Pokazywanie postów oznaczonych etykietą siew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą siew. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 lipca 2014

Kapryśny szpinak i inne letnie siewy

      Jakoś tak jest, że nigdy nie udaje mi się mieć szpinaku z wiosennych siewów, rośnie marnie i prawie od razu wybija w kwiaty. Mimo to z uporem maniaka co wiosny wysiewam go trochę, bo może w tym roku będzie lepiej? Niestety, ciepło pozwalające na siew przychodzi u nas zbyt późno, kiedy już dni są długie, a szpinaczek, jako roślina długiego dnia, posłuszny swojej naturze, od razu daje w kwiaty. Taka jego uroda i muszę się do tego przyzwyczaić.
      Za to mam przepiękne szpinaki z siewu letniego i jesiennego. Ten pierwszy daje plony jesienią, ten drugi kiełkuje jesienią i wczesną wiosną rośnie jak szalony. Dlatego zachęcam Was do wysiewania pierwszej partii szpinaku pod koniec lipca, następnej we wrześniu lub nawet październiku. W zeszłym roku wysiane w lipcu rosły u mnie tak bujnie, że miałam wiadro liści z jednego tylko krzaczka.
      Nawet jeśli ktoś zniechęcił się wiosennym niepowodzeniem, to radzę spróbować. Więcej jest szans, że się uda. Tym bardziej, że po zebraniu wczesnych warzyw zostają nam miejsca na grządkach, które można w ten sposób zagospodarować. No i szpinak jest rośliną, która jest dobrym lub neutralnym sąsiedztwem dla prawie wszystkich warzyw.
    Ąby były piękne i bujne, potrzebują dobrej, bogatej ziemi. Najlepsze są zeszłoroczne wały albo grządki użyźnione sporą dawką dobrze dojrzałego kompostu. Szpinak jest też jedną z roślin wrażliwych na odpowiednie dni siewu. Oczywiście, należy go siać w dniach liścia! Wysiany w dzień kwiatu z łatwością wybija w pędy kwiatowe. W tym miesiącu sprzyjające dni to 24, 25 i 26 (do godz.16). Te same dni są też dobre do wysiewu sałaty.
    Można też wysiać rzodkiewkę, rzepę i późne buraczki w dniach: 29,30 i 31 (do godz.17). Takie buraczki dobrze nadają się do przechowywania albo do kwaszenia, są niewielkie, ale mają skoncentrowany sok i wiele witamin.
     Jeśli ktoś lubi zielony groszek, to też można spróbować letniego siewu w dniach: 26 (po godz.17), 27 oraz 28 po południu (ranem nie należy pracować w ogrodzie). Nie zawsze się udaje, ale jeśli już się uda, to są to delicje.

czwartek, 15 maja 2014

Sieję od wiosny po zimę

      Pomału wiosenne pastele ustępują miejsca soczystym, nasyconym barwom. Ogród dzielnie leczy rany zadane silnym przymrozkiem. Najbardziej żal mi paproci, orzecha włoskiego, młodych jesionów i dębów. No i zawiązków śliwek i czereśni... Oraz trochę moich sadzonek pomidorów, które już zastąpiłam kupnymi. Pierwszy raz przemarzły mi sadzonki w folii, tylko dwie zostały, na pociechę.
      Kończę siew roślin ciepłolubnych, jak dynie, ogórki, kukurydza i fasola. Jednak u mnie czas siewu nigdy się nie kończy. Jeśli ktoś nie zdążył zagospodarować ogrodu, to bez paniki. Można siać i w czerwcu i w lipcu i nawet jesienią.
     Pisałam już, że fasolkę szparagową wysiewam w kilku rzutach. Podobnie postępuję z rzodkiewką i sałatą, z tym, że w czerwcu sieję odmiany letnie - sałatę "fryzowaną" i na młode listki oraz rzodkiew czarną i białą. Można też kilkakrotnie siać rzepkę. W czerwcu można też wysiać marchewki i buraczki na późny zbiór, nawet kapustę wczesną można jeszcze wysadzać.
    U roślin warzywnych słowo "wczesna" nie znaczy, że należy je siać wcześnie (choć można i tak się robi), ale że okres od siewu do zbiorów jest krótki.
    W sierpniu wysiewam szpinak na jesienny zbiór. Nie zawsze udaje się idealnie, ale jak już się uda, to jest wiadro liści z jednej rośliny. W sierpniu też przesadza się truskawki.
      Szpinak sieję też we wrześniu a nawet w październiku, na wczesnowiosenne zbiory. Wykiełkuje, przezimuje pod śniegiem i szybko rośnie wiosną. Podobnie można postępować z marchewką i sałatą. U mnie zawsze jakaś nie zebrana w czas sałata wyrasta w pędy kwiatowe. Pozwalam jej na to, bo takie nasiona kiełkują potem w różnych miejscach, dając smaczne roślinki już od wiosny.
     Późną jesienią sadzę czosnek na zbiór w przyszłym roku.

    Na pustych zagonkach warto też siać zielone nawozy: facelię, gorczycę i grykę. Kiedy zakwitną, wyglądają pięknie i przywabiają pszczoły. Grykę można nawet zebrać na ziarno.

   

czwartek, 8 maja 2014

Traktat o sadzeniu fasoli

       Akurat jest dobry czas na sadzenie fasoli. Dlaczego tak późno? Bo to roślina wybitnie ciepłolubna. Nie lubi też przesadzania, więc raczej nie podhodujemy jej w doniczkach. Jeśli chcę przyspieszyć zbiory, to sieję kilka krzaczków fasolki karłowatej w tunelu, między pomidorami.
      No właśnie - fasola dzieli się na karłowatą i pnącą, poza tym na szparagową (gdzie jemy młode strączki) oraz na taką na suche ziarno. We Francjo odróżnia się jeszcze fasolkę flageolets, gdzie je się młodziutkie, niezupełnie dojrzałe ziarna (to specjalna odmiana, ale ja tak robię z młodymi ziarnami Pięknego Jasia i też są smaczne). Istnieją też fasolki omnibusy, które w młodości je się jako szparagowe, a starsze strąki suszy na ziarno. Zauważyłam, że w zasadzie wszystkie fasolki szparagowe mają ziarna dobre też "na sucho".
     Każdy rodzaj ma swoich zwolenników. Ja lubię wszystkie, ale mam słabość do fasolki pnącej Blauhilda. Odkąd Agniecha przysłała mi trochę ziaren, polubiłam jej fioletowe strąki i ozdobne, różowo-fioletowe kwiaty i staram się sadzić je co roku.
     FASOLA SZPARAGOWA - dzielę ją na trzy porcje i wysiewam co 3-4 tygodnie. W ten sposób mam świeżą aż do przymrozków. Ziarna wysiane latem potrzebują podlewania. Sieję po kilka krzaków na brzegach zagonów, żeby łatwo było zbierać
     FASOLA PNĄCA - sieję ją raz, teraz właśnie. Ponieważ potrzebuje ona podpór, trzeba przewidzieć sporo miejsca. Uważam, że pojedyncze tyczki są niepraktyczne, bo albo fasola się z nich zsuwa, albo wiatr je przewraca. A u nas potrafi wiać, oj potrafi. dlatego ustawiam najczęściej tyczki w formie tipi, zagłębione w ziemię i związane tak na 2/3 wysokości. Można też budować rozmaite struktury w formie igloo lub namiotu (drąg położony na dwóch solidnie wkopanych słupach, a o niego oparte ukośne tyczki). Widziałam też taką strukturę z wysokiego drąga, koła od roweru i mocnych sznurków:
Wybaczcie jakość rysunku, ale chyba wiadomo, o co chodzi. Sznury są przytwierdzone do ziemi kołeczkami, mogą być "śledzie" od namiotu.
Ważne jest, aby struktura była dostatecznie wysoka, bo u mnie fasola potrafi wyrosnąć nawet do 5 metrów. Najczęściej jednak 3 metry wystarczą.
Uwaga: sznurek musi być dość gruby i nie śliski, taki od snopowiązałek się nie nadaje, chyba że spleciony w warkocz. Można też po prostu zwinąć sznurki z gałganków, ale dość mocnych. Wtedy po prostu można je spalić jesienią.





Teraz siew. Fasolę siejemy płytko, bo inaczej nie chce wschodzić. Ot, tak tylko przykrytą lekko ziemią, najlepiej kompostową, bo przez twarde gleby przebija się z trudem. Mówi się, że posiana fasola musi widzieć, jak ogrodnik się oddala.
      No to lecę siać! Dostałam właśnie nasiona czarnej fasolki, nowość dla mnie. Zobaczymy, jak wyrośnie.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Umiar i rozsądek

         Do umiaru i rozsądku można dodać jeszcze cierpliwość... Wszystkie te cechy potrzebne są i przydatne w ogrodzie. Ja sobie często powtarzam: "Człowieku, nie daj się zwariować!" oraz "Pośpiech jest wskazany tylko przy łapaniu pcheł".
        Zaczyna się od siewów na oknach - nie ma co szarżować z ilością (chyba, że ktoś ma już wprawę i wie dobrze, co zrobi z nadliczbowymi sadzonkami). Maleńkie nasiona stają się dość szybko sporymi roślinkami, które pragną miejsca i światła. Lepiej mieć kilka tylko, a zadbanych, niż wiele byle jakich. Trzeba też liczyć się z tym, ile jesteśmy w stanie zjeść. O ile pomidory da się zagospodarować prawie w każdej ilości, o tyle gorzej np. z kalarepką. Zawsze kilka brakujących sadzonek można dokupić. Umiar należy też stosować w żyzności ziemi. Niemieccy biodynamicy wręcz polecają, żeby ziemia do sadzonek nie była zbyt żyzna, taka umiarkowana. Wtedy sadzonki są może mniejsze, ale mają dobrze rozbudowane korzenie i są zahartowane. Kiedy przesadzimy je na żyzną ziemię na zagonach, to szybko czują się jak w raju i rosną na potęgę. Natomiast te, które miały bardzo żyzną ziemię w doniczkach, są leniwe i przypominają rozpieszczone, wydelikacone dzieci. Trudno dają sobie radę na zagonach, nie chcą szukać pożywienia w głębi ziemi, chorują i marnie się rozwijają.
        Przy siewie do gruntu potrzebna jest przede wszystkim cierpliwość. Często mamy ochotę siać przy pierwszych cieplejszych dniach. Tymczasem ziemia musi ogrzać się i osuszyć. W zimnej ziemi nasiona kiełkują powoli, często gniją. W ciepłej - kiełkują szybko i już po paru tygodniach nie widać różnicy między tymi wysianymi wcześnie, a tymi później. A późne wschody są lepsze. Temperaturą graniczną ziemi (ziemi, nie powietrza) jest +15 stopni. Poniżej nie warto siać, chyba że rzodkiewkę, która ma małe wymagania w tej dziedzinie.
      Jeśli chcemy przyspieszyć moment siewu, ten najbardziej doniosły i wzruszający moment w życiu ogrodnika, to można postawić na wybranych grządkach mini-tuneliki (koniecznie otwarte na bokach dla wietrzenia) lub przykryć ziemię ciemną agrowłókniną. Wszelkie folie i inne takie, które nie przepuszczają powietrza i pary wodnej są do odrzucenia - więcej z nich szkody, niż pożytku.
       Na wałach oraz w skrzyniach podniesionych grządek ziemia nagrzewa się szybciej, stąd ich rola w przyspieszaniu siewów.

     Rozsądek i czujność przydają się zawsze, bo w przyrodzie nie ma rzeczy "jedynie słusznych". Na przykład tak fajna rzecz, jak ściółka - w przypadku bardzo wilgotnego lata spleśniała i gnijąca ściółka może być źródłem chorób, a nie pomocą. Są też rośliny, które nie lubią ściółkowania, jak np. marchew i cebula. Nie lubią też niedojrzałego kompostu.

    Kompost. Do niego to trzeba mieć cierpliwość! Po pierwsze dlatego, że niedojrzały kompost zakwasza ziemię, dopiero w pełni dojrzały zmienia się w słodką próchnicę. Jest tez najlepszym, zrównoważonym nawozem.

     A właśnie w nawożeniu należy najbardziej zachować umiar i rozsądek. Rośliny przenawożone, zwłaszcza azotem, mogą być tak samo szkodliwe, jak te pędzone chemią! Azotyny i azotany odkładają się w tych pięknych, rozbuchanych warzywach i szkodzą nam! Precz z guanem i płynnym obornikiem! Można czasem (raz na 10 dni) zasilić rośliny mocno rozcieńczoną gnojówką z pokrzyw (najlepiej z dodatkiem żywokostu) lub gnojówką z obornika krowiego. Dawka to 1:15 (czyli litr gnojówki na 15 litrów wody). Kuro Neko pięknie to opisała na swoim blogu, kiedy ryż z plantacji ekologicznych, ale intensywnie nawożony azotem, zalany wodą, zgnił nawet szybciej, niż ten z rolnictwa tradycyjnego, chemicznego. Natomiast ryż uprawiany naturalnie, bez uderzeniowych dawek nawozów, zamienił się w ocet i miał przyjemny zapach. Nie chodzi nam o wyhodowanie rekordowo wielkich warzyw, ale warzyw zdrowych.

     Zdrowe warzywa mogą być dosyć bujne, ale w granicach rozsądku. Nie psują się zbyt łatwo, nie zawierają szkodliwych azotanów.

     Podobnie umiar i rozsądek potrzebny jest w naszym stosunku do "szkodników" i chorób. Dopóki ich ilość jest niewielka i nie zagraża życiu rośliny, to są czymś naturalnym. Zmasowany atak szkodników świadczy zaś o jakiejś nieprawidłowości. Lepiej wytropić i usunąć przyczynę, niż rzucać się na ogród z całym arsenałem środków, choćby biologicznych. Jeśli ziemia jest zdrowa, a równowaga zachowana, to natura sama sobie poradzi. Pamiętam, jak kiedyś mszyce opanowały młode sadzonki karczocha. Normalnie atak zmasowany. Miałam przygotowaną gnojówkę z pokrzyw i czarne mydło, ale najpierw przez 2 dni był deszcz, potem musiałam na 2 dni wyjechać i nie mogłam przeprowadzić oprysków. Na piąty dzień lecę do sadzonek, a one są aż czerwone od biedronek i zielone od złotooków i ich larw (dorosłe złotooki żywią się czym innym, tylko larwy są mszycożerne). I tak mój ogród poradził sobie sam, bez mojej interwencji.

       Zachowuję też umiar, rozsądek i zdrową nieufność do wszystkich nowinek. Nawet tych, okrzykniętych cudownymi. Nie ufam tak do końca EM-om, bo nie wiem dokładnie, jaka jest ta mieszanka, co w niej się znajduje i na ile jest ona zgodna z organizmami naturalnymi, żyjącymi w naszej glebie. Mikroorganizmy glebowe są różne, zależy to od stref klimatycznych, od rodzaju gleby itp. Ich różnorodność jest nieskończona. Jak więc mikroorganizmy wyhodowane w Azji mogą być odpowiednie do naszych gleb? Podobnie jest z florą bakteryjną w przewodzie pokarmowym. U każdego jest ona inna. Kto mi zaręczy, że wprowadzając nieznane mi mikroorganizmy, nie wprowadzam konia trojańskiego?

    Natomiast wierzę w potęgę ziół i prostych środków, takich jak ocet owocowy, szare mydło, popiół. Znam przepisy na całą masę naparów i gnojówek, ale prawdę powiedziawszy robię tylko i jedynie gnojówkę z pokrzywy i żywokostu, którą czasem wzmacniam rośliny. Wolę zapobiegać, niż leczyć. A zioła sadzę wszędzie - na obrzeżach warzywnika, między roślinami na grządkach. Nadmiar ściętych ziół używam do ściółkowania. Takie podejście pozwala mi zaoszczędzić sporo pracy i nerwów, pozwala też na twórcze przemyślenia o tym, co zrobić, by plony były jak najzdrowsze.
Pomidory boją się zimnych nocy - więc uprawiam je pod osłonami, ziemniaki mają skłonność do zarazy - więc uprawiam je na wzniesionych grzędach, gdzie szybko schną i mają ciepło oraz unikam wielkich pól obsadzonych tą samą rośliną (z wyjątkiem truskawek). Kiedy coś nie chce mi rosnąc w jakimś miejscu, to staram się zrozumieć, dlaczego i zamiast na siłę podtrzymywać roślinę tam, gdzie jej się nie podoba - szukam jej miejsca bardziej odpowiedniego.
    Dużo pogody ducha i cierpliwości Wam życzę!

czwartek, 30 stycznia 2014

A to feler - westchnął seler

         Felerem jest wiatr, wiatrzysko, dujawica i jak to tam jeszcze zwał. Nie daje nam spokoju od przeszło 2 tygodni.


Tak to wygląda u nas... Wciska się wszędzie, hula po domu i ziębi o wiele bardziej, niż niewielki w końcu mróz (dziś - 16 stopni). Mamy tylko jeden piec z prawdziwego zdarzenia, jest wydajny ( 3 godziny palenia na 24 grzania), ale nie wystarczy na ogrzanie całego domu w tych warunkach. Dwa inne paleniska to kuchnia kaflowa i skandynawski żeleźniak. Oba dobrze grzeją, ale tylko wtedy, kiedy się w nich pali. Jeśli tylko ogień zgaśnie, to ten p... wiatr wciska się kominem i piecyk zieje mrozem. Dziś zamarzła nam woda w rurach, w miejscu, gdzie odchodzą połączenia na strych. W domu jest 12 stopni i coraz trudniej go ogrzać, nawet przy wszystkich paleniskach działających. Na szczęście powoli temperatura w domu się podnosi, choć opał znika w trybie niepokojącym.
        Sam mróz, nawet większy, nie byłby nam straszny, gdyby nie ten wiatr! A na dodatek temperatura na dworze, zamiast rosnąć - spada. W tej chwili przekroczyła już -17.

        No i z tego powodu nie mogę posiać selera, choć czas już po temu. A nie mogę, bo seler do kiełkowania potrzebuje stałej temperatury około 20 stopni.
        W ogóle to dość duże wymagania ma ten seler, bo po pierwsze - nasion nie należy przykrywać ziemią, tylko ugnieść. Światło potrzebne im jest do kiełkowania. Po drugie spryskiwać trzeba go wodą delikatnie, tak, żeby nie było za dużo (bo gnije) ani za mało (bo obumiera). Po trzecie - ta temperatura dość wysoka, no nie musi być stale 20 stopni, przekonałam się, ale tak średnio to powinno. Mimo to kiełkuje nierówno, taka jego uroda. Na dokładkę trzeba go przepikowywać, bo nasionka są super drobne, a roślina rośnie szybko, kiedy już wykiełkuje.
         Za to jaka satysfakcja, kiedy uda się mieć własne flance!
         Ja robię to tak: sieję w wilgotnej ziemi w niewielkim pojemniku (może być po pieczarkach), ugniatam leciutko nasiona drewnianym klockiem, przykrywam luźno drugim takim pojemnikiem i stawiam przy piecu. Nie na piecu, bo za gorąco, ale obok. Podlewam pryskając delikatnie zraszaczem kilka razy dziennie. I znowu - nie przelać, bo dostanie "czarnej nóżki", używać letniej, odstałej wody, żeby szoku z zimna nie dostał itp.)
       Teraz trzeba cierpliwie czekać, bo jaśnie seler się nie spieszy. Czasem miną nawet 3 tygodnie, zanim wystawi kiełki z ziemi.
       Kiedy nasionka skiełkują, przenoszę je na widne okno w najcieplejszym pomieszczeniu. Potem pozostaje jeszcze przepikowanie. Czasem je robię, czasem nie - zależy to od gęstości wschodów.
      Mimo tych wszystkich komplikacji lubię siać to warzywko, czuję wtedy, że wiosna zbliża się coraz bardziej, choć za oknem zima. No i satysfakcja jest niesamowita, kiedy się uda.
      A jak już ziemia się ogrzeje - seler idzie na wały w towarzystwie pora i kapusty. Można go także posadzić przy pomidorach. Zawsze w bardzo bogatej glebie, bo żarłoczny jest. Za to jak już wyrośnie, to jest wspaniały, aromatyczny i łagodny. Uwielbiam go jeść na surowo, podobnie jak wszystkie własne warzywa.
      Jedna uwaga: jeśli nie macie własnego kompostu zachomikowanego gdzieś do robienia rozsady i musicie kupować, to zwracajcie dobrze uwagę na to, co kupujecie. Ziemia kompostowa, sprzedawana w workach, często jest robiona na bazie miejskich ścieków przy oczyszczalniach, zwłaszcza ta najtańsza. Śmierdzi potem niesamowicie, o zawartości różnych świństw już nie mówiąc.
        A teraz lecę się grzać do innego pomieszczenia, bo komputer stoi w najzimniejszym miejscu!

sobota, 16 listopada 2013

Samosiejki

        Istnieją rośliny, które raz wysiane w ogrodzie przez lata wysiewają się same, jeśli tylko pozwoli im się zakwitnąć i wydać ziarna. W naszym ogrodzie jest cała plejada ziół i warzyw, które tak "wędrują" z roku na rok.
       Pierwsza jest sałata - umyślnie zostawiam wyrośnięte pędy, żeby się rozsiały. Potem młode sałaty wyrastają wiosną w nieprawdopodobnych miejscach - kiedyś miałam kolekcję pięknych flanców na drodze dojazdowej! Często różne odmiany sałaty mieszają się ze sobą, tworząc nowe hybrydy, bardzo ciekawe z wyglądu i smaku. Pojawiają się też wcześniej, niż te wysiane z ziaren, już na przedwiośniu, czasem jesienią. Z roślin sałatowych podobnie rozsiewają się rukola i roszponka. Rukola, wysiana wczesną wiosną, dała już w tej chwili trzecie pokolenie, którego listki ciągle zbieram - nie boją się przymrozków. Czasem znajduję też dorodne rośliny roszponki między cebulą czy truskawkami.
      Wszystkim znany jest koper - gdyby mu pozwolić rosnąć, gdzie chce, wkrótce zdominował by cały warzywnik. Fajne to jest, bo zawędrował nawet do tunelu, gdzie już w marcu-kwietniu zbieram młode listki. Z tym koprem to dziwna sprawa - chodzi o jego stosunek do marchewki. Otóż młody koperek pomaga jej rosnąć, jest dobrym sąsiedztwem, a kiedy zaczyna kwitnąć, zmienia się we wroga i hamuje wzrost jej korzeni. Kiedyś nie pamiętałam o tym, zostawiłam koper na grządce z marchwią i cebulą, i dziwiłam się, że mam takie rachityczne marchewki mimo bardzo dobrej ziemi.
    Szpinak nowozelandzki i pomidorki koktajlowe też wyrastają, gdzie się da. Pomidorki mają w naszym klimacie przechlapane - rzadko udaje im się wydać owoce poza tunelem.
    Posiałam też kiedyś kilka ziół, które dobrze wpływają na wzrost i smak warzyw, a przy tym przydają się w domu - nagietek, rumianek lekarski, ogórecznik, żywokost. Wszystkie one rosną jak szalone. W tej chwili nie muszę przykrywać kilku zagonów na zimę - są porośnięte gęsto rumiankiem. Wiosną większość pójdzie na kompost, a w tym miejscu posadzę kapustne. Ogórecznik wprawdzie niektórzy stosują zamiast ogórków (liście), ale ja ich nie lubię. Natomiast kwiaty - to co innego. Mają smak podobny do owoców morza, a poza tym dodają koloru i właściwości leczniczych każdej sałatce. Żywokost jest bogaty w potas, dobry na kompost i do ściółkowania, a z jego korzeni robię lecznicze maści.
       Spomiędzy warzyw wychylają się wiosną pędy słoneczników. To ptaki rozniosły ziarna po całym ogrodzie. Ziarna cienkiego szczypiorku, tego kwitnącego fioletowo, roznoszą mrówki.
       Czasem, z części ozdobnej, zawędrują do warzywnika kwiaty: powój, smagliczka, petunia, nasturcje, kosmos. Jeśli nie przeszkadzają, to pozwalam im rosnąć. Dodają koloru i zapachu, zwabiają pożyteczne owady.
        Na zabój rozsiewają się też szparagi. Z nimi wręcz trzeba walczyć, bo rosną jak las. A co do lasu - często znajduję młode siewki drzew, które w pulchnej ziemi znalazły dobre miejsce do wyrośnięcia. Takie drzewka przesadzamy ostrożnie w inne miejsce. Mam już całkiem spory lasek z tych samosiejek. Najdziwniejszą samosiejkę znalazłam kiedyś przy kopaniu ziemniaków. Patrzymy z mężem, a tu malutka cytryna rośnie między ziemniakami. W tej chwili to spore drzewko, które hodujemy w donicy, na lato wynosimy do ogrodu, a zimą przechowujemy w domu.
      Lubię takie roślinki-niespodzianki. Jeśli tylko nie przeszkadzają, pozwalam im rosnąć. Często są zdrowsze i ładniejsze od tych wysianych czy wysadzonych umyślnie. W tym roku zauważyłam, że kilka ziemniaków, które wyrosły same z zapomnianych bulw, między innymi warzywami, było pozbawionych stonki i nie zapadło na zarazę ziemniaka aż do jesieni.
      Pomyślałam więc o stworzeniu na części warzywnika takiego artystycznego bałaganu, gdzie rośliny pomieszane ze sobą będą tworzyć dżunglę. Wprawdzie od początku stosuję sadzenie roślin sprzyjających sobie w zestawach, ale najczęściej są to jednak rzędy czy grządki. W przyszłym roku spróbuję je pomieszać jak w złym śnie "porządnego" ogrodnika. Zobaczymy, co to da .