Na dworze wiosenny deszczyk zmywa brud po zimie. I dobrze, bo suche coś to przedwiośnie. W zeszłym roku było podobnie, za to jak wczesnym latem deszcze dały, to Lebiedzianka zalała łąki, co zwykle zdarzało się tylko na przedwiośniu właśnie.
Dla nas dziś z tego powodu święto, nie da się dużo pracować na dworze. Całe ciało cieszy się z takiej niespodziewanej laby, zakwaski nareszcie trochę się rozejdą. Wczoraj pociągnęliśmy kolejne 25 metrów siatki (oprócz czyszczenia grządki ziołowej, przygotowywania grządki pod groszek, wożenia taczką kamieni i kilku innych robótek). Teraz wiem, że Nowy Warzywnik ma 25 na 25 metrów prawie idealnie. Stary Warzywnik jest ciut mniejszy. wiem mniej więcej, ile uprawiam warzyw, bo do tej pory to wszystko było "na oko".
Ąle miało być o tantrycznych gruzełkach, no bo o czym można pisać wiosną, kiedy budzą się motylki, ptaszory wiją gniazda, a kwiatki obnażają słupki tudzież pylniki?
Wiadomo, że podstawą miłości jest ścisłe łączenie się dwóch różnych elementów, które razem dają nową wartość. Sprawdza się to na poziomie najwznioślejszej miłości, jak i na poziomie atomowym, a może nawet dalej. Słońca są niezwykle atrakcyjne dla planet, kobiety dla mężczyzn, a elektrony dla protonów.
Gruzełki, czyli wymarzona forma gleby każdego ogrodnika powstają w wyniku mariażu gliny i humusu, połączonych razem na dobre i złe, ale raczej na dobre i razem tworzących nową jakość.
Ale jak to możliwe, skoro humus jest na powierzchni, a glina na dole, pod korzeniami? Oba też pozbawione są możliwości swobodnego przemieszczania się. Byłoby smutno, gdyby nie dżdżownice, gorliwe swatki, a zarazem kapłani odprawiający rytuał wiązania się tych dwóch różnych elementów.
Dżdżownica glebowa regularnie przemieszcza się w górę i w dół, na dzień schodzi głęboko w glebę, nocą wychodzi na powierzchnię i zjada resztki organiczne. Ona to w swoim przewodzie pokarmowym łączy glinę i humus na bardzo długo. Dzieje się to przy pomocy gruczołów wapiennych, istniejących przy przełyku. Ich głównym zadaniem jest wydzielanie jonów wapnia, które neutralizują kwaśny odczyn pokarmu dżdżownicy. No i dzieje się tak: glina ma ładunek ujemny, humus również, a wapń zjonizowany ma podwójny ładunek dodatni. Do wapnia przykleja się więc z jednej strony glina, z drugiej humus i voila! gruzełek gotowy. Na dokładkę wzbogacony innymi substancjami dżdżownicowej przemiany materii. Taka struktura jest stosunkowo trwała i daje idealną glebę.
W żywej glebie jest około 4 ton dżdżownic na hektar, wyobrażacie sobie co tam się dzieje? Niestety, takich gleb jest coraz mniej. Na polach uprawianych chemicznie dobrze jest, jeśli znajdzie się ich kilkadziesiąt kilogramów. A potem to już tylko masakra: gleby zlewne, łatwo przesuszające się i łatwo stające się bajorami po byle deszczu, porywane przez wiatr i spływające do rzek, tak, że zostaje szczery piasek. Na tym piasku jeśli nawet damy materię organiczną, to nie ma komu jej rozłożyć, więc przecieka do cieków wodnych bez żadnego pożytku. Stąd błędne koło nawozów sztucznych: na początku działają pięknie zwiększając plony, bo jest jeszcze materia organiczna, ale szybko trzeba dawać ich coraz więcej i więcej, co coraz bardziej wytruwa życie w glebie. No i coraz więcej kosztuje. A kto na tym zyskuje? Na pewno nie rolnik...
Na szczęście u nas mikroorganizmy i dżdżownice mają się dobrze, pełną parą odchodzi teraz naturalna wermikulizacja trawników, gruzełki się tworzą i w ogóle wiosna!
Mała uwaga: z racji tego sposobu życia (schodzenie głęboko w dół i wychodzenie na powierzchnię) dżdżownice glebowe nie nadają się do kompostownika ani do robienia soku dżdżownicowego. Tutaj użyteczny jest inny gatunek, zwany kalifornijskim - bardziej różowe, mniejsze i bardziej ruchliwe, zadowalające się bytowaniem w warstwie materii organicznej, byle jej było dużo! W Polsce można znaleźć aż 32 gatunki dżdżownic, przystosowanych do różnych środowisk. Jeśli ktoś ma zywą glebę, obficie zamieszkaną, to nie musi nawet kupować "kalifornijek" - odpowiednie gatunki same zasiedlą kompost.
Ponad dwadzieścia lat temu osiedliśmy w prawie 100 letnim domu otoczonym ugorem i kawałkiem starego sadu i postanowiliśmy stworzyć tu własny kawałek raju. Ogród jak najbliższy naturze, który zarazem nas cieszy i żywi. O tym ogrodzie i o tym, czego się nauczyliśmy tworząc go i pielęgnując jest ten blog.
Etykiety
borówka amerykańska
budki lęgowe
burak liściowy
cebula
chwasty
cieplarnie
ciepła grządka
cykoria sałatowa
czosnek
drób
drzewa
drzewa i krzewy owocowe
drzewa owocowe
dynie
dżdżownice
F1
fasola
filmy
funkcjonowanie roślin
gleba
GMO
gnojówki
gnój
grządki
grządki permakulturowe
grzyby
historia
humus
inicjatywy
inspekty
jabłonie
jagody goji
jarzebinogrusza
jesień
jesion
kalendarz biodynamiczny
kompost
konstrukcje
korzenie
kret
króliki
kuchnia
kury
las
leki
marchewka
mikoryza
mydlnica
narzędzia
nasiona
nasiona ekologiczne
naturalne środki myjące
nawożenie
ochrona naturalna
oczko wodne
odczyn gleby
ogród na stoku
orzechy piorące
owady pożyteczne
owce
pasternak
permakultura
pietruszka
pigwa
pismo Słowian
płoty
podlewanie
podlewanie butelkowe
podniesione grządki
pomidory
próchnica
przechowywanie
przycinanie drzew
ptaki
rabaty ozdobne.
ręczniki obrzędowe
sad
sadzenie
sadzenie drzew
samosiejki
sąsiedztwo roślin
seler
siew
słoma
słomiane grządki
Słowianie
sole mineralne
staw
staże
szkodniki
szparagi
szpinak
szpinak. grządki
ściółka
ściółkowanie
świdośliwa
trawnik
tworzenie
tyczki
uprawa
wały permakulturowe
warsztaty
warzywa
wegetarianizm
wiedza
wieża ziemniaczana
wiśnia syberyjska
woda
wzniesione grządki
zakładanie ogrodu
zasilanie
zbiory
zdrowa żywność
zdrowie
zielony nawóz
ziemniaki
ziemniaki w słomie
zima
zioła
zrębki
zwierzęta
żywopłot
żyzność
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dżdżownice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dżdżownice. Pokaż wszystkie posty
sobota, 28 marca 2015
poniedziałek, 2 marca 2015
Samodzielnie zrobiony biohumus (sok dżdżownicowy II)
Martwiłam się trochę możliwością braku mikroelementów w grządkach ze słomy. Jest jednak na to rada! Pamiętacie sok dżdżownicowy? Warto go zrobić, także po to, żeby mieć bogaty kompost do doniczek czy podsypywania ulubionych bylin.
Na Zachodzie sprzedaje się specjalne kompostowniki, ale dość łatwo można zrobić to samemu. Wystarczą trzy pojemniki, które można ustawić jeden na drugim, z tego jeden wyraźnie większy od dwóch innych. Mogą to być np. plastykowe wiadro i dwie miski.
W dnie wiadra robimy spore dziury, można wiertarką lub rozgrzanym pogrzebaczem. Takie mniej więcej na szerokość ołówka, może ciut mniej. Tych dziur ma być sporo. W jednej z misek robimy drobne dziurki, drutem do robótek lub cieniutkim świdrem. A w trzeciej nie robimy nic, bo ona idzie na spód i w niej będziemy zbierać sok dżdżownicowy.
Wygląda to mniej więcej tak:
Do górnego pojemnika wrzucamy odpadki organiczne, w miarę możności rozdrobnione (trawa, obierki, ogryzki, siano, słoma itp) Zwilżamy je dobrze wodą i wprowadzamy tam garstkę dżdżownic kalifornijskich. Będą one przerabiać odpadki na kompost, którego część będzie spadać większymi otworami do następnego pojemnika. Do dolnego będzie ściekać z niego bogata w elementy odżywcze woda. Dżdżownice mają tendencję do przemieszczania się w górę, tam więc możemy im regularnie dosypywać pożywienie. Uwaga: ZWYKŁE DŻDŻOWNICE Z OGRODU SIĘ DO TEGO NIE NADAJĄ, ONE MAJĄ ZUPEŁNIE INNY TRYB ŻYCIA I INNE POTRZEBY. Dżdżownice kalifornijskie można kupić w sklepie wędkarskim.
Pozostaje tylko postawić pojemnik w zacienionym, zacisznym miejscu, przykryć go i pozwolić dżdżownicom robić swoje. Za wysoka i za niska temperatura zatrzymują pracę dżdżownic, najlepiej wykazują się w przyjemnym ciepełku 20 - 25 stopni. Na słońcu mogą się usmażyć. W sumie, ponieważ światło nie jest im koniecznie potrzebne, ustrojstwo może stać w budynku gospodarczym - ciepłej, widnej piwnicy, na ganku, w sieni, w garażu itp., aby nie w towarzystwie benzyny i substancji chemicznych. Jeśli na dworze, to w półcieniu - może mieć trochę słońca wcześnie rano.
Trzeba tylko pamiętać o regularnym dorzucaniu odpadków, zbieraniu naszego biohumusu oraz o zwilżaniu wszystkiego. Robaczki pracują tylko wtedy, kiedy jest wilgotno. Ściśnięta garść materiału powinna dać kilkanaście kropel wody.
Dobrze jest od czasu do czasu dorzucić garstkę ziemi czy gliny oraz szczyptę dolomitu. W ciągu sezonu możemy zebrać kilkanaście litrów doskonałego nawozu płynnego i kilka kilo kompostu. Na zimę albo przenosimy ustrojstwo do piwnicy, albo zwracamy dżdżownicom wolność, wpuszczając je w kompost.
Nawóz płynny używa się rozcieńczony w proporcji 1 do 7-10.
A, nie zapomnijmy o luźnej, przepuszczającej powietrze pokrywie, żeby ptaki i inne zwierza nie wydziobały nam robotników.
Na Zachodzie sprzedaje się specjalne kompostowniki, ale dość łatwo można zrobić to samemu. Wystarczą trzy pojemniki, które można ustawić jeden na drugim, z tego jeden wyraźnie większy od dwóch innych. Mogą to być np. plastykowe wiadro i dwie miski.
W dnie wiadra robimy spore dziury, można wiertarką lub rozgrzanym pogrzebaczem. Takie mniej więcej na szerokość ołówka, może ciut mniej. Tych dziur ma być sporo. W jednej z misek robimy drobne dziurki, drutem do robótek lub cieniutkim świdrem. A w trzeciej nie robimy nic, bo ona idzie na spód i w niej będziemy zbierać sok dżdżownicowy.
Wygląda to mniej więcej tak:
Do górnego pojemnika wrzucamy odpadki organiczne, w miarę możności rozdrobnione (trawa, obierki, ogryzki, siano, słoma itp) Zwilżamy je dobrze wodą i wprowadzamy tam garstkę dżdżownic kalifornijskich. Będą one przerabiać odpadki na kompost, którego część będzie spadać większymi otworami do następnego pojemnika. Do dolnego będzie ściekać z niego bogata w elementy odżywcze woda. Dżdżownice mają tendencję do przemieszczania się w górę, tam więc możemy im regularnie dosypywać pożywienie. Uwaga: ZWYKŁE DŻDŻOWNICE Z OGRODU SIĘ DO TEGO NIE NADAJĄ, ONE MAJĄ ZUPEŁNIE INNY TRYB ŻYCIA I INNE POTRZEBY. Dżdżownice kalifornijskie można kupić w sklepie wędkarskim.
Pozostaje tylko postawić pojemnik w zacienionym, zacisznym miejscu, przykryć go i pozwolić dżdżownicom robić swoje. Za wysoka i za niska temperatura zatrzymują pracę dżdżownic, najlepiej wykazują się w przyjemnym ciepełku 20 - 25 stopni. Na słońcu mogą się usmażyć. W sumie, ponieważ światło nie jest im koniecznie potrzebne, ustrojstwo może stać w budynku gospodarczym - ciepłej, widnej piwnicy, na ganku, w sieni, w garażu itp., aby nie w towarzystwie benzyny i substancji chemicznych. Jeśli na dworze, to w półcieniu - może mieć trochę słońca wcześnie rano.
Trzeba tylko pamiętać o regularnym dorzucaniu odpadków, zbieraniu naszego biohumusu oraz o zwilżaniu wszystkiego. Robaczki pracują tylko wtedy, kiedy jest wilgotno. Ściśnięta garść materiału powinna dać kilkanaście kropel wody.
Dobrze jest od czasu do czasu dorzucić garstkę ziemi czy gliny oraz szczyptę dolomitu. W ciągu sezonu możemy zebrać kilkanaście litrów doskonałego nawozu płynnego i kilka kilo kompostu. Na zimę albo przenosimy ustrojstwo do piwnicy, albo zwracamy dżdżownicom wolność, wpuszczając je w kompost.
Nawóz płynny używa się rozcieńczony w proporcji 1 do 7-10.
A, nie zapomnijmy o luźnej, przepuszczającej powietrze pokrywie, żeby ptaki i inne zwierza nie wydziobały nam robotników.
sobota, 22 lutego 2014
Kompost dżdżownicowy
Mam takie wrażenie, że spodobał się Wam sok z dżdżownic. Dlaczego więc nie spróbować czegoś podobnego w skali maxi? Skoro już mamy dżdżownice?
Dżdżownice kalifornijskie (czyli po prostu "gnojarki") pracują w specyficzny sposób: rozkładają materię organiczną, posuwając się ku górze. Za sobą zostawiają wspaniały kompost, zawierający kilka do kilkuset razy więcej substancji odżywczych, niż dobra ziemia.
Zaletą takiego kompostu jest to, że nie musimy go przewracać ani pilnować temperatury. Możemy stopniowo dokładać do niego materiały, bez potrzeby budowania całego kopca za jednym zamachem.
Najprostszy sposób - to duża beczka bez dna, ustawiona w cieniu (żeby nie zgrillować naszych robaczków na słońcu). Najaktywniejsze są one w temperaturze od +18 do +30 stopni, w upał, podobnie jak w chłody - odpoczywają. Dobrze jest w takiej beczce porobić trochę otworów dla dopływu powietrza, zwłaszcza jeśli jest z plastyku. Dalej postępujemy, jak w hodowli dżdżownic w wiaderku - dajemy na dno drenaż z gałązek, na to wilgotne resztki organiczne i wypuszczamy dżdżownice. Potem tylko pilnujemy wilgotności i dokładamy systematycznie wszystko, co się nadaje do skompostowania: trawę, słomę, wyrwane chwasty, wilgotną tekturę w niedużych ilościach, nawóz zwierzęcy, nać, liście itp. Nieraz wydaje się, że beczka jest załadowana po brzegi, tymczasem po kilku-kilkunastu dniach wszystko opada i można znów dokładać. Ważne: beczka nie powinna mieć dna, żeby na dnie nie zbierała się woda i nie gniła. Trudno, szoczek dżdżownicowy pójdzie do ziemi, ale jaka dobra ziemia w tym miejscu będzie! A jak zasilone drzewo dające cień! Chyba, że jakiś majsterkowicz zrobi nam zbiornik pod beczką, dając jej dno z siatki, bardzo gęstej, żeby robaczki nie wypadły. Ale to już wyższa szkoła jazdy :)))
Trzeba uważać na świeżo skoszoną trawę z kosiarki - dokładać ją po trochu i lekko podsuszoną, bo inaczej zaparza się lub gnije i nici z kompostu.
Po paru miesiącach zdejmujemy delikatnie wierzchnią warstwę razem z żyjącymi w niej dżdżownicami, podnosimy beczkę i wybieramy kompost. Następnie zaczynamy od nowa.
Taka beczka jest fajna dla malutkich ogródków. Nie śmierdzi - kompostowanie to proces przebiegający z udziałem tlenu. Jeśli śmierdzi, to znaczy, że gnije (proces beztlenowy), czyli że coś jest źle zrobione.
Ma jednak jedną wadę: zimą dżdżownice w beczce mogą wymrzeć, chyba że zakopią się w ziemi pod nią.
Dlatego polecam nieco większe kompostowniki - skrzynie zrobione z drewna lub murowane. W murowanych jedna strona powinna być otwarta, założona deskami, które możemy wyjąć, aby dobrać się do brunatnego złota.
A najlepsze są kompostowniki przedzielone na dwie części ażurową przegrodą. Ażurową dlatego, żeby dżdżownice i inne mikroorganizmy przedostawały się spokojnie z jednej strony na drugą.
W jednej połowie takiej podwójnej skrzyni robimy tak, jak w beczce, czyli wpuszczamy robaczki i stopniowo składamy wszelkie resztki roślinne oraz trochę nawozu zwierzęcego. Najlepszy jest od zwierząt trawożernych. Ptasi nawóz (kurzy, gołębi) trzeba wymieszać ze sporą ilością substancji pochłaniających azot (słoma, trociny) i porządnie zwilżyć.
Kiedy ta część skrzyni jest załadowana po brzegi (pamiętajmy, że opada), przykrywamy ją czymś przepuszczającym powietrze (stary chodnik, kawałek wykładziny, agrowłóknina, worki), a resztki zaczynamy składać po drugiej stronie ażurowej przegrody. Dżdżownice, kiedy skończy się im jedzonko, przejdą do niej same. A my za kompost!
To jest opcja dla sporego ogrodu, gdzie jest dużo materiałów organicznych do kompostowania.
My używamy fundamentów po suszarni tytoniu - raz składamy z jednej strony, następnie z drugiej. Okazały się idealne, rozkłada się w nich nawet perz. Wilgotność też jest idealna, tylko w czasie wielkiej suszy trochę podlewam.
Dżdżownice można: a) wygrzebać z kupy nawozu u znajomego koniarza, b) kupić w sklepie wędkarskim c) dostać ode mnie, o ile będzie ktoś w okolicy w ciepłym sezonie d) dostać od kogoś innego, kto ma. Można też zamówić przez internet, ale to drogo.
Nadmiar dżdżownic można wykorzystać jako karmę dla kur.
Dżdżownice kalifornijskie (czyli po prostu "gnojarki") pracują w specyficzny sposób: rozkładają materię organiczną, posuwając się ku górze. Za sobą zostawiają wspaniały kompost, zawierający kilka do kilkuset razy więcej substancji odżywczych, niż dobra ziemia.
Zaletą takiego kompostu jest to, że nie musimy go przewracać ani pilnować temperatury. Możemy stopniowo dokładać do niego materiały, bez potrzeby budowania całego kopca za jednym zamachem.
Najprostszy sposób - to duża beczka bez dna, ustawiona w cieniu (żeby nie zgrillować naszych robaczków na słońcu). Najaktywniejsze są one w temperaturze od +18 do +30 stopni, w upał, podobnie jak w chłody - odpoczywają. Dobrze jest w takiej beczce porobić trochę otworów dla dopływu powietrza, zwłaszcza jeśli jest z plastyku. Dalej postępujemy, jak w hodowli dżdżownic w wiaderku - dajemy na dno drenaż z gałązek, na to wilgotne resztki organiczne i wypuszczamy dżdżownice. Potem tylko pilnujemy wilgotności i dokładamy systematycznie wszystko, co się nadaje do skompostowania: trawę, słomę, wyrwane chwasty, wilgotną tekturę w niedużych ilościach, nawóz zwierzęcy, nać, liście itp. Nieraz wydaje się, że beczka jest załadowana po brzegi, tymczasem po kilku-kilkunastu dniach wszystko opada i można znów dokładać. Ważne: beczka nie powinna mieć dna, żeby na dnie nie zbierała się woda i nie gniła. Trudno, szoczek dżdżownicowy pójdzie do ziemi, ale jaka dobra ziemia w tym miejscu będzie! A jak zasilone drzewo dające cień! Chyba, że jakiś majsterkowicz zrobi nam zbiornik pod beczką, dając jej dno z siatki, bardzo gęstej, żeby robaczki nie wypadły. Ale to już wyższa szkoła jazdy :)))
Trzeba uważać na świeżo skoszoną trawę z kosiarki - dokładać ją po trochu i lekko podsuszoną, bo inaczej zaparza się lub gnije i nici z kompostu.
Po paru miesiącach zdejmujemy delikatnie wierzchnią warstwę razem z żyjącymi w niej dżdżownicami, podnosimy beczkę i wybieramy kompost. Następnie zaczynamy od nowa.
Taka beczka jest fajna dla malutkich ogródków. Nie śmierdzi - kompostowanie to proces przebiegający z udziałem tlenu. Jeśli śmierdzi, to znaczy, że gnije (proces beztlenowy), czyli że coś jest źle zrobione.
Ma jednak jedną wadę: zimą dżdżownice w beczce mogą wymrzeć, chyba że zakopią się w ziemi pod nią.
Dlatego polecam nieco większe kompostowniki - skrzynie zrobione z drewna lub murowane. W murowanych jedna strona powinna być otwarta, założona deskami, które możemy wyjąć, aby dobrać się do brunatnego złota.
A najlepsze są kompostowniki przedzielone na dwie części ażurową przegrodą. Ażurową dlatego, żeby dżdżownice i inne mikroorganizmy przedostawały się spokojnie z jednej strony na drugą.
W jednej połowie takiej podwójnej skrzyni robimy tak, jak w beczce, czyli wpuszczamy robaczki i stopniowo składamy wszelkie resztki roślinne oraz trochę nawozu zwierzęcego. Najlepszy jest od zwierząt trawożernych. Ptasi nawóz (kurzy, gołębi) trzeba wymieszać ze sporą ilością substancji pochłaniających azot (słoma, trociny) i porządnie zwilżyć.
Kiedy ta część skrzyni jest załadowana po brzegi (pamiętajmy, że opada), przykrywamy ją czymś przepuszczającym powietrze (stary chodnik, kawałek wykładziny, agrowłóknina, worki), a resztki zaczynamy składać po drugiej stronie ażurowej przegrody. Dżdżownice, kiedy skończy się im jedzonko, przejdą do niej same. A my za kompost!
To jest opcja dla sporego ogrodu, gdzie jest dużo materiałów organicznych do kompostowania.
My używamy fundamentów po suszarni tytoniu - raz składamy z jednej strony, następnie z drugiej. Okazały się idealne, rozkłada się w nich nawet perz. Wilgotność też jest idealna, tylko w czasie wielkiej suszy trochę podlewam.
Dżdżownice można: a) wygrzebać z kupy nawozu u znajomego koniarza, b) kupić w sklepie wędkarskim c) dostać ode mnie, o ile będzie ktoś w okolicy w ciepłym sezonie d) dostać od kogoś innego, kto ma. Można też zamówić przez internet, ale to drogo.
Nadmiar dżdżownic można wykorzystać jako karmę dla kur.
wtorek, 18 lutego 2014
Sok dżdżownicowy
Czasem potrzeba nam dobrego, płynnego nawozu do podlewania np. roślin w pojemnikach lub nawet tych w warzywniku, kiedy mamy słabą ziemię. Ważne jest, aby nawóz ten zawierał w miarę możliwości wszystkie potrzebne roślinom elementy i to dobrze zbilansowane. No i żeby był ekologiczny.
Bardzo dobrym nawozem jest ten, wyprodukowany przez dżdżownice kalifornijskie. Można go mieć praktycznie za darmo, wystarczy garść dżdżownic i dwa pojemniki (najlepiej plastykowe), np. dwa wiadra z odzysku.
Uwaga: dżdżownice, które ryją w ziemi, nie nadają się do tego. Natomiast te, które możemy znaleźć w kupie nawozu lub kompoście - jak najbardziej. Różnią się one od tych "ziemnych" ciemniejsza barwą (są bardziej czerwonawe) oraz na ogół wielkością (są trochę mniejsze, ale to nie jest reguła). Dżdżownice kalifornijskie podążają do góry w poszukiwaniu nowego pokarmu, zostawiając pod sobą ten już "przerobiony", natomiast ziemne wyłażą w nocy na powierzchnię, a potem zagrzebują się głęboko w ziemi.
W jednym pojemniku przebijamy w dnie sporo otworów i napełniamy go jedzonkiem dla dżdżownic, czyli drobnymi resztkami organicznymi (trawa, siano, drobno pocięte obierki, liście). Porządnie zwilżamy to wszystko. Kiedy nadmiar wody wycieknie, wpuszczamy do pojemnika dżdżownice i stawiamy go na tym drugim, całym. Pożywienie powinno być jak najbardziej rozdrobnione, bo nasze robaczki zębów nie mają i dużych kawałków nie pogryzą.
Dżdżownice z radością przystąpią do konsumowania żarełka, zmieniając je na kompost, a sok z tego kompostu będzie ściekał do pojemnika na dole. Ten sok, po rozcieńczeniu, jest doskonałym, zbilansowanym nawozem naturalnym.
Hodowla dżdżownic powinna stać w miejscu zacienionym, przykryta gęstą siatką lub luźną, przepuszczającą powietrze, przykrywą. Trzeba codziennie uzupełniać dawkę pokarmu i zwilżać zawartość wiadra, która stale powinna być wilgotna jak wyżęta szmatka. Nie należy ich trzymać w domu, najlepiej w ogrodzie, koniecznie W CIENIU (np. przy północnej ścianie).
Nie wydziela ona nieprzyjemnego zapachu, poza lekkim odorem pleśni, która jest tam nawet pożądana, bo zmiękcza pokarm.
Ten "sok dżdżownicowy" sprzedawany jest w sklepach pod nazwą "Biohumus" i kosztuje dość drogo. W ciągu jednego sezonu możemy mieć go kilka litrów, na dodatek wiaderko kompostu. Uzywamy go do podlewania, mocno rozcieńczony wodą. Mniej więcej 1:10.
Po zakończonej pracy wypuszczamy dżdżownice do kompostu, gdzie sobie przezimują zakopane w ziemi.
Bardzo dobrym nawozem jest ten, wyprodukowany przez dżdżownice kalifornijskie. Można go mieć praktycznie za darmo, wystarczy garść dżdżownic i dwa pojemniki (najlepiej plastykowe), np. dwa wiadra z odzysku.
Uwaga: dżdżownice, które ryją w ziemi, nie nadają się do tego. Natomiast te, które możemy znaleźć w kupie nawozu lub kompoście - jak najbardziej. Różnią się one od tych "ziemnych" ciemniejsza barwą (są bardziej czerwonawe) oraz na ogół wielkością (są trochę mniejsze, ale to nie jest reguła). Dżdżownice kalifornijskie podążają do góry w poszukiwaniu nowego pokarmu, zostawiając pod sobą ten już "przerobiony", natomiast ziemne wyłażą w nocy na powierzchnię, a potem zagrzebują się głęboko w ziemi.
W jednym pojemniku przebijamy w dnie sporo otworów i napełniamy go jedzonkiem dla dżdżownic, czyli drobnymi resztkami organicznymi (trawa, siano, drobno pocięte obierki, liście). Porządnie zwilżamy to wszystko. Kiedy nadmiar wody wycieknie, wpuszczamy do pojemnika dżdżownice i stawiamy go na tym drugim, całym. Pożywienie powinno być jak najbardziej rozdrobnione, bo nasze robaczki zębów nie mają i dużych kawałków nie pogryzą.
Dżdżownice z radością przystąpią do konsumowania żarełka, zmieniając je na kompost, a sok z tego kompostu będzie ściekał do pojemnika na dole. Ten sok, po rozcieńczeniu, jest doskonałym, zbilansowanym nawozem naturalnym.
Hodowla dżdżownic powinna stać w miejscu zacienionym, przykryta gęstą siatką lub luźną, przepuszczającą powietrze, przykrywą. Trzeba codziennie uzupełniać dawkę pokarmu i zwilżać zawartość wiadra, która stale powinna być wilgotna jak wyżęta szmatka. Nie należy ich trzymać w domu, najlepiej w ogrodzie, koniecznie W CIENIU (np. przy północnej ścianie).
Nie wydziela ona nieprzyjemnego zapachu, poza lekkim odorem pleśni, która jest tam nawet pożądana, bo zmiękcza pokarm.
Ten "sok dżdżownicowy" sprzedawany jest w sklepach pod nazwą "Biohumus" i kosztuje dość drogo. W ciągu jednego sezonu możemy mieć go kilka litrów, na dodatek wiaderko kompostu. Uzywamy go do podlewania, mocno rozcieńczony wodą. Mniej więcej 1:10.
Po zakończonej pracy wypuszczamy dżdżownice do kompostu, gdzie sobie przezimują zakopane w ziemi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)