Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ściółkowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ściółkowanie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 marca 2017

Kompostowanie powierzchniowe

         Czasem słyszę opinie, że tylko my, ludzie, zmieniamy nasze środowisko. Otóż nie tylko my, choć może my najbardziej zachłannie i bez zastanowienia, niszczycielsko. Wiele gatunków roślin przekształca środowisko tak, by było im przyjemniejsze i bardziej wygodne do życia. Ciągle w naturze odgrywa się teatr zmian i następowania po sobie różnych biotopów.
          Najłatwiej można zaobserwować to zmienianie środowiska na przykładach lasu liściastego i iglastego. Dorzucę tu znów swoje trzy grosze, któryś już raz z kolei, ale prawdy nigdy za dużo: lite lasy iglaste NIE SĄ naturalne w naszym klimacie. Naturalnie występują o wiele dalej na północ. U nas to skutek leśnej "gospodarki", która z jakichś tam powodów upodobała monokultury sosenek. Ostatnimi laty widziałam poprawę na lepsze - w naszej okolicy w cieniu sosen i świerków posadzono młode buki, teraz już całkiem spore. Widziałam też nasadzenia innych drzew liściastych i nawet modrzewi i to nie tylko przy drogach. Mam nadzieję, że obecne, katastrofalne władze leśne, tego nie zepsują.
         Ale wróćmy ad rem. Otóż w lesie sosnowym opadające igły rozkładają się powoli, jednocześnie stopniowo coraz silnie zakwaszając glebę. Próchnicy przybywa tam powolutku, cieniutka tylko warstwa pokrywa szczery piach. Drzewa przystosowują swoje siedlisko dla siebie i swoich przyjaciół, eliminując niechcianą konkurencję. W takich borach spotykamy specyficzne grzyby, jałowce, borówki, czyli czarne jagody i popularne w naszym regionie "pijanice", wrzosy, czasem paprocie, konwalie i niektóre rodzaje traw.
       Inaczej nieco wygląda las liściasty. Bujnie spadające liście szybko tworzą grubszą warstwę próchnicy. Takie lasy wiosną niebieszczeją od przylaszczek i bieleją zawilcami, natomiast latem, w mięsistym, ciężkim cieniu, wegetacja zamiera albo prawie. Za to na polanach i obrzeżach wybucha gatunkami i kolorami.
      Jeszcze inne są słynne czarnoziemy stepowe, gdzie przez tysiące lat trawy i zioła, nietknięte ręką człowieka, rozkładały się, żywiąc obficie następne pokolenia.

      Zwykle ziemia, nie niepokojona przez człowieka, z naturalnymi procesami następstwa gatunków, staje się coraz bardziej żyzna.

     Jednak my nie zawsze chcemy i możemy czekać w naszym ogrodzie, aż ziemia sama stanie się urodzajna. Staram się te procesy przyspieszyć, ale kopiując najlepszych mistrzów, czyli samą naturę. Zauważcie, że w naturze materiały organiczne spadają na wierzch gleby i tam są rozkładane przez cały skomplikowany łańcuch organizmów, żeby w końcu dostać się do gleby pod postacią próchnicy. Szczęśliwi wtedy posiadacze gliniastej ziemi! Próchnica zostaje związana z gliną i powstrzymana przed wypłukiwaniem. A coraz to nowe warstwy ściółki chronią ją od unoszenia przez wiatr.

     Wykorzystuję te naturalne procesy w użyźnianiu swoich grządek. Kompostowanie powierzchniowe jest czymś pośrednim między wałami a ściółkowaniem. Ponieważ robię je na czystej już ziemi, na istniejących już grządkach, które po paru latach stały się mniej żyzne, nie stosuję żadnych kartonów ani grubych warstw. Po prostu najpierw przelecę się z widłami szerokozębnymi, usuwając niektóre uporczywe chwasty z korzeniami. Następnie roztrząsam na ziemię dość cienką warstwę gnoju, którą następnie przykrywam słomą, liśćmi lub sianem. Robię tak zarówno wiosną, jak jesienią (oczywiście w innych miejscach), zależnie od ilości gnoju. Idealne jest to w tunelach, tyle, że tam to trzeba solidnie podlać, żeby zapoczątkować procesy rozkładu.
Na zewnątrz o potrzebne nawilżenie troszczy się Matka Natura.
        Właśnie takie kompostowanie powierzchniowe robiłam ostatnio w tunelach. Pomidory i papryki są dość żarłoczne, więc trzeba im zapewnić to, czego potrzebują. Tylko w skrzyni w pierwszym tunelu dałam czysty kompost, na którym już posiałam rzodkiewkę i sałatę. Będę tam też robić sadzonki. Natomiast ściółka rozłoży się częściowo do maja, kiedy będę wysadzać pomidory, a ziemia pod nią będzie pulchna i wilgotna, bez kopania.

        Oczywiście na takich "zakompostowanych" grządkach trudno jest siać, to dopiero przychodzi w drugim roku. Ale można spokojnie sadzić wiele roślin jadalnych: pomidory, ziemniaki, kapustę, selery, pory, ogórki, dynie, cukinie. Trzeba tylko miejscami odgarnąć ściółkę. W takie "placki" wysiewałam też kukurydzę i słoneczniki, wyrosły pięknie, podobnie jak fasolka szparagowa. Jedynie korzeniowych tam nie sieję, na to mam inne grządki, te, na których ściółka już się rozłożyła.

       Wczoraj zauważyłam, że w nowym warzywniku kret zrobił kopiec. Wyciągnął na wierzch żółta, szczerą glinę, jaka tam była na początku. Porównałam ją z pulchną, czarną ziemią na grządkach i wałach. Wprost wierzyć mi się nie chce, że tylko przez kilka lat udało mi się zmienić do tego stopnia ten kawałek ziemi. I to niewielkim wysiłkiem.

niedziela, 11 października 2015

Próchnica jest dobra na wszystko!

     Pamiętacie takie różne wyliczanki z dzieciństwa, które miały zapewnić spełnienie marzeń? Trzeba było naliczyć np. 12 kasków motocyklowych białych, ale nie spojrzeć w międzyczasie na żaden czerwony i szczęście się miało w kieszeni.
     Dorośliśmy, zmądrzeliśmy, a ciągle coś z takiego myślenia zostało. Dostaję sporo listów, w których ludzie pytają o tę jedną, jedyną receptę, która zapewni im piękny ogród i zdrowe plony. I co ja mam powiedzieć? Że takiej nie ma? Bo każdy ogród jest inny, każda gleba jest inna i środowisko wokół też.Że u mnie grządki słomiane w tym roku zawiodły, a u pewnego znajomego z FB spisały się na medal?
   Czasem myślimy, że jeśli poznamy tę jedną, jedyną receptę i będziemy się jej niewolniczo trzymać, to się na pewno uda. Tymczasem gleba jest organizmem żywym, powiązanym z całym środowiskiem, z całym Wszechświatem. Jest różna w różnych miejscach. Dlatego zamiast szukać gotowej recepty, najlepiej jest zapoznać się z zasadami jej funkcjonowania i dopasować metody do naszych sił i naszego kawałka ziemi.

     Jedna rzecz jest najważniejsza - o żyzności gleby decyduje próchnica. A ta powstaje ze szczątków organicznych, czyli resztek roślin, zwierząt, odchodów itp. Natura tak zrobiła, że próchnica tworzy się na powierzchni gleby lub tuż pod, a nie w głębi. Powstaje ona przy udziale mikroorganizmów (w tym grzybów, bakterii, drobnych zwierząt itp.), które potrzebują tlenu. Jej skład w naturze jest taki, że przeważają materiały roślinne, następnie są odchody zwierzęce, dalej inne szczątki.

    Próchnica wiąże się z cząsteczkami gliny w przewodzie pokarmowym dżdżownic. Jest tam taki gruczoł wapienny, który produkuje zjonizowany wapń. Wapń pełni rolę spoiwa pomiędzy próchnicą, a gliną. Tak powstają gruzełki. Dzięki nim sole mineralne z próchnicy uwalniane są powoli, a nie wypłukiwane gwałtownie i zabierane w głąb ziemi. Rośliny mogą więc je czerpać równomiernie i według swoich potrzeb.

    Dobra próchnica zawiera rozmaite sole mineralne i pierwiastki. To ważne, bo potrzeby roślin zmieniają się dość często i szybko, w zależności od fazy wzrostu, a nawet od pory dnia. Żadne nawozy nie są w stanie ich zastąpić.

    Uwaga: torf NIE JEST próchnicą i nie ma żadnych właściwości odżywczych.

    Przenawozić można nie tylko nawozami chemicznymi, ale też naturalnymi, np. zbyt obficie stosowaną gnojówką. Tak wyhodowane warzywa też mogą być pełne rakotwórczych azotanów.

   Próchnica poza tym poprawia strukturę gleby, rozluźnia gleby ciężkie, a zwiększa pojemność wodną gleb lekkich.

   Wnioski:
- podstawową zasadą jest dbanie o odpowiednią ilość próchnicy w glebie,
- próchnicę otrzymujemy przez kompostowanie mieszanki materiału roślinnego (szczątki roślin, słoma, siano itp) oraz zwierzęcego (gnój, sierść, kości itp) przy dostępie powietrza i wody.

    Metodę kompostowania wybieramy taką, jak nam się podoba. Mnie najbardziej odpowiadają przekładańce czyli wały permakulturowe + ściółkowanie, ale kompost też robię, bo zawsze jest potrzebny.

   W zależności od rodzaju gleby do wałów/pryzm wprowadzamy pewne dodatki.
      Dobrze jest znać odczyn gleby - jeśli jest kwaśny, to dobrze jest podsypać grządki dolomitem., czyli zmieloną skałą wapienną. Wapna raczej nie polecam, chyba że mamy czas i cierpliwość podsypywać malutkie ilości co kilka dni. Dlaczego nie wapno? Bo działa super szybko i równie szybko jest wypłukiwane. Powoduje to huśtawkę "nastroju" gleby (czyli jej odczynu) kwaśny - zasadowy-znowu kwaśny, co nigdy nie wpływa dobrze na całość. Dolomit natomiast jest skała, z której wapń jest wypłukiwany powoli i sukcesywnie, poza tym zawiera inne, ciekawe mikroelementy. Podobne odkwaszające działanie ma popiół drzewny.
    Jeśli ziemia jest piaszczysta i przepuszczalna, dobrze jest do niej dodać trochę gliny. Ale uwaga: często pod warstwą piasku, płytko, znajduje się glina. Wtedy dodatek nie jest potrzebny. Robaczki wyniosą ją same na powierzchnię.

    Teraz, jesienią, dobrze jest przykryć nasze grządki grubą warstwą ściółki (liści jest pod dostatkiem), żeby życie w nich mogło rozwijać się bujnie i spokojnie. Wczesną wiosną dobrze jest je zgarnąć, choćby na ścieżki, żeby ziemia szybko się ogrzała, a kiedy rośliny podrosną, zaścielić znowu międzyrzędzia chroniąc je przed upałem i wyparowaniem wody.

   Tak dbamy o naszą próchnicę. Nie jest ważne, czy będą to wały, "kanapki" czy oddzielny kompost, który potem rozsypiemy na grządkach. Ważne jest, by było jej jak najwięcej. Bo próchnica jest dobra na wszystko!



piątek, 4 września 2015

Ogródek dla Anny-Marii

       Pewna moja miła bardzo znajoma poprosiła o pomoc w zaprojektowaniu dla niej ogrodu warzywnego w chaszczach, jakimi obrósł jej dom w czasie, kiedy poświęcała się remontowi.
       Musiałam trochę pomyśleć, bo większość metod zakładania ogrodu, nawet ta z wałami permakulturowymi, wymaga na początku dość znacznego wysiłku fizycznego. A tu osóbka bardzo zdeterminowana, metodyczna, ale delikatna, z bólami kgosłupa. I żadnej pomocy męskiego ramienia... Na dodatek może zajmować się ogrodem dopiero po powrocie z pracy.
      Inne dane: dość dobra ziemia, niewielki obszar, możliwość zorganizowania obornika i słomy.

      Moim założeniem jest, że ogród ma być radością i przyjemnością, a nie jeszcze jedną harówką i ciężkim obowiązkiem. Pierwsza rada więc była taka, żeby potraktować to wszystko jak zabawę w piaskownicy - lekko i z przymrużeniem oka, a nie jak dodatkowy obowiązek. Bo my się staramy, a natura swoje. Mój ogród w tym roku przypomina słomianą wycieraczkę... tym bardziej wdzięczna jestem za każdy plon, jaki udało się zebrać.

      Co do samego założenia ogrodu, to sięgnęłam po metodę, której u siebie nie używałam, ale którą sprawdzili moi znajomi, w tym mój najlepszy uczeń. Twierdzą, że działa.

     A teraz kolejne etapy postępowania:

1. Zgromadzić dużą ilość kartonów, obornika i słomy lub siana.

2. Porządną wykaszarką wykosić chwasty i zostawić je na miejscu. Tu namawiam do zainwestowania w dobrą, profesjonalną wykaszarkę. Maleństwa na elektryczność, tak lubiane przez kobiety, nadają się tylko do koszenia trawy, grubsze łodygi są ponad ich siły. Do tego potrzebna dobra spalinówka z dyskiem albo usłużny sąsiad takąż dysponujący. Zawsze się przydaje do utrzymywania porządku na obrzeżach, pracuje szybciej i przy mniejszym wysiłku.

3. Na całym kawałku przeznaczonym na warzywnik rozrzucić obornik i następnie cały teren przykryć POTRÓJNĄ warstwą kartonu. Nie musi to być od razu zbyt wielki teren. Na początek 1/2 do 1 ara wystarczy w zupełności.

4. Na kartony dać warstwę ściółki w postaci słomy i/lub siana.

5. Zostawić to przez zimę i początek wiosny, aby "się przerobiło".
    Tu mam moment zastanowienia - stwierdziłam, że pod ściółką ziemia rozgrzewa się wolniej, a tu dochodzi jeszcze karton.... W tym wypadku nie można zgrabić ściółki, jak to robię na wałach. Najlepiej więc poczekać do dość późnej wiosny.

6. Wyznaczyć sobie na tym terenie grządki i ścieżki, tak umownie. Grządki mogą mieć kształt, jaki się Wam tylko zamarzy - prostokątne, okrągłe, spiralne... Na grządkach miejscami odgarniać ściółkę i wycinać dziurę w kartonie, żeby dostać się do ziemi. Można tam wetknąć ziemniaki i od razu znowu przykryć ściółką, ale myślę, że można też inne rośliny: bób (dobrze rośnie z ziemniakami), jedną roślinę chrzanu (chroni ziemniaki przed chorobami), sadzonki kapusty, selera, kalafiora czy brokuły, sadzonki dyni, ogórków, kabaczków i innych. W tym wypadku nie należy ich przykrywać ściółką, oczywiście. Wszystkie te rośliny można wysadzać w drugiej połowie maja, kiedy ziemia się już ogrzeje. Chodzimy po ściółce i kartonie, a tym samym nie ubijamy ziemi i chwasty nie rosną na ścieżkach.

7. Na wszelki wypadek zrobić dodatkowe dziury w kartonie i zainstalować podlewanie butelkowe, przydatne w czasie suszy. Pamiętacie - butelka z obciętym dnem, wbita szyjką w ziemię. Daje to jakby taki kielich, do którego wlewa się wodę. A ta idzie prosto do korzeni. Jednak, jeśli lato jest normalne, może to być zbędne. Wystarczy wtedy 3-4 razy dobrze podlać rośliny po posadzeniu.

8. Do jesieni karton powinien się już rozłożyć, przynajmniej w dużej części. Uzyskujemy pulchną ziemię ogrodową, praktycznie wolną och chwastów. W następnym roku możemy już siać i sadzić prawie pełny zestaw warzyw.

Ponieważ moja przyjaciółka chce też posiać trochę warzyw korzeniowych, ustaliłyśmy, że wiosną, czekając, aż ziemia pod kartonami się rozgrzeje, po prostu zerwie darń z małego kawałka ziemi do niej przylegającego i skopie go w sposób klasyczny, wyciągając korzenie chwastów. Najlepsze do tego są widły amerykańskie z szerokimi, prostymi zębami. Da radę zrobić mniej więcej 1 metr kwadratowy dziennie bez zbytniego wysiłku. Po 2-3 tygodniach daje to całkiem niezły kawałek ziemi. Tak zrobione grządki należy obsiewać dość szybko, w myśl zasady, że ziemia nie powinna zostawać naga. Dlatego też odradziłam jej przekopywanie jesienią.  Ponieważ ziemia jest tam żyzna (rosną na niej pokrzywy, rośliny wskaźnikowe), to bez żadnego dodatku w pierwszym roku powinna wydać porządne plony. Na następne lata przygotowujemy w cieniu kompost ze wszystkich dostępnych resztek, można też jesienią wysiewać zielone nawozy. Najlepiej te wiążące azot, czyli motylkowe, ale inne też są niezłe.

       Ponieważ co roku jesienią można powiększać taki warzywnik o dodatkowy ar czy dwa, po kilku latach możemy mieć całkiem spory ogród. A ponieważ zaczynaliśmy od małej powierzchni, to w międzyczasie staliśmy się ekspertami i bez większego wysiłku możemy to wszystko ogarnąć.

    Powodzenia, Anno - Mario. I baw się dobrze, tworząc swój własny kawałek raju!

piątek, 25 lipca 2014

Ściółkowanie

      Wiadomo, że ściółkowanie, czyli mówiąc fachowo - kompostowanie powierzchniowe, jest dobre na wszystko: na suszę, na deszcz, na życie w glebie i samą glebę. Tylko jak ściółkować, żeby to było efektywne?
       Ostatnio jest wielki pęd na słomę. Ma ona swoje zalety, np. dynie się na niej nie brudzą i nie podgniwają, truskawki podobnie. Jednak, moim zdaniem, więcej ma wad, niż zalet. Po pierwsze: jeśli jest kupowana w gospodarstwach tradycyjnych, to zawiera pestycydy i herbicydy, które w ten sposób wprowadzamy do naszego ogrodu. Po drugie: jest lekka i przewiewna, nie chroni gleby przed parowaniem, tworzy tylko sprężysty materac, przez który wszystko przecieka. Po trzecie: trudno się rozkłada i zawiera bardzo mało azotu. Po czwarte: jest ulubionym schronieniem ślimorów.
    Natomiast już ta sama słoma, pocięta na sieczkę i wymieszana np. z zielonymi liśćmi lub trawą jest o niebo lepsza. Jak to zrobić? Ano najprościej za pomocą zwykłej kosiarki do trawników. Zgromadzić na jeden stos słomę, siano, młode gałęzie z liśćmi (w tym też iglaste - ślimaki ich nie lubią) i wszystko razem zmielić kosiarką. Wypróbowałam, robi się to szybko i łatwo, nawet cienkie gałązki się mielą. A ściółka jest cud malina.
     Można ją pomieszać ze zrębkami, ściętą trawą z trawnika albo nawet trocinami i rozłożyć grubą warstwą tam, gdzie się tylko da. Jesienią można tak mielić opadłe liście.
      Ziemia, przykryta 20-30 centymetrową warstwą takiej ściółki jest wilgotna, żywa i wzbogacona w próchnicę. Po kilku latach nawet na najsłabszych ziemiach będziemy mieć piękne plony.
        Natomiast słoma jest świetną ściółką dla zwierząt. Gnój jest naszym brunatnym złotem, słoma zmielona racicami i nasączona moczem zwierząt gospodarskich zyskuje zupełnie inne właściwości i jest bardzo przydatna.
      A jeśli jeszcze do tego zbudujemy wały-przekładańce, to urodzaj murowany. Można je budować przez cały rok, także teraz, latem.
    
       My przenieśliśmy starą plantację truskawek. W miejscu wykopanych krzaczków, z pomocą fantastycznej młodej pary, która nas odwiedziła, zbudowaliśmy dwa wąskie wały z całym zachowaniem zasad tej sztuki.
     A wyglądało to tak: najpierw wykopano rowy, takie na sztych łopaty, troskliwie zbierając warstwę żyznej ziemi i odkładając ją na bok. Następnie na dno rowu poszły zmurszałe pniaki i gałęzie, przesypane drobniejszymi zielonymi resztkami. Na to owczy gnój. Potem siano i rozmaite zielone resztki. Wszystko dobrze udeptane, zwilżone deszczem, więc nie musieliśmy podlewać. Potem przykryte odłożoną ziemią, znów udeptane i uklepane. A na wierzch warstwa ściętej trawy oraz nasiona zielonego nawozu: facelia i gorczyca. Wytworzą one dużo liści i kwiatów, będących pokarmem pszczół podczas jesiennej posuchy na nektar. Zwarzone mrozem, będą one dodatkową warstwą ściółki, a ich korzenie zwiążą wały i ochronią je przed rozmywaniem. Wiosną można będzie sadzić na nich od razu, rozgarniając ściółkę. Najpierw ziemniaki, dynie, kapustę, selery, pory i szpinak, a po 2 latach także warzywa korzeniowe.
   
        Zielone rośliny, zwłaszcza te wiążące azot, są też dobrą ściółką. Np. koniczyna perska lub biała. chodzi mi tu o żywą, rosnącą ściółkę. Można też je oczywiście skosić gdzie indziej i domieszać cienką warstwą do naszej ściółki z innych roślinnych resztek.  Rosną sobie tuż przy ziemi, zacieniając ją, a następnie rozkładają się zimą.  Można między nimi sadzić te wyrastające wysoko, jak brukselka czy cukinie albo słoneczniki, kukurydzę, fasolę...
     Lubię za to słomę na ścieżkach, przyjemnie się po niej chodzi, bo jest sprężysta i sucha.
     Pamiętajcie o ściółce zwłaszcza teraz, latem. Ziemia w ogrodzie będzie Wam za nią wdzięczna.

piątek, 4 lipca 2014

Myślenie ekologiczne czyli nie jestem dyktatorem

       Wiele osób myśli, że uprawa ekologiczna to to samo, co uprawy tradycyjne, tylko bez chemii. Stąd wielkie zapotrzebowanie na forach ogrodniczych na ekologiczne nawozy i opryski. Tymczasem jest to zupełnie inne podejście do Ziemi, do jej praw i naszego miejsca w porządku świata.
      Założenia tradycyjnego podejścia, to całkowita dominacja człowieka nad wszystkim - ziemią, pogodą, strefą klimatyczną... Jeśli ziemia nie chce rodzić tego, co ja sobie założyłem, to trzeba ją okiełzać, zmusić, wręcz zgwałcić. Jeśli pojawiają się choroby i spadek plonów - to trzeba dać więcej nawozów, oprysków, wody itp. Jakie są skutki - wszyscy widzą. Postępująca erozja i śmierć gleb, wysokie koszty, niewolnicze uzależnienie od koncernów produkujących odżywki i opryski. Zatrucie wód gruntowych, rzek, jezior i mórz... Bezsensem jest uprawa zbóż - roślin suchych stepów w klimacie lasów tropikalnych, przy dużej ilości opadów i szybkiej erozji gleb. Podobnie uprawa szparagów lubiących piasek w ciężkich, gliniastych glebach. Herezją jest idea wielkich monokultur, skoro wiemy dziś o współdziałaniu roślin ze sobą i ich wzajemnej współzależności.

      Tymczasem podejście ekologiczne to przede wszystkim współdziałanie. To delikatna poprawa środowiska naturalnego w tym kierunku, jaki jest dla niego i dla nas najlepszy. Zaczyna się od poznania gleby i klimatu, następnie od zastanowienia się, jakie uprawy nadają się dla nas najlepiej i jakie warunki trzeba im stworzyć.  Należy też unikać dużych przestrzeni obsianych czy obsadzonych jednym gatunkiem. W przyrodzie monokultura nie istnieje.
     Należy poznać wymagania glebowe rośliny, którą chcemy posadzić, środowisko, z jakiego pochodzi. To pomoże nam zdefiniować jej potrzeby.

      Na Zachodzie wracają zadrzewienia śródpolne, żywopłoty i pasy drzew owocowych wśród pól. Postępujmy podobnie na naszej ziemi.
      Sprawa jest względnie prosta, kiedy chodzi o niewielki warzywnik. Tam, z oczywistych względów, monokultura jest niemożliwa. Sprawy komplikują się jednak, kiedy chcemy zasadzić większą plantację.
      Pewna znajoma zasadziła około hektara borówki amerykańskiej. Ziemia jest młoda, polodowcowa. Została zakwaszona głównie środkami w płynie. Między rzędami borówki są pasma trawy. Nawet założono nawadnianie. A jednak krzewy nie chcą rosnąć. Właściciele przemyśliwają nawet odejście od ekologii. Gdzie popełniono błąd?

     Przyjrzyjmy się samej borówce. Amerykańska, czy nie - jest rośliną leśną, rosnącą pod osłoną wysokich drzew, w środowisku przesyconym parą wodną. Współpracuje, za pośrednictwem grzybów, z korzeniami drzew iglastych. Tutaj nagle znajduje się na odkrytym terenie, w nieprzyjaznej glebie (zakwaszanie chemiczne burzy naturalny porządek gleb, nie dając nic w zamian), wystawiona na wiatry i słońce.
      Błędy popełniono już przy założeniu, ale trudno, trzeba ratować to, co się da. Jest na to kilka sposobów, które trzeba praktykować łącznie. I wiedzieć, że na rezultat należy poczekać.
      Pierwszą rzeczą, najpilniejszą, jest postaranie się o dużą ilość gałązek sosnowych i świerkowych - to żaden problem, po prostu trzeba pojechać przyczepą na najbliższą porębę. A trzeba będzie tego naprawdę dużo na taką wielką plantację. Następnie czeka nas wyprawa do tartaku po trociny lub zrębki, albo oba naraz. W tym wypadku przydatne są bardzo trociny z drzew iglastych. Przydatny też jest gnój albo zielone skoszone (trawa, rośliny motylkowe, liście i inne). Trzeba to wszystko razem zemleć, zwłaszcza gałęzie z poręby i grubo wyścielić pod krzewami, co najmniej na 30 centymetrów. Przy takiej plantacji to masa roboty, dobrze by było wypożyczyć ogromną maszynę, jaką czasem mają drogowcy. Jednak tylko za taką cenę możemy zapewnić krzewom sprzyjające środowisko dla korzeni.
     Następnie: jak najszybciej posadzić żywopłot z drzew i krzewów iglastych, głównie świerka, sosny i jałowca. Jednak to nie wystarczy, oddziaływanie żywopłotu jest równe mniej więcej wysokości drzew, czyli dociera tylko w najbliższym sąsiedztwie. Dlatego na samej plantacji trzeba posadzić te same drzewa i krzewy, albo w postaci pasów, albo zastępując nimi umarłe krzewy borówki i tworząc taki luźny, świetlisty las. Jeśli ktoś chce uzyskać maksymalny zysk, to te pasy iglaków można potraktować jako plantację choinek i następnie wycinać, zostawiając co 20 metrów jedno drzewo "do rośnięcia", a wycięte zastępując nowymi.
     Ściółka powinna działać prawie natychmiast, polepszając stan gleby. Pomalutku wprowadzą się pożyteczne mikroorganizmy i grzyby. Już w przyszłym roku rezultaty powinny być widoczne. Natomiast drzewa zaczną działać dopiero za kilka lat, ale już niedługo po posadzeniu będą przywabiać potrzebne nam zwierzęta i owady.
     Gleba zostanie lekko zakwaszona ściółką i to na trwale. Wtedy regularne i delikatne dokwaszanie środkami w płynie pomoże utrzymać ten stan.
      Pozostaje uzupełniać ściółkę najpierw co roku, potem coraz rzadziej, stopniowo. Opadające z drzew igły i liście krzewów przejmą tę rolę.

      Jednak najlepiej jest NAJPIERW przygotować przyjazne środowisko, a potem dopiero sadzić krzewy lub drzewa.
      Wniosek: nie należy przenosić metod gospodarki rabunkowej rolnictwa chemicznego do gospodarstw ekologicznych, ale szukać zupełnie innych dróg.
      Wniosek drugi: materia organiczna, pod jakąkolwiek postacią, jest największym skarbem mądrego ogrodnika i rolnika, dostępnym wszędzie i odnawialnym.
      Wniosek trzeci: trzeba dobrze znać wymagania roślin, które sadzimy, wiedzieć, w jakim klimacie i w jakim sąsiedztwie czują się najlepiej i w miarę możności zadbać o to, by warunki ich życia były zbliżone do naturalnych.
     Wtedy na trwale uciekniemy od chemii, a co więcej - będziemy mieć samoodnawiającą się plantację zdrowych roślin, piękną i dla oka i dla ducha przy niewielkim nakładzie pracy.

    Jeszcze dwie uwagi: w ściółce, każdej ściółce, należy zwracać uwagę na równowagę resztek bogatych w węgiel ( drewno, słoma) a tych bogatych w azot (wszystko, co zielone, obornik). Inaczej zrębki czy trociny zaczną nam na początku rozkładu wyciągać azot z gleby. Dopiero w zaawansowanym stadium rozkładu uwalniają zawarty w sobie azot. A druga to, żeby ściółkować szeroko, na cały zasięg korzeni - czyli prawie na podwójną wysokość roślin z każdej strony.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Umiar i rozsądek

         Do umiaru i rozsądku można dodać jeszcze cierpliwość... Wszystkie te cechy potrzebne są i przydatne w ogrodzie. Ja sobie często powtarzam: "Człowieku, nie daj się zwariować!" oraz "Pośpiech jest wskazany tylko przy łapaniu pcheł".
        Zaczyna się od siewów na oknach - nie ma co szarżować z ilością (chyba, że ktoś ma już wprawę i wie dobrze, co zrobi z nadliczbowymi sadzonkami). Maleńkie nasiona stają się dość szybko sporymi roślinkami, które pragną miejsca i światła. Lepiej mieć kilka tylko, a zadbanych, niż wiele byle jakich. Trzeba też liczyć się z tym, ile jesteśmy w stanie zjeść. O ile pomidory da się zagospodarować prawie w każdej ilości, o tyle gorzej np. z kalarepką. Zawsze kilka brakujących sadzonek można dokupić. Umiar należy też stosować w żyzności ziemi. Niemieccy biodynamicy wręcz polecają, żeby ziemia do sadzonek nie była zbyt żyzna, taka umiarkowana. Wtedy sadzonki są może mniejsze, ale mają dobrze rozbudowane korzenie i są zahartowane. Kiedy przesadzimy je na żyzną ziemię na zagonach, to szybko czują się jak w raju i rosną na potęgę. Natomiast te, które miały bardzo żyzną ziemię w doniczkach, są leniwe i przypominają rozpieszczone, wydelikacone dzieci. Trudno dają sobie radę na zagonach, nie chcą szukać pożywienia w głębi ziemi, chorują i marnie się rozwijają.
        Przy siewie do gruntu potrzebna jest przede wszystkim cierpliwość. Często mamy ochotę siać przy pierwszych cieplejszych dniach. Tymczasem ziemia musi ogrzać się i osuszyć. W zimnej ziemi nasiona kiełkują powoli, często gniją. W ciepłej - kiełkują szybko i już po paru tygodniach nie widać różnicy między tymi wysianymi wcześnie, a tymi później. A późne wschody są lepsze. Temperaturą graniczną ziemi (ziemi, nie powietrza) jest +15 stopni. Poniżej nie warto siać, chyba że rzodkiewkę, która ma małe wymagania w tej dziedzinie.
      Jeśli chcemy przyspieszyć moment siewu, ten najbardziej doniosły i wzruszający moment w życiu ogrodnika, to można postawić na wybranych grządkach mini-tuneliki (koniecznie otwarte na bokach dla wietrzenia) lub przykryć ziemię ciemną agrowłókniną. Wszelkie folie i inne takie, które nie przepuszczają powietrza i pary wodnej są do odrzucenia - więcej z nich szkody, niż pożytku.
       Na wałach oraz w skrzyniach podniesionych grządek ziemia nagrzewa się szybciej, stąd ich rola w przyspieszaniu siewów.

     Rozsądek i czujność przydają się zawsze, bo w przyrodzie nie ma rzeczy "jedynie słusznych". Na przykład tak fajna rzecz, jak ściółka - w przypadku bardzo wilgotnego lata spleśniała i gnijąca ściółka może być źródłem chorób, a nie pomocą. Są też rośliny, które nie lubią ściółkowania, jak np. marchew i cebula. Nie lubią też niedojrzałego kompostu.

    Kompost. Do niego to trzeba mieć cierpliwość! Po pierwsze dlatego, że niedojrzały kompost zakwasza ziemię, dopiero w pełni dojrzały zmienia się w słodką próchnicę. Jest tez najlepszym, zrównoważonym nawozem.

     A właśnie w nawożeniu należy najbardziej zachować umiar i rozsądek. Rośliny przenawożone, zwłaszcza azotem, mogą być tak samo szkodliwe, jak te pędzone chemią! Azotyny i azotany odkładają się w tych pięknych, rozbuchanych warzywach i szkodzą nam! Precz z guanem i płynnym obornikiem! Można czasem (raz na 10 dni) zasilić rośliny mocno rozcieńczoną gnojówką z pokrzyw (najlepiej z dodatkiem żywokostu) lub gnojówką z obornika krowiego. Dawka to 1:15 (czyli litr gnojówki na 15 litrów wody). Kuro Neko pięknie to opisała na swoim blogu, kiedy ryż z plantacji ekologicznych, ale intensywnie nawożony azotem, zalany wodą, zgnił nawet szybciej, niż ten z rolnictwa tradycyjnego, chemicznego. Natomiast ryż uprawiany naturalnie, bez uderzeniowych dawek nawozów, zamienił się w ocet i miał przyjemny zapach. Nie chodzi nam o wyhodowanie rekordowo wielkich warzyw, ale warzyw zdrowych.

     Zdrowe warzywa mogą być dosyć bujne, ale w granicach rozsądku. Nie psują się zbyt łatwo, nie zawierają szkodliwych azotanów.

     Podobnie umiar i rozsądek potrzebny jest w naszym stosunku do "szkodników" i chorób. Dopóki ich ilość jest niewielka i nie zagraża życiu rośliny, to są czymś naturalnym. Zmasowany atak szkodników świadczy zaś o jakiejś nieprawidłowości. Lepiej wytropić i usunąć przyczynę, niż rzucać się na ogród z całym arsenałem środków, choćby biologicznych. Jeśli ziemia jest zdrowa, a równowaga zachowana, to natura sama sobie poradzi. Pamiętam, jak kiedyś mszyce opanowały młode sadzonki karczocha. Normalnie atak zmasowany. Miałam przygotowaną gnojówkę z pokrzyw i czarne mydło, ale najpierw przez 2 dni był deszcz, potem musiałam na 2 dni wyjechać i nie mogłam przeprowadzić oprysków. Na piąty dzień lecę do sadzonek, a one są aż czerwone od biedronek i zielone od złotooków i ich larw (dorosłe złotooki żywią się czym innym, tylko larwy są mszycożerne). I tak mój ogród poradził sobie sam, bez mojej interwencji.

       Zachowuję też umiar, rozsądek i zdrową nieufność do wszystkich nowinek. Nawet tych, okrzykniętych cudownymi. Nie ufam tak do końca EM-om, bo nie wiem dokładnie, jaka jest ta mieszanka, co w niej się znajduje i na ile jest ona zgodna z organizmami naturalnymi, żyjącymi w naszej glebie. Mikroorganizmy glebowe są różne, zależy to od stref klimatycznych, od rodzaju gleby itp. Ich różnorodność jest nieskończona. Jak więc mikroorganizmy wyhodowane w Azji mogą być odpowiednie do naszych gleb? Podobnie jest z florą bakteryjną w przewodzie pokarmowym. U każdego jest ona inna. Kto mi zaręczy, że wprowadzając nieznane mi mikroorganizmy, nie wprowadzam konia trojańskiego?

    Natomiast wierzę w potęgę ziół i prostych środków, takich jak ocet owocowy, szare mydło, popiół. Znam przepisy na całą masę naparów i gnojówek, ale prawdę powiedziawszy robię tylko i jedynie gnojówkę z pokrzywy i żywokostu, którą czasem wzmacniam rośliny. Wolę zapobiegać, niż leczyć. A zioła sadzę wszędzie - na obrzeżach warzywnika, między roślinami na grządkach. Nadmiar ściętych ziół używam do ściółkowania. Takie podejście pozwala mi zaoszczędzić sporo pracy i nerwów, pozwala też na twórcze przemyślenia o tym, co zrobić, by plony były jak najzdrowsze.
Pomidory boją się zimnych nocy - więc uprawiam je pod osłonami, ziemniaki mają skłonność do zarazy - więc uprawiam je na wzniesionych grzędach, gdzie szybko schną i mają ciepło oraz unikam wielkich pól obsadzonych tą samą rośliną (z wyjątkiem truskawek). Kiedy coś nie chce mi rosnąc w jakimś miejscu, to staram się zrozumieć, dlaczego i zamiast na siłę podtrzymywać roślinę tam, gdzie jej się nie podoba - szukam jej miejsca bardziej odpowiedniego.
    Dużo pogody ducha i cierpliwości Wam życzę!

niedziela, 8 grudnia 2013

Grządki i grządeczki

       Ostatnio wszyscy budują wały permakulturowe, ot takie jak tu:



To bardzo dobry sposób, już Indianie podobnie uprawiali ziemię. Dość szybko i z minimum wysiłku mamy piękne, żyzne grządki. Bez przenoszenia kompostu, bez kopania.
      Ale to nie jest jedyny i słuszny sposób uprawy, takich sposobów jest wiele. W ogóle to z daleka trzymam się od wszelkich "jedynych i słusznych"... No, jest wiele różnych sposobów na ogród i każdy może wybrać taki, który mu najbardziej odpowiada.
      Także wielkość ogrodu nie ma wielkiego znaczenia, przynajmniej na początku. Wiele osób się zniechęciło, bo od razu chcieli zrobić zbyt wiele i po prostu nie starczyło ani sił, ani umiejętności. Każdy według swoich możliwości - jednemu odpowiada pół hektara upraw, inny tyle samo frajdy będzie mieć z jednej grządki albo nawet z pojemników na tarasie. Ważne jest, żeby się przy tym dobrze czuć, żeby zrobić coś samemu. A że często apetyt rośnie w miarę jedzenia, warzywniki mają właściwości rozrostowe.
      Innym ciekawym sposobem jest uprawa w skrzyniach. O płytkich skrzyniach nie będę pisać, bo zrobiła to przepięknie kobieta na tym blogu http://mywayofgardening.blogspot.com/ , w dodatku ze zdjęciami i wyjaśnieniami krok po kroku. Natomiast chciałam się chwilę zatrzymać nad skrzyniami wysokimi. Ot, takimi:



 Piękne, prawda? Najprościej jest chyba zrobić skrzynie (bez dna, oczywiście) z desek. Wysokość - od 50 cm. do 1 metra, jak komu pasuje. Wymiary również dowolne, trzeba tylko pamiętać, żeby móc sięgnąć swobodnie ręką do środka.
            Bardzo polecam dla osób z bolącym kręgosłupem (ukłony dla Livii, biednej po wypadku). Można przy nich pracować, siedząc wygodnie na stołeczku.
            Można te skrzynie ustawić wprost na trawie, ale jednak lepiej zerwać darń i wysypać czymś grubo ścieżki (choćby trocinami czy zrębkami), będzie spokój z chwastami. Wypełniamy je podobnie, jak wały, czyli najpierw gałęzie, następnie "nabój słomiano-gnojny", resztki roślinne i gruba warstwa ziemi kompostowej na wierzch. I już można siać i sadzić. Można też ustawić kilka takich skrzyń w rzędzie, odległych od siebie o ok. 1,20 m., a między nimi siać w ziemi rośliny wysokie (kukurydzę, słoneczniki, fasolę tyczną, groch pnący).
        Niektórzy wykładają boki takich skrzyń folią, ja mam plastykofobię i tego nie robię i też wszystko gra.
       W skrzyni chwasty prawie nie rosną, warzywa mają cieplutko i rosną jak szalone, jest tylko jedno "ale" - skrzynie szybko się wysuszają i trzeba sporo podlewać. Ja sobie radzę wbijając szyjką w dół butelki po napojach czy oleju (umyte i z obciętym dnem). wlewam do nich wodę, a ona dostaje się wprost do korzeni. Plony z takich skrzyń są wyższe, niż z grządek w ziemi.
        Po pewnym czasie ziemia opadnie, wtedy należy uzupełnić ją kompostem.

           Innym sposobem, lubianym zwłaszcza przez panów (weź i zrozum dlaczego) jest system rzędowy. Nazwa kojarzy się nieciekawie, ale to jest naprawdę uprawa ekologiczna. Dzielimy nasz warzywnik na równe pasy ok. 80 cm szerokości, można do metra. Jeden pas jest zasiany, następny przez całe lato obficie ściółkowany, służy jednocześnie za ścieżkę.  W następnym roku to, co było ściółkowane, jest zasiane, a była grządka jest ściółkowana. Wystarczy wtedy raz opracować dobre sąsiedztwo upraw (o tym w następnym poście), a potem przesuwać o półtora rzędu.

        Każdy może wybrać coś dla siebie, można też kombinować różne sposoby, aby nasz warzywnik był jak najbardziej dopasowany do nas, niezwykły i po prostu ładny. Zadbany warzywnika może być równie piękny, a nawet piękniejszy, niż ogród ozdobny. Chcecie przykładu?



Łuk tryumfalny z fasoli...hm... czemu nie?
Tu pod spodem słabo widać, ale jest to ogromny sześciokąt, podzielony na takie trójkątne grządeczki.




 A dwa ostatnie zdjęcia to zamek Villandry we Francji, w Dolinie Loary.




      No to kochani, kartka papieru, ołówek i kredki i tworzymy żywe dzieło sztuki na swój własny użytek! Hej!
Acha - nie myślcie sobie, że u mnie tak ślicznie jest - jest jeszcze śliczniej, ale awaria starego kompa zżarła mi zdjęcia, a teraz to ja se mogę porobić... więc niech żyje wyszukiwarka - jak się uczyć, to od najlepszych.       

wtorek, 12 listopada 2013

BRF

       Ten dziwny skrót oznacza rozdrobnione gałęzie, używane jako ściółka. Artur Milicki z Barkowa ostatnio podał link do filmu o nich.
Tutaj można obejrzeć film Artura: https://www.youtube.com/watch?v=52qAtM1IrDo#t=10
        W każdym razie te rozdrobnione drewno było ostatnim wrzaskiem ekologicznej mody na Zachodzie przez ostatnich kilkanaście lat. Teraz zaczyna to przycichać i wracać do właściwych proporcji, czyli do tego, że jest to jedna z wielu metod, która ma niezaprzeczalnie wiele zalet, ale też i wad.
      Przede wszystkim - nie wszystkie gałązki nadają się na mulcz. Najlepsze są liściaste, z zielonymi liśćmi. W normalnym ogrodzie nie jest ich zbyt wiele, bo drzewa na ogół przycina się pod koniec zimy. Nawet jednak takie bezlistne daje się wykorzystać pod pewnymi warunkami.
      Otóż drewno zawiera wiele ligniny, która jest rozkładana prze grzyby, nie przez bakterie. W związku z tym pobierany jest azot z gleby, co powoduje brak tego pierwiastka. Można temu zaradzić mieszając zrębki z gnojówką lub obornikiem i kompostując przed użyciem.
      Następnie - zrębki są dość duże, co może być niewygodne w warzywniku, natomiast świetnie nadają się do ściółkowania pod drzewami, krzewami i na rabatach. Można też nimi ściółkować ścieżki. Ich rozkład do próchnicy jest też dość długi, trzeba więc czekać kilka lat na polepszenie gleby. Ale świetnie chronią ją przed wysychaniem i czynnikami atmosferycznymi zaraz po zastosowaniu.
       Zrębki z gałązek iglastych można stosować tylko na wrzosowiskach lub plantacjach borówki, także w połączeniu z substancjami bogatymi w azot. Zakwaszają one silnie glebę oraz mają sporo żywic i innych związków, niekorzystnych dla innych roślin.
      Inną zaletą zrębków jest to, że wiemy skąd pochodzą i co zawierają, czego nie można powiedzieć o kupnej słomie. Jednak najlepsze niezaprzeczalnie jest siano z naszego własnego kawałka łąki czy nieużytku. Nawet kupne siano zawiera o wiele mniej pestycydów, herbicydów czy resztek nawozów, niż słoma. Szybciej się też rozkłada i stosunek węgla do azotu jest o wiele bardziej korzystny, niż w drewnie i słomie.
       Trudno pominąć też inny aspekt - to zużycie energii przez rozdrabniacze. Istnieją spalinowe i elektryczne. I jedna i druga energia jest dość "brudna" ekologicznie i dość kosztowna. Trzeba to sobie skalkulować, rozejrzeć się, co w naszym przypadku jest najłatwiejsze i najtańsze. W końcu gałązki można zużyć też do budowania wałów, bez rozdrabniania.
      Jest też inny sposób wykorzystania zrębków, który czasem stosuję i uważam za ciekawy. Otóż na początku można je użyć jako ściółkę dla zwierząt - znakomicie wchłaniają odchody i przykre zapachy. Potem dopiero idą albo na kompost, albo na wały, albo jako ściółka w ogrodzie.
       Najważniejsze jest to, aby wykorzystać wszystkie resztki organiczne z naszego ogrodu do polepszenia żyzności ziemi.
       Na koniec jeszcze jedno zastosowanie dla gałązek - ułożyć z nich stos w kącie ogrodu, jako schronienie dla jeży i ptaków. Powolutku tam też się rozłożą, w międzyczasie spełniając rolę "przytuliska". :)

środa, 16 października 2013

Szpinak dla ubogich, sjesta i korzystanie z jesieni

      Wczoraj zrobiłam na obiad pyszną potrawkę z buraka liściowego "a la szpinak". We Francji nazywają go "szpinakiem dla ubogich" albo "szparagami dla ubogich", bo liście przyrządza się jak szpinak, a mięsiste, kolorowe ogonki można podawać jak szparagi. A dlaczego dla ubogich? Przecież jego smak w niczym nie ustępuje tym warzywom. No, trzeba tylko pamiętać, żeby go obgotować i wylać wodę, bo inaczej ma taki niezbyt przyjemny posmak. Pewnie dlatego, że burak liściowy jest łatwy w uprawie, daje wysokie plony nawet w średniej ziemi i nie kaprysi przy kiełkowaniu.
      Bardzo lubimy to warzywo przygotowane w rozmaity sposób - tak, jak wczoraj, podsmażone ze śmietaną i czosnkiem, w tartach, w pierogach, w różnych zapiekankach. Ja używam zarówno ogonków, jak liści, nie chce mi się ich rozdzielać. Tyle tylko, że przy obgotowywaniu wrzucam najpierw pocięte ogonki, a kilka minut po zagotowaniu - liście i zaraz odlewam.
     Nie tylko dobrze smakuje, ale też pięknie wygląda w ogrodzie, zwłaszcza ten o różnych kolorach ogonków liściowych. I zawsze się udaje - czyli świetne warzywko dla początkujących i nie tylko.
     Obiady jadamy wcześnie, około 13. A że mamy wtedy już kilka godzin pracy za sobą, to po jedzonku przychodzi czas na sjestę. Cudowny wynalazek! Tak zatrzymać się w środku dnia, odetchnąć, popatrzeć, zdrzemnąć się chwilkę... Wypić kawę czy herbatę w altanie albo nad stawem. Zadumać się nad tym całym pięknem wokoło...
    Nie chcąc nic tracić z ostatnich dni złotej jesieni, owinęłam się dokładnie pledem i klapnęłam na leżaku w altanie. Ptaki uwijały się w gałęziach derenia i pęcherznicy, dzikie gęsi leciały z południa na północ (z Biebrzy na miejsca żerowania), Tiki drzemał pod leżakiem, łypiąc jednym okiem, czy nikt się nie zbliża. Przyszła Luna, wylizała mi ucho do imentu, a potem troskliwie podciągnęła pled i przykryła nim to mokre ucho, żebym nie zmarzła. Niebiański spokój!
     Ciągle zwożę liście do ściółkowania w ogrodzie. Mam nadzieję, że dzięki temu będę też miała mniej roboty z chwastami, ale nie czarujmy się - chwaściory zawsze rosną, tyle tylko, że łatwiej je wyrywać. Ściółka przywabiać może też gryzonie, mieliśmy z tym problem na początku. Niektóre grządki były zryte do imentu. Szczęśliwi wtedy ci, którzy mają łowne koty! U nas równowaga wróciła tak po 2 latach, kiedy w ogrodzie zadomowiły się jeże i zaskrońce. Szczególnie te ostatnie są przydatne do walki z nornicami. Bardzo je lubię, one mnie chyba też, bo często prezentują swe wdzięki a to pływając w stawie, a to wijąc się między ziołami, a to wygrzewając w foliaku czy w kompoście. W kompoście też znoszą jaja i tam wylęgają się małe wężyki, dlatego latem nigdy go nie przekopuję. Potem takie maleństwa snują się po ogrodzie, jak żywe sznureczki. Kilka lat temu, po jesiennych przymrozkach, znaleźliśmy dwa takie, kompletnie przemarznięte i nieruchawe. Nasza córka owinęła je sobie wokół nadgarstków i paradowała tak, jak jakaś pogańska boginka. Po pewnym czasie wężyki rozgrzały się od ciepła ciała, odzyskały żywotność i odpełzły w trawę. Odtąd młoda marzy o bransoletach w kształcie węży...