje się w zaciszu domu, ma co pić, i czym się od czasu do czasu polać, i nie musi nic robić. Bo nie ma do tego żadnej siły ani motywacji. Sery podpuszczkowe wariują, nie ma na to żadnej rady (oprócz klimatyzacji, na którą mnie nie stać), zatem przeszłam na kwaszenie mleka i robienie twarogów. Nadmiar mrożę, gdy temperatura spadnie powstaną z nich serniki i bułeczki z serem. W takim razie jest czas na lenistwo. I sjestę poobiednią. Do jedynych obowiązków należy dolewanie wody zwierzakom, a znika w pojemnikach bardzo szybko.

Także las się ruszył ku wodzie. Widać, że przyroda jest zdumiona śródziemnomorskim klimatem.
Pojawiają się w chłodzie poranka na przykład ogromne chrząszcze, typu jelonka, szukające odrobiny wilgoci.
Pod kranem zewnętrznym spotkałam dzisiaj ropuchę szarą. Musiałam ją trochę namawiać, aby się schowała w garażu przed drobiem, który miał właśnie wyjść z kurnika.
A przed domem natknęłam się na dziwny podłużny ślad.
Wiódł przez całe obejście, wzdłuż wszystkich budynków, widać starannie obejrzanych, zakręcając kilka razy, w tym tuż koło wiaderka z wodą dla gęsi, zostawionego na noc pod śliwą i kończył się gdzieś w lesie.
- Co za zwariowany rowerzysta! - zawołałam zdziwiona.
Ale to nie był ślad roweru.

Kto wie, może odwiedził nas dzisiaj w nocy ktoś taki?

Gniewosz plamisty

30 marca 2015

Żmij przy drodze

Po raz pierwszy, odkąd mieszkam na Podlasiu poczułam groźną bliskość lasu. I po raz pierwszy zobaczyłam żmiję. Wygrzewała się na słońcu, zwinięta w kłębek, w resztkach zeszłorocznej trawy przy drodze koło pastwiska. Kozy przebiegły obok szczęśliwie, zainteresował się nią pies. Kola mianowicie. Wilczur. Który lubi przeganiać gryzonie i krety z okolic, rozkopując im norki. Ale to nie był kret. Dziabnęła. Kola odskoczyła. 
Przyjrzałam się gadzinie dokładnie. Trzeba było wrócić z kozami do obejścia i pozamykać w oborze, dopiero potem zajrzałam do internetu. Kola siedziała na swoim posłaniu z dziwnie sztywno trzymaną głową. Rzuciłam jej chleb, zjadła, dobry objaw. Poczytałam o żmijach i jadzie. Spojrzałam jeszcze raz, pies wyraźnie powiększył się na pysku, zaczął puchnąć. 
Za telefon. Niedziela, ale prywatnie do weterynarza, jeśli tylko jest w domu, zawsze można podjechać. Był (czyli gwiazdy sprzyjały), rozpytał o objawy. Kazał przyjechać. Pies pojechał, w przeciągu 40 minut. Dostał jakiś steryd i witaminy, oraz wapno. Potem w domu zimny okład na pysk. Który spuchł jak bania.

Następny dzień Kola przywitała normalnie. Popiskując i poszczekując zachęcająco pod drzwiami, na znak, że chce wyjść. Zjadła śniadanie z apetytem. I tak cały dzień. Dostała jeszcze raz dawkę wapna (zwykłe rozpuszczalne tabletki w wodzie, wstrzykiwane w roztworze prosto do pyska). 
Będzie żyć.
Ja mam za to zagwozdkę. Co z tą cholerną żmiją przy pastwisku?
Flet sobie zmajstrować i grać, żeby ją zahipnotyzować i wyprowadzić gdzieś dalej?

11 września 2012

Dzień szósty pomiędzy

Dzień szósty wypadł pomiędzy niedzielą a prawosławnym świętem, zwanym hołowosiek (niektórzy wymawiają hołowosjek). Porozpytywałam się najpierw bez zaglądania na oficjalną stronę cerkiew.pl, z której czerpię wszelkie informacje wyjaśniające ruski kalendarz. A dowiedziałam się, że chodzi o święto ścięcia głowy Jana Chrzciciela. Zdun orzekł, że nie wie dokładnie o co chodzi, bo to jego żona lata do cerkwi i ona na pewno by wiedziała, a on tylko tyle wie, że starzy ludzie powiadają, aby w ten dzień nie chodzić do lasu, ani nie zachodzić pod drzewa, zwłaszcza jabłonie. Czemu? Bo żmije w ten właśnie dzień zbierają się pod drzewami, gdyż mają jakieś swoje wielikoje swiato przed zimą. Ania zaopatrzona w tę jakże pierwotną wiedzę przekazała ją Sławkowi, który ostatnio namiętnie jabłka zbiera na naszej wiosce, i nam pomaga, w zamian za dowóz swoich zbiorów do skupu. No, i dzisiaj od świtu zbierał jabłka ubrany w kalosze. Napotkany przy płocie od razu wyraził swoje powątpiewanie:
- Co to za głupia gadka z tymi żmijami! Od rana chodzę w kaloszach i żadnej jeszcze nie spotkałem!
- Bo katolik jesteś i ciebie zwyczaj nie obowiązuje - zaśmiewałam się.
No, a zdun zdołał zbudować i zakończyć kopułę z cegieł szamotowych nad chlebową częścią pieca oraz ulepić dwa rzędy kaflowej ścianki zewnętrznej, wtykając w każdy kafel, według naszego żądania po jednym haczyku. Mają służyć do zawieszania tego i owego nad gorącą płytą, przy rozgrzanym piecu chlebowym. W praktyce są to woreczki z grzybami albo suszem jabłkowym, albo makaronem własnej roboty. Różne takie. Czasem zawiesza się a to patelnię, a to durszlak, dla poręczności.

W nocy zaś miałam koszmar. Przyśnił mi się nalot Anonimowych Mieszczuchów na naszą wioskę i zagrodę. Stada milczących osobników w przeróżnym wieku, wysiadających z samochodów, nie przedstawiających się, ani nie wymawiających a czy be, wlepiających wybałuszone gały, jak w ekran telewizora snuły się za płotem i po podwórku, podglądając, oglądając, przyglądając się. Obudziłam się wstrząśnięta.

14 października 2010

Koniec i początek

Wczoraj przyszedł Kościk i posprzątał to, czego Jarko nie zdążył. A więc wywiózł do dołu zalegające za chatą resztki ze ścianówki (lasujące się cegły, popękane kafle, glinę i kamienie), czyli to, co zostało po wybraniu wszystkiego, co nie uszkodzone i zdatne do przetworzenia w inną formę. Oraz przewiózł na inną kupę, w rogu podwórza pozostałości żwiru po budowie. Okazało się być tego dość sporo. Zwierzęta udeptały sobie tę kupę i zrobiły tam plażowisko i grzebalisko, dlatego wydawało się mniej, niż w istocie. Woził taczki całe popołudnie. Ale, na szczęście dla nas, zawziął się skończyć i zrobił to!
W tej chwili więc mamy podwórze uporządkowane, zapasy zimowe zgromadzone i pozostaje już tylko kilka drobnych prac do wykonania. Przed nadejściem pory rolniczych wakacji, czyli Pani Zimy.

Wpadła też z wizytą pani Hela i dalejże wspominać dawne dzieje. Jak to ludzie na wsi musieli kiedyś ciężko pracować, dorabiać się od zera, bez żadnych pożyczek czy zapomóg. Jej rodzice sprowadzili się tu z jedną krową, mieszkali w niziutkiej komórce, zanim tę chatę odkupili od kogoś w Puszczy i na tę piaszczystą górę przenieśli. Teście naszej sąsiadki mieszkali w tym samym czasie w "ziemlance" wygrzebanej na karczowisku. Kiedyś wąż tam wpełzł i wsunął się do dziecka uśpionego w kołysce w czasie, gdy pracowali w polu. W ziemiance także trzymali świnie, które były ich jedynym źródłem jedzenia przez jakiś czas. To miejsce jest już niezamieszkane, znowu porośnięte lasem. Pomiędzy drzewami istnieją jeszcze fundamenty budynku gospodarczego, który sobie później wystawili.
Opowiedziała też o dziejach nieistniejącej już dawno wsi Borki, sąsiadującej z naszą. Jej mieszkańcy sprowadzili się do niej przed wojną, bo ziemia była tania i mogli stać się rolnikami pełną gębą w zamian za poletko gdzieś indziej. Kilka lat karczowiska dawały plony, ale dość szybko gleba wyjałowiła się i przestała rodzić. Z ludnej wsi posiadającej nawet szkołę i przystanek pociągu pozostało z czasem kilku gospodarzy, a potem już nawet ostatni, obrabowany przez Cyganów w jeden dzień stamtąd uciekł do miasteczka. Jego ziomkowie ruszyli po wojnie na Ziemie Odzyskane i zapomnieli o tej wiosce, która wciąż wraca we wspomnieniach starszych okolicznych mieszkańców. Istnieją jeszcze ślady budynków pomiędzy drzewami w lesie, no, i przystanek na linii Nurzec-Stacja - Czeremcha. Wysiadają na nim zawsze gromadnie grzybiarze. I nazwa na tablicy widnieje: Borki. Taka to historia.
- Jak zamknę oczy to jeszcze widzę tę wioskę, wszystkie chałupy i budynki - opowiadała pani Hela - Światła w domach wieczorem i głosy ludzi i zwierząt słyszę. Ja tam nawet przez rok do szkoły przez las chodziła. Ech, przeminęło, nie ma, nie będzie.

16 sierpnia 2010

Wąż i sławojka

Ponieważ jestem człowiekiem zmęczonym Miastem i przede wszystkim ludźmi Miastowymi, kusi mnie z przekory wobec nich napisać pean ku czci sławojki. I bogato zilustrować go zdjęciami z natury. Jak na razie brak mi na to czasu, ot, pomysł.
Niemniej coś tam powiem od siebie.
Bawi mnie wstrząs Miastowego po wizycie w drewnianym wychodku.
Jest tam zwyczajnie wedle jego kanonów piękna rodem z reklam - brudno.
Lecz po co zamiatać i zdzierać liczne girlandy pajęczyn, wiszących w kątach, rogach i pod daszkiem? To przecież sprzymierzeńcy w walce o komfort tego miejsca, tj. policja anty-musza i anty-owadzia.
Odór bywa względny i zależy od pory dnia (najsilniej czadzi wczesnym ranem) i pogody (gdy wilgotno i deszczowo). W ciągu dnia i wieczorem przeważnie wcale go nie ma. Jest jednak całkowicie naturalny i pomóc w odnalezieniu spokoju może myśl, że świadczy o pozytywnej transformacji materii i karmionej obfitością ziemi.
Razi mnie nieumiejętność korzystania Miastowego z drewnianego siedziska. Myślę nawet, że przed wizytami Miastowych będę musiała ilustrowaną instrukcję obługi wywiesić po wewnętrznej stronie drzwi sławojki (dla kobiet) i na ścianie naprzeciw (dla mężczyzn). Przeważnie bowiem po takiej wizycie muszę deski szorować, bo są zalane przez kogoś, kto się ich brzydząc nie umiał porządnie usiąść, albo wręcz wlazł na nie nogami. W takim wypadku nie rozumiem tego zamykania się w drewnianym domku, zamiast zwyczajnie i wygodnie załatwić swoją potrzebę w leśnych krzakach.
Nie chcę się tu specjalnie rozwodzić nad kwestią różnic między mężczyznami i kobietami, które są, w paskudzeniu sławojki. Panom jednak szczerze polecam sikanie pod drzewem raczej, niż do dziury wyciętej w deskach. Zdecydowanie w nią nie trafiają. Trzeba być wychowanym na wsi, aby wiedzieć, że względy czystości i dobrego współżycia z innymi wymagają jednakowo od kobiet i mężczyzn siadania przy korzystaniu z wychodka. Wtedy ów wstydliwy problem nie psuje nikomu humoru, ani nie moczy niespodziewanie pupy drugiej osobie. Która nie jest nikim anonimowym i nieznanym, jak w Mieście.
Na koniec dodam, ku uwadze przegiętych miastowych umysłów i nawyków super-czystości, że drewno, o ile nie jest zabrudzone przez takich "chigienistów" jak wyżej opisani, samoistnie zachowuje równowagę bakteriologiczną i jest z pewnością bardziej sterylne, niż wypucowane domestosem białe trony w miejskich łazienkach.

Sławojka ma jeszcze jeden zasadniczy urok. Można w niej siedząc uczestniczyć w życiu wszechświata.
W nocy wystarczy otworzyć szeroko drzwi, aby kontemplować gwiazdy i księżyc na niebie, albo bezpiecznie przyglądać się burzy.
Jest to także niezwykła sprawa w kontakcie ze zwierzętami domowymi. Przeważnie są one zafascynowane sławojką i tym, kto w niej się znajduje.
Przyjmuję w niej wszystkie koty, zaglądają do niej kozy, a także kury i gęś.
Gusia na przykład przez baczną obserwację rozpracowała tajemnicę otwierania szeroko drzwi. I już kilka razy zastałam ją w środku, walczącą zajadle z... rolką papieru toaletowego.
Bo niewiedzącym warto może objaśnić, że gęsi są wielkimi wrogami węży. Każdy długi kształt, czy to szlauch, lina, postronek, wstążka, szarfa czy nawet obierki z jabłek są w oczach gęsi obrazem diabelskim. Jeśli ów wąż leży na jej drodze (np. szlauch) Gusia staje i zamiera przed nim, i za żadne skarby świata nie przekroczy zaklętej linii. Jeśli Ania ubierze się w spodnie z frędzlami staje się od razu przedmiotem wściekłych ataków, syczenia i wrzaskliwych ostrzeżeń na całą wieś ze strony rozhisteryzowanego ptaka. Który z miejsca jej nie poznaje i traktuje jak wroga numer 1.
No, więc stąd pochodzi owa fascynacja naszej gusieńki sławojką i papierem toaletowym.
Właśnie przed chwilą wygnałam ją stamtąd po raz któryś z rzędu. Odeszła z godnością krętą ścieżeczką wśród śliw wiodącą od sławojki do domu. Zostawiając za sobą zielony ślad na deskach.
Który pracowicie wyczyściłam, acz bez żadnej bezsilnej złości, jaką bywa, że czuję po takich wizytach ludzi Miastowych...
Inną, równie fascynującą dla tego gatunku wężową linią jest... ścieżka, droga. Z lubością poruszają się utartymi szlakami wzdłuż nich, a droga wciąga je w swoją głąb bez końca, jak zaczarowane. Moje gęsie stado potrafiło maszerować drogą szutrową od naszej chaty do sąsiadów nawet kilkaset metrów, pogęgując do siebie bez najmniejszego niepokoju. Niczym innym nie wabione, tylko tą głębią przepastną uporządkowanej przestrzeni i gęsim instynktem bezpiecznej podróży.

5 sierpnia 2010

Na dziadowską nutę

Wczoraj wzięłyśmy udział w przedstawieniu dwuosobowego teatru Brama. Odbyło się ono w jurcie rozbitej na placu GOKu w Czeremsze i było jednym z wielu tego dnia, w ramach festiwalu teatralnego Wertep. Wertep to osobna historia, bo jest kreacją organizacyjną pary aktorów, którzy zamieszkali we wsi Policzna w sąsiedniej gminie. Poznałam ich na ostatnim spotkaniu Stowarzyszenia Miłośników Kultury Ludowej.
Przedstawienie nader ciekawe. Oparte na starej dziadowskiej nucie, granej i śpiewanej przez aktorskie małżeństwo przy starych instrumentach, lirze korbowej, malowniczym gordonie, bębnie i akordeonie. Pomiędzy pieśniami z XV-XVIII wieku, dawnymi przebojami dziadów lirników odśpiewywanymi pod kościołami, publiczność uczyła się tańczyć stare tańce korowodowe, ojrę, węża i coś tam jeszcze. Wąż, dokładnie tak, jak stara magia głosi, przywołał natychmiast ulewę. Stwierdzam, że tego rodzaju tańce budują wspólnotę i wzmacniają energię grupy. To jest prastare i dobre, łoj, dobre... (zwłaszcza, gdy już się jest po żniwach).