Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kompost. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kompost. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 czerwca 2021

Zasilanie roślin


       Po chłodnym, mokrym maju przyszły upały i moje rośliny rosą na potęgę, prawie w oczach. Te, które powschodziły i trwały w takim stanie maluchów, zaczęły piąć się w górę. Jak zwykle w różnych miejscach warzywnika różnie rosną. Czasem na tej samej grządce widać różnicę na każdym z końców. A ja nie przestaję zachwycać się tym cudem.

       Jak można pomóc naszym roślinom? Oczywiście w sposób ekologiczny i naturalny. Są dwa różne sposoby: jedne to te, które poprawiają stan gleby na dłuższy czas, a drugie to te, które odżywiają rośliny doraźnie, przydatne zwłaszcza na słabszej glebie.

       Oczywiście wolę te, które trwale poprawiają strukturę ziemi. Bo żadna gleba na świecie nie jest tak mocno eksploatowana, jak ogrodowa. Co roku oczekujemy pięknych, zdrowych plonów, pełnych witamin. Mamy nawet kilka siewów na tych samych grządkach, wymagające rośliny... Trzeba więc naszą glebę dopieszczać i odżywiać.

       Metod polepszających glebę jest kilka i wszystkie dają rezultaty na dłuższy czas. Nie na zawsze, bo wiadomo: materia organiczna rozkłada się bez przerwy, jest zużywana, wypłukiwana itp. Te metody to:

1. Przykopywanie obornika. Najbardziej stosowana metoda i chyba najmniej skuteczna, ale tak robią ogrodnicy od pokoleń i nie muszą być oblatani w permakulturze czy biodynamice, żeby o tym wiedzieć. Płytkie kopanie, takie ręczną łopatą, nie szkodzi specjalnie glebie (w przeciwieństwie do głębokiej orki), pozwala natomiast pozbyć się korzeni chwastów, co czasem jest konieczne. Na takiej zasilonej obornikiem grządce nie można uprawiać wielu warzyw, bo też niewiele z nich go znosi. Ale już w następnym roku, kiedy rozłoży się do próchnicy, można prawie wszystko. W trzecim roku najczęściej sieje się bobowate (motylkowe), które współpracują z bakteriami azotowymi, przetwarzającymi  azot z powietrza na związki dostępne roślinom. Ta metoda jest bardzo pracochłonna i wymaga zdrowych pleców, nie jest więc dla każdego.

2. Kompostowanie powierzchniowe, czyli ściółkowanie. Świetna metoda, która najbardziej naśladuje procesy zachodzące w naturze. Przy tym zapobiega zachwaszczeniu i utrzymuje glebę wilgotną i pulchną. Niestety, plaga ślimaków w wielu regionach ogranicza możliwość jej stosowania. Także taka zaściółkowana gleba wolniej się rozgrzewa i dość trudno w niej siać, ale ogólnie metoda godna polecenia. Do stosowania na glebach już żyznych, żeby podtrzymać ich walory. A w bardzo grubej warstwie także na glebach słabszych, na nowo zakładanych ogrodach. Wtedy siejemy tam dyniowate i sadzimy ziemniaki.

3. Rozsypywanie gotowego kompostu. Ulubiona metoda biodynamików, którzy twierdzą, ze w ten sposób podajemy roślinom gotowy posiłek, a nie prefabrykaty do jego sporządzania. Kompost zawsze warto mieć w ogrodzie, bo zawsze się przydaje. I nie trzeba mieć wypasionego kompostownika, aby go zrobić. Może to być zwykła pryzma ułożona w zacienionym kącie i podlewana w czasie suszy. Są różne sposoby sporządzania kompostu, niektóre (te ze skokiem temperatury) wymagające sporych umiejętności, inne odpowiednie dla leniwych ogrodników, do których ja się radośnie zaliczam. Zauważyłam, że złożone "na kupę" resztki z ogrodu, wyrwane chwasty, ściółka z kurnika itp. bez dodatkowej pracy stają się też świetną ziemią kompostową. Już dżdżownice i mikroorganizmy się o to troszczą.

       Tu chcę dodać pewną uwagę: wiele osób myli gnicie z kompostowaniem. To są dwa różne procesy, gnicie na ogół przeprowadzane jest przez beztlenowce i skutkuje otrzymaniem cuchnącej mazi, zupełnie nieprzydatnej. Natomiast rozkład tlenowy daje kompost o przyjemnym zapachu ściółki leśnej i konsystencji podobnej do torfu. I nie, torf nie jest kompostem i nie zawiera składników odżywczych.

4. Wały permakulturowe, rozmaite hugle i inne. Mój ulubiony sposób. Zakładamy po prostu jakby pryzmę kompostową od razu na swoim miejscu i korzystamy z jej dobrodziejstw przez wiele lat. Więcej o wałach pisałam w dawniejszych postach, można to odnaleźć w chmurze na górze. Jeśli natura pozwala nam ściółkować (bez wspomagania ślimaczej inwazji) taką pryzmę, to jest ona praktycznie wieczna, chociaż z czasem osiądzie do poziomu zwykłej grządki. Zakładałam takie wały w rozmaitych ogrodach - i takich gdzie "piach do samej Australii" i na twardych, gliniastych ziemiach. Zawsze, o ile o nie zadbano, rezultat był spektakularny.  Przy wałach należy pamiętać o tym, ze wysychają dość szybko w czasie upałów, a woda z węża do podlewania po nich spływa, dlatego albo stosujemy metodę butelkową (duże butle plastykowe z odciętym dnem, wetknięte szyjką w ziemię, które napełniamy w miarę potrzeby), albo podlewanie kropelkowe.

   5.   Pewną odmianą wałów są skrzynie, które tak samo wypełniamy materiałem organicznym i ziemią kompostową. Bardzo przyjazne dla osób o ograniczonej zdolności ruchowej, którym trudno się schylać. Prezentują się też bardzo ładnie, a na dokładkę ogrzewają się szybciej, niż zwykła ziemia, co pozwala przyspieszyć siewy. Można na nich też budować małe namiociki, chroniące przed przymrozkami.

6. Grządki ze słomy (oczywiście porządnie uzupełnione azotem). Różnie z nimi bywa, wbrew pięknym zdjęciom i filmikom, zwłaszcza jeśli słoma jest z tradycyjnego gospodarstwa, traktowana Rondupem i innymi odchwaszczaczami. Z moich doświadczeń plony w pierwszym roku nie są takie oczywiste, ale innym udaje się to lepiej. Natomiast są niezastąpione w zakładaniu nowego ogrodu, bo można je zrobić wprost na trawie. I już w drugim roku mamy piękną, żyzną ziemię, na której wszystko rośnie.

7. Do tej grupy zaliczam też posypywanie ziemi dolomitem w celu odkwaszenia.


      Teraz metody doraźne, oczywiście ekologiczne i naturalne. Jest to podlewanie wszelkimi gnojówkami roślinnymi i tymi z obornika (najlepiej krowiego), kompostem bokashi, "herbatką" kompostową. Nie poprawiają one na stałe struktury gleby i jej składu, ale dostarczają roślinom potrzebnych substancji odżywczych. Bardzo przydatne, kiedy widzimy, że rośliny mają jakieś niedobory i nie rosną zbyt dobrze. Ale uwaga: gnojówką można nawieźć zbyt mocno, przenawozić. To sprzyja akumulowaniu się w roślinach szkodliwych azotynów. Czyli do stosowania z rozsądkiem i umiarem.

      Nie będę teraz opisywać różnych gnojówek, robiłam to już wcześniej i pewnie jeszcze zrobię. Wspomnę tylko, że ta z pokrzywy dostarcza sporo azotu i żelaza, a z żywokostu - potasu. Oczywiście razem z innymi składnikami. Gnojówka pokrzywowa służy też do zwalczania mszyc i innych utrapionych zjadaczy naszych warzyw.

      W naprawdę dobrej, żywej glebie, dokarmianie dodatkowe nie jest konieczne. Dlatego najlepiej zadbać o glebę, ją "hodować" przede wszystkim. Oraz o równowagę biologiczną w naszym ogrodzie. Wtedy arsenał środków doraźnych można ograniczyć do minimum, także wszelkich "lekarstw" do zwalczania tego czy tamtego. Czasem się przydają, kiedy pogoda nie sprzyja albo jakaś inna plaga na nas spada, ale tak ogólnie to ja prawie z nich nie korzystam. 


niedziela, 26 marca 2017

Kompostowanie powierzchniowe

         Czasem słyszę opinie, że tylko my, ludzie, zmieniamy nasze środowisko. Otóż nie tylko my, choć może my najbardziej zachłannie i bez zastanowienia, niszczycielsko. Wiele gatunków roślin przekształca środowisko tak, by było im przyjemniejsze i bardziej wygodne do życia. Ciągle w naturze odgrywa się teatr zmian i następowania po sobie różnych biotopów.
          Najłatwiej można zaobserwować to zmienianie środowiska na przykładach lasu liściastego i iglastego. Dorzucę tu znów swoje trzy grosze, któryś już raz z kolei, ale prawdy nigdy za dużo: lite lasy iglaste NIE SĄ naturalne w naszym klimacie. Naturalnie występują o wiele dalej na północ. U nas to skutek leśnej "gospodarki", która z jakichś tam powodów upodobała monokultury sosenek. Ostatnimi laty widziałam poprawę na lepsze - w naszej okolicy w cieniu sosen i świerków posadzono młode buki, teraz już całkiem spore. Widziałam też nasadzenia innych drzew liściastych i nawet modrzewi i to nie tylko przy drogach. Mam nadzieję, że obecne, katastrofalne władze leśne, tego nie zepsują.
         Ale wróćmy ad rem. Otóż w lesie sosnowym opadające igły rozkładają się powoli, jednocześnie stopniowo coraz silnie zakwaszając glebę. Próchnicy przybywa tam powolutku, cieniutka tylko warstwa pokrywa szczery piach. Drzewa przystosowują swoje siedlisko dla siebie i swoich przyjaciół, eliminując niechcianą konkurencję. W takich borach spotykamy specyficzne grzyby, jałowce, borówki, czyli czarne jagody i popularne w naszym regionie "pijanice", wrzosy, czasem paprocie, konwalie i niektóre rodzaje traw.
       Inaczej nieco wygląda las liściasty. Bujnie spadające liście szybko tworzą grubszą warstwę próchnicy. Takie lasy wiosną niebieszczeją od przylaszczek i bieleją zawilcami, natomiast latem, w mięsistym, ciężkim cieniu, wegetacja zamiera albo prawie. Za to na polanach i obrzeżach wybucha gatunkami i kolorami.
      Jeszcze inne są słynne czarnoziemy stepowe, gdzie przez tysiące lat trawy i zioła, nietknięte ręką człowieka, rozkładały się, żywiąc obficie następne pokolenia.

      Zwykle ziemia, nie niepokojona przez człowieka, z naturalnymi procesami następstwa gatunków, staje się coraz bardziej żyzna.

     Jednak my nie zawsze chcemy i możemy czekać w naszym ogrodzie, aż ziemia sama stanie się urodzajna. Staram się te procesy przyspieszyć, ale kopiując najlepszych mistrzów, czyli samą naturę. Zauważcie, że w naturze materiały organiczne spadają na wierzch gleby i tam są rozkładane przez cały skomplikowany łańcuch organizmów, żeby w końcu dostać się do gleby pod postacią próchnicy. Szczęśliwi wtedy posiadacze gliniastej ziemi! Próchnica zostaje związana z gliną i powstrzymana przed wypłukiwaniem. A coraz to nowe warstwy ściółki chronią ją od unoszenia przez wiatr.

     Wykorzystuję te naturalne procesy w użyźnianiu swoich grządek. Kompostowanie powierzchniowe jest czymś pośrednim między wałami a ściółkowaniem. Ponieważ robię je na czystej już ziemi, na istniejących już grządkach, które po paru latach stały się mniej żyzne, nie stosuję żadnych kartonów ani grubych warstw. Po prostu najpierw przelecę się z widłami szerokozębnymi, usuwając niektóre uporczywe chwasty z korzeniami. Następnie roztrząsam na ziemię dość cienką warstwę gnoju, którą następnie przykrywam słomą, liśćmi lub sianem. Robię tak zarówno wiosną, jak jesienią (oczywiście w innych miejscach), zależnie od ilości gnoju. Idealne jest to w tunelach, tyle, że tam to trzeba solidnie podlać, żeby zapoczątkować procesy rozkładu.
Na zewnątrz o potrzebne nawilżenie troszczy się Matka Natura.
        Właśnie takie kompostowanie powierzchniowe robiłam ostatnio w tunelach. Pomidory i papryki są dość żarłoczne, więc trzeba im zapewnić to, czego potrzebują. Tylko w skrzyni w pierwszym tunelu dałam czysty kompost, na którym już posiałam rzodkiewkę i sałatę. Będę tam też robić sadzonki. Natomiast ściółka rozłoży się częściowo do maja, kiedy będę wysadzać pomidory, a ziemia pod nią będzie pulchna i wilgotna, bez kopania.

        Oczywiście na takich "zakompostowanych" grządkach trudno jest siać, to dopiero przychodzi w drugim roku. Ale można spokojnie sadzić wiele roślin jadalnych: pomidory, ziemniaki, kapustę, selery, pory, ogórki, dynie, cukinie. Trzeba tylko miejscami odgarnąć ściółkę. W takie "placki" wysiewałam też kukurydzę i słoneczniki, wyrosły pięknie, podobnie jak fasolka szparagowa. Jedynie korzeniowych tam nie sieję, na to mam inne grządki, te, na których ściółka już się rozłożyła.

       Wczoraj zauważyłam, że w nowym warzywniku kret zrobił kopiec. Wyciągnął na wierzch żółta, szczerą glinę, jaka tam była na początku. Porównałam ją z pulchną, czarną ziemią na grządkach i wałach. Wprost wierzyć mi się nie chce, że tylko przez kilka lat udało mi się zmienić do tego stopnia ten kawałek ziemi. I to niewielkim wysiłkiem.

sobota, 20 sierpnia 2016

Hodowanie gleby II

      No to już wydusiliśmy murawę, mamy niezły wał przekładańcowy pełen humusu i co dalej? Ano dalej natura działa swoim trybem: humus dostarcza środków odżywczych roślinom, my je zjadamy - czyli zabieramy pewną ilość substancji odżywczych z gleby. Także gotowe sole mineralne - wynik rozkładu humusu - są pomału wypłukiwane z grządki. Trzeba te braki uzupełniać, czyli dostarczać nowej materii organicznej do rozkładu.
     I tu są dwie drogi, każda ma swoje wady i zalety. Można wybrać, albo tak jak ja stosować obie. Jedna to jest ściółkowanie, a druga dostarczanie kompostu, czyli już gotowego humusu.

    Ściółka poza dostarczaniem substancji odżywczych do gleby chroni ją przed wysychaniem lub zbiciem przez deszcz, zapewnia bogate życie w glebie i jest prostsza i łatwiejsza. Ma jednak złą prasę, moim zdaniem przesadzoną. Prawdopodobnie przyciąga nornice. Możliwe, tyle, że mam wrażenie, że to nie ściółka, tylko obfitość pożywienia. Jeśli naokoło jest pustynia biologiczna (trawnik, pola zlewane chemią, słaba ziemia), to nornice rzucą się od razu na taki zastawiony stół. U nas plaga nornic była przez kilka pierwszych lat, jak na ironię wtedy nie ściółkowałam. Robiłam tylko pierwsze przekładańce, a chodzenie po ogrodzie przypominało chodzenie po polu minowym. Co rusz noga zapadała się w jakąś dziurę. Jednak, o dziwo, miałam coraz lepsze plony. A to dlatego, że nornice są wszystkożerne i o wiele bardziej od korzonków naszych warzyw lubią rozmaite pędraki, drutowce, turkucie i inne paskudne podgryzacze, a tych było zatrzęsienie. Pomału, bez fanfar, liczba nornic spadła tak, że teraz tylko czasem je spotykam. Jak to się stało? Po pierwsze porosły żywopłoty, wyrósł lasek i biologiczna pustynia zamieniła się w żyzną ziemię. Rozlazły się więc po okolicy, tym bardziej, że w warzywniku jest sporo roślin, które im obrzydzają życie oraz sporo drapieżników, które na nie polują, zarówno dzikich, jak i domowych. I tak ta dam! pojawiło się Siedmiu Wspaniałych: czarny bez, aksamitka, czosnek, bazylia (można jeszcze rącznik i szachownicę, ale ja ich nie mam), kot, pies i łasica oraz, jako przyczepka, niedopałki papierosów wtykane w nory i przegnali na cztery strony świata tałatajstwo. Teraz buszują po dzikich polach z topinamburem, tylko czasem któraś zajrzy do warzywnika i wyżre pędraki. Niech tam, nie żałuję jej.

    Prawdopodobnie ściółka sprzyja też ślimakom. I to częściowo jest prawda. Prawda też jest taka, że jeśli ślimaki gdzieś są, to są i bez ściółki, a jeśli ich jest niewiele to i ze ściółką wielkiej szkody nie zrobią. U nas jest niewiele, choć współczuję wszystkim, którzy z tą plagą walczą. Powtarzam się: kaczki biegusy są najlepsze i najbardziej ekonomiczne.

    No i trzecia rzecz: ściółka wygląda trochę bałaganiarsko. Nie do końca prawda, ładna, dobrze ułożona ściółka jest bardzo estetyczna, ale weź przekonaj tych, co opory mają we krwi.

   Wbrew modzie słoma wcale nie jest najlepsza, ale lepsza słoma, niż nic.

   A jaka jest ściółka idealna? Mieszanka słomy czy siana i części zielonych, rozdrobniona np. przy pomocy kosiarki. Delikatna, drobna, łatwo się ją układa. Najbogatsza i najlepsza do stosowania w trudnych miejscach, np. między rzędami wysianych nasion. Do większych sadzonek, jak dynie, ziemniaki, pomidory itp. może być słoma i/lub siano.
     Można też ściółkować tylko jesienią, a wiosną zgrabić resztki ściółki na ścieżki lub na kompost. Bo zimą gleba powinna być przykryta, za wszelką cenę.

    Jeśli jednak ktoś ma wstręt do ściółkowania, to może po prostu robić kompost i taki dojrzały rozsiewać na grządki, zwłaszcza te starsze. Ma to też sporo zalet.

   W sumie ważne jest, żeby dostarczać próchnicę, sposób każdy wybiera sobie sam.

   Można jeszcze po prostu co kilka lat zakładać nowe przekładańce (co 5-7 lat wystarczy) przykrywając je po wierzchu odgarniętą warstwą żyznej gleby.

   Jak widać metod jest sporo, każdy może wybrać, co mu się podoba, albo łączyć je razem. Najważniejsze jest, by mieć na uwadze procesy zachodzące w glebie, rozumieć je i z nimi współdziałać.

Zdjęcie z początku lipca tego roku, wykonane w czasie fali upałów. Widać na nim dobrze ściółkę i rośliny, które te upały przeżyły w dobrej formie praktycznie bez podlewania.


niedziela, 11 października 2015

Próchnica jest dobra na wszystko!

     Pamiętacie takie różne wyliczanki z dzieciństwa, które miały zapewnić spełnienie marzeń? Trzeba było naliczyć np. 12 kasków motocyklowych białych, ale nie spojrzeć w międzyczasie na żaden czerwony i szczęście się miało w kieszeni.
     Dorośliśmy, zmądrzeliśmy, a ciągle coś z takiego myślenia zostało. Dostaję sporo listów, w których ludzie pytają o tę jedną, jedyną receptę, która zapewni im piękny ogród i zdrowe plony. I co ja mam powiedzieć? Że takiej nie ma? Bo każdy ogród jest inny, każda gleba jest inna i środowisko wokół też.Że u mnie grządki słomiane w tym roku zawiodły, a u pewnego znajomego z FB spisały się na medal?
   Czasem myślimy, że jeśli poznamy tę jedną, jedyną receptę i będziemy się jej niewolniczo trzymać, to się na pewno uda. Tymczasem gleba jest organizmem żywym, powiązanym z całym środowiskiem, z całym Wszechświatem. Jest różna w różnych miejscach. Dlatego zamiast szukać gotowej recepty, najlepiej jest zapoznać się z zasadami jej funkcjonowania i dopasować metody do naszych sił i naszego kawałka ziemi.

     Jedna rzecz jest najważniejsza - o żyzności gleby decyduje próchnica. A ta powstaje ze szczątków organicznych, czyli resztek roślin, zwierząt, odchodów itp. Natura tak zrobiła, że próchnica tworzy się na powierzchni gleby lub tuż pod, a nie w głębi. Powstaje ona przy udziale mikroorganizmów (w tym grzybów, bakterii, drobnych zwierząt itp.), które potrzebują tlenu. Jej skład w naturze jest taki, że przeważają materiały roślinne, następnie są odchody zwierzęce, dalej inne szczątki.

    Próchnica wiąże się z cząsteczkami gliny w przewodzie pokarmowym dżdżownic. Jest tam taki gruczoł wapienny, który produkuje zjonizowany wapń. Wapń pełni rolę spoiwa pomiędzy próchnicą, a gliną. Tak powstają gruzełki. Dzięki nim sole mineralne z próchnicy uwalniane są powoli, a nie wypłukiwane gwałtownie i zabierane w głąb ziemi. Rośliny mogą więc je czerpać równomiernie i według swoich potrzeb.

    Dobra próchnica zawiera rozmaite sole mineralne i pierwiastki. To ważne, bo potrzeby roślin zmieniają się dość często i szybko, w zależności od fazy wzrostu, a nawet od pory dnia. Żadne nawozy nie są w stanie ich zastąpić.

    Uwaga: torf NIE JEST próchnicą i nie ma żadnych właściwości odżywczych.

    Przenawozić można nie tylko nawozami chemicznymi, ale też naturalnymi, np. zbyt obficie stosowaną gnojówką. Tak wyhodowane warzywa też mogą być pełne rakotwórczych azotanów.

   Próchnica poza tym poprawia strukturę gleby, rozluźnia gleby ciężkie, a zwiększa pojemność wodną gleb lekkich.

   Wnioski:
- podstawową zasadą jest dbanie o odpowiednią ilość próchnicy w glebie,
- próchnicę otrzymujemy przez kompostowanie mieszanki materiału roślinnego (szczątki roślin, słoma, siano itp) oraz zwierzęcego (gnój, sierść, kości itp) przy dostępie powietrza i wody.

    Metodę kompostowania wybieramy taką, jak nam się podoba. Mnie najbardziej odpowiadają przekładańce czyli wały permakulturowe + ściółkowanie, ale kompost też robię, bo zawsze jest potrzebny.

   W zależności od rodzaju gleby do wałów/pryzm wprowadzamy pewne dodatki.
      Dobrze jest znać odczyn gleby - jeśli jest kwaśny, to dobrze jest podsypać grządki dolomitem., czyli zmieloną skałą wapienną. Wapna raczej nie polecam, chyba że mamy czas i cierpliwość podsypywać malutkie ilości co kilka dni. Dlaczego nie wapno? Bo działa super szybko i równie szybko jest wypłukiwane. Powoduje to huśtawkę "nastroju" gleby (czyli jej odczynu) kwaśny - zasadowy-znowu kwaśny, co nigdy nie wpływa dobrze na całość. Dolomit natomiast jest skała, z której wapń jest wypłukiwany powoli i sukcesywnie, poza tym zawiera inne, ciekawe mikroelementy. Podobne odkwaszające działanie ma popiół drzewny.
    Jeśli ziemia jest piaszczysta i przepuszczalna, dobrze jest do niej dodać trochę gliny. Ale uwaga: często pod warstwą piasku, płytko, znajduje się glina. Wtedy dodatek nie jest potrzebny. Robaczki wyniosą ją same na powierzchnię.

    Teraz, jesienią, dobrze jest przykryć nasze grządki grubą warstwą ściółki (liści jest pod dostatkiem), żeby życie w nich mogło rozwijać się bujnie i spokojnie. Wczesną wiosną dobrze jest je zgarnąć, choćby na ścieżki, żeby ziemia szybko się ogrzała, a kiedy rośliny podrosną, zaścielić znowu międzyrzędzia chroniąc je przed upałem i wyparowaniem wody.

   Tak dbamy o naszą próchnicę. Nie jest ważne, czy będą to wały, "kanapki" czy oddzielny kompost, który potem rozsypiemy na grządkach. Ważne jest, by było jej jak najwięcej. Bo próchnica jest dobra na wszystko!



poniedziałek, 2 marca 2015

Samodzielnie zrobiony biohumus (sok dżdżownicowy II)

         Martwiłam się trochę możliwością braku mikroelementów w grządkach ze słomy. Jest jednak na to rada! Pamiętacie sok dżdżownicowy? Warto go zrobić, także po to, żeby mieć bogaty kompost do doniczek czy podsypywania ulubionych bylin.
         Na Zachodzie sprzedaje się specjalne kompostowniki, ale dość łatwo można zrobić to samemu. Wystarczą trzy pojemniki, które można ustawić jeden na drugim, z tego jeden wyraźnie większy od dwóch innych. Mogą to być np. plastykowe wiadro i dwie miski.
        W dnie wiadra robimy spore dziury, można wiertarką lub rozgrzanym pogrzebaczem. Takie mniej więcej na szerokość ołówka, może ciut mniej. Tych dziur ma być sporo. W jednej z misek robimy drobne dziurki, drutem do robótek lub cieniutkim świdrem. A w trzeciej nie robimy nic, bo ona idzie na spód i w niej będziemy zbierać sok dżdżownicowy.

       Wygląda to mniej więcej tak:
       Do górnego pojemnika wrzucamy odpadki organiczne, w miarę możności rozdrobnione (trawa, obierki, ogryzki, siano, słoma itp) Zwilżamy je dobrze wodą i wprowadzamy tam garstkę dżdżownic kalifornijskich. Będą one przerabiać odpadki na kompost, którego część będzie spadać większymi otworami do następnego pojemnika. Do dolnego będzie ściekać z niego bogata w elementy odżywcze woda. Dżdżownice mają tendencję do przemieszczania się w górę, tam więc możemy im regularnie dosypywać pożywienie. Uwaga: ZWYKŁE DŻDŻOWNICE Z OGRODU SIĘ DO TEGO NIE NADAJĄ, ONE MAJĄ ZUPEŁNIE INNY TRYB ŻYCIA I INNE POTRZEBY. Dżdżownice kalifornijskie można kupić w sklepie wędkarskim.
        Pozostaje tylko postawić pojemnik w zacienionym, zacisznym miejscu, przykryć go i pozwolić dżdżownicom robić swoje. Za wysoka i za niska temperatura zatrzymują pracę dżdżownic, najlepiej wykazują się w przyjemnym ciepełku 20 - 25 stopni. Na słońcu mogą się usmażyć. W sumie, ponieważ światło nie jest im koniecznie potrzebne, ustrojstwo może stać w budynku gospodarczym - ciepłej, widnej piwnicy, na ganku, w sieni, w garażu itp., aby nie w towarzystwie benzyny i substancji chemicznych. Jeśli na dworze, to w półcieniu - może mieć trochę słońca wcześnie rano.
      Trzeba tylko pamiętać o regularnym dorzucaniu odpadków, zbieraniu naszego biohumusu oraz o zwilżaniu wszystkiego. Robaczki pracują tylko wtedy, kiedy jest wilgotno. Ściśnięta garść materiału powinna dać kilkanaście kropel wody.

        Dobrze jest od czasu do czasu dorzucić garstkę ziemi czy gliny oraz szczyptę dolomitu. W ciągu sezonu możemy zebrać kilkanaście litrów doskonałego nawozu płynnego i kilka kilo kompostu. Na zimę albo przenosimy ustrojstwo do piwnicy, albo zwracamy dżdżownicom wolność, wpuszczając je w kompost.

      Nawóz płynny używa się rozcieńczony w proporcji 1 do 7-10.
     A, nie zapomnijmy o luźnej, przepuszczającej powietrze pokrywie, żeby ptaki i inne zwierza nie wydziobały nam robotników.

sobota, 22 lutego 2014

Kompost dżdżownicowy

         Mam takie wrażenie, że spodobał się Wam sok z dżdżownic. Dlaczego więc nie spróbować czegoś podobnego w skali maxi? Skoro już mamy dżdżownice?
         Dżdżownice kalifornijskie (czyli po prostu "gnojarki") pracują w specyficzny sposób: rozkładają materię organiczną, posuwając się ku górze. Za sobą zostawiają wspaniały kompost, zawierający kilka do kilkuset razy więcej substancji odżywczych, niż dobra ziemia.
        Zaletą takiego kompostu jest to, że nie musimy go przewracać ani pilnować temperatury. Możemy stopniowo dokładać do niego materiały, bez potrzeby budowania całego kopca za jednym zamachem.
        Najprostszy sposób - to duża beczka bez dna, ustawiona w cieniu (żeby nie zgrillować naszych robaczków na słońcu). Najaktywniejsze są one w temperaturze od +18 do +30 stopni, w upał, podobnie jak w chłody - odpoczywają. Dobrze jest w takiej beczce porobić trochę otworów dla dopływu powietrza, zwłaszcza jeśli jest z plastyku. Dalej postępujemy, jak w hodowli dżdżownic w wiaderku - dajemy na dno drenaż z gałązek, na to wilgotne resztki organiczne i wypuszczamy dżdżownice. Potem tylko pilnujemy wilgotności i dokładamy systematycznie wszystko, co się nadaje do skompostowania: trawę, słomę, wyrwane chwasty, wilgotną tekturę w niedużych ilościach, nawóz zwierzęcy, nać, liście itp. Nieraz wydaje się, że beczka jest załadowana po brzegi, tymczasem po kilku-kilkunastu dniach wszystko opada i można znów dokładać. Ważne: beczka nie powinna mieć dna, żeby na dnie nie zbierała się woda i nie gniła. Trudno, szoczek dżdżownicowy pójdzie do ziemi, ale jaka dobra ziemia w tym miejscu będzie! A jak zasilone drzewo dające cień! Chyba, że jakiś majsterkowicz zrobi nam zbiornik pod beczką, dając jej dno z siatki, bardzo gęstej, żeby robaczki nie wypadły. Ale to już wyższa szkoła jazdy :)))
      Trzeba uważać na świeżo skoszoną trawę z kosiarki - dokładać ją po trochu i lekko podsuszoną, bo inaczej zaparza się lub gnije i nici z kompostu.
       Po paru miesiącach zdejmujemy delikatnie wierzchnią warstwę razem z żyjącymi w niej dżdżownicami, podnosimy beczkę i wybieramy kompost. Następnie zaczynamy od nowa.
       Taka beczka jest fajna dla malutkich ogródków. Nie śmierdzi - kompostowanie to proces przebiegający z udziałem tlenu. Jeśli śmierdzi, to znaczy, że gnije (proces beztlenowy), czyli że coś jest źle zrobione.
        Ma jednak jedną wadę: zimą dżdżownice w beczce mogą wymrzeć, chyba że zakopią się w ziemi pod nią.
       Dlatego polecam nieco większe kompostowniki - skrzynie zrobione z drewna lub murowane. W murowanych jedna strona powinna być otwarta, założona deskami, które możemy wyjąć, aby dobrać się do brunatnego złota.
       A najlepsze są kompostowniki przedzielone na dwie części ażurową przegrodą. Ażurową dlatego, żeby dżdżownice i inne mikroorganizmy przedostawały się spokojnie z jednej strony na drugą.
       W jednej połowie takiej podwójnej skrzyni robimy tak, jak w beczce, czyli wpuszczamy robaczki i stopniowo składamy wszelkie resztki roślinne oraz trochę nawozu zwierzęcego. Najlepszy jest od zwierząt trawożernych. Ptasi nawóz (kurzy, gołębi) trzeba wymieszać ze sporą ilością substancji pochłaniających azot (słoma, trociny) i porządnie zwilżyć.
       Kiedy ta część skrzyni jest załadowana po brzegi (pamiętajmy, że opada), przykrywamy ją czymś przepuszczającym powietrze (stary chodnik, kawałek wykładziny, agrowłóknina, worki), a  resztki zaczynamy składać po drugiej stronie ażurowej przegrody. Dżdżownice, kiedy skończy się im jedzonko, przejdą do niej same. A my za kompost!
     To jest opcja dla sporego ogrodu, gdzie jest dużo materiałów organicznych do kompostowania.
My używamy fundamentów po suszarni tytoniu - raz składamy z jednej strony, następnie z drugiej. Okazały się idealne, rozkłada się w nich nawet perz. Wilgotność też jest idealna, tylko w czasie wielkiej suszy trochę podlewam.
   Dżdżownice można: a) wygrzebać z kupy nawozu u znajomego koniarza, b) kupić w sklepie wędkarskim c) dostać ode mnie, o ile będzie ktoś w okolicy w ciepłym sezonie d) dostać od kogoś innego, kto ma. Można też zamówić przez internet, ale to drogo.
     Nadmiar dżdżownic można wykorzystać jako karmę dla kur.

wtorek, 18 lutego 2014

Sok dżdżownicowy

       Czasem potrzeba nam dobrego, płynnego nawozu do podlewania np. roślin w pojemnikach lub nawet tych w warzywniku, kiedy mamy słabą ziemię. Ważne jest, aby nawóz ten zawierał w miarę możliwości wszystkie potrzebne roślinom elementy i to dobrze zbilansowane. No i żeby był ekologiczny.
       Bardzo dobrym nawozem jest ten, wyprodukowany przez dżdżownice kalifornijskie. Można go mieć praktycznie za darmo, wystarczy garść dżdżownic i dwa pojemniki (najlepiej plastykowe), np. dwa wiadra z odzysku.
       Uwaga: dżdżownice, które ryją w ziemi, nie nadają się do tego. Natomiast te, które możemy znaleźć w kupie nawozu lub kompoście - jak najbardziej. Różnią się one od tych "ziemnych" ciemniejsza barwą (są bardziej czerwonawe) oraz na ogół wielkością (są trochę mniejsze, ale to nie jest reguła). Dżdżownice kalifornijskie podążają do góry w poszukiwaniu nowego pokarmu, zostawiając pod sobą ten już "przerobiony", natomiast ziemne wyłażą w nocy na powierzchnię, a potem zagrzebują się głęboko w ziemi.
     W jednym pojemniku przebijamy w dnie sporo otworów i napełniamy go jedzonkiem dla dżdżownic, czyli drobnymi resztkami organicznymi (trawa, siano, drobno pocięte obierki, liście). Porządnie zwilżamy to wszystko. Kiedy nadmiar wody wycieknie, wpuszczamy do pojemnika dżdżownice i stawiamy go na tym drugim, całym. Pożywienie powinno być jak najbardziej rozdrobnione, bo nasze robaczki zębów nie mają i dużych kawałków nie pogryzą.
      Dżdżownice z radością przystąpią do konsumowania żarełka, zmieniając je na kompost, a sok z tego kompostu będzie ściekał do pojemnika na dole. Ten sok, po rozcieńczeniu, jest doskonałym, zbilansowanym nawozem naturalnym.
      Hodowla dżdżownic powinna stać w miejscu zacienionym, przykryta gęstą siatką lub luźną, przepuszczającą powietrze, przykrywą. Trzeba codziennie uzupełniać dawkę pokarmu i zwilżać zawartość wiadra, która stale powinna być wilgotna jak wyżęta szmatka. Nie należy ich trzymać w domu, najlepiej w ogrodzie, koniecznie W CIENIU (np. przy północnej ścianie).
     Nie wydziela ona nieprzyjemnego zapachu, poza lekkim odorem pleśni, która jest tam nawet pożądana, bo zmiękcza pokarm.
     Ten "sok dżdżownicowy" sprzedawany jest w sklepach pod nazwą "Biohumus" i kosztuje dość drogo. W ciągu jednego sezonu możemy mieć go kilka litrów, na dodatek wiaderko kompostu. Uzywamy go do podlewania, mocno rozcieńczony wodą. Mniej więcej 1:10.
     Po zakończonej pracy wypuszczamy dżdżownice do kompostu, gdzie sobie przezimują zakopane w ziemi.

piątek, 22 listopada 2013

Gnojna sprawa

        Kochani, niektóre wpisy, na jakie wpadłam tu i tam dały mi do myślenia i wskutek tego myślenia chciałam Was przestrzec przed nadmiernym stosowaniem gnoju w pogoni za dorodnymi roślinami. Gnój może nawet być niebezpieczny - zawiera dużo azotu i rośliny przenawożone mogą kumulować azotany i azotyny szkodliwe dla naszego zdrowia, podobnie jak rośliny nawożone chemicznie. Co z tego, że będą wielkie, kiedy to będzie sztuczne "nadmuchane" nadmiarem azotu? To tak, jakby żywić dziecko odżywkami proteinowymi i hormonalnymi dla "mięśniaków" - przeżyć przeżyje, będzie nawet ogromne, ale czy zdrowe?
      Tym, co decyduje o żyzności gleby i zapewnia dobre plony jest zawartość próchnicy. Gnój jest jednym z surowców, z którego otrzymujemy próchnicę. Dla równowagi powinien być wymieszany z resztkami roślinnymi (słoma, siano,liście, zrębki, chwasty) i ziemią. Dlatego też na wałach, podniesionych grządkach i "kanapkach" w pierwszym roku sadzimy rośliny, które nie akumulują azotu albo zielony nawóz.
     Jeśli mamy dużo gnoju, to dobrze jest zrobić z niego kompost, mieszając jak wyżej.
     Każdy gnój jest dobry, ale każdy ma nieco inne właściwości. Najbardziej kompletne jest gówienko krowie. Koński gnój znany jest ze swoich właściwości grzejących. Jest świetnym "kaloryferem" do inspektów. Można też pozbyć się uciążliwych chwastów, wykładając na wybranym kawałku ziemi grubą warstwę końskiego obornika, udeptując i przykrywając ją. Niepożądane rośliny zostaną po prostu ugotowane!
     Jeśli ktoś ma dostęp do końskiego obornika, to gorąco zachęcam do zakładania inspektów. W klimacie Polski pozwalają zarobić kilka tygodni, mieć nowalijki już w kwietniu i własną rozsadę oraz przedłużyć sezon jesienią.
       O inspektach napiszę szerzej w następnym poście, bo są niesłusznie zapomniane, a łatwe do zrobienia. Nawet i bez końskiego obornika jest w nich cieplej, niż na grządkach.

niedziela, 13 października 2013

Grzyby, kompost i szparagi

     Wczoraj ścinałam zeschnięte łodygi szparagów, cięłam je na kawałki i wywiozłam na kompost. Szparagi to cudowne warzywo, które rośnie przez kilkanaście lat, daje plony na początku wiosny, kiedy nawet rzodkiewki inspektowe dopiero pokazują pierwsze liście. A wtedy tak bardzo chce się nowalijek... Wiele osób, które twierdziły, że nie lubią szparagów, po spróbowaniu naszych stało się ich fanami. Sekret? Bardzo prosty - szparagi smaczne są tylko świeżo zebrane. Można je przechowywać 1 dzień (dosłownie: JEDEN) w lodówce, zawinięte w wilgotną ściereczkę. A ile dni mają szparagi w sklepie? W każdym razie takie świeżutkie, prosto z grządki są doskonałe, nawet na surowo.
     Szparagi lubią piaszczystą, lekką ziemię, ale też są dość łakome. Z tym, że zweryfikowałam trochę to stwierdzenie. Fakt, że piaszczysta ziemia przydaje się, kiedy chcemy usypywać kopce do bielenia. Ja swoich szparagów nie bielę, po prostu w sezonie (od kwietnia do czerwca) ścinam nowe pędy, takie trochę "pomalowane" słońcem i zasobniejsze w witaminy, niż bielone. Co drugi dzień, czasem codziennie.
     Hoduje się je bardzo prosto - wystarczy wykopać rów, który wypełniamy kompostem (można też po prostu zrobić "wgłębioną grządkę", na której w pierwszym roku uprawiamy dynie czy ogórki, potem ziemniaki, a w końcu jest gotowa na przyjęcie szparagów). W ten sposób można uprawiać szparagi nawet w ciężkiej, gliniastej czy lessowej ziemi.
     Młode szparagi (ja część wyhodowałam z nasion, ale można dziś znaleźć w necie, albo skontaktować się ze mną)  sadzi się w tej bogatej ziemi w rozstawie co najmniej 1 metra od siebie. Podobną odległość trzeba zachować od innych grządek, bo rozrastają się, zarówno wszerz, jak wzwyż, niemożliwie. Dopóki są młode, można siać czy sadzić między nimi inne warzywa, np. sałatę czy pietruszkę (dobre sąsiedztwo). O sąsiedztwie warzyw porozmawiamy kiedy indziej.
    Na jedną osobę wystarczą w zupełności 2-3 rośliny.. Potem wystarczy je ściółkować czym się da (siano, słoma, wyrwane chwasty, trawa z kosiarki), a będą rosły i rozkrzewiały się w tym samym miejscu przez wiele lat. Czasem można (a nawet trzeba) podrzucić trochę gnoju. I znowu - nie kopać, tylko rozścielić po powierzchni i przykryć innymi resztkami roślin.
      Po zbiorach szparagi dają wysokie do 2 metrów, "pierzaste" łodygi (asparagus znany z bukietów). Ponieważ u nich jest rozdzielność płci, niektóre potem dają czerwone owocki, a inne nie. Kwiaty - maleńkie i zielonkawe - przywabiają pszczoły. W okresie kwitnienia staram omijać je dużym łukiem. Niech się pszczółki pożywią.
     To wszystko, jeśli chodzi o uprawę - łatwa, a korzyść duża.
      Teraz o kompoście. Nawet jeśli mamy wzniesione grządki, to kompost zawsze się przydaje. Jednak mnie odrzucała cała ta robota - sprawdzanie temperatury, przerzucanie itp. Poszłam więc na łatwiznę i zrobiłam kompost dżdżownicowy. Posłużyły mi do tego fundamenty po suszarni tytoniu, taki prostokąt 4 na 2 metry, ocienione drzewami. To ważne, żeby kompost był w cieniu. Najlepsze są do tego leszczyna i dziki bez, ale inne drzewa i krzewy liściaste też są dobre.
      Fundamenty te okalają dość głęboką dziurę, którą wykorzystujemy w następujący sposób: przy jednym z krótszych boków wysypujemy wszelkie odpadki organiczne (zawartość wiadra na kompost z domu, skoszona trawa, wyrwane chwasty (nawet perz), trochę gnoju, nawet trochę papieru czy kartonu). W sumie wszystko, co organiczne, dbając tylko, żeby odpady bogate w węgiel (C), jak słoma, suche siano itp. były zrównoważone odpadami bogatymi w azot, jak gnój, zielona trawa, zielone resztki roślin. Pomału jedna strona dołu zapełnia się, a kiedy jest pełna po brzegi, zaczynamy składać po drugiej stronie.
     Kilkanaście lat temu wpuściłam tam garść dżdżownic kalifornijskich, które się zadomowiły, rozmnożyły i teraz odwalają za nas całą robotę. A na dokładkę nie domagają się ani podwyżek, ani urlopów, o ubezpieczeniu nie mówiąc, hi hi hi.
     Kiedy potrzebujemy kompostu (na ogół wiosną), to zdejmujemy "skórę" czyli wierzchnią warstwę ze starego stosu i przekładamy ją na nowy, zaszczepiając w ten sposób bakterie, grzyby i inne mikroorganizmy. Dżdżownice przechodzą same, jak tylko zwęszą nowe żarło. A pod spodem znajdujemy świetną ziemię kompostową.
      Po ułożeniu sporej warstwy łodyg szparagowych i po przykryciu ich kilkoma taczkami gnoju, w oczekiwaniu na następną warstwę łodyg i resztek, nagle wzięła mnie ochota na skok do lasu.
      Dla mnie las jest jak świątynie, miejsce medytacji i ładowania energii. Wzięłam więc koszyk, wsiadłam do Groszka (dawniej używałam roweru, ale z wiekiem coraz bardziej cenię czas i własne siły oraz mam respekt przed pogodą - wczoraj wyglądało na to, że może padać, a pedałowanie w deszczu brrrr).
     Spędziłam tam niewiele czasu, ot tak z godzinkę, żeby naładować baterie, ale mały koszyk był pełny. Dziś na obiad mieliśmy wytrawne naleśniki z sosem grzybowym z warzywami oraz sałatkę z białej kapusty, pora, marchewki i jabłek. Pycha.
   A teraz obrazek jesiennego lasu, nie mojego autorstwa, ale dobrze oddaje klimat. Rozumiecie, czemu jesienią mam ochotę tam zamieszkać?