Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gęsi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gęsi. Pokaż wszystkie posty

3 listopada 2025

Linienie

Oj, spojrzałam w kalendarz i zdumiało mnie samą, jak długo nie odzywam się na tym blogu (zresztą na innych też). Może dlatego, że zmieniam skórę? Bo jak inaczej nazwać proces, który się we mnie odbywa, jak nie wylinką? 

Lato było znośne i druga jego część była całkiem do rzeczy, pogodna, ciepła, nie skwarna. Jesień przyszła spokojnie, kilka razy chwyciły niewielkie przymrozki, ale zdążyłyśmy zebrać z ogrodu wszystkie płody ziemi, a więc cukinie, dynie, buraki oraz zielone liściaste aromatyczne zioła, w rodzaju bazylii, czy pietruszki, które ususzyłam i stosuję jak zawsze w kuchni. Kupiłyśmy nieduży zapas ziemniaków na zimę i owies dla kóz. Uzupełniłam zapasy soku pomidorowego, jednak w tym roku z pomidorów kupowanych na targu, bo nasze - w gruncie - zostały po prostu zjedzone na bieżąco. 

Pierwsze wrażenia z wiosny, gdy z racji zimna nic nie wschodziło bardzo długo, paniki ogrodniczki Anny, że nic się nie uda, nie potwierdziły się. Pogoda na tyle się unormowała, że w końcu rośliny wzeszły, zakwitły i zaowocowały, choć niektóre gorzej niż zwykle (jak np. ogórki, których starczyło tylko na bieżącą konsumpcję i tylko raz czy dwa zrobiłam z nich małosolne). Jabłonie zakwitły, ale zmarzły co do jednej, aż dziw, bo miały rok niekwitnienia, więc teraz ciekawe, co będzie w przyszłym, zdecydują się, czy nie. Są już stare i żadnej ich decyzji nie wykluczam. Porzeczki, czarne, czerwone i białe jak najbardziej się udały i wspomogły zapasy zimowe. Także świdośliwy było na tyle dużo, że spróbowałam z niej zrobić dżem. Wyszedł sok z ciekawie smakującymi owockami, słodki z natury na tyle, że właściwie nie wymaga dodatku cukru, no, może troszeczkę. No, i maliny, jakie również pozamieniałam w soczki, które najbardziej Anna lubi jako dodatek do herbat różnych rodzajów. I w nalewkę także, tak odrobinę. 

Udało się nawet zrobić trochę żółtego sera, w co już zwątpiłam. 

Zdechła gusia Pulcheria. Wiekowa już była, chyba przekroczyła 10 lat życia. W zamian więc - bo na podwórzu zrobiło się jakoś "łyso" - dokupiłyśmy parę białych rocznych kaczek, Kakusia i Kasię. Szybko oswoiły się z parą indyków i z nowym miejscem, i już poprawiają mi humor swoim kaczym chodem i inteligentną kontaktowością.

Poza tym wynajęłyśmy firmę drwali, która fachowo podcięła wielkie konary drzew rosnących przy domu i grożących awariami w razie przypadków pogodowych. Z jawora, dębów, akacji, brzozy. Zrobiło się z tego spore źródło opału, które trzeba jeszcze pociąć i porąbać na drobne, bo niektóre konary grube były jak pnie. 

To tyle okoliczności dotychczasowych. O mojej wylince powiem, że idzie powoli, ale pozytywnie. Przygotowuję kolejną książkę do druku.    

18 stycznia 2025

Się kręci


Zofka przywitała z nami nowy rok. Kilka dni temu drugi raz. Miejscowi bowiem obchodzą również małankę według "ruskiego kalendarza", która wypada 13 stycznia. W praktyce odbywa się klasycznie, trochę petard i fajerwerków puszczanych w niebo z poszczególnych wsi. Chłopaki zazwyczaj robią to kulturalnie, koło dwudziestej pierwszej, bo później już pewnie nie trzymają się prosto na nogach, albo w ogóle leżą. 
Pogoda tego stycznia leniwa jest, udaje tylko zimę. Choć znajomi znad morza piszą o ogromnych śnieżycach i przeszkodach drogowych, u nas jest grzecznie. Kilka dni popadało nieco, nie na tyle jednak, aby trudzić się specjalnym odśnieżaniem, teraz zeszło całkiem i stopniało. Nad polami unosi się biała mgła. Czasem widać na skraju lasu idącą majestatycznie klępę albo rogatego jelenia, także zostawiają swoje ciężkie ślady na szutrowej drodze obok, z czego wnoszę, że podchodzą dużo bliżej naszej chaty, niż nam się zdaje. To dlatego prawie co noc pies warczy pod drzwiami i szczeka zawzięcie w ciemność, budząc mnie ze snu.
Młoda kura zaczęła się nieść, stąd zwiększyła się ilość jajek do dwóch co dwa dni. Pulcheria zakończyła swoją zimową sesję nieśną, ale jestem usatysfakcjonowana, bo mam duży zapas w lodówce na swoje potrzeby. 
Pierwszy raz w życiu przyrządziłam kartacze i nawet mi wyszły, acz nie z mięsa klasycznie wieprzowego. 

Poza tym rozleniwiłam się. Kończymy skład książki, o której napiszę, gdy wyjdzie z drukarni, zatem głównie teraz czytam. Wróciłam do dawnego zainteresowania ufologią, ze względu na temat, który odżył na amerykańskim Wschodnim Wybrzeżu przy okazji dziwnych dronów (teraz przyćmiony przez pożar w LA). Przypominam sobie dawne filmy i książki na ten temat, wywiady z badaczami itp. Anna zaś kręci na kole talerze, ozdabia je i wypala w słoneczne dnie. I tak życie leci.

31 grudnia 2024

Noworocznie

 I kolejny Sylwester przybieżał...


Wrzucam zdjęcie naszej tegorocznej choinki świątecznej na pamiątkę. Gałęzie świerkowe, z naszej działki uszczknięte, związane i wetknięte w naczyńko zwilżane. Na koniec posłużą jeszcze kozuchom do ogryzienia, w przyrodzie nic się nie marnuje.

Pulcheria się niesie, obdarowując mnie zdrowo. A w noc przed moimi kolejnymi odrodzinami narodziło się szczęśliwie dzieciąteczko, Zofka. Imię dostała po swej praprapraprababce Zofiji. 

Wszystkiego dobrego wszystkim Ludziom i zwierzętom!

7 grudnia 2024

Troiście

Zdjęcie okolicznościowe, ot z jakiejś drogi. U nas Mikołaj jeszcze na biegunie dobrze chrapie. 

Szczęściem, poprzednio opisana awaria skończyła się po czterech dniach ciurkania, a nie po siedmiu, jak żem sobie pożartowała. Od tej pory nastrajam się do przedświątecznych porządków i przede wszystkim mycia lodówki, którego najbardziej nie lubię i zawsze trzeba mnie gonić batem. Tym razem mikołajowym, tym na renifery... 

Anna już się rozpędziła i wieczorami spędza czas na robieniu choinkowych ozdób ze słomy i kolorowej bibułki przy świątecznych filmach na Netfliksie lecących. Ja się na razie skusiłam na obejrzenie w ciągu trzech wieczorów trzech części "Hobbita", pewnie dzięki skojarzeniu krasnali z atmosferą świąteczną. Przed nami jeszcze "Władca pierścieni" też w trzech odsłonach. Nabrałam smaku po przeczytaniu całej trylogii Tolkiena po raz trzeci (i pewnie ostatni) w życiu, wziąwszy ponad dwudziestoletnie przerwy wymagane, aby zapragnąć tego po raz kolejny.

Z atrakcji ostatnich była konieczna wizyta w gabinecie dentystycznym i dzisiejsze jajo, które zniosła stara Pulcheria, może w ramach podarunku świątecznego dla mnie? bo już zapas kaczych i indyczych wziął mi się i wyczerpał... Co prawda, odkryłam niedawno, próbując wszystkiego wpierw z wielką ostrożnością, eksperymentalnie, że moje alergie cudownie zniknęły. Hurra! Mogę jeść glutenowe specjały, fasolę i groch oraz jaja kurze, curry i kurkumę, cieciorkę i ciecierzycę, zupełnie bez efektów ubocznych. Kupiłam więc sobie zapas mąki orkiszowej, i Anna na dobry początek ulepiła nam pierogi z kapustą i grzybami. Kiedy ich spróbowałam dopiero poczułam, czego mi brakowało tyle lat! Jem już też chleb, ale bez przesady i tylko domowego wypieku.

9 października 2024

Ecie plecie

 


I spokojnie. trochę chyłkiem zaczęła się jesień. Nie jest jak dotąd nazbyt przykra, choć są już pierwsze chłody i codziennie muszę palić pod płytą, aby nagrzać ściankę kaflową i podgrzać mieszkanie. Na razie wystarcza godzina palenia, aby ugotować co trzeba przy okazji i nagrzać wodę w bojlerze. Do kąpieli trzeba oczywiście palić przynajmniej dwie godziny.
Anna kupiła nową piłę, stara zaczęła kaprysić i pozostaje jako zapas, i z tą piłą szaleje, tnąc gałęzie ściągnięte z sadu i działki furą, które znakomicie uzupełniają zapasy w drewutni na zimę. To chyba już drugi rok z rzędu, gdy nie kupujemy drewna ani nie ściągamy gałęziówki z leśnictwa. Starczają zimowe połamańce, uschłe stare jabłonki, chrust gromadzony latem, którym palę w ciepłym sezonie, bo to najpraktyczniejsze i najszybciej wodę ogrzewa nie rozgrzewając niepotrzebnie domu. 
Kozy wciąż nie weszły w ruję, co już zaczyna nas niecierpliwić.
Dokupiłyśmy ponadto kilka młodych kurek, jeszcze nie niosek i adoptowałyśmy mini kogutka ozdobnej rasy chińskiej, na tym skończyło się Anine odgrażanie się, że koniec z drobiem. Przeważył fakt, że pozostało trochę karmy, która by się zwyczajnie zmarnowała. Ale tak naprawdę sentyment, i wyraźna pustka na podwórku, która nastała po likwidacji większości stada na wiosnę z powodu ataków lisa. Lis na razie odstąpił pola, czasem jedynie słyszę jego szczekanie z głębi lasu, więc może uda się dalsza hodowla. A karmienie drobiu tak weszło mi w krew, że odczuwałam nawet lekką depresję, nie mając do kogo zawołać i zagadać za progiem, jak przywykłam przez tyle lat (właściwie od dziecka). Nowe kurki są zabawnie oswojone, biegną ku mnie, gdy tylko wyjdę na zewnątrz i towarzyszą wszędzie krok w krok. Pulcherii poprawił się humor z tego powodu i spokojnie kontroluje obejście z jakiegoś wyższego stanowiska, które sobie obiera do obserwacji. Daje głośny sygnał przy każdym niebezpieczeństwie, czy ze strony lasu, drapieżnych ptaków czy obcych ludzi przy bramie. I tak się plecie.

1 stycznia 2024

Ciepła zima


Jak pokazują powyższe i poniższe zdjęcia, robione wczoraj, czyli w dzień sylwestrowy, zima odeszła wraz z końcem roku i przyczaiła się za przebraniem jesieni. Temperatury oscylują plus minus blisko zera Celsjusza, nocą i za dnia, więc piece chodzą oszczędnie po kilka godzin w ciągu doby i dobrze jest. Kozy w taki ciepły czas wychodzą pod naszą kontrolą na przechadzkę i skubią co tam znajdą, gałązki zakrzaczeń, zielone igliwie sosen i jałowców oraz kępki traw. Są już mocno brzuchate. Bardzo spokojne i powolne.
Z brakiem mleka na razie poradziłyśmy sobie tak, że raz w tygodniu Anna przywozi kilka litrów świeżego mleka krowiego kupione na miejscowym targu. Od razu stawiam jeden litr w jogurtownicy, wymieszany z kilkoma łyżkami ulubionego jogurtu Activia (okazuje się być najsmaczniejszy i najefektywniejszy). I w ten sposób zdobywamy smaczny naturalny jogurt na codzienną przekąskę albo śniadanie. Mleko jest od zdrowej wiejskiej Mućki, kwaśnieje i wydziela śmietanę jak należy. Podkreślam sprawę, bo w rejonie gdzie są większe hodowle krów mlecznych można się naciąć na "mleko antybakteryjne", które zamiast kisnąć gnije. Krowy są przerasowione (nierzadko o chorych parametrach), specjalnie karmione antybiotykami, aby dawały mleko jałowe, które dopiero w mleczarni sztucznie się zakwasza co wola producenta sobie zażyczy. 
Pozostała z dostawy reszta idzie do zabielania porannej jaglanki czy owsianki, do kawy i na smaczek dla psów. Gdy braknie, wyciągam butelkę zamrożonego koziego  mleka i ono służy w międzyczasie do następnego zakupu.
Awaryjne mleko w kartonie czy nawet to w butelce robiące za naturalne, ze sklepu jest tak nam obu niesmaczne, że szło najwyżej dla psów, Anna dolewała je sobie do kawy, ale za każdym razem głośno wyrzekając.


Ptaszydła mają się dobrze. Gąska Pulcheria, mimo wdowieństwa i sporej już wiekowości, ma dobry humor. Zakolegowała się z kaczusią Kasią i resztą stadka kaczego, zarządza także sprawnie kilkoma kurami, które nam pozostały. Kury niosą się cały czas, choć niecodziennie, a Pulcia w ten prawie wiosenny czas zniosła mi już 4 wielkie gęsie jaja. Które skrzętnie zbieram, jako dotknięta alergią na kurze białko i stosuję do lanych klusek czy placków. 


Psiska pełnią swą podwórkową wartę pilnie obwąchując wszelkie ślady.

A indyki, już ładnie podrośnięte wyfruwają z rumorem ze swojej indyczarni i łapią ciepło i słońce w każdej suchej chwili dnia. Gdy zaczyna padać wracają pod dach. Jak się okazuje, jest wśród nich kilka indorów i trzeba będzie je pod wiosnę albo sprzedać albo ubić. Bo zgody w stadzie nie będzie, tylko rywalizacja o samice i krwawe, mordercze bitwy.

31 stycznia 2023

Zamieranie

Czas mija właściwie tak samo, więc blog zamarł. Choć wraz z początkiem roku wydarzyło się coś bardzo istotnego. Mianowicie zmarła pani Ela, była właścicielka naszego siedliska. Pogrzeb był po Nowym Roku. Tym sposobem powróciły wspomnienia, a także sprawy z duchami, jak to u mnie, gdy wszędobylska cisza pozwala słyszeć nawet szelest ich niewidzialnych kroków.
Przypłynęły dlatego wspomnienia. Od chwili zamieszkania tutaj w 2009 już tyle osób z wioski zmarło, także te opisane na tym blogu. Jak Big Johny, pani Marusia i jej dieduszka, pani Zina, sołtys, stary Mikołaj, pan Adam od UFO, Jary, Sławko i paru innych. W zamian nieco ludzi przybyło, właścicieli z miasta albo nowo narodzonych, więc w sumie wioska utrzymuje równowagę demograficzną, choć niektórzy pojawiają się tylko dorywczo, latem.  

Pogoda utrzymuje się także w równowadze. Około 0 stopni w dzień i w nocy. Czasem jest wilgotniej, czasem nieco mroźniej, ale odrobinę. Mgły nad pastwiskiem, albo szybko topniejące opady śniegu lub deszczu ze śniegiem. Dobre dla drobiu, bo już ptaki są starsze i źle znoszą mrozy. To właśnie silny mróz w grudniu tak umęczył Balbina, że się zwinął. Wdowa po nim, Pulcheria, a zdrobniale Pulcia ma się dobrze. Po kilku dniach szoku odzyskała pewność siebie i zarządza teraz wszelkim gatunkiem ptasim na całym podwórku. Jedynie z kaczką nie chce się zakolegować, a po cichu liczyłam na to.
Kaczka dostała przypadkiem imię, Kasia, wyszło z moich ust jako zdrobnienie od Kaki. Otóż nadaję naszym zwierzakom przeróżne przydomki w chwilach natchnienia, większość ma ich kilka. Zoria, Zorka, Zorunia, Zoreczka, Zorzydło. Gwiazda, Gwiazdka, Gwiazdeczka, Zagwozdka. Malwa, Malwina, Malwusia, Malowidło. Fiki, Fikusia, Loczek, Kędziorek. Miki, Mikusia, Misia, Misiunia. Czarna Inez, Ineska, Neska, Nessunia. Itd.

Poza tym piszę, czytam, uczę się, oglądam filmy, przeważnie ludzkie i dobre. Ostatnio ulubiłam sobie dawną japońską anime. Cud miód na moje serce.

25 grudnia 2022

Święta noc

Rano w kurniku okazało się, że zdechł w nocy stary dziesięcioletni gąsior Balbin. Odszedł spokojnie, nie niepokojony. Ciało wyniosłam w darze lasowi.

Bożonarodzeniową nocą obudziłam się we śnie, bo coś przyszło od drzwi tarasowych i wskoczyło spokojnie na tapczan, ułożyło się w moich nogach, jak zawsze bywało. Maciuś? zapytałam w myślach, zaskoczona. Usunęłam się trochę, jak zawsze, aby miał miejsce wyżej koło mnie. Wstał i podszedł blisko, łasząc się z miłością. Głaskałam go od głowy po czubek ogona czując w dłoniach jego gładką sierść, kształt.
Obudziłam się natychmiast, ze łzami w oczach. Jakiś czas czułam ogromne wzruszenie w sercu i miłość, z jaką on zawsze zjawia się przy mnie w snach, po czym najpierw Laba zaczęła wydawać szczególne dźwięki przez sen. Popiskiwała tak jak, gdy pieściła się z Maćkiem, iskała jego sierść, a on siedział przed nią spokojnie, poddając się. Gdy się uciszyła, zaczęła mruczeć Pasza na innym posłaniu, także przez sen. Dość niezwyczajnie. Bo gdy obie biegają we śnie inaczej wzdychają i słychać, że szczekają. Teraz obie nie szczekały, a mruczały, popiskiwały.
Pasza wkrótce obudziła się, wstała i podeszła do drzwi na taras, zaczęła je ze zdziwieniem obwąchiwać, po czym ułożyła się koło nich. Wtedy wstała też Laba, podeszła do niej i również chwilę wąchała próg. Po czym obie rozeszły się z powrotem do siebie.
I wtedy dobiegł mnie z zewnątrz jeden nawołujący okrzyk gęsi. Nigdy w domu nie słychać ich gęgania z kurnika, ale może to był okrzyk wydany przez owdowiałą Pulcię. Jeśli tak, to u niej zjawił się z wizytą Balbin.

25 listopada 2022

Fałszywe ciepło

Sztuczny prorok z takim fałszywym triumfem obwieszczał ciepłą zimę w tym roku, że zmiana na zimną, która nadeszła z dnia na dzień, każe wierzyć w tekst święty. Prawda jest w nas i nas wyzwoli. 

Na szczęście zgromadzone zapasy pozwalają nam zimować nawet do wiosny bez żadnych zakupów w Biedronce, zatem zaśnieżone drogi nie są nam straszne. 

Gusie, Balbin z żoną Pulcią ciekawie zaglądają do wnętrza, nie tylko z ciekawości, ale i dla rozgrzewki, bo z ziemianki bucha ciepłem w porównaniu z temperaturą zewnętrzną, ciągle już na minusie. 

Cieplica skulona pod śniegiem skrywa wewnątrz trochę świeżej zieloności. W tle zaś długi tunel już bez osłony, którą przedwczoraj udało się nam ściągnąć dosłownie w ostatniej chwili przed nadejściem większego mrozu, w chwili lekkiego ocieplenia klimatu. Ostatnie zielone liście pekińskiej kapusty trafiły do ptasich dziobów na osłodzenie monotonnego czasu i uboższej w witaminy diety.

Kozy zaś całymi dniami stacjonują pod dachem na sianie i owsie, przy otwartych wrotach, aby mogły zaznawać światła dziennego i świeżego powietrza. Zorka i Florka wręcz tak się przestraszyły białej zasłony, że trzeba je za uszy wyciągać na śniadanie i kolację z boksów.

24 lutego 2022

Żelazne ptaki

Wczoraj ogromne stada ptaków, z odgłosów sądząc żurawli, sunęły przed zmierzchem z Polski na wschód. Stałam jak ten chłop z obrazu Chełmońskiego na dworze i słuchałam okrzyków, czując ten wiew, tę uroczystą chwilę doroczną, tę podniosłość, jaką pewnie odczuwają wtedy i ptaki i cała przyroda. To jest zawsze wielkie święto.

Dzisiaj fruwają warkoczące metalowe "owady" wzdłuż granicznej linii północ-południe. Wydając odgłos o ile bardziej niemiły!

Chociaż niby nic się nie dzieje, to każdy ma obecnie swoją podziemną eskalację plutoniczną, i ja też mam. Międzyludzką, śnioną w koszmarach, nie międzynarodową. Telewizji nie oglądam, co najwyżej radia przez chwilę posłucham, prawicowego i lewicowego na zmianę, żeby pogląd sobie wyrobić, albo i nie wyrobić z zamotania. Najwięcej to komentarze znajomych na fejsie mnie informują, z każdej strony patrząc. W onetowych relacjach leci już ściek propagandowy, a nie dziennikarskie opisy, w miarę chociaż obiektywne. 

Jednak jest i dobry wpływ spotkania Wenus z Marsem w Koziorożcu na niebie, które rozłączyć dziwnie długo się nie chcą. Tłusty czwartek.

Pal licho, woreczek! Raz do roku ryzyko można podjąć i zjeść coś smażonego. Ot, toteż pączusie z serem twarogowym (jeszcze zeszłorocznym, z zamrażarki) uwarzyłam. Na mące ryżowej i jaju gęsim (gluten i jaja kurze niestety już mój organizm odrzuca). Do tego kieliszeczek słabej naleweczki miętowej.

Raz się żyje! :)

17 stycznia 2021

Zimowa mobilizacja

Jak na razie moje astrologiczne przewidywania, także pogodowe się sprawdzają. Choć nie bawię się w niuanse kiedy dokładnie odpuści, bo mimo wszystko to moje poboczne zainteresowanie. Zima to zima, krótki dzień, palić w piecu trzeba tak czy siak codziennie, karmić i doglądać zwierzynę.

Jakiś czas temu samochód przeszedł przegląd i mały remoncik, więc na razie odpala bez problemu. 

Kłopot był i jest z szuflą, gdy śnieg spadł. Okazało się, że zapomniałyśmy już, że kilka lat temu pękła, nie była potrzebna, więc zawiało w pamięci ten fakt. Teraz po wielkich szukaniach odnalazła się w komórce, ale służy jedynie połowicznie i wciąż spada z kija. Trzeba coś zmontować z szerokiej deseczki, pręta i gwoździ. Bo odśnieżanie konieczne jest i odbywa się systematycznie.

Dziś w nocy temperatura spadła do minus 11 i od świtu spada dalej, w tej chwili jest 16 na minusie i piękne słońce na niebie, które poprawia humor. Lubię, gdy mrozi. Zapomnieliśmy już jak to jest, ale to jest normalne dla naszej strefy i potrzebne przyrodzie. 

Od rana w kaflowym napalone, w południe dojdzie c.o., większe zapasy drewna poczynione wcześniej w domu, aby nie trzeba było wychodzić na mróz.
Na tarasie wisi słoninka dla sikorek i innych ptaków. A także pościel wyniesiona, i pranie się czyni, aby mogło doznać mroźnego odkażania i oczyszczenia z roztoczy i inszego mikro-badziewia. Mróz trzeba wykorzystać.

W wolnowarze czeka gorący rosół z gęsiny. 

Zwierzęta pozamykane w oborze i kurnikach, nakarmione i napojone. Chuchają sobie i grzeją się stadnie. Gdy się do nich wejdzie czuć, że mają ciepło koło siebie, byle nie wietrzyć niepotrzebnie. Muszą jakoś te kilka dni wytrzymać w ciasnocie i bez oglądania dnia. Kozy przeważnie leżą na grubej grzejącej je od spodu podściółce, pośród siana, blisko siebie i przeżuwają spokojnie. Do picia dostają podgrzewaną wodę. Kury grzebią u siebie w czym się da, i też nie mają źle. Nieco spadła nieśność, ale to zwyczajne w taki czas. Za to Pulcheria co dwa-trzy dni raczy mnie nowym jajem, nie oglądając się na zimę!

Dla przypomnienia zimowe zdjęcie dawnej Gusi.

5 stycznia 2021

Poświąteczne rozważania

Święta minęły niepostrzeżenie i spokojnie, jak zawsze daj Panie Boże. Na Nowyj God chłopaki z wioski postrzelali na wiwat o białoruskiej północy, czyli naszej 22 i poszli spać. Nasze zwierzęta nie bojące. Psy jedynie uszami zastrzygły. Kot odwrócił się na drugi bok i spał dalej.

Pogoda się mazi. Zmokłe kury i indyki okupują otwarte pomieszczenia pod dachem. Ale zaczęły się nieść od razu na "barani skok". Codziennie zbieramy 6-7 i więcej jaj. Wysypują się z lodówki. To zasługa młodych zeszłorocznych kurek, które właśnie osiągnęły swój wiek nieśny.

Kurza hodowla idzie prościej, gdy pozwolić ptakom na mnożenie się we własnym zakresie. I nawet nadwyżki sprzedajemy chętnym. Nie kupujemy piskląt z wylęgarni już od kilku lat. Robią to kwoki w swojej letniej porze, czasem przy wsparciu zbywających zasiadłych jenduszek. Dwie-trzy kury na stado zawsze mają ochotę w ciągu lata i wygodniej jest pozwolić im wysiedzieć choćby po kilka jaj, niż bić się z ich hormonami macierzyńskimi. Prowadzają potem pilnie młode, kurczęta szybko rosną i uczą się od kwok wszystkiego, co potrzebują do życia. Jedynym mankamentem tej metody był u nas zawsze ubytek tych kurcząt spowodowany atakami lisa, kani albo włóczących się psów. Zazwyczaj bowiem idąc za dorosłymi szybko lądowały w lesie na grzebalisku i tam kusiły los. 

Ostatnio wzięłam się na sposób, karmię je osobno w jednym miejscu i pozwalam żerować w obrębie ogrodzonego ogródka pod okiem psów. Póki nie dorosną. W tym roku las pożarł więc jedynie 4 zbyt samodzielne kogutki, z sześciu narodzonych. Dwa dorosły szczęśliwie, i pełnią już role szefów stada. Piejąc na wyrywki rano i w ciągu dnia. Aż mi serce rośnie.
Kurki zaś ostały się w całej liczbie i tak się składa, że stado liczy sobie teraz, wraz z pozostającymi starszymi nioskami nieco mniej, niż 20 sztuk. Nieco mniej, bo właśnie niedawno odeszła była najstarsza kura, licząca sobie nie wiem ile, w sposób prawie naturalny. Bo już w agonii oddała żywot na pieńku, aby psy mogły skorzystać z mięsa. Jeszcze druga, równie stara, prosi się o wyrok, spędza już bowiem większość dnia w gnieździe przysypiając. Ale ciągle nie ma na to odpowiedniej chwili. Głodem nie przymieramy, żeby o tym natychmiast pomyśleć, jako o zdobyciu przysmaku obiadowego.
Tak to się zatem toczy wśród naszych braci i sióstr mniejszych, swoim powolnym torem, zrywami. Każde z nich ma swój czas i los, który go wyznacza.

Drobiowe zapasy zamrażarkowe uzupełnili jeszcze przed świętami dwaj gąsiorowie, pozostali nam sprzed zeszłego sezonu. Doszli dorosłego wieku i zaczęli walczyć o jedyną samicę-gęsicę, czyli Pulcherię, ciągając się za łby z Balbinem ile mieli siły. Znudziło mi się rozganiać towarzystwo i pozwoliłam na egzekucję. Teraz pokój zamieszkał w obejściu. A w wolnowarze co rusz smakowity rosołek bulgocze. 

Nie wiem, czy wiecie, ale robiłam obserwacje i wyliczenia praktyczne i doszłam, że z jednej starej kury można uzyskać aż 18 smacznych pełnowartościowych porcji obiadowych! Plus resztki dla psa czy kota. Więc co dopiero z jednej gęsi... Pieczyste to naprawdę ogromne marnotrawstwo jedzenia. Jak się zaczną czasy zaciskania pasa już niedługo, to pewnie wielu sobie przypomni stare sposoby szanowania pokarmu i mnożenia dobrego, zamiast wylewania spalonego tłuszczu do zlewu.

Oczywiście, po świętach trzeba było zrobić podliczenie doroczne zysków i strat.
Powiem tyle. Poszło trochę oszczędności na inwestycje, głównie tunel, oprzyrządowanie ogrodnicze i garncarskie, sadzonki i instalację fotowoltaiczną, dlatego na zero w ciągu roku nie udało się wyjść. Ale kilkutysięczny minus, mam nadzieję da się odrobić w nadchodzącym sezonie choćby dzięki odpowiednio w czasie umocowanemu ogrodniczeniu. Bo ten były sezon był rozruchowy, późno rozpoczęty i bardzo eksperymentalny. Niemniej, te osoby, które u nas zaopatrzyły się w ogórki są bardzo zadowolone z zakupu, żadnych kapci po zakiszeniu czy zamarynowaniu ogóraski nie zaliczyły, były świeżutkie i naprawdę prosto z krzaka rwane. Co ma ogromne znaczenie w przetwórstwie.
Anna nabrała doświadczenia i odwagi, wie już co i jak, ustala właśnie plany siewne, zamawia nasiona, rozpracowuje kalendarz itp. Na pewno będzie mniej papryki, której ilość w tym roku nieco nas przerosła. Powstało mnóstwo mniej i bardziej ostrych sosów i suszu, ale i tak część skarmiłam kurom. 

Kozie stado zmniejszyłyśmy do wymaganego minimum, aby przy dotacji na pastwisko pozostać. Zarobiły na swoje utrzymanie mlekiem i sprzedażą młodzieży oraz dały nam zapas jedzenia na cały rok w postaci serów, mleka, jogurtów i mięsa. Zysku pieniężnego poza tym niewiele, ale i nie zaliczyły straty. Sianokosy i pasza roczna opłacone.

Drób zarobił na siebie jajami, mięsem, pisklętami i sprzedażą niektórych dorosłych sztuk z nawiązką. Zwróciły się koszty ziarna i witamin co najmniej w dwójnasób. Nie mówiąc o stałym zaopatrzeniu w świeże jaja i dorywczo w mięso, uskutecznianym na bieżąco.

Generalnie zatem gospodarstwo zarabia na siebie, na opłaty za opał, paliwo, podatki, pracowników, prąd i śmiecie, aczkolwiek pewnie dałoby się z niego więcej wycisnąć, gdyby nam się chciało. Ale wiek już postępuje, mamy też inne zainteresowania, które potrzebują uwagi i czasu, zatem powoli ustawiamy sprawy tak, aby było najwygodniej dla nas.
Zysk, jako przyrost na koncie nie jest najważniejszy. Człowiek z miasta pewnie tego nie rozumie, bo konto daje mu poczucie bezpieczeństwa. Jednak wieśniak ma ziemię i tu bezpieczeństwo zależy od jego pracowitości w sezonie wegetacyjnym i sprytu w uzyskaniu jedzenia, opału i utrzymaniu chaty w jakimś porządku i przyzwoitym stanie. Zatem konto zastąpione jest przez inwentarz i przetwory zmagazynowane w piwniczce, które teraz nas codziennie żywią. I pozwalają ograniczyć wizyty w sklepie do naprawdę niezbędnego minimum (zapałki, papier toaletowy, masło, olej, sól i cukier raz na jakiś czas).

Co do mnie to rozwijam się. Czytam, uczę się, piszę, zaglądam w przyszłość przez dziurkę od klucza w drzwiach snów. I tak to biegnie swoim własnym tempem ku kolejnej wiośnie, wraz z przyrastającym światłem. Czego i wam wszystkim  z serca życzę!

27 kwietnia 2020

Poza

Nie chcę wyjść na kpiarkę (nowy rodzaj żeński od kpiarza), i obrażać ludzkości poddanej torturom kwarantanny i maseczkoterapii, dlatego nic na ten temat nie powiem. Bo nie wiem. Oglądam filmy fantastyczne lub fantastyczne filmy, kryminalne seriale (Mindhunter polecam), rozmawiam o śnieniu, przepowiedniach, metafizyce. Do sklepu nie muszę chodzić. Anna zajeżdża tam raz na dekadę, uzupełnić zapas masła albo żarła dla psów i kotów. Słucham ptaków. Wspomagam rozbudowę ogródka przydomowego. Powstało już kilka grządek wzniesionych, odeskowanych, Anna wysadza z wolna siewki, które wykiełkowały w domu w doniczkach i skrzynkach. Mimo wciąż zimnych nocy i raczej chłodnych wschodnich i wschodnio-południowych wiatrów coś już się rozrasta pod folią. A to cieszy serce. Szpinak, szczypiorek, pietruszka naciowa, kiełkuje bób. Porzeczki kwitną i przyciągają aktywne owady, podobnie dwie śliwy węgierki, dzika grusza i czeremcha. Świeżo posadzone krzewy przyjęły się i puszczają listki. Ot, życie.

Martwi susza. Myślimy o zbieraniu zapasów wody deszczowej, gdy już taka się pojawi. To wymaga pewnych inwestycji, ale my w tym dobre jesteśmy. Nawet fajnie jest mieć konkretny cel i stopniowo, pracowicie go realizować, zamiast oddawać się podejrzliwości wobec świata i ludzi, bezradnemu smutkowi i lękom o zdrowie.

Pastwisko, stalerzowane przez sołtysa, niestety wciąż nie doczekało się deszczu i prawie nic na nim nie rośnie, mimo użyźnienia. Zresztą noce wciąż zimne nie sprzyjają porostowi trawy. Kozy na razie korzystają z wybiegu na kaczym dołku, z owsa, siana, gałęzi igielnych i brzozowych i z ostatnich zeszłorocznych dyniowatych. Kurczą się zapasy ziemniaków i ziarna, więc drób traci zbędne dzioby. Do zamrażarki poszedł przedostatni kogut i jeden z czwórki młodych gąsiorków. Dwie inne gęsi, parka powędrowała do nowych właścicieli. I tak to się toczy...

23 marca 2020

Zdrowe podejście

Nie było nowych postów, bo u nas zwyczajnie. Tak zwyczajnie, że nie bardzo jest o czym pisać. Trwa wieczne przedwiośnie. Zatem wypadło zabrać się do wstępnych prac gospodarskich. Bozia zesłała Jarego w niezłej formie po tej zimie-nie-zimie i w dwa dni obornik został wydobyty z otchłani koziarni i wyjechał na pole, oczekujące teraz kultywacji. Mało tego, Jary zjawił się dnia trzeciego i wraz z Anną i jej piłą uporządkowali teren przy drodze za płotem, usiany gałęziami i pniami ściętych jesienią robinii. Oczywiście kolczasta była to praca, zatem dość niebezpieczna w dotyku. Mam już jednak opał do kuchni na sezon letni. W postaci gałęziowego chrustu.

Dobytek ma się dobrze, Pulcheria i Helenka od czasu do czasu znoszą po jaju, dużym i smacznym, zaś stado młodzieży płaskodziobej okazuje się być na moje oko płci męskiej i głównie zajmuje się darciem dziobów na mój widok. Jak nikt nie kupi, trudno, będą rosoły, pieczenie i oczywiście genialny smalec gęsi. Lekarstwo. Póki co dotuczam, bo gęsi późno obrastają w tłuszcz.
Kury niosą się bezkrytycznie, dobrze, że jest komu sprzedać jaja, tym sposobem zarabiamy tygodniowo jakieś 15 złotych. To wieść dla mieszczuchów, nie mających pojęcia jakimi kwotami operuje małorolnik miesięcznie. I żyje!
I to jak, zważywszy zasoby, które można przeliczyć na zdatne do jedzenia i trwania tym samym tygodniami, miesiącami, bez chodzenia do sklepu.

Oczywiście wpłynęła na konto jakaś niewielka dotacja zeszłoroczna, Agencja wisi jeszcze zwrot kosztów suszy i nie widać, aby ten zwis miał się zmienić. Jest zatem czym zapłacić za prąd, telefon, śmiecie i internet. Tak będzie aż do pierwszego mleka i sprzedaży koźlej młodzieży. Oto jak wygląda gospodarowanie na skraju systemu, w przestrzeni, w której wszyscy się od niego uzależnili i teraz kwilą ze strachu, gdy widmo zarazy przelatuje nad głową wsadzoną w ekran telewizora czy komputera. To tylko widmo. A życie jest życiem. Dotykiem, sensem.
Ciekawe, ilu ludzi, przekonanych dotąd, że są pępkiem świata, stanie nad przepaścią finansową i filozoficzną jednocześnie, bo utrata sensu bytu i iluzji to nie byle jakie przeżycie duchowe. I jak sobie te śmieszno-tragiczne postaci z tym poradzą. Bo świat już nie wróci do starych paradygmatów. Mimo, że pewnie uparte jednostki będą chciały zamknąć oczy i śnić dalej dawny kolorowy sen o niczym przebranym w szatki błazeńskie. Jak nasi jeszcze-rządzący.

Ogród czeka stosownej pory na działanie. Niektóre nasionka wysiane do skrzyneczek. Zeszłoroczny tunel już gotowy. Lato ma być o zmiennej pogodzie, deszcze i upały, wiatry, lepiej wrażliwe uprawy zawczasu ochronić.

Zapasów zeszłorocznych ubywa w piwniczce, kończą się żółte sery, dynie i patisony (trzymane na poddaszu) oraz ogórki, idą teraz ostatnie słoiki kiszonych i sałatkowych, soku pomidorowego i keczupu domowego. Soków owocowych też już wyraźnie mniej, ale przy umiejętnym gospodarowaniu starczy jeszcze do wymiany na nowe. Ziemniaków mniej, niż połowa. Te głównie zjada drób, ale i nam służą. Jest jeszcze mnóstwo dżemów, marmolad i galaretek owocowych, które zjadamy najwolniej, a przez to żelazny prowiant pozostaje mało naruszony. Widzę z tego, ile czego potrzebne jest zgromadzić na jesieni, aby starczyło dla nas dwóch plus czasem kogoś jeszcze, z nawiązką. I daje to poczucie sensu działania, pracy, codziennego wysiłku na cały kolejny rok.

5 stycznia 2020

Zimowy wczas

W nocy niepostrzeżenie cichcem spadł śnieg. Wpuściłam wtedy Kocieja do domu i wydało mi się, że świat świeci w promieniach księżyca, ale brak okularów na nosie wszystko zamazał. Kociej prędko położył się koło mnie na poduszce, mrucząc. Dotknęłam go i odkryłam, że jest mokry bardziej, niż tylko od zwykłej rosy, a przecież pośród mżawki nigdy by nie wysiadywał, jak to sucholubny kot. Pachniał lasem, liśćmi i wilgocią.


Poranne słońce wpadające przez uwolnione od zasłony drzew okno, kazało mi otworzyć oczy w dobrym, jak rzadko o tej porze dnia, humorze.
- Ech, biegnij zrobić zdjęcia zimie, bo pewnie jutro już jej nie będzie! - powiedziałam. I o dziwo, Anna chwyciła za aparat i poszła cyknąć to i owo.

Pierwszy wpadł jej w oko kaczy dołek, pusty, chroniony przez drzewa, lasek samosiejek sosnowych, dębów i klonów. Zwierzęcy wybieg, nazywany kaczym dołkiem, bo w dołku leży. Teraz pusty, gdyż drób nie skory brnąć po kolana w świeżym śniegu.


Na dworze pierwsze powitały ją oczywiście Balbiny, czyli naczelna małżeńska straż obejścia, Balbin (drugi w rzędzie) i Pulcheria, vel w skrócie Pulcia.


W pewnej odległości stało stadko gęgusi, albo gęgułek lub gęgolinek, czyli tegoroczny wylęg z zakupionych jaj gęsi kubańskiej. Bardzo wrzeszczące to stadko, zwłaszcza, gdy się wyjdzie na dwór, podnoszą od razu wielkie głosy, aż pewnie w całej wsi słychać. Na szczęście wioska rolnicza i zwierzęce krzyki i ryki nikomu nie obce, nie dziwne i nie tylko nie przeszkadzają, ale poprawiają humor mieszkańcom, którym dzięki temu wydaje się, że wciąż jest tak, jak dawniej bywało...


W ich pobliżu stał nowy, młodziutki jeszcze, tegoroczny czarny indorek, który nie ma dotąd imienia. Ale szybko wtopił się w stado indyczek i jest już jednym z nich. Nie gulga jeszcze ostrzegawczo, ani się nie stroszy, przyjmując barwy bojowe lub ochronne, nieśmiały nastolatek.


I dosłownie ostatnia to chwila na zdjęcia dobra się okazała, bo zaraz po powrocie do domu słońce zaszło i niebo zasnuły bure chmury.

7 października 2019

Rzemieślnicze inspiracje

Jesień przyspieszyła, noce zimne, około 1 stopnia (u nas jeszcze przymrozków nie było). Woda zewnętrzna profilaktycznie zakręcona, trzeba nosić wiadra z domu, trudno się mówi. Na szczęście młode gusie już wyrosły, w pełni upierzone, dają radę. Indyczęta gorzej od nich rosną, są wrażliwsze, zatem zimne albo mokre poranki spędzają z matką pod dachem, dopiero później wychodzą na wybieg.

Dzięki chętnemu pomocnikowi z wioski, który otworzył się na pracę i zarabianie, został zreperowany i nieco przestawiony płot ogrodzenia od frontu, od początku zbyt skromnie postawiony. Dzięki temu obejście nieco się poszerzyło i zyskałyśmy miejsce na dodatkowe grządki w przyszłym roku. W tym udało się nam tam wyhodować, na dwóch wzniesionych grządkach zbudowanych z obornika koziego i kompostu, ponad 20 kilogramów ogórków i kilka dyni. Przypomnę, że  na czystym żywym piasku wydmowym ów eksperyment trwa. I jak widać, ma się dobrze.

Anna wczoraj zebrała z ogródka resztki wszystkiego, co mogłoby zmarznąć. Zatem znalazło się jeszcze trochę zielonych pomidorków, które kisimy z papryką i czosnkiem (pycha!), liści buraka liściowego i pakczoja (też pójdą do słoja), ostatek fasolki szparagowej, kilka rzodkiewek i rzepek oraz liści selera naciowego.

Poza tym zaliczyła wycieczkę kulturoznawczą po Podlasiu, urządzaną przez domy kultury z dwóch sąsiadujących ze sobą gmin. I oto co na niej zobaczyła.

W Janowie jest miejsce, gdzie tkają jeszcze starsze panie. Piękne tradycyjne kilimy, w których swoją drogą zakochali się Japończycy. Przedstawiam dwa zdjęcia ręką Małgosi Klemens robionych.



Prawda, że jest co podziwiać? Wzory proste, stare, tradycyjne. Przekazywane sobie w specjalnych zapisach z babki na matkę, z matki na córkę od wieków. Poniżej już zdjęcia Anny z komórki.





Największą atrakcją oczywiście była wizyta u podlaskiego garncarza z dziada pradziada, mieszkającego w Czarnej Białostockiej. Ten jest zawodowcem całą gębą, uczony przez ojca, dziedzic dwóch tradycyjnych pieców z cegły, kopacz miejscowej gliny, którą sam przystosowuje do wyrobu.


Oto jego piec, jeden z dwóch, stosunkowo młody, bo dwudziestoletni. Starszy ma już wiek.


I bardziej od środka, w tajemne wnętrze zerknąwszy okiem kamery Gosi Klemens:


Pracownia pełna jest też efektów swego działania. Które można było sobie wybrać i kupić.


Lub takie:


Anna przyjechała zainspirowana, co prawda nie mamy aż tyle możliwości, co Paweł Garncarz, ale zawsze zobaczenie mistrza w miejscu pracy jest budujące pod każdym względem.

19 czerwca 2019

Zalęgi

Upały nieco zelżały, był jeden dzień wręcz chłodny, dzięki czemu oziębiłam dom, wietrząc w nocy i o poranku. Teraz znów rosną, choć zachowują pewien umiar. Za to całkowity brak deszczu. W ogrodzie permakulturowym posucha. Nasionka dyni, które nawet skiełkowały, uschły. Zatem przez dwa ostatnie dni dosiewałyśmy ubytki, robiąc dołki w starych wałach, nasypując do nich wilgotnego przerobionego kompostu i siejąc nasiona z kilku ostatnich dyń zeszłorocznych, które nam dotrwały do teraz. Jeśli jednak deszcz nas ominie, mimo zapowiedzi na najbliższe dni, rzecz się nie uda.
Za to dynie i ogórki posiane na grządkach w obejściu, gdzie jest możliwość podlewania, rosną bardzo dobrze, więc jest pewne pocieszenie.

A na koniec niespodzianka. Indyczka jednak wysiedziała. Trzeba było im pomóc wyjść z jajek, bowiem inna gatunkowa mama nie daje stuprocentowego komfortu. W tym wypadku odpowiedniej wilgotności, którą zapewnia gęś, często kąpiąca się w wodzie. Indyki jeśli się kąpią, to zawsze w piasku. Trzeba było nawilżyć nieco nadklute jaja, co sprawiło, że gruba błonka pod skorupką łatwiej pękała i pisklę mogło samo ją rozerwać od środka. Gdybyśmy tego nie uczyniły, pewnie nie poradziłyby sobie same. Najpierw pojawiała się mała dziurka, zrobiona maleńkim dzióbkiem od środka i rozlegało się popiskiwanie. Gdy nie powiększała się w dostatecznym tempie do akcji ratunkowej przystępowała Anna, delikatnie odłupując skorupkę wokół. Ostatecznie z siedmiu podłożonych jaj, wyszło na świat sześć mięciutkich kuleczek. Jedno jajo niestety uległo rozbiciu na początku wysiadywania.


Tak, garbonose.

15 lipca 2017

Drobiowe wieści

I guś ma nową żonę! Pulcherię, czyli Pulcię, co na nasze przekłada się jako Pięknisia. Teraz oboje kłaniają mi się z gracją i uprzejmością, gdy mnie widzą. Pulcia nieco tęskniła za swoim stadem, ale po dwóch dniach zaczęła przywykać. Zna już zwyczaje obejścia, współmieszkańców, pory i miejsca karmienia, czasem zaś Balbin wyprowadza ją z gracją na zielony żer za płotem. Pogęgując coś w swoim języku. Wydaje mi się, że jej wszystko opowiedział o swojej więzi ze mną, bo Pulcia nie dość, że kłania mi się wraz z nim, to jeszcze reaguje już na swoje imię.

Razem z narzeczoną Balbina przybył na podwórzu nowy indor wraz z indyczką, oboje koloru lawendowego. Na mój gust z lawendą on nie ma nic wspólnego, a raczej ze srebrzystą szarością, ale nazwa jest przyjęta. Nastał w miejsce poprzedniego czerwonego indora, który już nieco zgrzybiał i czas na niego przyszedł.

Indyczęta zaś sprzedały się prawie w całości. Po części zamienione na trzy młode kaczki staropoloskie. Kaczki okazały się takimi samymi wypłochami, jak mulardy, ale - połączone razem - nagle poczuły swoją kaczą moc i przynajmniej jedzą bez skrępowania. Gęsi chcą cały czas nawiązać z nimi znajomość, staropolskie może i by nie były od tego, ale mulardy szaleją ze strachu i póki żyją pewnie tak będzie.
Resztę pozostałych indycząt zeżarła jednak w nocy kuna. Cudem ocalało jedno indyczątko, które biega teraz za trzema matkami nieco zagubione. Postawiło to pod znakiem zapytania nasze plany urządzenia nowego kurnika, który widocznie szczelny nie jest, gdy drapieżnik się przedostał. Zatem kończenie kwoczej zagródki także stanęło.

1 lipca 2017

Obrazki letnie

Obiecane wspomnienie tegorocznych sianokosów. Jakże się cieszę, że są już za nami. To taka granica, punkt ekstremalny w roku, od którego zaczyna się z wolna zmniejszenie napięcia i wysiłku związanego z konieczną pracą w gospodarstwie.


Takich przyczepek rozładowałyśmy około dwudziestu.

Ponadto powoli ubywa mi gąb do karmienia. Brojlery doszły swojej wagi i wieku i wylądowały jak jeden mąż w zamrażarce. Co prawda jedna kwoczka się postarała i wylęgła pięć kurczątek, które prowadza, ale mają całodzienną opiekę i jakoś to jest. Daje się znieść ten nadprogramowy przybytek. Ubywa też jendycząt. Kaczki rosną, już mniej panikują, ale są nie do oswojenia. Mają swoją zagródkę za stodółką, poznały i zapamiętały drogę tam i z powrotem i to jest jedyna trasa, którą obracają w ciągu dnia.
W takim razie guś Balbin pozostaje samotnikiem, acz zaprzyjaźnił się ze mną i muszę przyznać, że bardzo szybko dał się przekonać i oswoić.
Reaguje na swoje imię, podchodzi do mnie blisko, daje się dotknąć, pogłaskać (jeszcze niedawno trzmał dystans kilku metrów i szybko zmykał), czasem interesuje się tym co robię i przegląda chrust w węglarce, który zbieram. Pewnie chciałby po swojemu pomóc.
Kłaniamy się sobie kilka razy dziennie. Jest wdzięcznym i nader inteligentnym zwierzaczkiem, sami zobaczcie.



1 czerwca 2017

Dzień powszedni

Praca, praca, praca, czyli zakręcony czas. Dlatego, nawet gdyby pisać się coś chciało, to i tak nie ma kiedy. Zbieram jakieś drobne fotograficzne ślady, na później.
Prowadzenie gospodarstwa w sezonie to ciągłe napięcie uwagi, czujność od rana do nocy, rozmaitość niespodziewanych prac do wykonania przy okazji tych codziennych, zwykłych. Bywa, że płaczę ze zmęczenia, z niemożności nabrania oddechu, pisania, rozmyślań. Albo irytuje mnie byle drobiazg, wchodzący w drogę, to taka pora.

Odnotować należy wylęgi indycząt. Już pod dwiema jenduszkami pojawiły się pisklaczki. Dziś klują się pod trzecią.
Anna zaszalała i kupiła na targu pięć kaczek mulard na tucz. Już opierzonych. Kaczki chyba nie widziały nigdy ludzi, świata, są przerażone, nie chcą jeść tego, co im daję, wypuszczone z zagródki na dwór biegają we wszystkie strony chaotycznie, kwacząc wielkim głosem. Czyli kłopot.
Do tego Balbin został znowu wdowcem. Jego gąska zdechła po długim wahaniu, zapewne zjadła coś niestrawnego. Trochę się obawiałam o jego równowagę psychiczną, był bardzo troskliwym mężem. Jednak widok kaczek podreperował mu humor szybko. Poza tym nawiązałam z nim więź, którą  trudno opisać. Gąsior reaguje na swoje imię, a kiedy staję przed nim i skłaniam uprzejmie głowę wymawiając je, z gracją pochyla swoją i tak się sobie kłaniamy kilka razy dziennie. Widzę, że aspiruje do roli przywódcy stada drobiu i machając zamaszyście skrzydłami wiedzie je pierwszy na karmienie do kurnika.

Pogoda bawi się z prognostykami. Miał być wyczekiwany deszcz, ledwie kilka kropelek spadło, a wiatr, który pędzi chmury z zachodu wysusza wszystko o wiele prędzej, niż słońce by to zrobiło.
Instalacja kolejnego ula i roju przeszła pomyślnie.