Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ceny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ceny. Pokaż wszystkie posty

22 maja 2026

Język snu

Przed laty pod wpływem natchnienia, gdy w ciągu jednej nocy zrozumiałam swoje sny skwapliwie zapisywane od dzieciństwa, napisałam zbiór haseł symboli, które najczęściej nam się śnią. Książeczka sprzedawała się nieźle, aż wyczerpał się czas odnowienia umowy z wydawnictwem. 
Wzięłam ją zatem na warsztat, dokonałam poprawek i uzupełnień, bo przez lata moja wiedza w tym temacie pogłębiła się. I oto wyszło I poprawione wydanie mojego sennika, pod tytułem "Język snu". 

To prosty i wygodny w użytku podręcznik do nauki rozumienia swoich snów, także w ich warstwach głębszych, duchowych, wizyjnych, jak i codziennych, refleksyjnych, psychologicznych. Wiele podstawowych haseł, dzięki którym można się przekonać, że porozumienie z nieświadomością nie jest trudne.
Nie masz snów? Zapominasz je? Nie wiesz jak je przywołać i jak używać w życiu? Miewasz koszmary? Słyszałeś głosy? Jasnowidziałeś sceny z przyszłości? Obudziłeś się we śnie? Przypomniałeś sobie poprzednie życie? Spotkałeś bogów, anioły lub dziwne istoty? Miewasz wizje, trans lub hipnagogiczne obrazy? Spotykasz duchy? Nie wiesz jak je rozróżnić? To książeczka dla ciebie jeśli tak, a jeśli nie, to tym bardziej polecam. Cena nader przystępna. Można pisać do mnie na email: ewasey@go2.pl , podam wtedy wszystkie potrzebne dane. Można także kupić na allegro, wystarczy kliknąć na ten link.



6 września 2024

Koniec lata



Lato kończy się dość upalną suszą. Piszę dość, choć temperatura codziennie sięga 30 stopni, zaś niebo bywa bezchmurne, ale trwa to krótko, a późniejsze poranki i wcześniejsze wieczory zrównują odczucia do przyjemnego ciepła. Cienia ci u nas dostatek, jak widać na powyższym zdjęciu. Drzewa swoje robią.
Powoli dobiega końca przetwarzanie ogrodowych zbiorów, mniejszych niż w latach ubiegłych. To nie jest wynik jakiejś katastrofy, a zamierzony efekt. Po prostu świadomie zmniejszamy nadmiary, nam osobiście niepotrzebne, słabo sprzedawalne albo wcale, które nie przynosiły żadnej satysfakcji z nijakich zysków, a raczej wkład pracy i czasu, aby je uzyskać.
Ogórek już się skończył, ale dał nam siebie tyle, że uzupełniłam braki w zeszłorocznych kiszonych zapasach, głównie w postaci krojonych sałatek o kilku smakach i paru słoiczków korniszonów na domowym occie. Służyły też oczywiście na surowo do mizerii i tza-tziki.
Papryki nie było wcale, bo tej ostrej mam jeszcze mrożony zapasik na tę zimę i Anna wiosną stwierdziła, że w ten sezon zrobi sobie z nią przerwę i przyoszczędzi na podlewaniu.
Teraz kończą się pomidory, w tym roku szybko psujące się i mało słodkie. Uzupełniłam zasób soku pomidorowego, który piję i zjadamy często. Zawiera ważny dla zachowania zdrowia i odporności składnik, likopen, więc czemu go sobie żałować? Wyciskarka wolnoobrotowa daje radę dokładnie oddzielić sok od skórki i ziarenek, potem stawiam sok w garze na ogniu, dosmaczam nieco solą kamienną, pieprzem czarnym albo odrobiną ostrej papryki i wrzący przelewam do butelek. Nie trzeba już pasteryzować. Mniam! Nie ma pyszniejszej zupy czy sosu jak z takiego właśnie soku. Niech się wszystkie koncentraty fabryczne schowają. Butelki przechowuję w ziemiance i nic złego się nie dzieje ich zawartości.
Anna ściągnęła już z ogrodu cukinie. Trzech różnych odmian. Ładnie wyrosły na wzniesionych grządkach i wałach, część leżakuje w ziemiance, część na tarasie, na bieżąco używam je do naszych potraw oraz karmię nimi kozy, robią za dodatek warzywny dla nich, podobnie dzieje się z burakiem liściowym. 
Kapustne i jarmuż tudzież fasolkę szparagową zjadamy na bieżąco. Z ziół skończyła się mięta i kocimiętka, bo zrobiłam z nich syrop, którym dosładzamy napoje. Czeka jeszcze nać pietruszki i selera oraz bazylia do ususzenia na przyprawę.
Buraczków czerwonych było mniej niż w tamtym roku, zrobiłam z nich kilka słoików ćwikły.
Jabłka już się kończą. Spadają resztki, owoce duże i słodkie, w większości nadgryzione przez osy i szerszenie. Dały trochę pysznych dżemów i kilkadziesiąt butelek (małych i dużych) soku z sokownika. Musi starczyć na kolejne 2 lata, do następnego kwitnienia drzew. Co roku zresztą przezimowuje ich mniej, więc i sad minimalizuje nasze uzyski i pracę, sam z siebie.
Kilka późnych śliwek węgierek da pewnie kilka słoiczków dżemu. I jeszcze jakiś kompot z dodatkiem rabarbaru i słodkiego jabłka.
Ziemniaki, przywiezione od znajomego rolnika w dużo mniejszej ilości, bo starzejące się resztki przetrzebionego drobiu są na odchodnym, leżą już złożone w piwnicy, sięgam kiedy i po ile chcę. Zakupiłyśmy beztłuszczową frytkownicę i dość często wrzucamy do niej trochę krojonych kartofelków, cukinię czy pierwszą dynię, cebulkę, czosnek, kilka liści jarmużu, aby mieć szybki obiad albo kolację. Pokropioną na talerzu olejem tłoczonym, lnianym czy z ostropestu. Z dodatkiem sałatki ze świeżych pomidorów i cebulki na przykład.
Do codziennego przetwarzania należy oczywiście serowarzenie, potrwa to jeszcze przez jesień, acz stanie się stopniowo rzadsze i mniejsze. Teraz dopiero robię żółte sery, nawet wychodzą mimo upału, bo zrobiło się sucho, tworzą się więc pewne zapasy na tygodnie i miesiące do przodu. Używamy do kanapek, zapiekanek i pizzy. Co kilka dni zaczyniam w jogurtownicy kolejną dawkę świeżego jogurtu, który zjadamy na śniadanie z dodatkiem dżemu domowego i tak się plecie.
Spytacie zatem, co kupujemy w sklepie, bo chyba niewiele potrzeba... No, tak, ostatnio uzupełniłam zapas cukru, bo był w promocji w Biedronce, soli kamiennej, skrobi ziemniaczanej, kilku cytryn, które używam do napojów, jogurciku activia, którym zaczyniam domowy wyrób z koziego mleka (wypróbowałam kilka i ten najlepiej się sprawdza smakowo i jakościowo) i butelkę czystej wódki, żeby nastawić malinówkę. Maliny bowiem już masowo schną i chyba nie zdołają odrodzić się na jesień z owocami. Kupujemy również makaron, który u nas idzie dla psów, bo ja jem z rzadka tylko bezglutenowy, a Anna własnoręcznie, gdy jest potrzeba przyrządza sobie makaron domowy, z jajek od naszych dwóch ostatnich kur, głównie do rosołu. Takie i podobne zakupy robimy raz na dłuższy czas, koszty żywienia są więc mocno zredukowane.
Co do grzybów, to po zebraniu pewnej ilości kurek na początku lata, zanikły w lesie wszystkie gatunki i jak na razie nie wygląda to słodko dla grzybiarzy. Zdołałam się jednak nimi najeść, nastawiłam kurkówkę i kilka słoiczków w occie. I chwacit, jak to na Podlasiu mawiają.


Jak widać na powyższym zdjęciu domowniczki, Pasza z Labą mają się dobrze, starannie pilnując obejścia i stad tego i owego. A raczej już stadek. Samo gumno, wydziobane starannie przez drób przypomina plażę, mieszkamy wszak na wydmie leśnej. Wciąż mamy nadzieję, że przynajmniej po bokach jakaś trawka odrośnie w przyszłym roku, jak bywało na samym początku naszego zamieszkania tutaj. Jest plus tej sytuacji taki, że nie potrzeba kosić podwórka i hałasować sąsiadom.

26 sierpnia 2023

Bezcenna praca własna

Kilka chłodniejszych nocy z ulewami pozwoliło nam wszystkim odetchnąć od wysokiej temperatury, choć teraz znów rośnie z "wielką parą". Niemniej noce są dłuższe, wieczory szybciej zapadają, więc udręka siłą rzeczy staje się bardziej znośna.
Wczoraj zebrałam z krzaków w ogrodzie permakulturowym owoce czeremchy i aronii, dzisiaj je zamroziłam przed użyciem. Niedużo, ale dla nas to wystarczająca ilość. Mają właściwości zdrowotne, oczyszczające z metali ciężkich. Ktoś z miejscowych opowiadał, że wyleczył się dzięki jedzeniu czeremchy z jakiejś nieuleczalnej dla lekarzy choroby, jednak nie pamiętam czy szło o nadciśnienie czy cukrzycę.

Przy dzisiejszym obiedzie Anna, postawiwszy przed sobą największy z zastawu płaski talerz napełniony potrawą, nagle wykrzyknęła w podnieceniu i prawdziwym zachwycie:
- O, rany! Wszystko na tym talerzu jest nasze! Naprawdę!
Rozważyłam w pamięci, no, tak: koźlęcina plus warzywa w rodzaju: marchew, cebula, czosnek, cukinia, bakłażan, fasolka, trochę przypraw zielonych, a do tego sałatka ogórkowa i krojony pomidorek, zgadza się. 
- Tylko sól, pieprz i smalec kupione w sklepie - stwierdzam. - Jak myślisz, ile taki obiad kosztowałby w "renomowanej restauracji" podającej produkty naturalnie wyhodowane i pewne na sto procent?
- Nie mam pojęcia. Ale kilka stówek na pewno. A my tak jemy każdego dnia! Tylko za pracę codzienną własnych rąk.
- I nóg - dopowiadam - policz bieganie za kozami.

19 maja 2023

Komary i kukułki

Popadało, nawet dwa a może i trzy dni i w nocy też. Nie tak jak we Włoszech, gdzie w Emilii-Romanii domy pływają pośród wezbranych potoków i rzek, ale zawsze. Ziemia i przyroda odetchnęła. Skończył się kurz wznoszący się na drodze przy każdym kroku i podmuchu wiatru.
Posiałyśmy dynię we wcześniej uszykowanych wałach obornikowych. Anna robiła dziurkę, wsypywała w nią szufelkę gleby kompostowej, która nam dojrzała pod akacją, a ja po kilka nasion zeszłorocznych zbiorów, starannie przedtem namoczonych w świeżo udojonym mleku (sposób naszej pani sąsiadki). Zaraz popadało, raz i drugi, długo i krócej, więc niebo pobłogosławiło. Niechaj rośnie.

Poza tym większość pomidorów została wysadzona z doniczek na grządki w dużym tunelu, w miejsce wyrwanej rzodkiewki i szpinaku. Papryka jeszcze za mała, aby to zrobić, ale nocuje już w cieplicy, więc noszenie poranne i wieczorne z domu i do domu się skończyło.

Trawa na pastwisku niska, ale umyta, więc kozy chętnie na nią biegają. Na kilka godzin codziennej wyżerki.

Kaczka zakolegowała się wreszcie z gęsią i przystała do kurzej ferajny w kurniku. Z tego się cieszę.
Słychać, że jaja kurze 20 złotych za kilogram stoją na rynku. A w Biedronce marchew skoczyła z 4 do 8 za kilo. Szczęśliwie w ogródku mam pasternak, liście magiji i selera, pietruszkę, pak czoj, szczypior i koper i nie mnie dotykają te podwyżki. Do rosołu zawsze jest co włożyć. Już kalarepki się wiążą. 

Kwitnie bez za domem, glistnik całymi zielono-żółtymi kępami, akacje są już w bloku startowym. 

Pojawiło się w tym maju więcej komarów niż w zeszłych latach o tej porze. Dokuczają, razem z meszkami najbardziej późnym popołudniem i o zmierzchu, zatem przy obrządku trzeba się trochę oganiać i tarasowanie na razie się skończyło, albo odbywa się w słoneczne dni we wcześniejszych godzinach. Przy słodkich nawoływaniach gniazdujących gdzieś blisko ptasząt lub z oddali kukułki oraz przelotach łownych jaskółek.

7 maja 2023

Kogucia głowa

Wróciły zimne noce, chłodny wietrzyk, mało deszczu. Zatem główne sadzonki nadal są noszone dom-cieplica, cieplica-dom, rano i wieczorem, aby nie zmarzły. Anna wciąż coś pikuje, rozsadza, sieje, w tym kwiaty. Ma ogrodniczą szajbę.

Trwają żniwa rzodkiewkowe. Trzeba uwolnić miejsce pod pomidory i ogórki, zatem jest to już konieczność. Jemy je w zupach, sałatkach i na kanapkach, poszły do kwaszenia, zielone zjadają z apetytem kozy i drób, zamieniając je na mleko i jaja. Część po prostu rozdajemy, jak się zdarzy ktoś zaprzyjaźniony pod ręką. Nie ma czasu bawić się w handel, taki los rolnika.

Wczoraj, w dzień koronacji króla angielskiego, Anna posadziła indyczkę na jajach. W dzień po zaćmieniu, co astrologicznie nie jest wskazane, ale miejmy nadzieję, że niebo będzie jednak łaskawe. Nie dało się już dłużej zwlekać, bo ptak już od ponad tygodnia zasiadał w gnieździe na pusto.

Samo zaćmienie przyniosło nam rosół z koguta, którego trzeba było skrócić o głowę. Co kilkaset lat wcześniej przytrafiło się imiennikowi obecnego króla, Karolowi I, zdekapitowanemu na rozkaz pyszałka Oliwera Cromwella.
Wszystko dlatego, że kogut rozpętał pojedynek na śmierć i życie z indorem, albo na odwrót, tak naprawdę nie wiem do końca, kto zaczął. Rozganiały obu zaciekłych wrogów psy, potem indor poszedł do izolatki, ale ledwie z niej wyszedł, bo w końcu trzeba go było na świat wypuścić, rzucił się na koguta z większą pasją. Dostał łupnia i jego korale spuchły niemożliwie podwajając gabaryty, aż był dylemat, którego z nich skrócić o głowę. Zwyciężyła wiara w uleczenie gulguła, który może jeszcze w sezonie spełnić rolę troskliwego taty, i tak kukuryk poszedł na ofiarę. Smaczniutki, muszę pochwalić. A korale powoli wracają do normy.

Poza tym część dzieci zostało odstawionych do odsadnika, sami chłopcy. I zaczęło się dojenie poranne. W efekcie zagospodarowuję dziennie 3 litry mleka. Może wydać się mało, ale gdy taka ilość się codziennie powtarza, to w sumie mamy wszystkiego w dostatecznej ilości dla siebie i na zapas. Jogurt, wreszcie się zaczął i mogę porzucić te sztuczne wytwory sklepowe. Do tego twaróg i pierwsze serki miękkie. Lądują w chłodnym miejscu opakowane, aby mogły dojrzeć przez tydzień dwa i nabrać smaku.

Ach, i kaczusia Kasia zaczęła się nieść i mogę sobie wreszcie pozwolić na jajecznicę ze szpinakiem, albo kluski leniwe, a nawet naleśniki!

5 kwietnia 2023

Jarmarcznie

Na Podlasiu jak zawsze zimno. Tu wiosna przychodzi wraz ruską paschą, więc nie ma co wydziwiać. Przyroda trzyma się kalendarza juliańskiego. I na razie piździ ze wschodu.

Anna w niedzielę palmową zaliczyła pierwszy tegoroczny jarmark przedświąteczny, czyli wielkanocny. W powiecie, czyli mieście Hajnówka. 

Stała kilka godzin na wygwizdowie, owiewana mroźnymi podmuchami wschodniego wiatru, ale wróciła raczej zadowolona. Ludzi nie było zbyt wielu, jednak trochę klamotów sprzedała i ma motywację, żeby lepić kolejne.

Poza tym wbrew zarzekaniom się, że kończymy z kurami, kolejnego dnia z rozpędu chyba, wylądowała raniutko na targu w sąsiedniej gminie i przywiozła w pudle cztery półroczne przyszłe nioski. Asymilują się teraz z resztą stada (wiosny dożyły cztery kury i kogut) i jak na razie panicznie boją się nogi wystawić z kurnika. Chów zamknięty. Póki co jedno jajo co dwa dni znajduję w gnieździe przez naszą kurę, jedną albo dwie, znoszone.

Koźlęta mają się dobrze, oprócz tego, że "gdyby kózka nie skakała, to by nóżki nie"... zwichnęła. Mamy już dwie pokraki trójnożne, które mam nadzieję - ozdrowieją, gdy zapomną, że wlazły tam, gdzie nie trzeba i nie należy tej zabawy powtarzać.

Dokupiłyśmy też u rolnika owsa i ziemniaków, bo zapasy zaczęły się kończyć. Cena dwukrotnie wyższa niż podawana oficjalnie (owsa), a ziemniaki po złotówce. Kończy się też dynia zeszłoroczna i rzepka, a chłody sprawiają, że rzodkiewka jeszcze w ziemi. Trudno, kozy trzeba będzie dokarmiać gałęziami drzew, póki jakieś liście nie wykiełkują.

Udało się znaleźć wolno rosnącą dziką różę i kilka ukorzenionych pędów posadzić wzdłuż płota na pastwisku, od zewnętrznej. Przy okazji dostrzegłam, że posadzone w zeszłych latach pędy sama już nie wiem czego, derenia, świdośliwy, wiśni syberyjskiej, pigwy, czarnego bzu i aronii mają się świetnie i wyraźnie wybiły spośród traw. Jest nadzieja.

Dzisiaj wykopałam dół pod szparag. I tyle nowin gospodarskich.

9 października 2022

Grzyby, ceny, porządki

Niedawno pojawiły się wreszcie grzyby, głównie maślaki, z rzadka kurki, prawdziwki to tylko na zdjęciach fejsbókowych niektórych szczęściarzy można podziwiać. Bywają też zielonki, co zapowiada doroczny "koniec grzybów". Czyli nie ma co liczyć na uzupełnienie zapasów suszu. Nawet zajączków, czyli podgrzybków nie uświadczysz.
Anna wybrała się jednego popołudnia w las za domem, nazbierała wiadereczko maślaków, nad którym biedziłam się całe kolejne popołudnie. Część trafiła na patelnię do obiadu, garść do leczo następnego dnia, a resztę zapakowałam do dwóch słoiczków i zalałam zaprawą octową, będą na później. Również kani jest wysyp w naszym sadzie, na pastwisku i niekiedy przyrządzam sławny kotlet.

Ostatnie pomidory z tunelu, ostatnie jabłka, antonówki. Przerabiam je na mus. Pomidory na pastę do pizzy. Ostatnie maleńkie dyńki w ogródku przy domu, seler naciowy na susz. Układamy także porżniętą gałęziówkę pod daszkami, gdzie się da, aby nie mokła. 

W Biedrze uzupełniamy zapas cukru, bo zeszłoroczny wyszedł. Przydał się w czasie nagłej cukrowej zwyżki cen. Nie liczę na ich spadek. Pozory mylą. To się już nie stanie. Sklep zresztą stosuje chwyty zachęcające do kupowania, dając rabat 15 złotych za zakupy powyżej 100. W przeliczeniu na uchwyt cukru obniża to jego cenę około złotówki, z 6 na 5. W gospodarstwie to ważny konserwant i raczej nie należy zdawać się na przypadek, gdy jest wysyp owoców. Nawet gdy pszczelarstwo padło i nie trzeba owadów dokarmiać.

W komisie meblowym w sąsiednim powiecie kupiłyśmy duży drewniany stół na taras. Udało się go samodzielnie załadować na pakę (nieco wystawał, ale kulturalnie), umocować, przywieźć, wyciągnąć i ustawić. Taras wymaga jeszcze sporo porządkowania, co wymaga wolnego czasu. W miarę postępu jesieni będzie go więcej, więc trwam w spokoju.

Jedna drewutnia, najstarsza, zbutwiała już zupełnie i wymaga postawienia od nowa. Tej zimy trzeba będzie wybrać z jej obrębu zalegające tam drewno (o ile śnieg go nie zasypie), a w przyszłym sezonie będziemy znów bawić się w budowlańców.

Poza tym ważne: obecna pełnia księżycowa na niebie przekonała jednak kozy do dorocznego święta miłości. Dwa dni wcześniej zaczęła ruję jedna koza, teraz już wszystkie merdają ogonkami. Trwają zaloty.

I tyle nowin gospodarskich.

24 sierpnia 2022

Klosik

Poza przestojem spowodowanym brakiem samochodu, poszukiwaniami i zakupem nowego działo się w tym czasie jeszcze jedno stresujące wydarzenie. Związane ze zdrowiem Laby.
Jej choroba wystąpiła dość nagle (choć jej zalążki są dawniejsze), z dnia na dzień zaczęło manifestować się pogorszenie. Uformowało się bolące zapalenie na podbrzuszu. Decyzja zapadła natychmiast, ratujemy.
W zeszły nów wylądowała na badaniu w lecznicy w sąsiednim powiecie. Szczęściem trafiła na lekarza prowadzącego i kiedy wyniki krwi okazały się bardzo dobre (jak na 10-letniego psa) zaraz trafiła na stół operacyjny. Wycięto jej torbiel i przy okazji wysterylizowano, w cenie 700 złotych. Anna przywiozła ją do domu późnym popołudniem w stanie śpiączki narkotycznej. Zniosłyśmy ją, ubraną w specjalny strój ochronny, z samochodowej paki na rękach i ułożyłyśmy na jej posłaniu. Otworzyła przytomnie oczy już właściwie nocą. 

Dwa pierwsze dni po operacji były niepewne. Anna robiła zalecone zastrzyki. Laba na szczęście jadła i piła, co jest zawsze dobrą wróżbą w przypadku choroby zwierzęcia, ale nie wstawała z posłania. Aby wyszła na siku, musiałyśmy ją dźwigać na tylne nogi, po czym powolutku szła sama do drzwi i za taras. Porządnie załatwiła się dopiero po kilku dniach. Dopiero wtedy odetchnęłam z ulgą.

Wizyta w lecznicy w wyznaczonej porze wykazała, że rana goi się słabo. Szwy nie zostały zdjęte. Ubranko wymienione na nowe, dostała też klosz na głowę (i ksywkę Klosik), dalszy zestaw antybiotykowych zastrzyków do zrobienia i jakieś płyny odkażająco-gojące do przemywania.
Mocno ten klosik przeżywała, ubranko było zbyt ciasne w ramionach. Dozorowanie jej przykuwało uwagę i w dzień i w nocy. Ale dobra opieka zrobiła swoje.

Pies zaczął odzyskiwać humor, a to najważniejsze. Co prawda padł nam samochód i kolejna wizyta na zdjęcie szwów nie mogła się powieść. Ale od czego liceum medyczne, które ukończyła swego czasu Anna! I jej krawieckie doświadczenie! Nożyczki do paznokci w ręce, pinceta, okulary na nos, ja robiłam za unieruchomienie, nitki udało się pomyślnie i sprawnie wyciągnąć. Co pies przyjął z wdzięcznością, bo zaraz ruszał się sprawniej, widocznie coś przedtem ciągnęło.
W tej chwili już nie używa klosza ani ubranka, wychodzi na dwór gdy chce, interesuje się światem, szczeka i czuwa jak zawsze. Rana jest w stadium wchłaniania się i codziennie ją przemywamy. 

18 sierpnia 2022

Ogarnianie

Jest tyle pracy, że nie nadążam z zapisywaniem bieżących wydarzeń na tym blogu. Sypnęły zbiory owoców, trzeba je przerabiać, nie ociągać się, bo nas zasypią i zmarnują się. Jabłka, czyli dżemy, soki, teraz wyciskane nastawy na cydr. Pomidory, czyli sok pomidorowy i sprzedaż nadwyżek. Ogórek już szczęśliwie się skończył, właśnie pasteryzuję ostatnie słoiki sałatki w zalewach miodowej i meksykańskiej. Trochę też zakisiłam, a małosolne są w codziennym użyciu od dawna. Resztę zjadają kozy. I kaczusia, która je uwielbia. Przy tym cały czas trwa codzienny przerób mleka, sery takie i śmakie oraz jogurt.
Dopiero wieczór, po obrządku i drugim udoju daje chwilę spokojnego oddechu. Spędzamy ją na tarasie, tak od 19 do 21, pijąc herbatkę kwiatową albo domowego cienkusza, z psami u stóp.  I czasem rozpytując kart lub Księgę I-Cing o najlepsze rozwiązania problemów, które się ostatnio międlą. Ale po kolei.

W zeszłą niedzielę Anna wybrała się na wyprawę do Ciechanowca, gdzie urządza się co roku w tamtejszym skansenie "Święto chleba", jarmark z wielką pompą. 

Rozłożyła tam stoisko na spółkę z internetowo poznaną koleżanką rękodzielniczką.

Impreza trwała cały boży dzień. Przywiozła z niej jeden z takich ciekawie zdobionych kubków kupionych zadziwiająco tanio od bułgarskich ceramików. Oraz kolejne doświadczenie "młodego wystawcy".


Niestety był to dzień, gdy na niebie uściślała się opozycja Słońca z Saturnem z kwadraturą ogniskową czynioną przez Marsa z Uranem, co skwitowałam już tydzień wcześniej, gdy Anna podejmowała decyzję o wyjeździe, że bez denerwującego opóźnienia się nie obejdzie. I stało się.
W drodze z powrotem, wieczorem, samochód zaczął stawiać opór. Pękła zdaje się miska olejowa i maszyna nie dojechała do domu, stanęła w sąsiedniej gminie. Na amen. Trzeba było wzywać lawetę, co szczęśliwie się udało. I Anna wróciła ciemną nocą, wieziona za kierownicą na przyczepie.

Od tej pory ogarniamy problem. Po naradzie z mechanikiem wiemy już, że trzeba kupić nowy wóz. Zatem dyskutujemy jaki i na ile nas stać. Samochody dostawcze bowiem podrożały, i starsze od naszej renówki, z dużo większym przebiegiem, kosztują 1/3 drożej niż nasza przed kilku laty. Jest o czym gadać letnimi wieczorami na tarasie. 

1 sierpnia 2022

Niepewne lato

Pogoda się skiepściła, mokro, chłodno. Dla pastwiska to dobrze, ale dla żniwiarzy niekoniecznie. Ceny w skupie dla zbóż na razie znośne, ale czuć jakąś niepewność. Po ogromnej ulewie nocnej trzeba było wyzbierać opadłe jabłka w sadzie. Kilka wiader, dzisiaj przerabiam na soki, bo na tyle już dojrzały, że się da. Dobrze, że pewien zapas cukru zrobiłam, bo w sklepach brakło zupełnie. Choć w internecie można kupić, ale po horrendalnych cenach.

Anna zaliczyła kolejny jarmark, czy też lokalny festyn, jak zwał tak zwał, w sąsiednim powiecie, w Orli. Z rękodzielników były tylko dwa stragany. Reszta odpustowe badziewie, lizaki i plastikowe zabawki dla dzieci. Oraz koła gospodyń wiejskich, które imprezowały pod drzewami i częstowały pysznym żurem z kiełbasą swojską, za przysłowiowe "co łaska". Muzyka była skoczna. "Graj Cyganie" i gwiazda z filmu Smarzowskiego "Wesele". 

Zdjęcia stoiska. 

Pomysł z drabiną i deskami jako przewoźną, łatwo rozstawialną i zwijalną wystawką jest wygodny i sprawdza się w praniu.

Poza tym w tunelu rośnie jak trzeba, acz zimne noce i wilgoć wywierają swoje wpływy. Przede wszystkim wegetacja zwolniła, ogórki się kończą. Kolejne buraki trafiają do garnka i do piwniczki na zapas.

Powolutku zaczynają się pomidory, na razie żółte. Anna podlewa je gnojówką z ziół i psika profilaktycznie roztworem z drożdży, bo przy takiej pogodzie łatwo o pleśnie i zarazy.

Pierwszy raz w dziejach naszych upraw pojawiły się też bakłażany.

W lesie zaś zaczęły się grzyby. Kurki stoją w skupie wysoko. Opłaca się je sprzedawać. Są tacy, którzy oczywiście reperują sobie budżet tym sezonowym sposobem. Nawet Anna, gdy jej się zdarzy nadmierny zbiór, taki nie do przejedzenia, odwozi grzyby i ściąga kaskę. 

Ten akurat dał ponad pół stówki.

25 lipca 2022

Czas słońca

Środek roku, czerwiec i lipiec to czas, gdy napór koniecznych prac i nowych sytuacji jest w naszym życiu dużo silniejszy, niż w ciągu całej reszty roku. Nie tylko dlatego, że rolnictwo to dyktuje, ale i dlatego, że obie jesteśmy spod znaku Koziorożca, a lato stwarza dla nas wyzwanie z racji położenia słońca naprzeciw naszych zimowych urodzin. W efekcie nie ma wiele czasu na rozrywkę, a gdy już się taka trafia, to jest ona powiązana ściśle z wysiłkiem i pracą, a nawet ich eskalacją.
Od momentu przesilenia letniego wysiłek się wzmógł. Najpierw sianokosy, potem drugie sianokosy i zwózka siana, całkiem samodzielna, przy całkowitym braku rąk do pracy w okolicy. Potem jeszcze odbył się u nas jak co roku pokaz pieczenia chleba, urządzany przez GOK w ramach projektu albo półkolonii dla dzieci. To jeden dzień przygotowań i następny poświęcony imprezie, zabawianiu "gości" i stadka dzieciaków, które przyjechały z opiekunami na rowerach. Poczęstunek, pokazywanie, objaśnianie itp. 
Zaraz potem rzucił się ogór, podlewanie, zbiór. I porzeczki, to samo. Przy czym w tej sprawie los mi pomógł, a raczej przeszkodził, bowiem większość krzaków czerwonych i białych porzeczek zdążyły przede mną opędzlować kury. Kiedy tylko zobaczyły, że zrywam, zaraz wzięły się do dzieła. To co zostawiłam na następny dzień, cudownie po prostu znikło. Skończyło się zatem na kilkunastu słoiczkach dżemu i gąsiorze wina, które już pięknie chodzi. Przepadło przynajmniej drugie tyle. 
- O, nie! - stwierdziła Anna - koniec z kurami! KONIEC! W przyszłym roku zostają tylko kaczki i indyki.
Mnie w to graj. Kurzych jaj i tak nie mogę jeść, więc całe to bieganie koło kur nadmierne mi się wydaje. Choć kocham wszystkie swoje ptaki i nigdy im nic nie brakuje, ale logika dziejów przemawia przeciw dalszej ich hodowli. Nie wybijemy ich, ale spokojnie dojdą swego końca bez odmładzania stada. Kaczki, gęsi i indyki również znoszą jaja i dla nas aż nadto wystarcza.
 
A potem nadszedł czas festiwalu i kolejne zakręcenie. Głównie dlatego, że Anna prowadzi na nim warsztaty ceramiczne jako pomoc mistrza oraz własne stoisko, co zajmuje cały boży dzień, aż do nocy. Docierałam na imprezę po południu, gdy już prace domowe były ukończone i co nieco towarzysko się odprężałam, witając się ze starymi znajomymi i rozmawiając o tym i owym.

Zdarzało mi się też pilnować kramu. Przy okazji uaktualniam swoją gębusię, po kilku ładnych latach od ostatniego zdjęcia.

A tu też ja w tle, ale bez głowy. I dobrze, bo prace najważniejsze. Wszystkie dzieła z sitodrukiem sprzedały się pięknie. To ostatnie zdobnicze zainteresowanie rozwijane przez Annę, mającą z sitodrukiem i poligrafią dużo wspólnego od lat. I jeszcze zbliżonko.


Poniżej przykłady prac Aninych, których dawno na blogu nie było. 


Mydelniczki...


Na jarmarku wystawiało się przynajmniej kilku profesjonalnych ceramików, ale nie było tak źle z utargiem. Kilka rzeczy trafiło ludziom do gustu i sięgnęli do portfelików. Mimo widma nadchodzącej inflacji czy też gorszego krachu, o którym wieszczą jasnowidze i ekonomiści.

Doroczne trzydniowe świętowanie rdzenności naszej narodowej i tutejszej zakończyłyśmy goszcząc na kolacji mistrza ceramiki Jerzego z rodziną, a raczej częścią rodziny, żoną i najstarszą córką. Piecyk do pizzy spisał się na medal. Sera, cebulki, jarmużu, bazylii oraz sosu paprykowego własnej roboty nie żałowałam. Pogaduszki na tarasie przy świetle solarnym były równie pyszne.

6 czerwca 2022

Leśny park czyli Chrust+

Czuć w powietrzu, jak planiści wibrują i mózgi im trzeszczą, aby nam życie zrewolucjonizować i system uzdatnić albo zacieśnić, na dwoje babka wróżyła. Wyobrażam sobie, że istnieją tacy pomysłowi scenarzyści, zaopatrzeni w najnowocześniejszy sprzęt komputerowy, łącza i statystyki wszelkiego rodzaju, tudzież mądrzejącą z sekundy na sekundę sztuczną inteligencję, wsadzeni do wielkiej sali z kolumnami, z ogromnym telebimem na każdej ścianie i grają ze sobą grupami w najlepsze scenariusze. Komputer wybiera któryś, a gdy akcja posunie się do takiej niemożliwości, że scenariusz utyka na amen, wchodzi inna grupa ze swoim pomysłem i tak to idzie do przodu, gdzieś nad naszymi przyziemnymi głowami. W końcu, gdy zostanie ustalony wspólny i najbardziej pojemny scenariusz, rządzący dostają wiadomość przez czarny ebonitowy starodawny telefon bez podsłuchu, czego mają się trzymać. I na razie trzymają się.

Ponieważ w Polsce wchodzi scenariusz pt. Chrust+ , muszę stwierdzić, że wyprzedzam epokę o prawie 20 lat. Gdy to żem ze stolicy zjechała do lasu, aby życia u podstaw zaznawać i upajać się nim, z siekierką w ręku. Pchnęłam zatem wczoraj Annę do zrobienia stosownych zdjęć poglądowych, i oto prezentuję czarno na białym, jak można przejść rewolucję paliwowo-energetyczną zimy się nie bojąc. I żeby blog na czasie był i rękę na pulsie zmian trzymać.

Oto chrust. Kupa chrustu. Chrust to podstawa. Zbiera się go w lesie z ziemi, bo sam opada sposobem naturalnym, bowiem drzewa co rusz go z siebie zrzucają. Najgoręcej i najszybciej pali się rzecz jasna chrust sosnowy. Potem brzozowy. Ów chrust po przybyciu na podwórze nie musi leżeć, aby dostać się do pieca i dać z siebie ogień, a z nim obiad czy zaparzoną kawę. Najlepszy jest dla niego piec kaflowy, płytą zwany, ale oczywiście żelazna koza również się nada. A i nawet siekiery nie potrzebuje, bo się daje w rękach łatwo połamać.

Jednak są jeszcze gałęzie, tzw. gałęziówka, która pozostaje po pracy drwali przy wycince leśnej. Ową gałęziówkę pozyskują zwykli ludzie za pewien grosik, tzw. asygnatę, którą się płaci już po zgromadzeniu potrzebnej ilości przed zwózką na podwórze. Leśniczy mierzy i oblicza wartość składowiska, po czym inkasuje stosowną opłatę. Oj, symboliczną już teraz, gdy się porówna z ceną węgla, miału, brykiet czy gazu.
My z takiej gałęziówki korzystamy prawie co roku, gdy tylko w pobliżu jakaś działka leśna idzie pod wyczes. Anna robi to sama, czasem z pomocą pomagiera, gdy trzeba grubsze lub dłuższe gałęzie spomiędzy drzew wyciągnąć na przydroże. Poza tym odpady chrustowe ładuje za pozwoleniem pańskim oczywiście, na przyczepkę i zwozi wiosną, jesienią, kiedy może na podwórze. Po co? Ano służą za przysmak kozom, spragnionym wtedy zielonego i witamin. Kozy okorowują dokładnie taki chrust, co sprawia że dużo szybciej wysycha i nadaje się do porąbania i do pieca. Głównie pod płytę kuchenną, choć grubsze kawałki z powodzeniem potrafią rozgrzać piec kaflowy, ścianowym u nas zwany, bez konieczności rąbania grubych pni.

Grubsze gałęzie i tzw. czuby drzewne rąbie się siekierą lub tnie piłą na mniejsze, składuje w drewutni albo pod ścianami, gdzie schną na wietrze i słońcu, by na zimę trafić do pieca c.o., którego chrustem raczej nie napalisz. Tzn. pewnie by ten co mamy (piecokuchnią zwany) i chrust spokojnie łyknął, ale komu się będzie chciało stać przy piecu godzinami i dokładać stale owe patyczki, by w domu ciepło utrzymać?

Poniżej, o, widać już pocięte i ułożone szczapy, które nam nasz stary klon w tym roku podarował, zrzucając kilka konarów. Najgrubsze są tak twarde, że trzeba albo klinem je łupać, albo ławeczki z nich porobić i poczekać, acz struchleją z czasem. Niektóre dadzą się wrzucić w całości do pieca c.o., a taki kawałek pali się długo i pracowicie, i przez 3 godziny można o dokładaniu nie myśleć.


Takie zabezpieczenie, robione systematycznie co roku pozwala mieć zawsze gotowy zapas wysuszonego odpowiednio drewna (tylko duraki mokrym palą, jak mówią u nas na wiosce) przynajmniej z rocznym, jeśli nie dwuletnim wyprzedzeniem.
Mnie już wieści z Polski dochodzą od ziomków, że zduni się znowu pojawili i furorę robią u co bogatszych. Biedni niech też się cieszą, bo fucha zbierania patyków w lesie również może być opłacalna. Jak mi opowiadał dziadek, przed wojną "las wyglądał jak park, tak był wyczyszczony przez zbieraczy chrustu". Można go było w wiązkach kupić nawet na targu albo zamówić z dowozem od chłopa mieszkającego przy lesie. Staruszkowie, nie mający wtedy emerytury, też się tym parali, na wyścigi z liczną wygłodzoną bosonogą dzieciarnią. Idą nowe czasy, oby z korzyścią dla parków!

6 kwietnia 2022

Chleb domowy

Raz na tydzień pieczony domowy...



Składniki
:

Pół kilograma mąki pszennej
25 deko żytniej
Pół litra wody
3 łyżki oleju
Garść jakichś ziaren, słonecznika, siemię itp.
Zakwas zostawiony z poprzedniego ciasta, trochę drożdży, sól

Ciasto razem z ziarnem zaczynione po południu na dzień przed pieczeniem, pozostawione w chłodzie na noc. W dzień przeniesione do ciepłej kuchni, aby urosło.

Pieczone w naczyniu żaroodpornym, zakrytym, otwartym pod sam koniec, aby przyrumienić skórkę.

Puste naczynie rozgrzać najpierw razem z piekarnikiem do 200 stopni, i wrzucić do niego ciasto jednym zręcznym ruchem. Piec około godziny, ale zerkać jak się ma, bo czas może być nieco różny w każdą stronę.

Tak wygląda w środku po ukrojeniu:


Cena samych produktów około 4 1/2 złotych na obecne stawki. Kosztów pieczenia nie liczę, bo każdy ma inaczej. U nas można wręcz nie liczyć. A wielkość przynajmniej dwukrotnie większa, niż chleba sklepowego.

18 marca 2022

Przedwiosenne ceny

Mimo wiosny za pasem noce wciąż są z przymrozkami, palenie w piecach zatem nie ustaje. Choć dnie są przeważnie słoneczne, co pozwala z racji fotowoltaiki używać więcej elektrycznego sprzętu, np. upiec chleb w piekarniku a nie w kaflówce, wypalić trochę ceramiki czy gotować na kuchence elektrycznej, a nie na gazie. Którego ceny mocno wzrosły. Ponoć już butla stówkę kosztuje, czyli 2 razy więcej niż w zeszłym roku.

Palenie w piecokuchni zimą (to rodzaj niedużego pieca c.o. z fajerkami) jest na tyle wygodne i oszczędne, że oprócz ogrzanego mieszkania i ciepłej wody w bojlerze można spokojnie ugotować obiad, wodę w czajniku czy karmę dla zwierząt. W gospodarstwie karmienie drobiu odbywa się codziennie niezależnie od sezonu, zatem zagotowanie takiego dużego garnka ziemniaków i ziarna to duży wydatek energii. Gdyby był to gaz, pewnie jedna butla starczyłaby zaledwie na miesiąc. Tymczasem wciąż jeszcze używam w nagłym wypadku gazu z butli kupionej na jesieni zeszłego roku! Tak, rocznie zużywamy najwyżej półtorej butli, zatem podwyżka ceny nie jest czymś dotkliwym w naszym przypadku. W cieplejszym sezonie, gdy tylko noce zaczynają być na plusie, przechodzę z c.o. na palenie w kuchni żelaznej. Stosy i stosiki okorowanych przez kozy, już porąbanych i w dużej mierze suchych gałęzi, które do tego najlepiej się nadają, zalegają w wielu kątach obejścia, czekając na puszczenie dymka przez komin w ciągu lata i jesieni. Anna przywozi je dość często z działki leśnej, aby stado miało co robić na dworze w pogodne dnie zimowe. Bydełko ogryza je pracowicie i z apetytem, a potem ja mam czym palić pod płytą.

Inna rzecz, podwyżka cen ziarna. Właśnie trzeba było dokupić pszenżyta dla kur. Cena, tak jak gazu, podwoiła się od zeszłego roku. Z tego powodu trzymanie dużej ilości niosek przestaje być opłacalne, koszty wzrosły, więc i cena jaj wiejskich również, klienci się kruszą. Kilogram jaj kosztuje teraz 16 złotych, co wychodzi mniej więcej złotówka za jajko. Tymczasem kury niosą się wiosną znakomicie i jaja wylewają się zewsząd w całym domu. Ostatnio oddałyśmy je w dużej ilości uchodźczym rodzinom ukraińskim, stacjonującym w gminie. "Domasznyje?" - kobiety się ucieszyły. I my też, że przynajmniej komuś się przydały. Płacimy też jajami pomagierowi za drobniejsze prace i fatygę.
W planie zatem zmniejszenie stada. Pięć niosek i kogut to wystarczająca ilość, zwłaszcza że mam uczulenie na kurze białko i zjada je tylko Anna. Mnie dokarmiają gęsi, kaczki i indyczki, jeśli już. Bo rzadko potrzebuję. Tak mi w nawyk weszło niejedzenie mącznych potraw, że i jaj nie ma do czego wbić.

Chłody nie pozwalają jeszcze zająć się na poważnie ogródkiem, do tego czeka nadal czyszczenie koziarni i wywózka obornika. Na razie papryka kiełkuje w doniczkach na parapecie kuchennym i w pokojach, a Anna wyciągnęła glebogryzarkę, którą uzdatniła grządki w cieplicy i zaraz je obsiała nowalijkami. Wczoraj zdołała przechwycić Andriuszę wracającego z pracy w lesie i udało nam się szybko i sprawnie zaciągnąć w trójkę folię na dużym tunelu. Kolejny ruch wykonany. I tak codziennie coś.

17 listopada 2021

Mgła nad światem

Listopad pełną gębą. Mgły gęste się ścielą i skraplają całymi dniami, witają rześkie poranki, żegnają zimne i wilgotne zmierzchy. Sąsiadowi w lesie składowane drewno spleśniało. Andriusza ambitnie zwozi z kolegą swoje składy do domu, my też resztki, które jeszcze na działce pozostały - przyczepką. C.o. jeszcze nie dotknięte nawet (oprócz wyczystki kominiarza), wciąż daje radę piec kuchenny i ścianówka na noc nagrzana. W razie gorącej kąpieli włączamy farelkę w łazience i luz. 

W cieplicy i tunelu pozostałości jeszcze rosną, pietruszka, rzodkiewka, kapustka pekińska i pakczoj w niewielkich ilościach. Całkiem niedawno zerwałam paprykę z ostatniego krzaczka. Nać pietruszki suszę, wraz z suszonymi liśćmi selera i lubczykiem służy jako smakowy dodatek do potraw. Z reszty nastawiamy w słoikach kimći. Które potrafi wytrzymać do wiosny bez problemu, jedynie nabierając mocy, więc jest to zapas zimowy witamin i mocy lata.

W miejscowym sklepie chleb doszedł do ceny 4 złotych i więcej. Tańszy tylko w Biedronce w sąsiedniej gminie. Już od dawna jeść się nie dawał, zrobił się gliniasty, lepki. Wiem, bo choć nie jem, to czasem karmię nim psy. Dostają wieczorem na kolację kromkę wdrobioną do świeżego mleka. Anna od czasu do czasu chleb zaczynia i własny piecze. Ale także jakoś odzwyczaiła się od pieczywa i mącznych potraw. Jemy tego naprawdę mało i powiem wam, da się, można! Z rzadka pojawia się ciasto owocowe albo sernik, chleb (pół na pół z psami zjadany) tudzież jakieś placuszki czy pizza. Ja przyrządzam z własnych zapasów bezglutenowych, Anna czasem dołącza, a czasem swoją używa. Częstotliwość jednak zadziwiłaby niejednego. Ciasto raz na 2 miesiące. Placków dawno nie było i na razie się nie zanosi. Pizzę mam zamiar uskutecznić po jakichś 3 czy 4 miesiącach. Także chleb raz na kilka miesięcy.

Pokazują się sikorki, pilnujące swojej zimowej jadłodajni. Na razie sobie radzą, ale przypominają się, biegając po parapecie za oknem na tarasie i fruwając pod jego dachem. 

Kot nocuje w domu. Myszy się schodzą, jak co roku o tej porze, biegają, przeszukują kąty. 

Kozy doję już od jakiegoś czasu tylko rano, mleka starcza do kawy, na lody i twaróg co 2 dni, litr jogurtu co 4, czasem miękki serek podpuszczkowy. Zrobiły się stateczne, wolą już siano w ciepłej oborze. Wypuszczamy je na wybieg na 2 godziny, aby nogi rozprostowały, a młode wyhasały się.

Stare kury wypierzyły się, ale przestały się z tej okazji nieść. Młode są jeszcze za młode. Zatem zastój jajeczny. I tyle nowin jesiennych.

29 czerwca 2021

Pierwsze jaskółki

Po raz pierwszy eksperymentalnie w tym roku posadziłyśmy w tunelu buraki ćwikłowe z (własnoręcznie przygotowanej) rozsady. W gruncie posiane są także, lecz nieco później, więc nie ma się jeszcze czym raczyć. Te będą na późniejszą, zwykłą porą jesienną. Dzisiaj jednak Anna przyniosła do domu z dumą cztery wielkie czerwone głowy, żądając na obiad zupy burakowej. 

Którą-żem z radością przyrządziła, bo mi już zupa kim-ći, acz wciąż smaczna, to jednak gotowana raz za razem nudna zaczęła się wydawać. Miłe urozmaicenie dla podniebienia. Z dodatkami innych warzyw, zeszłorocznych marchwi i ziemniaków od rolnika, domowego sosu paprykowego i suszonej papryki z własnego ogrodu, tegorocznego selera naciowego, cebulki, szczypioru, czosnku, lubczyku, tymianku, kopru z ogródeczka oraz wkładki z kości koźlęcej, końcówki kiełbasy domowej i łyżki takoż domowego octu jabłkowego dla zaostrzenia smaku. Wyszło ostro, słodko i kwaśno, czyli tak jak lubię.

Poza tym ostatni lęg okazał się całkowicie rozczarowujący. Na 20 jaj od rolnika wylęgły się 3 pisklęta, reszta jaj okazała się niezalężona. W takim razie Anna w te pędy udała się do miasta i przywiozła z wylęgarni partię maluszków jednodniowych, aby zdążyć je sprytnie podłożyć pod indyczkę-kwokę i zaadoptować. 

Przyjęły się, noc przespały jak na ptaki przystało pod ochroną zastępczej matki czyli niani i raniutko wylądowały w pudle pod lampą, aby bezpiecznie nabrać sił do samodzielności. Znów świergot w domu, na szczęście potrwa to tylko kilka pierwszych dni. Potem pójdą z jenduszką na wybieg.
Niestety, nie dało się przyoszczędzić, weszłyśmy w koszty hodowlane, ale z drugiej strony kury niosą się dobrze, stali klienci dopisują i stado zarabia na swój roczny wikt i opierunek z nawiązką tak, że stać je na zakup narybku było.

Z innych bliskich sercu ptasząt, to od wczoraj obserwujemy pierwsze nieśmiałe obloty naszej przyoborowej jaskółeczki, asekurowanej troskliwie przez rodziców. Zdarza jej się najczęściej lądować w altanie i tam odpoczywać, więc miewam pole ostrożnej obserwacji z bliska, gdy zaraz pojawiają się mama z tatą i siadają po jej bokach, gotowi bronić małej niezdary w każdej chwili. Przedwczoraj wypadła z gniazda i Anna znalazła ją w kozim boksie, obejrzała, czy nic się nie stało, posadziła troskliwie na brzegu żłoba i odeszła, zaglądając po jakimś czasie. Jaskółeczka szybko stamtąd znikła, a teraz jej widok uspokoił nasze serca, że nic złego się nie stało, poradziła sobie szczęśliwie.

21 maja 2021

Kolejny wylęg

Już są. Nowe indyczęta rasy domowej tradycyjnej, czarno-czerwone i czarno-lawendowe czyli jasne. Komu, komu? 16 ich.

23 kwietnia 2021

Zajęcia przydomowe

Znów się ochładza. Ciągle trwa przedwiośnie. Rosnące już roślinki w tunelu pozostają nakryte włókniną dla ochrony. Dziś ma być przymrozek, sprawdzimy jak przetrwają. Pierwsze rzodkiewki już posmakowane. Szczypiorek i jarmuż też można skubać. Niektóre truskawki zakwitły.

Dosadzamy drzewka w sadzie i przy domu. Wiśnie, śliwę, gruszę i jabłonie. Przesadzone dzikie róże pod płot wyjściowy spod domu, ich miejsce koło domu zajmie rododendron, gdy już mróz odpuści.

Znajomy młody rolnik zaorał ciężkim sprzętem część nieużytku, gdzie do tej pory dynie rosły. Z kolejną wiosenną dawką koziego obornika. Tym razem też będą dyniowate. To dobre rozwiązanie co roku, a plony są spożytkowywane w gospodarstwie przez zwierzęta i w naszej kuchni całkowicie.

Od gnojnego znoju popołudniowego wybawił mnie cud. Andriusza wpadł pożyczyć 5 złotych. Dostał widły w rękę i przez godzinę zarobił więcej plus podwózkę do sklepu, gdzie był się wybrał. Zatem koziarnia cała już czysta, kozy w posprzątanych pokojach stoją i czekają przy sianie aż deszcz ustanie, chłody przeminą, trawa na pastwisku urośnie. 

Z powrotem w drodze z ogródka permakulturowego przez las ciągniemy czuby sosnowe z wycinki leśnej (pozwolenie od leśniczego jest) do koziej zagrody. Psy biegną z nami i znikają na chwilę. Po czym całe szczęśliwe i w uśmiechach przybiegają pochwalić się świeżą perfumą leśną. A fuj! 

Zatem dodatkowa praca wszczęta. Trzeba kran zewnętrzny odkręcić, przypiąć węża, odkopać psi szampon w szafce, nałożyć gumowe rękawiczki, złapać po kolei delikwentki na smycz, przytrzymać, namydlić i spłukać starannie. Znoszą to w pokorze, po czym otrzepując się kilkakrotnie od stóp do głów przed progiem wbiegają na wyścigi do ciepłego mieszkania suszyć fryzurę skryte pod stołami.

Pakowanie jaj i rozwożenie do stałych klientów to kolejne zajęcie. Niby nic, 10 sztuk dziennie przybywa, ale na Podlasiu jest przed Wielkanocą i są większe zamówienia, niż zazwyczaj. Kury na szczęście spisują się, nie strajkują. 

21 kwietnia 2021

Szacunek dla robotnika

Andriuszę natchnęło i zjawił się z rana do pracy. W humorze i przy sile, choć na twarzy znać ślady zimowych biesiad i nadmiernego odpoczynku. W 5 godzin wydobył z koziarni obornik z dwóch największych boksów i z Anną wywiózł go na przyczepce, by zwalić na kupę przy tunelu. Będą nasadzenia na zewnątrz w miejscach, gdzie stare jabłonie "wypadły" ze starości.

Czasu znaleźć nie mogę. Wczoraj tam byłem, dziś tu, jutro już mnie gdzie indziej zamówili. Cały tydzień robota od rana - mówi. 
Taki sezon - odpowiadam.
Eee, też chętnych do pracy nie ma - mówi - Ludzi do roboty coraz mniej. Wszyscy na niebie gołąbków wypatrują.
To prawda, dobrego robotnika trzeba szanować!
Oj tak. Szanować - rozanielił się - Tak mi wczoraj gospodyni też powiedziała. 
No, to dostał oprócz zapłaty jeszcze 2 sute posiłki, w tym tłusty pyszny rosół na kościach koźlęcych z makaronem domowym oraz piwo. Umawiamy się na dalej. Jest jeszcze kilka rzeczy do wiosennego postawienia na nogi. 

19 kwietnia 2021

Lepiej gorzej

Kontakt ze światem jest u nas rzadki. Na wiosce wszystko toczy się zwyczajnym torem, choć jakiś czas temu było ważne wydarzenie, bo odszedł nasz dawny sołtys, wiekowy już znacznie. 

Prace idą swoim codziennym tempem. Pogoda poprawiła się, wiatry ustały, wyszło słońce i grzeje na zmianę z burzowymi chmurami, które nadciągają popołudniami, błyskają, grzmią nieco i przede wszystkim zlewają glebę wodą (wczoraj także gradem), po czym trawa na pastwisku i w sadzie od razu ruszyła.
Chłopaki wioskowe nie kwapią się do pracy, zatem Anna sama zaczęła wydobywać obornik z koziarni. Ja niestety w siłowych zajęciach już mniej mogę pomóc, ze względu na wzrok, który na jesieni mocno mnie wystraszył nagłym zaburzeniem, na szczęście udało mi się wrócić do formy. Odpowiednie witaminy i odpoczynek pomogły. Dotarło jednak do mnie, że wysiłek nie jest wskazany.

Wizyta na targu w sąsiedniej gminie - gdy tak rzadko bywa się w świecie zewnętrznym ogarniętym paranoją i telewizji nie ogląda - zadziwiła. Brak towarów, sprzedających ogrodników, którzy zawsze tłumnie o tej porze roku handlowali kwiatami i sadzonkami. Ci nieliczni, którzy coś wstawiają nie mają tego, co trzeba. Seler naciowy? Nikt o to nie pyta, więc w domu zostawiłem. Kilka bratków i stokrotek. Czemu? Pani, w zeszłym roku, jak lokdałn na wiosnę zrobili to 25 tysięcy bratków u mnie na kompost poszło. Nikt w tym roku nie zaryzykował. Niektórzy weszli w biznes ze sklepami sieciowymi, ale to strata, zwłaszcza, że za tira torfu prawie dwa razy tyle co w zeszłym roku zapłaciłem. Sadzonki pomidorów po 3-4 złote, gdy w zeszłym po 2,5 były. Mało też kupujących, zainteresowanych, a jeszcze w 19 roku trudno było się przecisnąć na sporej powierzchni. Kwitnie za to handel w sklepach i przez internet. Ludzie pracują zdalnie albo nudzą się, uderzają w szaleństwo, kłócą się i rozstają. Póki będą mieć drukowane pieniądze, a w sieciach będzie konserwowane najtańsze jadło pięknie opakowane tak będzie. Mały rolnik dostał po łapach, zostaną tylko hobbyści i preppersi.
Ale owszem, były młode kurki do sprzedania, po 22 złote.

Pytanie brzmi: czemu ludzie tak panicznie boją się śmierci? Tak bardzo nie chcą o niej myśleć? Pogodzić się z Bogiem i Jego wolą i żyć tyle, ile On zechce? Bez cudowania?

Wieści z Polski dochodzą, że wybijają wielkie stada kur, także zarodowe z powodu ptasiej grypy. Cena rośnie i zapewne mięso z kurczaków będzie ogólnie droższe już niedługo. 

Przygotowujemy się do odsadzenia koziej młodzieży, gdy tylko obornik pójdzie na ogród. I sprzedaży. Ponoć podaż wzrosła.