Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty

2026-05-18

„Mamuna” Helena Piecuch

 

Wydawca: Wydawnictwo Czarne

Data wydania: 13 maja 2026

Liczba stron: 224

Okładka: twarda

Cena detaliczna: 54,90

Tytuł recenzji: (Nie)miłość

Jakiś czas temu wyrażałem swój zachwyt tym, że Wydawnictwo Czarne zaczęło wydawać powieści. Głównie znakomite anglosaskie przekłady, ale oficyna znajduje też miejsce dla debiutantów. „Mamuna” oszałamia. Można odnieść wrażenie, że ta narracja albo była pieczołowicie latami poprawiana przez autorkę, albo autorka jest po prostu znakomitą pisarką, bo uważam, że będzie to jeden z ważniejszych debiutów tego półrocza. Helena Piecuch zastosowała rozmaite wartościowe środki wyrazu artystycznego, włącznie z wpleceniem zagórzańskiej gwary, formalnie również zdecydowała się na klasyczną powieść z prologiem i epilogiem (nie wiem, które z nich wywołuje większe ciarki na plecach). Najważniejsza w „Mamunie” jest jednak polifoniczność narracji, bo to zawsze wartość dodana każdej książki i dodatkowa gratka dla czytelnika. Tutaj oddanie głosu wszystkim osobom dramatu ma przede wszystkim przemyślany układ, ale przede wszystkim te wszystkie narracje zazębiają się w nostalgiczną, lecz chwilami bardzo brutalną opowieść o niekochaniu, o oddalaniu się od siebie, o obcości pośród pozornie najbliższych osób i o domu, który nigdy nie miał prawa zaistnieć, ale rozpada się bez fajerwerków, kameralnie, stopniowo.

Najciekawsza jest narracja tej, która potem się zmienia, kształtuje swoją świadomość, całkowicie zrywając kontakt z tą poprzednią. Ona jest tutaj najbardziej tajemnicza, jej można najwięcej zarzucić i to ona wywołuje najwięcej czułości w swym niemym cierpieniu. Kobieta z miasta, przed którą widniała kariera akademicka, a przydarzyło jej się co innego: ciąża, ślub i wyjazd do wsi na południu Polski, gdzie Wioletta od samego początku będzie tą inną, dziwną, nieokreśloną, stając się coraz bardziej cieniem siebie. I przechodząc metamorfozę pośród ludowych podań i postaci oraz traumatycznych doświadczeń ciąży, porodu i połogu. Od niej rozpoczyna się opowieść, na niej koncentruje, jednakże Piecuch wie, że najsilniejszy niepokój to ten stworzony już na samym początku. Prolog jest odrobinę metafizyczny, mocno realistyczny i przeraźliwie wieloznaczny, bo osadzony w kręgu tego, czemu się wierzy, co przeraża i przed czym zatrzaskuje się drzwi w obawie przed rodzinną tragedię.

Do takiej tu dochodzi. Po pewnym czasie nie mamy już jasności, kim jest Wioletta spędzająca czas w półśnie na żółtej wersalce, zbierająca zioła, odsuwająca się od męża i nazywająca pierwszą ciążę „karą”. Tak, czuje, że we wsi z dala od cywilizacji znalazła się za karę, że nie jest kobietą, lecz „maszyną produkującą drugiego człowieka”, i że nigdy już nie będzie sobą, bo kolejne porody doprowadzają do coraz bardziej przejmujących metamorfoz, a znikanie tej bohaterki jest i symboliczne, i dosłowne. Tymczasem po pierwszym porodzie Wioletta decyduje się na kolejne. W międzyczasie doświadcza największej traumy niedoszłej matki, a jej mąż ze zdziwieniem stwierdza, że staje się mu obca, oddalona od niego, że tak naprawdę przywiózł na wieś kobietę z krwi i kości, a widzi przed sobą marę, która nie umie już wrócić do rzeczywistości, raczej wchłania ją inna przestrzeń – efemeryczna, tajemnicza, oswajana powoli, lecz konsekwentnie. W końcu Wioletta przestaje być obca we wsi. Staje się kimś, kto będzie kształtował wiejskie wyobrażenia.

Tymczasem on z zapałem oddaje się pracy badawczej, często wyjeżdża, bardziej fascynuje go świat przemian płazów niż to, co dzieje się z jego żoną. Wzajemne odsuwanie się od siebie małżonków jest w „Mamunie” pokazane po mistrzowsku. Kolejne planowane dzieci i następujące po sobie porody to stacje ich wspólnej drogi krzyżowej. W końcu on zwyczajnie i po męsku ma dość. Zdaje się niczego nie rozumieć. A może raczej nie ma kompetencji i możliwości, by zrozumieć, co się dzieje?

Dzieje się mnóstwo, i to w przepięknie odmalowanym świecie przyrody. Natura rządzi tutaj wszystkim, nie tylko mentalnością miejscowych. Jesteśmy w opisanym z najdrobniejszymi detalami świecie, który jakby odciął się od reszty, samostanowi o sobie, choć podlega podstawowym prawom natury, więc mamy i piekielny upał, i siarczysty mróz, ale mamy również dziwne postacie kroczące w błocie, ogólnie wodę w ciekawej symbolice i niepokój oczekiwania na istoty gotowe zniszczyć życie młodym matkom. Tymczasem Wioletta podąża ku autodestrukcji, jednak bierze ze sobą jeńców. I tu zaczyna się prawdziwy dramat pośród momentami sielankowej scenerii natury, która niemal upersonifikowana czeka z zapartym tchem na to, co się wydarzy, gdy Wioletta będzie wydawać na świat kolejną i kolejną córkę.

Jak określić styl debiutantki? Brzmi bardzo mocno jako proza realistyczna, ale szybko się orientujemy, że ten realizm to fasada czegoś zupełnie innego. Nie utoniemy jednak w tej inności – podania, legendy, postacie czy klimat ludowego świata poruszającego się gdzieś na granicy oniryzmu i surrealizmu. Piecuch umie operować proporcjami. To naprawdę świadoma pisarka. Tworząca także zapadające w pamięć frazy takie jak „miękki las”, „wanna wypełniona czasem” czy „drzwi, które płaczą”. Zasadniczo nikt z ludzi tu nie płacze, każdy okopuje się w sobie i usiłuje przetrwać. Zwłaszcza ciekawe są drogi ku temu trzech dziewczynek stających się samodzielnymi kobietami, o których opowieściach nie będę wspominał, bo w nich kryje się najwięcej wyrażonego i niewyrażonego żalu związanego z tym, że jest się dzieckiem odrzuconym, dzieckiem bez wsparcia i dzieckiem zmuszonym do błyskawicznego dojrzewania.

Mamuna” kreśli portret rodziny, której się nie udało. Piecuch sugeruje kilka powodów tej porażki, ale wiele z nich to pytania retoryczne skierowane do czytających. Najmocniej wybija się tu samotność – jej różnorodne obrazy są fascynujące i przejmujące jednocześnie. Samotność z towarzyszącym jej cierpieniem doskonale rozpisana na wiele ról jest jednocześnie leitmotivem, który debiutantka umie potraktować bardzo poważnie. Dlatego „Mamuna” nie jest opasłą księgą, którą mogłaby się stać. Ta krótka książka ma dotknąć najczulszych strun, wzburzyć i wzruszyć, ale absolutnie nie pokazywać w pełni otwartego wnętrza któregokolwiek z bohaterów.

Bliższe stają się nam zioła czy pies niż ludzie, którzy utonęli w bezradności wobec siebie i innych. Enigmatyczność tej prozy polega również na tym, ku jakiemu epilogowi zmierza, lecz przede wszystkim – w jaki sposób to robi. Czyta się to z trwogą i poczuciem, że chciałoby się z tego świata przedstawionego uciec. Kolejne dekady wyzwalają w bohaterach to poczucie. Jednakże wszyscy utkwili w domu, który zamarł. Jest to powieść pokazująca cud dawania życia, a jednocześnie – przekleństwo niekochania tego życia. Napisana od początku do końca ze świadomością, że każda z narracji uzupełni obraz nakreślony czarnymi konturami już na wstępie. Mamuna” to też powieść o strachu i książka, której można się przestraszyć. Znakomita robota. Bardzo mocno trzymam kciuki za to, by Helena Piecuch nie została – jak często niestety bywa – autorką jednej znakomitej książki. Powieści, przy której chwilami brak tchu. I mało jest przestrzeni na to, by go złapać, oderwać się od mroku tej historii.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-05-04

„Szeleścidło” Tomasz Maruszewski

 

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 6 maja 2026

Liczba stron: 234

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 54,90

Tomasz Maruszewski to pisarz mający ogromną dozę empatii wobec ludzkiego cierpienia. Ale nie tego widocznego z zewnątrz, lecz tego trudnego do zauważenia. Maruszewski jest malarzem duszy melancholijnej. Udowodnił to w swoim debiucie „Do końca świata” i mam wrażenie, że zaprezentowaną tam problematykę stara się pogłębić albo nadać jej inny wyraz, inną formę, gdyż to również twórca świadomy języka i mocy, jaką dają sposoby przekształcania go. Chociaż w nowej powieści pojawiają się w symbolicznym znaczeniu tytułowe dźwięki z drugiej książki „Wrzaski”, myślę, że autor powraca do tego, co napisał w debiucie. Inaczej, lecz konsekwentnie. Punktem wyjścia staje się rozpad rodziny, nieobecna matka i relacje ojca z synem. Tym razem to wszystko służy oddaniu innej problematyki, jednak na przykład motyw zabitego psa powraca i przypomina: nie dokończyłem tamtej historii, a właściwie nie opowiedziałem jej tak, jak mogłaby zostać przedstawiona teraz. Obecnie wygląda znakomicie, choć będzie to z pewnością jedna ze smutniejszych polskich powieści tego roku.

Można odnieść wrażenie, że mamy tu do czynienia z freudowską opowieścią o id, ego i superego, jednakże proporcje ich definicji nie tyle przenikają się, ile celowo mieszają. Wiemy, że relacje między tymi strukturami są bardzo dynamiczne. Tu opowieść skonstruowana jest w taki sposób, że siłę nienawiści zabiera ze sobą jedna postać, bezradność melancholii – druga, a tęsknotę za życiem, w którym można dokonywać odkryć jak w kosmosie – trzecia. I wcale nie wymieniłem ich chronologicznie poprawnie. Ważne jest jednak to, że choć ta opowieść rozpisana być może jest na trzy struktury osobowości, to nie ma tu jednak psychoanalizy; nie takiej jak u Freuda. Bo Maruszewski nie chce i nie umie kategoryzować, nie ma na to najmniejszej ochoty i coraz mocniej zaciemnia swoją powieść. Wprowadzając do niej także kolejne dźwięki, a to przecież historia o życiu w oswojonej ciszy. O ciszy, która rozpada się, powodując dezintegrację osobowości. Ile razy jednak cichy świat staje się dużo bardziej opresyjny niż ten, z którego wydobywają się dźwięki i który jest w (pod)świadomości łagodzony tytułowym „szeleścidłem”?

Jedna prawdziwa tragedia – to tragedia człowieka”. Maruszewski opisuje kameralne dramaty, wiedząc doskonale, że bez względu na to, w jaki sposób będzie w nie ingerować otoczenie, wciąż pozostaną takie same. Bo człowiek na zawsze jest taki, jakim stworzyło go otoczenie, to najbliższe. W „Szeleścidle” bliskość jest bardzo daleko, w kosmosie. W świecie, który można poznawać i eksplorować po swojemu. Bez obaw oraz lęków pozostawianych w realnym świecie. Ojciec wręcza synowi teleskop. Jakby chciał go symbolicznie ostrzec, by nie rozglądał się wokół, lecz spoglądał w dal. Nie przyglądał domowi stworzonemu z ciszy, niechęci, wzajemnych oskarżeń, w końcu – z przemocy. Zatem malec ucieka, ale jako dorosły będzie mógł jedynie praktykować tendencje ucieczkowe. Bardzo często z poczuciem, że absolutnie nic w jego życiu się nie zmieni.

Zmiany przychodzą nagle i bardzo się cieszę, że Maruszewski wprowadził tutaj całkiem czytelny i spójnie zamknięty (bo nie o tym jest ta historia) wątek kryminalno-gangsterski albo raczej autoironicznie ten drugi. Dzięki temu odrywamy się od tego, co dość szybko rozumiemy, bo widzimy, jakie udręki przeżywa główny bohater. Łagodny bandyta, prostytutka z dobrym sercem, afera finansowa – wszystko nagle skręca w co najmniej dziwnym kierunku. Trochę to zabawne, trochę zaskakujące. Na pewno zmieniające perspektywę spojrzenia na bohatera, łącznie z tą fizjologiczną (mokre od moczu spodnie, gdy pęcherz nie wytrzymuje napięcia kryzysowej sytuacji). I z pewnością wpływające na zakończenie powieści, za którym stoi coś innego, niż do tej pory powiedziano, pokazano, zasugerowano.

Tomasz Maruszewski pozwala swojemu mężczyźnie płakać. Pozwala mu na wszystkie formy słabości, które model macho wyklucza ze świadomości społecznej. Jego mężczyzna cierpi tak bardzo, że dochodzi do momentów, w których traci świadomość, gdy przerastają go emocje, jakie zabrał z dzieciństwa, a potem w sobie ukonstytuował. Zaczyna rozumieć, że nie każdy lęk ma ten sam powód, nie każda obsesja została właściwie wyjaśniona w jego umyśle. Deficyt matki jest tu świetnym przykładem tego, co wydarzyło się realnie, a co zaczęło się rozwijać w psychice chłopca, który nie rozumie (bo nie musi rozumieć), dlaczego mama go nie kochała, gdyż – co jasne – z tego powodu odeszła.

By zbilansować labilność emocjonalną bohatera, który resztki tego, co można nazwać wolą przetrwania, umieszcza w awangardowych kompozycjach malarskich, Maruszewski we wspomniany wyżej sposób nadaje akcji dynamikę i ukazuje tym samym, że inny świat nie tylko jest możliwy, ale w tym świecie – tak odmiennym od naszego – musimy się natychmiast odnaleźć. Przestać rozmyślać nad sobą, kiedy zaczynają nas absorbować problemy innych. Bo z jednej strony – co widać tutaj wyraźnie – człowiek jest istotą całkowicie osobną w cierpieniu, z drugiej jednak – potrafi zaskakująco szybko dopasować się do relacji z innymi ludźmi, wobec których niechęć wyraża często i dosadnie.

Szeleścidło” najbardziej przejmuje jednak jako opowieść o zgliszczach rodzinnych relacji. Chłopiec pozostawiony sam wobec kosmosu, który niczego nie obiecuje, ale i nie krzywdzi, staje się mężczyzną wrastającym w nienawiść. Jest jej tutaj wiele, lecz wydaje się nieszkodliwa. Ma funkcję deklaratywną, nie sprawczą. Nie tylko za sprawą szeleszczącego talizmanu i tego, w jaki sposób cisza sankcjonuje egzystencjalną pustkę, dzięki czemu można po prostu iść naprzód. Tylko co dla głównego bohatera jest tym poruszaniem się do przodu? Życie, w którym koncentruje się na własnych traumach, a jego twory to obrazy powstałe często z tego, co człowiek porzucił lub wyrzucił? Bycie na marginesie zaczęło się już dużo wcześniej, zanim jako chłopiec otrzymał teleskop. Teraz jego umysł jest czymś na kształt teleskopu. Niemożliwe są transformacje i ucieczki, ale jak najbardziej możliwe przebodźcowanie tym, co powoduje destrukcję umysłu.

Wspomniana na wstępie empatia autora pozwala mu tworzyć powieść wyjątkowo intymną, niuansującą strach. Warto tu zwrócić uwagę na detale, jak rola cienia, użycia żyletki, bezpańskości (psa i człowieka). W tym wszystkim piękna i obezwładniająco smutna muzyka oraz cała masa inspiracji. Maruszewski w zakończeniu świadomie podkreśla, że literatura nie rodzi się bez inspiracji. A z nich wydobywają się asocjacje. I tak emocjonalnie gęsta powieść jak „Szeleścidło”. Nie wiem, dlaczego od teraz będę nosił w kieszeni szeleszczący papierek po cukierku. Nie wiem, czy nie za dużo siebie samego znalazłem w tej powieści. Wiem natomiast, że Maruszewski przełamuje wiele tabu, daje męskości przestrzeń do tego, by była słaba, jest czuły tam, gdzie potrzeba czułości, i bezkompromisowy tam, gdzie koniecznie jest wstrząśnięcie zapadającym się w sobie człowieku. To także książka o uldze – sposobach jej uzyskiwania i wchłonięcia jej w siebie. A wszystko napisane frazą łączącą dosadną realność z delikatnymi jak puch słowny metaforami pozostawania samemu ze sobą.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-04-10

„Dadzieja” Anna Jadowska

 

Wydawca: Wydawnictwo Czarne

Data wydania: 11 marca 2026

Liczba stron: 264

Okładka: twarda

Cena detaliczna: 57,90

Bardzo byłem ciekaw tego, jak reżyserka filmu o dramacie egzystencjalnym kobiety w jesieni życia zobrazowanym w znakomitej „Kobiecie na dachu” sprawdzi się w roli debiutantki literackiej i opowie o zupełnie innym okresie życia – dorastaniu do bycia kobietą. O ile wspomniany obraz filmowy bazuje na kontraście otoczenia z tym, co dzieje się w głowie bohaterki, o tyle w „Dadziei” jedno z drugim tworzy barwną panoramę złożoną ze scen, które mocno zapadają w pamięć. Mamy tu powieść inicjacyjną o dziewczęcości (główna bohaterka) i dziewczyńskości (zadziorna, krnąbrna, pewna siebie i czasem bezlitosna w ocenach siostra bohaterki). Otrzymujemy również pasjonującą opowieść o niuansach życia w cieniu matki, której trudny charakter i jednocześnie silna osobowość na zawsze naznaczają dwie dziewczynki, które cechuje albo uległość, albo wewnętrzny opór wobec rodzicielki.

Narratorka jest szalenie ciekawą postacią. Matka wyznacza, co wolno jej robić, ona sama określa, co wolno jej myśleć. Bohaterka ma bardzo specyficzną wrażliwość. Doświadcza lęków spotęgowanych dodatkowo tajemniczym odejściem jej koleżanki z klasy, której śmierć naznacza wiejską społeczność, stając się często punktem wyjścia do rozmyślań o tym, czym jest życie, skoro śmierć może przyjść tak nagle, w tak zaskakujący i niebywały, a przede wszystkim niesprawiedliwy sposób. Z widmem dramatycznego wydarzenia dorastająca narratorka przemierza własne życie. Opisuje drobiazgowo zdarzenia, które wpłynęły na jej ogląd rzeczywistości. Uczy się żyć w coraz większym niepokoju. Tym większym, im bardziej swobodna i niefrasobliwa staje się jej siostra, która jest praktycznie przeciwieństwem myślenia narratorki – jej nonszalancja, czasem agresja wobec siostry, komentowanie jej wyborów, deprecjonowanie przemyśleń bolą w dwójnasób. A jednocześnie pokazują inną perspektywę. Świat widziany oczyma kogoś, kto nie szuka w nim problemów, lecz pragmatycznych rozwiązań.

„Dadzieja” operuje scenami zdecydowanie filmowymi. Krótkie akty przemocy, których doświadcza bohaterka bezpośrednio i pośrednio, wciąż na nowo podkopują jej wartość samej siebie. Najbardziej przejmują wspomnienia o przemocy seksualnej, która to chłopcom ma pozwalać się dobrze bawić, dziewczęta zaś mają się dostosować, a nie być straumatyzowane. Ale jest też sporo innych scen, w których czas jakby się zatrzymywał. Siarczysty policzek od matki. Wypadek na rowerze. Awantura wywołana zakazanym prezentem od cioci – lakierem do paznokci. W tym wszystkim jeszcze dysfunkcyjna szkoła, która staje się dodatkowym źródłem opresji.

Wydaje się, że osobowość narratorki jest co najmniej tak zawiła i skomplikowana jak opisywana droga nad rzekę. Nie ma tu miejsca na chwilowe nawet poczucie ulgi. Jest ciągłe napięcie poszukiwania – tak jak siostry są ciekawe, kim są ich ojcowie, tak ślad po śmierci rówieśniczki każe zachowywać coraz większy dystans do dorosłych, zwłaszcza mężczyzn. Jadowska opowiada o tym wszystkim w bardzo przystępnym stylu. Całość prezentuje się naprawdę dobrze, ale pojawia się wątpliwość, dokąd to wszystko zmierza i czy autorka chce stworzyć fabułę linearną, stara się wykreować powieść z akcją, czy też jedynie łączy ze sobą asocjacje i w nieco losowy sposób prezentuje jedynie fragmenty opisywanej rzeczywistości, nie jej ramy oraz to, co wewnątrz tych ram znaleźć się powinno. Pisarka asekuruje się trochę na samym początku, pisząc o poczuciu rozsypki myślowej swojej bohaterki. Ale to nie broni chaosu kompozycji książki.

Mimo to czyta się „Dadzieję” z dużym zainteresowaniem, bo jako zbiór scen uzupełnionych przemyśleniami głównej bohaterki jest to książka bardzo dobra, przede wszystkim w portretowaniu wrażliwości wciąż czujnej wobec otoczenia nastolatki, natomiast nie jestem pewien, czy to jest powieść. Można to czytać dalej i nawet dopisanie kolejnych stu stron nie zmieniłoby przekonania, że jesteśmy w jakimś konkretnym świecie przedstawionym, który jest nam pokazywany tylko fragmentarycznie. Rzadko, czasem wręcz nigdy kolejna scena nie wynika z poprzedniej. Jadowska idzie swoim tokiem ujawniania tego, co myśli o sobie i swej wiejskiej codzienności osoba niepozbawiona zdolności uważnej obserwacji. I tak jak nie dawała prostych odpowiedzi w swoim pozornie statycznym filmie „Kobieta na dachu”, tak tutaj tworzy rzeczywistość będącą pozornie rzeczywistością jakiejś sennej wsi, w której dużo się pije, modli, wszyscy się znają, obgadują, każdy rozumie swoją rolę w hierarchii społecznej i tylko te dwie dziewczynki jakoś to wszystko rozbijają na niuanse. A raczej ta młodsza siostra, która dzięki swojej bezkompromisowości prowadzi starszą tam, gdzie ona sama nie miałaby śmiałości się udać.

Wioska to także przestrzeń plotek i opowieści wzbogacanych przez lokalną wyobraźnię. To wszystko dodatkowo transformuje w umyśle tej, która widzi rzeczywistość inaczej, ta rzeczywistość utrudnia jej zasypianie, jest dodatkowo chropowata i bezkompromisowa, gdy bierze się pod uwagę trudne relacje bohaterki z własną matką. Bohaterce jest coraz trudniej. Coraz więcej traci, prawie nic nie zyskując. Dochodzi do wniosku, że niewiele albo nic nie można mieć w życiu na zawsze. Widzimy ją w roli młodziutkiej dziewczyny, ale orientujemy się, że całe to opowiadanie to retrospekcje kobiety już ukształtowanej i wracającej do wspomnień. Tych bolesnych, lecz także tych, które wiązały się z niejasnymi sprawami. Bo narratorka ruszyła w dorosłość pośród tajemnic i niedopowiedzeń – jak śmierć dziewczynki wstrząsająca wioską.

„Dadzieja” to również opowieść o tym, w jaki sposób można buntować się wobec rzeczywistości w języku. To młodsza siostra tworzy neologizmy, by nazywać rzeczy, które główna bohaterka chciałaby widzieć takimi, jakie są. A trudno je widzieć, skoro tak wiele się nie rozumie. I narasta w niej niepokój egzystencjalny. Interpretuje zdarzenia po swojemu. Uznaje, że jej myśli mogą być rzeczywistością. Anna Jadowska proponuje nam bardzo nieoczywisty obraz dojrzewania do samoświadomości, podczas którego internalizuje mnóstwo niepokojących bodźców i trudnych do uniesienia komentarzy dotyczących zachowania. Jest to jednocześnie zbiór bardzo plastycznych i zapadających w pamięć scen, które nie łączą się w całość. Jakby zabrakło pomysłu na to, w jaki sposób poskładać te ciekawie rozpisane elementy i nadać im formę zwartej powieści.

Dadzieja” nie jest powieścią. To trochę notatnik zapamiętywania i pamięci, która deformuje rzeczywistość, a trochę feminizująca historia doświadczania przemocy i budowania pancerza chroniącego przed kolejnymi aktami przemocy, które przychodzą zwykle z męskiego świata. A przecież mężczyźni są tu jakby nieobecni – ci tuż obok często pijani, jakby przezroczyści, będący zagadkami sami w sobie. Ci nieobecni fizycznie stają się punktem odniesienia do rozmaitych dziewczęcych fantazji, bo każda siostra poszukuje ojca, jak poszukuje swojej przynależności i tożsamości. Te drogi zaprezentowano kontrastowo i dlatego książka Jadowskiej jest tak interesująca. Chwilami można odnieść wrażenie, że poczynania i rozmyślania tej młodszej siostry są tu dużo ciekawsze. Ale otrzymujemy coś zupełnie innego. Dobrą jakość literacką, która sprawdza się jednak w obrębie sceny, nie całości opowiadania.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-02-04

„To uczucie ALBO O'Powieść Postwigilijna” Bogusz Hermaniuk

 

Wydawca: Wydawnictwo Offbeat

Data wydania: 14 lutego 2026

Liczba stron: 192 

Oprawa: twarda z obwolutą

Cena det.: 79,50 zł

Tytuł recenzji: Szaleńcza odyseja

Bogusz Hermaniuk stworzył książkę, na jaką mogliby nie odważyć się inni. Być może z tego powodu, że wnikliwa krytyka literacka uznałaby ją za fragmentami kompletnie odrealniony palimpsest, w którym tak naprawdę toczy się rozgrywka o zupełnie niezrozumiałych zasadach. Nawet jeśli śladami między innymi Olgi Tokarczuk. „To uczucie ALBO O'Powieść Postwigilijna” to rzeczywiście gra. Z czytelnikiem? O czytelnika? A może o to, by pokazać, że literatura może być całkiem poważną wariacją albo zupełnie niepoważnym pastiszem? To niewątpliwie narracja autotematyczna. Historia o tym, jak… tworzą się historie, ale jednocześnie w jak niezwykły sposób mogą na nie wpływać inspiracje, dzięki którym ta niewielkich rozmiarów opowieść pęcznieje znaczeniami z każdym kolejnym zdaniem. „Autor umarł. I nie żyje”. Tak brzmi początek. Dalsza część jest wydostającym się z wyobraźni życiem, które zaprzecza temu stwierdzeniu. Nie sposób zliczyć, do ilu dzieł kultury i sztuki nawiązuje autor oraz jak często sięga po Historię, by ją celowo deformować i kształtować dla własnych celów. Pewne jest jedno: albo jest to publikacja, którą czyta się – jak ja to zrobiłem – od razu i z wypiekami na twarzy, co rusz sprawdzając w Wikipedii, w jaki sposób Hermaniuk zabawił się daną postacią czy motywem literackim, albo opowieść wymagająca czytania fragmentarycznego. Bo i fragmentaryczność jest tu bardzo istotna. Nakładające się na siebie, a w zasadzie wypierające jedna drugą historie. Od tropu określanego mianem inwokacji po sugestię, że to może być przypowieść. A ja miałem wrażenie, że tej prozie i eksperymentom twórczym przygląda się uważnie „Dziewczyna z perłą” Vermeera, jej mina to coraz wyraźniejszy uśmiech. Beztroski, lecz także uroczo dziewczęcy. Bo i o kobiecym dojrzewaniu, także do tego, by uśmiechać się, zamiast dziwić, będzie ta niezwykła książka.

Dickens byłby skonsternowany i zagubiony. A może zafrapowany. Zaczyna się zima, zbliżają się święta i zanim to, co opisywane, będzie mieć swój finał w kościele, rozpoczyna się od tego, co może być dla pisarza najbardziej niepokojące. Od zaglądania do szuflad, które kryją w sobie mroczne tajemnice. I skąd wydobędą się historie. Nie jedna po drugiej. Buchnie wszystko, co może wykreować twórcza wyobraźnia. Jako filolog szukałem tam przede wszystkim odniesień literackich, ale autor absolutnie na tym nie poprzestaje, bo tkanką jego opowieści jest mieszanie motywów z szeroko pojętej kultury. Co więcej: kiedy już zorientujemy się, o jaką znaną postać chodzi, Hermaniuk zmienia część jej personaliów. Albo osobowość. Albo sposób, w jaki ona funkcjonuje. Bo najciekawsze jest rozszyfrowanie zasad, na jakich tworzy się opowieść, w której spotkają się Foucault, nereidy, Feliks Dzierżyński i teksty znanych przebojów muzycznych. I wszystko, absolutnie wszystko może się wydarzyć. Dlatego zakończenie dziwi, bo mogłoby prowadzić dalej. Być inspirowane kolejnym elementem wyskakującym z szuflady. Tu postacie dosłownie zjawiają się znikąd przed naszymi oczami i autor z pietyzmem dba o to, by pomieszać ze sobą przede wszystkim chronologię pojawiania się ich na świecie oraz funkcje tego, co napisały lub stworzyły.

Bardzo ważny jest tu styl, a raczej wszystkie naśladowania i zwracanie uwagi na charakterystyczne cechy i manieryzmy, co z kolei zmusza niejako do zrozumienia istoty intertekstualności opowiadania. Bogusz Hermaniuk wykorzystuje w celu stworzenia pastiszu absolutnie wszystko – od wulgaryzmów (choć uważam, że najpopularniejsze polskie słowo zostało tu nadużyte), przez związki frazeologiczne podlegające modyfikacjom, po skomplikowane konstrukcje imiesłowowe, prozaizmy i neologizmy także. To taki manifest mówiący o tym, jak wiele doświadczony czytelnik może doświadczyć jeszcze. Że forma literacka to nieskończona przestrzeń, w której można eksperymentować bez przejmowania się tym, kto uzna to za udane, a kto na przykład porzuci czytanie, bo będzie miał dość.

Ja nie miałem dość. Zwłaszcza gdy autor był autoironiczny, „dyskutował” ze zmianami redakcyjnymi, tworzył charakterystyczne przypisy i sam chwilami stawał się dodatkiem, literackim przypisem do konkretnej historii. Konkretnej? Jest tu miejsce i na konkret, i na chaos. Najprawdopodobniej porządkowany, choć nie wydaje mi się, by Hermaniuk dążył do konsekwencji i precyzji w pisaniu dłuższej formy niczym Proust, który pojawia się tutaj w kilku miejscach i – a jakże! – niespodziewanie wybija nas z toku myślenia o danym fragmencie jako spójnej całości.

Gdy „To uczucie ALBO O'Powieść Postwigilijna” przeniesie nas za wschodnią granicę, twórca postanowi również wykorzystać dialog, bo nie ma środka stylistycznego, którego by tutaj nie użył. Człowiek, który prawie jak u Gombrowicza ma przez dłuższy czas „rajchy na pupie”, potem dumnie kroczy przed siebie w ciżemkach. A na końcu gasi światło. Tak, ta książka może być postrzegana również jako dramat, nad którego przesłaniem panują postacie, a nie twórca. Całość to efekt nieokiełznanej i wciąż chłonnej wyobraźni pisarza – prezentuje jego fantazje, niedowierzania i zachwyty. Tym, czym nadal może być sztuka. Tym, w jaki sposób tak zwana sztuka wysoka łączy się z popkulturą oraz kiczem. I jakie to gargantuiczne, jak przemyślane w hiperbolizacjach! Czyta się Hermaniuka z przejmującym poczuciem, że wyjście od konkretu, by wejść w absurd czy niedomówienie, to nadal domena literata trochę szalonego, nieco charyzmatycznego, na pewno rozpoznawalnego, bo książka ta z pewnością wyróżni się na rynku wydawniczym już za sprawą swej świetnej okładki obrazującej, co znajdziemy w środku. Artystyczny manifest chaosu i chaos artystycznego manifestu.

Ciekawa jest też mnogość ról, w które wchodzi narrator, lecz również jego bohaterowie. To, w jaki sposób łączą się – czasem tylko na chwilę – ich losy i co wynika z tych połączeń, właściwie zderzeń. Hermaniuk przekracza literacki Rubikon swymi stylistycznymi grami, metaforyką i dosłownością, obok której na straży wciąż stoi autoironia. Bo gdy się śmiejemy, moglibyśmy płakać. Kiedy pisarz tworzy sytuacje tragiczne, zawsze znajduje z nich wyjście. Wyjść i wejść jest mnóstwo. A wszystko zaczyna się od wspomnianych szuflad, skąd wydobywa się dosłownie wszystko. I wówczas słowo nabiera wartości oraz bywa perłą, którą można uczynić jeszcze bardziej piękną, wyraźną, lśniącą.

Wszystko może się wydarzyć. Albo wszystko może się napisać. Tak jak Scylla i Charybda stają się cyckami, tak na przykład znany aktor otrzyma nowy życiorys tylko dzięki zmianie imienia. Jest też przepełniona humorem opowieść o irlandzkim duchownym i ogólnie mnóstwo komizmu sytuacyjnego oraz słownego. Można się zaczytać ze zdumieniem. Albo zatrzymywać się co chwilę, zastanawiając nad tym, jak sprytnym hochsztaplerem potrafi być Bogusz Hermaniuk. Sprawdzać w źródłach, czy nie kłamie – a przekłamuje często, świadomie i z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru. Literatura nie musi być śmiertelnie poważna. Może być trochę jak plac zabaw. Tylko trzeba zabrać odpowiednie przedmioty, by z nietuzinkowego dzieła nie uczynić zwykłej piaskownicy. Autor dobrał środki celowo, świadomie i merytorycznie. Brawa za odwagę pokazania, że w literaturze bardzo, ale to bardzo liczy się twórca i jego wyobraźnia.

---

Jeśli podoba Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ