O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą publicystyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą publicystyka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 lutego 2015

Paryż w czasach belle epoque

Paryż nigdy nie był moim największym podróżniczym marzeniem, zaś Francja jako taka kojarzyła mi się (poza oczywistościami, jak moda i wino) z miejscem niezbyt przyjaznym, a ludzie z zapatrzonymi w siebie bufonami. Nie wiem, czy jest tak naprawdę, gdyż nie miałam jeszcze okazji odwiedzić tego kraju, jednak Paryż jako taki zaczął powoli acz zdecydowanie wykupywać sobie odrobinę miejsca w moim sercu i coraz bardziej zachęcać do wizyty. Najpierw dzięki książce Jennifer L. Scott Lekcje madame Chic włączyłam w swoją codzienność kilka paryskich zwyczajów, następnie wraz ze Stephenem Clarkiem wybrałam się na dosyć dogłębne zwiedzanie miasta. Kryminał Brat krwi pozwolił mi poznać Paryż z punktu widzenia loży wolnomularskiej, a Pani komisarz nie znosi poezji dał do zrozumienia, iż Francuzi również mają poczucie humoru. Teraz zaś bogata w informacje i ilustracje pozycja Paryż. Miasto sztuki i miłości w czasach belle epoque Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk i Marty Orzeszyny pomogła mi lepiej zrozumieć to fascynujące ale i trudne miasto.

Nie potrafię jednoznacznie sklasyfikować tej książki, z resztą ten sam problem napotkałam, pisząc przeszło rok temu o innej pozycji z tej samej serii (Nowy Jork zbuntowany.Miasto w czasach prohibicji, jazzu i gangsterów) – poruszane są tu bowiem wszystkie sfery życia, jakie potrzebne są, by zyskać gruntowną wiedzę na temat miasta. Jest tu historia, są krótkie biogramy ludzi, z którymi do dziś kojarzymy Paryż, ale i tych, o których nigdy nie słyszałam, ale którzy w czasach belle epeque liczyli się najbardziej. Setki informacji o miejscach interesujących turystów w owych czasach, i takich, które do dziś turyście chętnie zwiedzają. Anegdotki i historie mrożące krew w żyłach. Paryż oczyma obcokrajowców i z punktu widzenia mieszkańców. Jest kultura, moda i seks.

Ale najważniejsze, to zrozumienie miasta, które widać na każdej stronie, w każdym akapicie, w każdym zdjęciu. Dzięki temu, mimo natłoku informacji, Paryż nie ginie gdzieś pod spodem, a jest żyjącym bohaterem opowieści, bohaterem zmiennym, o wielu twarzach, rozwojowym. Autorki biorą czytelnika za rękaw i delikatnie acz zdecydowanie prowadzą go przez kilka dziesięcioleci, które zwykło się określać jako belle epoque, a robią to tak zgrabnie, iż po przeczytaniu ostatniej strony pozostaje niedosyt i jakaś taka nostalgia za czasami, które nigdy nie wrócą. Nawet, jeśli na potrzeby chwili spróbujemy odegrać scenki rodzajowe. Bo tego Paryża już nie ma.

Znacie jakieś powieści o Paryżu w czasach belle epoque?


Moja ocena: 5/6

Małgorzata Gutowska-Adamczyk, Marta Orzeszyna Paryż. Miasto sztuki i miłości w czasach belle epoque
Wydawnictwo Naukowe PWN

Warszawa 2012

sobota, 18 stycznia 2014

Przemyt kokainy w 5 krótkich lekcjach

Luca Rastello jest mistrzem kondensacji. Na 160 stronach zmieścił bowiem reportaż, historię przemytu, biznesplan i powieść akcji. A okrasił to wszystko rzucającym się w oczy podtytułem „Jak transportować tony kokainy i żyć szczęśliwie”. Efekt końcowy to najbardziej rzetelna, ciekawa i zaskakująca praca o handlu narkotykami na wielką skalę, z jaką zdarzyło mi się zetknąć.

Narkotyki to chwytliwy temat. Począwszy od prasy, szczególnie tej dla nastolatek i tej z deka szmatławej, poprzez politykę, kryminalne książki i filmy, pogadanki, odczyty, kazania, a kończąc na okołonarkotykowaym biznesie czyli tym wszystkim co ma rację bytu tylko, gdy narkotyki są na rynku – testy na obecność takich substancji w drinku czy w organizmie i metody zwalczania nałogu, by wymienić tylko kilka. Dlatego każdy średnio rozgarnięty szympans w dzisiejszych czasach uważa, że zna się na temacie. Błąd. Bajki, które opowiadają nam w wiadomościach o mułach złapanych na lotnisku czy kilku kilogramach tego czy owego zgarniętych z ulicy Los Angeles czy Wałbrzycha, to tylko czubek góry lodowej, który ma za zadanie odwrócić naszą uwagę od tego, co prawdziwe. A prawdziwe są wymyślne sposoby transportowania ton kokainy wartej kilka milionów dolarów pod okiem celników, zapłaty tylko w gotówce, gospodarki wielu państw południowo amerykańskich oparte w dużej mierze na produkcji tego narkotyku, co gorsza – uzależnienie systemów finansowych wielu zachodnich państw od wpływu gotówki z tego jakże dochodowego handlu. Wygląda bowiem na to, że całkowita likwidacja narkotyków podcięłoby gałąź na której siedzą nie tylko ubogie społeczeństwa Kolumbii i Wenezueli (innych państw regionu), ale i Florydy i Szwajcarii (i kilku innych, których o to nie podejrzewamy).

Wielką siłą książki jest, iż autor oddaje w całości głos facetowi, który całe życie poświęcił handlowi kokainą, i jest geniuszem w tym fachu. Do pewnego momentu zupełnie nieznany policjom świata, odpowiedzialny był za lwią część towaru wędrującego spokojnie po całym świecie. Oferuje nam szybki kurs, krok po kroku, jak zacząć na tym rynku, co jest najważniejsze, jakie są ceny i kto je kształtuje. Operuje przy tym częściej gadką, której spodziewamy się na Wall Street niż na kolumbijskich szlakach przemytniczych, bo i sposób działania tej osoby bardziej przypomina niezależnego menadżera wynajmowanego przez duże firmy do konkretnych działań, niż przemytnika zatrudnianego przez kartele narkotykowe.

Miałam ostatnio ochotę na coś latynoamerykańskiego z pochodzenia lub tematu, jednocześnie zaś (i zupełnie niezależnie) zainteresował mnie temat wielkiego biznesu i korporacji. Przypadkowo trafiłam na jedno i drugie połączone w tym krótkim, ale jakże gęstym reportażu. Jeśli więc lubisz reportaże, Amerykę Południową albo dać się zaskoczyć, to jest pozycja dla ciebie.

Moja ocena: 5/6

Luca Rastello Przemytnik doskonały
Wyd. Czarne
Wołowiec 2013


poniedziałek, 6 stycznia 2014

Szaleństwo zwane Wielkim Jabłkiem

Jeśli jesteście tu wystarczająco długo, wiecie, że na punkcie Nowego Jorku mam absolutnego świra. Z tego powodu każda publikacja dotycząca tego miasta prędzej czy później musi trafić na moje półki, a stąd – na listę moich lektur. Nie inaczej było z pozycją wydaną niedawno przez PWN – Nowy Jork zbuntowany. Miasto w czasach prohibicji, jazzu i gangsterów autorstwa Ewy Winnickiej.

Nowy Jork – miasto pełne przeciwieństw. Kolorowy mix kultur, religii, zwyczajów, bogactwa i biedy, sztuki i biznesu, ma równie fascynującą teraźniejszość jak i przeszłość. Chociaż każdy mniej więcej zna historię Stanów Zjednoczonych, procesy, które doprowadziły do powstania amerykańskiego społeczeństwa, to już nie wszyscy zdają sobie sprawę, jak wielkie znaczenie dla dzisiejszego obrazu tego państwa miały wydarzenia po wojnie secesyjnej. Jednym z najważniejszych było wprowadzenia na 13 lat prohibicji alkoholowej, która miała zapobiec popadaniu obywateli w pijaństwo i przedwczesnym zgonom, a przede wszystkim wzmocnić moralny szkielet protestanckiej części ludności przeciw złym wpływom ludności napływowej. Doprowadziła zaś do najprężniejszego w historii świata rozkwitu przestępczości zorganizowanej, korupcji i fali alkoholizmu – z którymi Amerykanie muszą sobie radzić po dzień dzisiejszy. Nowy Jork zaś stał się jedną z głównych scen tych wydarzeń.

Ewa Winnicka rozpoczyna swoją opowieść o tym pasjonującym mieście od wyjaśnienia, skąd  w ogóle pomysł prohibicji wziął się na obradach Kongresu. Poznajemy czołowych działaczy i działaczki ruchu prohibicyjnego, nastroje, jakie panowały w społeczeństwie tuż po I wojnie światowej, jednocześnie zaś jesteśmy świadkami rozbudowy miasta, powstawania słynnych drapaczy chmur, napływu nowej ludności ze Starego Kontynentu, ale i kształtowania się nowojorskiej elity. Potem zaś sunąć będziemy przez okres zwany roaring twenties, odwiedzać wyrastające przy Broadway’u teatry i spelunki, uczestniczyć w przyjęciach u boku Zeldy i Scotta Fitzgeraldów i obserwować narodziny mafii na terenie Wschodniego Wybrzeża. Chwilami Nowy Jork zbuntowany będzie książką historyczną, chwilami raportem socjologicznym, a czasem nawet pozycją biograficzną. Czytelnik styka się na jej stronach z najważniejszymi postaciami epoki: politykami, pisarzami, biznesmenami, i nie wiedzieć kiedy staje się częścią tej mozaiki ludzi i interesów, ląduje gdzieś na Time Square, z długim papierosem w ręku, i hasłem do nielegalnej meliny z alkoholem z przemytu. A w tej podróży w czasie pomagają zdjęcia tak wielkich jak i maluczkich tej epoki.

To nie tylko książka o mieście, ale i o kawałku historii Stanów Zjednoczonych. Autorka włożyła sporo pracy w odtworzenie tych kilkunastu lat, których piętno Ameryka dźwiga do dziś, eksperymentu, który do dziś budzi zainteresowanie kryminologów na całym świecie. Pozycja zdecydowanie obowiązkowa dla osób zainteresowanych tym miastem, i bardzo pouczająca dla całej reszty. Dzięki bibliografii i licznym odniesieniom zapełniła mi też następne pozycje na liście lektur „koniecznie do przeczytania”, więc zapewnie nie będzie o moja ostatnia literacka wizyta w NYC w tym roku.

Moja ocena: 5/6

Ewa Winnicka Nowy Jork zbuntowany. Miasto w czasach prohibicji, jazzu i gangsterów
Wyd. PWN
Warszawa 2013



Książka przeczytana w ramach Wyzwania Miejskiego i Wyzwania z Półki 2014.

niedziela, 8 grudnia 2013

Dobre, bo polskie - czyli felietony Krzysztofa Vargi

Najciężej jest pisać recenzje książek wybitnie dobrych, i to jeszcze nie tyle powieści ile takich krótkich publicystycznych form jakimi są między innymi felietony. Bo skoro Krzysztof Varga potrafi takie genialne w swojej wymowie i formie teksty pisać – o książkach, o filmach, o płytach, artykułach, które przeczytał, sztukach, które widział, to spaprać to teraz słabym postem byłoby hańbą. Ale z drugiej strony trzeba się podzielić wrażeniami z lektury, może ktoś jeszcze zdecyduje się sięgnąć i zobaczyć, jak wygląda dobry felieton kulturalny (w sensie że o kulturze, a nie że sam felieton jakiś bardzo szarmancki jest, bo nie zawsze).

Co mi się w Polska mistrzem Polski tak spodobało? Po pierwsze – tytuł. Przyznam, że dla niego samego kupiłam i zaczęłam czytać tą książkę, nie wiedząc zupełnie, czego się po niej spodziewać. Bo w tym tytule jest wszystko – bycie bardziej papieskim niż sam papież, duma nasza narodowa i taka dawka ironii, że można spędzić długie minuty kontemplując te tylko trzy słowa na okładce, a potem używać ich przy każdej okazji jako idiom na codzienną głupotę.

Po drugie – styl. Varga ma własny, a to już jest dzisiaj coś, ma ten styl klarowny, ostry, ironiczny nieraz tak bardzo, że nieprzyzwyczajony czytelnik zastanowi się przez chwilę, czy to jaki poetycki hymn ku chwale omawianego produktu, czy wyrafinowany hejt. Przeważnie to drugie, i wierzcie mi, jest Varga na pierwszy rzut oka Pierwszym Hejterem Rzeczpospolitej. Kiedy się jednak wczytać w te teksty, prześledzić argumentację, Varga kojarzy mi się bardziej z postacią dziecka z baśni Andersena, pamiętacie, tego, który krzyknął „cesarz jest nagi!” – wywarza otwarte drzwi, ale wcześniej wszyscyśmy stali w progu i się zastanawiali, czy zapukać. Ktoś może stwierdzić, że jest autor zbyt tradycjonalistyczny na współczesną sztukę, zbyt spięty na polskie kino rozrywkowe, za dużo za to czyta i słucha. Ale on pisze po prostu to, co wielu z nas przeczuwa, ale do czego już czasem nie wiadomo, czy nie wstyd się przyznać – że coraz więcej tego, co nas otacza, to jest żenua zwyczajna, chamstwo, brak profesjonalizmu i zakłamanie.

Po wtóre – gość potrafi mieć fioła. Autentycznie, Krzysztof Varga potrafi dostać konkretnego hopla na punkcie książki, serialu czy płyty – serialowi „Lost” poświęcił dwa felietony i kilka razy wspomniał o nim w innych, podobne z „Californication”. Przesłuchał płyty zespołów, o których istnieniu nie miałam pojęcia i teraz dopiero widzę, ile tracę. Mamy tu też felietony bardziej  rodzajowe – o tym jak ważne dla czytelnika są lekko spleśniałe strony, dlaczego filmy i seriale kupuje tylko na płytach, a nie ogląda w telewizji czy ściąga z sieci. Jest trochę polityki w kontekście wytworów kultury, jest kultura wysoka i ta trochę niższa, jest wreszcie totalne błocko, w którym Varga się ku chwale ojczyzny i czytelników wytaplał by potem powiedzieć, że nie warto. Są niszowe zespoły i są hity zza oceanu. Ale jest za tym wszystkim też myśl przewodnia, jest sens. Nie ufam ludziom letnim, przekonują mnie tylko tacy, który na punkcje czegoś potrafią odlecieć, niby wiedza, że ma rzeczona książka czy serial wady, ale z pasją pożerają wszystko, co ma z tą rzeczą coś wspólnego. A biorąc pod uwagę, co widzę na spotkaniach książkowych blogerów czy na biblionetkowych, Varga to jest nasz człowiek.

Podsumowując – książka absolutnie zachwycająca, ciekawa, bogata i zabawna. Mimo, iż felietony pochodzą nieraz sprzed kilku lat, i dziś poruszane tam tematy są już trochę przykurzoną historią, to same tezy na aktualności nie tracą. Pod wpływem tej lektury już wyciągnęłam na stosik podręczny Etnologa w mieście grzechu Czubaja i… Akademię pana Kleksa. Wielu zachwyca się Kominkiem, tłumaczącym, jak tworzyć bloga, kiedy to my wszyscy powinniśmy wziąć do ręki Vargę i nauczyć się od niego, jak pisać krótkie a treściwe teksty.
A na koniec cytaty – „Na początek szokujący coming out: jestem czytelnikiem”. Czy nie macie wrażenia, że tak się teraz powinno mówić o sobie, gdy się lubi książki?
 „(…) one ze swoim Kirkegaardem czy innym Dostojewskim, na których stracił trzy dioptrie (…)”.

Moja ocena: 5,5/6

Krzysztof Varga Polska mistrzem Polski
Warszawa 2012
Wydawca: Agora S. A.

Konwersja i edycja publikacji: Publio

piątek, 12 kwietnia 2013

Po prostu Ameryka



Ameryką interesowałam się od dawna, kilka lat temu chciałam nawet uczynić to zainteresowanie bardziej profesjonalnym, i rozpoczęłam studia na kierunku Amerykanistyka. Niestety, na drugim roku okazało się, że nie posiadam zdolności bilokacji, i studia porzuciłam, ale wciąż fascynuje mnie kraj i społeczeństwo zza oceanu. Dlatego z zainteresowaniem sięgam po literaturę, która choć trochę pomoże mi zrozumieć fenomen, jakim są Stany Zjednoczone.

Marek Wałuski przez wiele lat był korespondentem Polskiego Radia w Waszyngtonie, gdzie przeprowadził się wraz ze swoją rodziną. Wałkowanie Ameryki to dosyć precyzyjne kompendium wiedzy na temat USA. Autor porusza liczne tematy ważne dla tej problematyki, i tym sposobem zapoznaje czytelnika z mentalnością, historią i kulturą Amerykanów. Dowiadujemy się z niej o pierwszych Polakach na amerykańskim kontynencie, mniejszościach etnicznych zamieszkujących Stany, używanych tam językach, systemie edukacji, wyznawanych religiach, stosunku do sportu, patriotyzmu, broni i motoryzacji. Wraz z Wałuskim poznamy dole i niedole chcącego kupić mieszkanie w Waszyngtonie, oraz tych, którzy pragną się nauczyć angielskiego i znaleźć pracę w jednym z 50 stanów. Wraz  z nim i jego rodziną przemierzymy tysiące kilometrów zwiedzając ten piękny kraj, ale i dowiadując się, dlaczego w Ameryce transport publiczny nigdy nie zyskał popularności. Poczytamy o muzyce country i o pogrzebach drive-thru, indiańskich kasynach na Florydzie i wolności po amerykańsku.

Jest to książka uniwersalna – zarówno dla zupełnych ignorantów w temacie USA jak i dla osób, które coś już tam o naszym zachodnim sojuszniku wiedzą – z telewizji, studiów, innych książek. Sama przyznaję, że wiele informacji nie stanowiło dla mnie nowości, ale było też mnóstwo takich, które mnie zaskoczyły. Moja wiedza na temat chociażby wiz do Ameryki czy ichniejszych cen paliw była bardzo okrojona, a ta książka na pewno dała mi szerszy wgląd w te tematy. Siłą rzeczy trochę porównywałam Wałkowanie Ameryki do Zapisków z wielkiego kraju Brysona, i chociaż są to zupełnie inne książki, parę drobiazgów z Zapisków znalazło swoje potwierdzenie w Wałkowaniu, co pokazuje, że Bryson nie zmyślał, opisując niekiedy absurdalne sytuacje  ze swojego kraju.

Jedyne, czego nie rozumiem, to reklamowania przez wydawcę tej książki jako napisanej „w dowcipny sposób”. Kiedy czytam taki opis, automatycznie wyobrażam sobie sposób pisania Billa Brysona czy Wojciecha Cejrowskiego, gdzie prawie każde zdanie sformułowane jest w specyficzny, zabawny sposób, a czytelnik co i rusz jeśli nie wybucha gromkim śmiechem, to chociaż chichota pod nosem. Wałkowanie Ameryki nie przypomina żadnej z książek wspomnianych autorów. Nie, żeby to była wada, ani zaleta, po prostu pan Wałkuski ma zupełnie inny styl. Książka czyta się świetnie, mimo nagromadzenia sporej ilości informacji o różnym znaczeniu, powiedzmy, strategicznym, napisana jest ona z polotem i widoczną fascynacją tematem. Owszem, raz czy drugi wspomniane są sytuacje komiczne czy popularne żarty Amerykanów, ale nie ma to nic wspólnego z „dowcipnym sposobem pisania”. Takie opisy wydawców potrafią być bardzo mylące i krzywdzące dla książki, szkoda, że coraz powszechniejsze.

Moja ocena: 5/6

Marek Wałuski Wałkowanie Ameryki
Wyd. Helion
2012
Ebook

wtorek, 12 marca 2013

Nowa stara Polska w reportażach Mariusza Szczygła



Dawniej wyobrażałam sobie, że jedyny sensowny reportaż może zostać napisany o kraju bardzo odległym, tropikalnym, niezwykłym, zupełnie innym niż nasz, a nawet nie będącym w naszym kręgu kulturowym. I dobrze byłoby gdyby trwał tam właśnie jakiś konflikt zbrojny, przejęcie władzy, transformacja. Idealne tematy: kartele narkotykowe w Ameryce Łacińskiej, Bliski Wschód, głód i choroby w Afryce, ewentualnie Bałkany. Potem zaczęłam czytać reportaże i inne książki non fiction o krajach rozwiniętych: Japonii, Szwecji, USA, i okazało się, że o nich też można pisać jak o innej planecie. Teraz dowiedziałam się, że i o własnym kraju, ba, o własnym podwórku można napisać wstrząsający tekst. I że przez pryzmat dobrego reportażu można dostrzec to, na co się patrzy od zawsze, a czego mimo to się nie widzi.

Niedziela, która zdarzyła się w środę to zbiór reportaży zamieszczonych w Gazecie Wyborczej w pierwszej połowie lat 90.; zapis pierwszych lat po upadku komuny i rodzącego się dopiero kapitalizmu. Teksty te, choć dotykają różnych sfer życia, budują spójny obraz Polski dzień po transformacji ustrojowej. Temat prywatyzacji przeplata się z onanizmem, zmiany językowe z obrazem przestępczości. Jest disco polo i jest Licheń. Pan Szczygieł pisze o bezrobociu, ale i o beznadziei i bezradności. A czasem również o bezmyślności i bezmyślnym okrucieństwie. Takie książki jak ta powinny być chyba obowiązkowe w szkołach (ale wtedy nikt by ich nie czytał), bo w tych reportażach odczarowano obraz kapitalistycznej, demokratycznej Polski zaraz po upadku ZSRR. Mam wrażenie, że w mediach demonizuje się niepotrzebnie już i tak straszny komunizm, ale i gloryfikuje to, co nastało po nim. A pierwsze lata nowego ustroju to nie była taka sielanka, jak niektórzy lubią myśleć. Trudno czasem pamiętać, że mimo, iż teraz jest nam pod wieloma względami lepiej, to jednak całe pokolenie Polaków zostało wtedy na lodzie, że wielu z nich nie pozbierało się po tej zmianie, czasem – bo nie mogli, czasem – bo nie potrafili, czasem – bo nie chcieli. I o tym pisze pan Mariusz, i o tym też trzeba czasem pamiętać.

Czasem te teksty mają walor czysto historyczny – strach się bać, ale w naszej epoce 20 lat temu to już czasy odległe jak średniowiecze. Czasem zabawnym było pomyśleć, jak od tego czasu się pozmieniało, jak niektóre proroctwa z tych reportaży się spełniły, jak budowy zostały ukończone. Miło też stwierdzić, że od tamtych chwil trochę się u nas polepszyło, choć, wiadomo, nie wszystkim. Na pewno ta książka powinna zostać przeczytana przez osoby z mojego pokolenia – dwudziestokilkulatków, którzy już wprawdzie byli na początku lat 90. na świecie, ale niewiele z tego czasu pamiętają. Bo Niedziela pomaga zrozumieć to, co dzieje się teraz, dlaczego jest tak jak jest, dlaczego wciąż jeszcze jesteśmy jako naród smutni, rozgoryczeni, trochę źli.



Ostatni tekst w tej książce opowiada o tym, jak autor był postrzegany przez telewidzów w czasach, gdy prowadził program w TV. Że ludzie nie kojarzyli go jako dziennikarza czy reportera, ale właśnie jako postać z telewizora, i jak był proszony o wstawiennictwo u najwyższych władz, bo taką gwiazdę na pewno posłuchają. Tekst miał dla mnie szczególny wydźwięk, gdyż kilka dni temu w ostatnim numerze „Książek” przeczytałam felieton pana Mariusza. Otóż dla mnie ten pan jest kojarzony głównie z książkami reporterskimi Gottland i Zróbmy sobie raj. Lecz kiedy pan Szczygieł pojawił się ostatnio na jednej z imprez telewizyjnych, dawni znajomi zapytywali go gdzie się podziewał i czy nie potrzebuje aby przypadkiem pieniędzy. Na odpowiedź, że pisze książki, które są wydawane w kilkunastu krajach, jeden z Ważnych Panów odrzekł, że trzeba te książki koniecznie wydać w Polsce, niech u nas też poczytają! I tak to się właśnie zmienia nasza rzeczywistość.

Moja ocena: 6/6


Mariusz Szczygieł Niedziela, która zdarzyła się w środę
Wyd. Czarne
Wołowiec 2011

poniedziałek, 10 września 2012

"Lapidarium IV"


Lapidarium IV składa się z krótkich, czasem liczących zaledwie linijkę, tekstów, uwag, wypisów sporządzonych przez Ryszarda Kapuścińskiego w czasie jego długiego i bujnego życia. Wiele z nich powstało w czasie pracy autora nad poszczególnymi książkami, ale z wielu powodów nie znalazło w nich miejsca. Niektóre zaś sporządzono ad hoc, bez wyraźnej przyczyny, ot, coś wpadło autorowi do głowy, zapisał. Nie pasowało nigdzie na stałe, ale było dobre, mądre, piękne – należało to zachować.



Czytając Lapidarium ma się na początku wrażenie chaosu, jakbyśmy nie czytali książki, tylko otworzyli szufladę z nieuporządkowanymi fiszkami i czytali akurat to, co z niej wyleciało. Totalna dezorientacja, czytelnik zastanawia się – po co pan to napisał, po co zamieścił akurat tutaj, przecież to zwyczajna historia i to w dodatku bez zakończenia. Bo takie sa te teksty, często bez wyraźnej struktury, bez kontekstu, bez zakończenia. Tak się wydaje. Jednak po kilku stronach te pozornie chaotyczne opowieści układają się jak puzzle w naszej głowie, tworząc barwny gobelin. Arras wart wawelskich ścian – mamy tu wszystko: wielką politykę, globalne problemy, wielkie wyzwania na miarę całego kontynentu, a obok kłopoty językowe dozorczyni w hotelu i jego jedynego klienta, podróż do Wrocławia, recenzje książek, notatki z konferencji, cytaty z referatów, artykułów. Wiele z tych tekstów pozostawione same sobie nie mają sensu, ale w grupie tworzą nową jakość, jakby historia zakpiła z nas i zakończenia wielkich konfliktów pisała 20 lat później w jakimś odległym zakątku świata, w indywidualnym sporze. I na odwrót – epilog historii z hotelu czy pociągu dopisany zostaje kilka miesięcy później na międzynarodowej konferencji rządowej.  Lapidarium pokazuje, że historia nie jest bez sensu, nie jest chaotyczna – tylko my czasami nie potrafimy pokonać tej układanki, włożyć wydarzenia w dziury, do których pasują, by pokazać nam pełen obraz świata. Ryszard Kapuściński to potrafił.


Kiedy zaś czytelnik zrobi krok do tyłu i spojrzy na te fiszki w szerszej perspektywie, dostrzega kryteria, których użyto porządkując notatki. Są więc tutaj rozdziały dotyczące sztuki czy globalizacji, jest grupa tekstów komentująca zmiany we współczesnym dziennikarstwie, turystyce, postmodernizmie.  I znów – dopiero cały zbiór tekstów daje nam pojęcie o zdaniu autora na dany temat, dopiero po kilku fragmentach możemy odkryć czego dotyczy kolejny rozdział.


To nie jest książka, którą czyta się jednym tchem – i to zdaniem Kapuścińskiego jest najlepsza recenzja, jaką można dać książce. Czytając ją „ciurkiem” można zgubić niuanse, które kryją się gdzieś między wierszami, a  wtedy cały obraz będzie niekompletny. Lapidarium należy smakować, poświęcić mu nawet krótką chwilę każdego dnia, pozwolić, by przeleżała tydzień nieruszona, by znów wrócić do niej na chwilę po inspirację. Przeczytać jeden fragment ponownie, przespać inny, pokreślić, przepisać, dodać coś od siebie. Trzymać blisko jak lek na kiepskie książki. Dawkować z umiarem, powoli.

Moja ocena: 5/6

Ryszard Kapuściński Lapidarium IV
Wyd. Czytelnik
Warszawa 2006