Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowa żywność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowa żywność. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 marca 2014

Krecia robota i mleczko od krowy

        Od dwóch dni doprowadzam do porządku nasz sad, w którym krety zrobiły makietę Himalajów. Trzeba te wszystkie górki rozgrabić i to zanim trawa zacznie rosnąć. Wcześniej były zamarznięte, ale teraz już zmiękły i dają się splantować grabiami. Co ciekawe są tylko w części sadu, druga część jest prawie od nich wolna. Co jeszcze dziwniejsze - ta wolna od kretowisk część ma o wiele lepszą ziemię. Granica przebiega prawie dokładnie wzdłuż ścieżki prowadzącej nad staw i sznurka, wyznaczjącego pastwisko dla owiec. Tam, gdzie pasą się częściej, kretów nie ma. Takie to filozoficzne rozważania o kreciej naturze prowadziłam nad grabiami.
      Nic więcej nie mogę w tej chwili robić - zimno, przejmujący wiatr, rano biały szron. Ani kwitnące przebiśniegi i pierwsze krokusy, ani żurawie pasące się na polach tego nie zmienią. Jak mówi nasz sąsiad: "Jeszcze wiosną nie pachnie..."
      Dzięki mojej uroczej sąsiadce Gosi, właścicielce przemiłego pensjonatu "Leśny Dworek", a mojej koleżance, poznałam w końcu w sąsiedniej wsi ludzi, od których mogę kupić wspaniałe mleko prosto od krowy, śmietanę taką, że nożem można ją kroić i pyszne serki. Bo miałam dylemat: mieszkając wśród krowich potentatów (po 30-40 krów) nie miałam skąd brać dobrego mleka. Dlaczego? Po pierwsze - podpisują z mleczarnią jakiś kontrakt, że nikomu nie będą sprzedawać. Po drugie - karmią krowy śmierdzącą sianokiszonką i mleko jedzie jak nie wiadomo co. Po trzecie - od razu dodają coś do tego mleka, żeby nie kisło i nie można go na zsiadłe nastawić. Po czwarte - dojarki myją mocno agresywnymi środkami chemicznymi i mam wrażenie, że nawet mimo płukania, czuć te środki w ich mleku. Czyli byliśmy podobni do rozbitków na oceanie, którzy mają pełno wody wkoło, a napić się nie mogą. A teraz znaleźliśmy przemiłych gospodarzy, co mają tylko dwie krówki i doją je dla siebie, a karmią sianem, marchewką i osypką. Mniam, jakie pyszne to wszystko, co od nich mam... Szkoda, że nie mogę Was poczęstować....
     A w Leśnym Dworku przed Wielkanocą odbędzie się staż pieczenia chleba, robienia serów podpuszczkowych i przygotowywania tradycyjnych potraw wielkanocnych. Oczywiście tam będę, dawno już chciałam nauczyć się robić sery podpuszczkowe. Jeśli ktoś jest zainteresowany, to można skontaktować się z Gosią pod tel. 512 479 870 lub Joanną (organizatorka warsztatów) 505 061 237.

sobota, 25 stycznia 2014

Mózg w brzuchu

         Tak się jakoś składa, że ostatnio coraz więcej rzeczy, o których się dowiaduję (chodzi głównie o odkrycia naukowe i badania), wiąże się z moim sposobem na życie, czyli uprawianiem zdrowej żywności.
         Polskiej telewizji nie oglądam w ogóle i nie czuję jej braku, natomiast mój mąż ogląda telewizję francuską, zwłaszcza kanał "Arte", na którym są bardzo ciekawe reportaże. Także i ja się czasem załapię na coś interesującego.
         Wczoraj był bardzo ciekawy reportaż o tym, jak odkryto, że nasz mózg ma swoją wcale niebagatelną filię w naszym brzuchu, a dokładniej mówiąc - w jelitach. Istnieją tam identyczne, jak w mózgu, zwoje nerwowe, które posługują się takimi samymi neuroprzekaźnikami (głównie serotoniną) oraz mają liczne powiązania z mózgiem w głowie.
       Pomijając cały skomplikowany wywód - jest tak, że od zadowolenia tego "brzusznego mózgu" zależy nie tylko nasze zdrowie, ale też ogólne samopoczucie, a nawet charakter.
       Z kolei "mózg brzuszny" jest zadowolony wtedy, kiedy bakterie symbiotyczne, żyjące w naszych jelitach, są zadowolone. A bakterie są zadowolone, kiedy odżywiamy się zdrowo i ekologicznie. Czyli kiedy mamy dostęp do dużej ilości zdrowych i świeżych warzyw i owoców, czyli najlepiej kiedy mamy swój ogród. Co było do udowodnienia, hi hi hi.
       Według badań bardzo poważnych naukowców złe odżywianie odpowiedzialne jest za dużą ilość nerwic lękowych, depresji, zniechęceń i ogólnego "rozbicia". Pokazano nam dwie myszki z tego samego miotu. Obie były traktowane tak samo, żyły w takich samych warunkach, tylko jedna była żywiona zdrowym, ekologicznym jedzeniem (ziarna, warzywa i owoce), a druga śmieciowym jedzeniem wysokoprzetworzonym i nafaszerowanym chemią.. Ta od zdrowego jedzenia, wypuszczona na wybieg, interesowała się wszystkim, rozglądała, wręcz zaczepiała ludzi. Ta od śmieciowego jedzenia uciekła do kryjówki i nie chciała z niej wyjść. Eksperyment prawdopodobnie był powtarzany setki, jeśli nie tysiące razy i za każdym razem wyniki są podobne. Daje do myślenia, prawda?
         Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że powrót do ziemi, do uprawy własnej żywności, jest dla nas jedynym ratunkiem i gwarantem zdrowia nie tylko fizycznego, ale też psychicznego oraz po prostu szczęścia. Jeszcze nigdy jakieś lekarstwo nie było tak wszechstronne, jak uprawa własnego ogrodu! Bo to i ruch na świeżym powietrzu, którego nam brakuje, i zdrowe jedzenie, żeby nasz mózg brzuszny był zadowolony, i aromatoterapia, i więzy rodzinne....
         A co mają robić ludzie mieszkający w blokach? Tutaj także są sposoby - istnieją przecież działki, można też zaprzyjaźnić się z kimś, kto ma dużo ziemi i nie daje rady jej uprawiać, można w końcu wejść w kontakt z ogrodnikami takimi, jak my, gdzie za pomoc w ogrodzie można wyjechać z koszem warzyw i owoców. W końcu można kupić bezpośrednio od rolnika, do którego mamy zaufanie. Może mieć certyfikat ekologiczny lub nie (wielu o to się nie stara ze względu na koszty), ważne, jak są uprawiane rośliny.
        Kiedy byłam dzieckiem, działki pracownicze służyły głównie do uprawy żywności. Po powrocie do Polski przeżyłam szok, widząc, że prawie nikt nie uprawia już warzyw, tylko ogródki dekoracyjne. Teraz na szczęście ludzie wracają do warzyw i owoców, a ogrody nic nie straciły na urodzie.
       Niedługo wiosna. Czas więc chwycić za motyki i wygospodarować choćby kilka grządek ze zdrowymi warzywami na dobry początek.