Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na faktach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na faktach. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 września 2012

"Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!" - Nick Vujicic


Tłumaczenie: Piotr Kwiatkowski
Wydawnictwo: Aetos 
Stron: 288


Prawdziwe historie zawsze najbardziej do mnie trafiają. Książki oparte na faktach działają intensywniej, głębiej. Moje spotkanie z bohaterem nie kończy się wtedy na przeczytaniu ostatniej strony. To jest dopiero początek naszej znajomości. Wertuję następnie Internet, wyszukuję wszelkie informacje o danej postaci, oglądam zdjęcia, filmy, filmiki. Staram się dowiedzieć jak najwięcej o człowieku, którego spotkałam przy okazji lektury. Z Nickiem Vujiciciem sprawa wyglądała nieco inaczej. Usłyszałam o tym niezwykłym człowieku dzięki jednemu z popularnych portali w sieci. Obejrzałam pierwszy film, potem drugi i…przepadłam. Po prostu nie mogłam zapomnieć. Nick siedział w mojej głowie i nie chciał opuścić myśli. Zrządzeniem losu dowiedziałam się, że napisał książkę. Serwis nakanapie.pl udostępnił mi ją, dzięki czemu mogłam dokończyć spotkanie. Jakie to było spotkanie w ostatecznym rozrachunku? Na pewno szczególne, momentami niełatwe, ale przede wszystkim - inspirujące.

Dla tych, którzy o autorze książki nigdy nie słyszeli, należy się parę zdań wstępu. Nick Vujicic urodził się trzydzieści lat temu jako pierworodny syn serbskich emigrantów, mieszkających w Australii. Na świat przyszedł doświadczony chorobą zwaną fokomelia – jest to schorzenie objawiające się niedorozwojem lub całkowitym brakiem kończyn. Będąc zupełnie zdrowym intelektualnie, a do tego bystrym i wrażliwym – Nick przez wiele lat nie mógł pogodzić się ze swoim losem. W wieku dziesięciu lat przeszedł silne załamanie psychiczne, którego efektem była próba samobójcza. Na szczęście dzięki kochającej i licznej rodzinie, a także silnej wierze w Boga, Nick odnalazł sens życia i pokochał to swoje życie takim, jakie jest.


Właśnie wiara okazała się dla autora książki wybawieniem. Nick zaufał Bogu i odnalazł życiowy cel. Tym celem stało się wspieranie, motywowanie i inspirowanie ludzi na całym świecie. Nick założył organizację „Life Without Limbs”, został mówcą motywacyjnym, podróżuje po wszystkich kontynentach, nawet w miejsca odległe i niebezpieczne. Przekazuje ludziom swoją energię, swoją siłę, daje rady, jak odnaleźć sens w życiu, jak życie uczynić lepszym. To człowiek, który może być wzorem dla każdego, ponieważ wbrew przeciwnościom losu i ograniczeniem własnego ciała prowadzi bardzo aktywne życie. Gra na perkusji, surfuje, pływa. A w tym roku nawet ożenił się z piękną i zupełnie pełnosprawną kobietą. Przekracza granice i łamie stereotypy. Żyje tak, jak mówi polski tytuł jego książki – Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!.


Książka autorstwa Nicka Vujicica jest jak rozmowa z nim. Nick mówi bezpośrednio do czytelnika, co sprawia wrażenie, jakby siedział obok i naprawdę opowiadał. Podzielono książkę na sporo rozdziałów i podrozdziałów, a każdy opatrzono stosownym tytułem. Jest przejrzyście i czyta się bardzo szybko. Czytelnik zostaje zapoznany z historią rodziny Nicka, ze wspomnieniami z jego dzieciństwa i stopniowej walki o samodzielność. Elementy biograficzne przeplatają się z przykładami postaw różnych osób, które autor spotkał na swej drodze oraz z konkretnymi radami dla czytających, dla poszukujących sensu, wiary, inspiracji.

Czytając tę książkę i poznając lepiej historię Nicka - wiele rzeczy zrozumiałam. Przede wszystkim dotarła do mnie banalna prawda o tym, że życie każdego człowieka jest ważne i jest po coś, choćby był pełen niedoskonałości. Trzeba doceniać drobne sprawy, patrzeć poza czubek własnego nosa, walczyć z ograniczeniami, szukać celu. Skoro Nick nawet bez kończyn jest osobą tak szalenie aktywną i daje tyle z siebie innym, to ile mogłabym zrobić ja, skoro jestem zdrowa? Po przeczytaniu książki było mi autentycznie wstyd za wszystkie moje narzekania, marudzenia i za lenistwo także. Wiele dobrego dostałam od Nicka i postaram się to wykorzystać w swoim życiu. Myślę, że jest to książka dla każdego – i dla niepełnosprawnych, którzy nie dostrzegają sensu życia obarczonego chorobą, i dla pełnosprawnych, którzy nie doceniają życia, nie dostrzegają możliwości, jakie daje życie wolne choroby, ale przede wszystkich dla tych, którzy utracili nadzieję, potrzebują motywacji, są zagubieni. Nie mam tylko pewności czy osoby nie wyznające wiary katolickiej odpowiednio odbiorą tę książkę, ponieważ nie da się ukryć, że cała jest przesiąknięta religijnymi odniesieniami. 


Na koniec chciałabym jeszcze podzielić się jednym cytatem, który najbardziej zapadł mi w pamięci i moim zdaniem dobrze oddaje ogólny charakter i główne przesłanie książki Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!:

Nie byłem kaleką, dopóki nie straciłem nadziei. 
Uwierz mi – utrata nadziei jest o wiele gorsza niż brak kończyn.


Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości serwisu nakanapie.pl



piątek, 1 czerwca 2012

O filmach [1]: na czym byłam w kinie?

Mam ogromne zaległości filmowe. Mnóstwo najnowszych produkcji wciąż nie widziałam i tylko dopisuję je sobie do "listy wakacyjnej", czyli listy rzeczy, które przeczytam, zobaczę, zrobię w wakacje. To pewnie trochę utopijna lista, bo rzeczywistość zawsze weryfikuje nasze plany, a tak po prawdzie - nigdy jeszcze nie udało mi się w stu procentach wykonać jakiegoś zamierzonego planu. Niemniej będę się starać i mam nadzieję, że będzie to miało swoje odbicie w moich letnich postach. 

Udało mi się jednakże zobaczyć przynajmniej dwie premiery tego roku, które zasługują na parę słów. Oba filmy bardzo mnie poruszyły i długi czas nie dawały o sobie zapomnieć. Nie będę Wam streszczać fabuły (kliknięcie na plakat, przeniesie Was do strony z opisem i wszelkimi szczegółami), ale napiszę trochę o moich subiektywnych odczuciach.

Róża
reż. Wojciech Smarzowski

Wiedziałam, że to spotkanie nie będzie łatwe i przyjemne, wszak to Smarzowski - reżyser Wesela i Domu złego, ale chyba nie spodziewałam się, że będzie aż tak ciężko. Że nie będę mogła wstać z fotela po zapaleniu świateł. Że dzień następny spędzę na ciągłym odtwarzaniu scen w głowie i wracaniu do najtrudniejszych momentów. Że będę miała niepokojące sny przez kilka następnych nocy. Ogrom brutalności i cierpienia, jakie reżyser zawarł w tym obrazie jest nie do wypowiedzenia. Jednak nie znajdziemy tu bezmyślnego epatowania przemocą. Znajdziemy za to historię miłości niemożliwej. Róża to mocny film, trudny, ale i ważny. Bardzo dobrze zrobiony - wszystko tu gra: zdjęcia, muzyka, aktorzy (Dorociński, Kulesza, Preis, Braciak). Naprawdę warto zarezerwować sobie wieczór na spotkanie z filmem Smarzowskiego, choć można wyjść po tym spotkaniu niezwykle zdruzgotanym wewnętrznie.




Nad życie
reż. Anna Plutecka-Mesjasz

Na ten film długo czekałam. Właściwie od pierwszych zapowiedzi wiedziałam, że muszę zobaczyć tę historię na dużym ekranie. Historia życia Agaty Mróz to idealny materiał na film. Heroiczna walka o dziecko w obliczu choroby - obok tego nikt nie przejdzie obojętnie. Dlatego też nie jest w tym przypadku istotne, że film to żadne arcydzieło, ot prosto sklejony obraz. Ważniejsza jest wszak sama wymowa, przekaz. Po zapaleniu świateł damska część widowni chowała chusteczki do torebek. Ja również. Nie sposób nie wzruszyć się na tym filmie. Polecam każdemu, kto kiedykolwiek słyszał o Agacie, ale szczególnie polecam tym, którzy tej historii nie znają. Piękna i wzruszająca opowieść. Ukłon w stronę niezwykłej kobiety, której już z nami niestety nie ma.


piątek, 25 maja 2012

W paru słowach...

Dawno mnie tu nie było w sposób czynny. Biernie przyglądałam się nowościom na innych blogach. Właściwie sama tego nie rozumiem, ale przyszła jakaś blokada i ciężko było mi ją złamać. Z jednej strony winiłam za to marazm zimowo-przedwiosenny, a z drugiej - uczelnianą gorączkę. Prawda jest gdzieś pomiędzy pewnie. Ta przerwa od bloga była jednakże ożywcza, bo teraz czuję zupełnie świadomie, jak ważna to część mojego życia. I nie chcę jej już więcej zaniedbywać. Mimo pracy, mimo nauki. Muszę dbać o ten mój zakątek, taki prawdziwie mój.

Dziś będzie trochę w skrócie. Chcę Wam opowiedzieć o dwóch ważnych dla mnie książkach, które ostatnio czytałam. Za kilka dni dodam jakieś filmowe refleksje, a chwilę potem dojdą najnowsze wieści z moich teatralnych spotkań. Wróciłam nareszcie i w pełni. Mam nadzieję, że ktoś tu jeszcze o mnie pamięta i wybaczy mi milczenie? :)

Olga i Piotr Morawscy
Od początku do końca
 Wydawnictwo: National Geographic
Stron: 312

To trudna książka. Powstała na bazie dzienników z podróży Piotra Morawskiego (pisałam o nim w październiku przy okazji Gór na opak). Te relacje uzupełniła swoimi wspomnieniami jego żona - Olga. Do tego dochodzą zdjęcia - te z wypraw i te zupełnie prywatne. Czytałam tę książkę raz z uśmiechem, raz ze złością, a najczęściej ze łzami w oczach. Właściwie po przeczytaniu 3/4 książki za jednym zamachem, odłożyłam ją na kilka tygodni na półkę. Dlaczego? Bo wiedziałam, że ta podróż zbliża się do końca. Podróż Piotra. Ciężko było go "uśmiercić", ciężko było czytać wspomnienia Olgi z najtrudniejszego dla niej okresu. Szczerze polecam tę pozycję, bo znajdziecie tu historię pięknej miłości, ale i miłości szalenie wymagającej.

Kathryn Stockett
Służące
Tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska
Wydawnictwo: Media Rodzina
Stron: 581

Gdy myślę o tej książce, to na usta cisną mi się same słowa, których powinno się w recenzjach wystrzegać, bo są zbyt ogólne i nie znaczą nic konkretnego. Ale co zrobić, gdy właśnie "niesamowita", "niezwykła", "fantastyczna", "genialna", "wyjątkowa", "poruszająca" najlepiej oddają moje odczucia w stosunku do debiutu Kathryn Stockett? To historia trzech odważnych kobiet, które postanowiły zmienić swoją rzeczywistość. Autorka dotyka problemu segregacji rasowej w latach sześćdziesiątych na amerykańskim Południu. Skeeter, Aibileen i Minny to wyraziste postaci. Każda z nich ma swoje tajemnice, swoje przywary. Każda mówi innym językiem (co świetnie oddała Stockett w stylu poszczególnych rozdziałów), ale mówią o tym samym i to jest najważniejsze. Służące to niezwykły przypadek, gdy człowieka porusza zarówno książka, jak i film. Dlatego zachęcam do przeczytania książki i obejrzenia filmu. Obu rzeczy, ale dokładnie w tej kolejności.





niedziela, 30 października 2011

"Góry na opak, czyli rozmowy o czekaniu" - Olga Morawska.


Wydawnictwo: National Geographic
Stron: 330

Generalnie wydaje mi się, że mam dość duży zasób słownictwa, ale trafiają się takie książki, które uzmysławiają mi, że ten zasób słów jest jednak ubogi. Po prostu brakuje mi odpowiednich wyrażeń, które mogłyby oddać to, co chcę przekazać. O niektórych książkach ciężko mówić, żeby nie wpaść w banał, a oddać istotę rzeczy. I właśnie do takich książek należy najnowsze literackie "dziecko" Olgi Morawskiej.

Mężem Olgi był Piotr Morawski - znany polski himalaista, który zginął w 2009 roku podczas kolejnej wyprawy. Pozostawił żonę i dwójkę małych synów. Olga to niezwykła kobieta, która każdego dnia walczy o to, aby jej dzieci miały szczęśliwe życie i aby ludzie pamiętali o jej mężu. Podejmuje się wielu wyzwań i projektów, a do najświeższych sukcesów należy właśnie książka Góry na opak, czyli rozmowy o czekaniu.

Pomysł na Góry... zaczął się od zdjęć. Pięknych zdjęć Piotra, które Olga początkowo chciała wydać w formie albumu, ale doszła do wniosku, że kolejny górski album nie trafi do ludzi w odpowiedni sposób i trzeba obrazy uzupełnić słowami. I uzupełniła. Przeprowadziła wywiady z dziesięcioma osobami, które tak jak ona żyły w cieniu gór, gdyż ich bliscy (mężowie, bracia, siostry, dzieci) byli zapalonymi taternikami, himalaistami, alpinistami. O swoich rodzinach opowiadają zarówno ci, którym góry zabrały najbliższych już na zawsze, jak i ci, których ukochani wciąż wyjeżdżają na wyprawy i ryzykują życie. Te rozmowy są pełne mądrości. Znajdziecie tu miłość, pasję, poświęcenie, czekanie. Nawet osoby, które nie interesują się zupełnie górami, powinny odkryć w tej książce coś dla siebie. Możemy nauczyć się od bohaterów wywiadów, jak żyć i jak kochać, nawet wtedy, gdy nie jesteśmy najważniejsi czy po prostu jedyni.

Ja uwielbiam góry, ale czysto rekreacyjnie. Cieszę się jednak, że mogłam dzięki tej książce dowiedzieć się trochę więcej o górach, o wspinaniu. Niezwykłe były porównania tego, jak wyglądały wyprawy kiedyś, a jak teraz. Dawniej sprzęt był lichy, ubrania himalaiści szyli sobie sami, a kontakt z rodziną? List raz na miesiąc i to przy dużym szczęściu. Ale wszyscy rozmówcy podkreślają, że w tamtych (trudnych przecież) czasach członkowie wyprawy mogli liczyć na siebie w stu procentach. Byli drużyną, byli przyjaciółmi. Dziś sprzęt jest świetny, z rodziną można być w stałym kontakcie (ale też niestety z całym światem, za czym rodziny nie przepadają), ale poczucie braterstwa jakby osłabło. Teraz większość stawia na indywidualne sukcesy.

"Przyjaciela nigdy nie zostawia się samego w górach - nawet wtedy, kiedy jest bryłą lodu." (Jerzy Wawrzyniec Żuławski)

Książka jest pięknie wydana. Każda rozmowa poprzedzona została zarysem biografii i zdjęciami bohatera danej rozmowy. A kolejne wywiady są poprzedzielane zachwycającymi fotografiami Piotra Morawskiego. Oglądamy góry jego oczami...

Dla mnie ta książka była wyjątkowa, ponieważ pożyczyła mi ją koleżanka, której chłopak od wielu lat jeździ na wyprawy. Na początku były tylko Tatry, ale teraz wybiera coraz poważniejsze góry. Podziwiam O. za to, że nie walczy z tą ryzykowną pasją, ale przyjmuje to, co przynosi jej życie. Wiem i widzę, że jest jej ciężko, ale ona ma tą świadomość, że z górami nie wygra i jeśli chce być dalej ze swoim ukochanym, to musi znaleźć w sobie siłę, dużo cierpliwości i zrozumienie.

Polecam z całego serca!
Moja ocena: 6/6
(nie jestem obiektywna, przyznaję)

poniedziałek, 3 października 2011

"Przełamać noc" - Liz Murray.


Tłumaczenie: Arkadiusz Belczyk
Wydawnictwo: Wydawnictwo Rodzinne
Stron: 435

Jeśli zdarzyło ci się narzekać, że na obiad była zupa, a nie ulubione schabowe. Jeśli pokłóciłeś się z rodzicami, ponieważ nie chcieli ci kupić nowej komórki. Jeśli ściągałeś na klasówce, bo zamiast się uczyć, grałeś w grę komputerową. Jeśli wyrzuciłeś jedzenie do kosza, bo ci nie smakowało. Jeśli swoje nieróbstwo, lenistwo czy przestępstwa tłumaczysz trudną sytuacją rodzinną. Jeśli nie doceniasz tego, co masz. Jeśli wydaje ci się, że nie możesz zmienić swojego życia na lepsze. Jeśli potrzebujesz inspiracji.

To jest książka dla ciebie.

"Łamanie nocy" w slangu miejskim oznacza przetrwanie bez snu aż do świtu. Liz Murray wiele razy łamała noce, gdy w wieku piętnastu lat została bez dachu nad głową. Dla mnie ten tytuł ma też inne znaczenie - Liz ostatecznie przełamała mrok, w którym żyła i otworzyła się na jasność, a jasność otworzyła się na nią.

Trzydziestojednoletnia dziś autorka to dziecko narkomanów. Rodzice bardzo kochali małą Liz i jej starszą siostrę Lisę, ale byli zbyt słabi, żeby zerwać z uzależnieniem. Ta książka jest szczegółową autobiografią niezwykłej dziewczyny, już kobiety, która mimo wielu przeciwności losu, wielu mniejszych i większych tragedii, postanowiła skończyć liceum i pójść na studia. W tym pomógł jej "New York Times", który opłacił naukę Liz na Harvardzie w ramach programu stypendialnego.

Nie będę streszczać fabuły, bo to Liz wam najlepiej o wszystkim opowie. Przeprowadzi was przez swoją trudną drogę z ulicy na renomowaną uczelnię. Da lekcję wybaczania, przetrwania. Uświadomi, że "życie każdego z nas ma taki sens, jaki mu sami nadamy". Po prostu - pokaże, jak przełamać nawet najciemniejszą, najtrudniejszą noc.

Nie umiem być obiektywna wobec tej książki. Nie umiem być obiektywna wobec Liz i jej historii, którą poznałam najpierw za sprawą filmu Homeless to Harvard (na marginesie - bardzo polecam, choć książka działa intensywniej, głębiej). Nie umiem nawet pisać o tej książce, bo coś w środku wciąż mnie ściska. Wiem jedno - to i dobra książka, i ważna. Uświadamia, że mimo niełatwej, a nawet bolesnej przeszłości nadal może czekać nas piękna przyszłość. Trzeba tylko dać sobie szansę i uwierzyć, że wszystko jest możliwe.

Moja ocena: 6/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Rodzinnego.

czwartek, 15 września 2011

"Ostatni taki Amerykanin" - Elizabeth Gilbert.


Tłumaczenie: Marta Jabłońska-Majchrzak
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
  Stron: 392

Zanim przejdę do recenzji książki, chciałabym usprawiedliwić swoje milczenie. Wszystkiemu winny jest Europejski Kongres Kultury, podczas którego byłam wolontariuszką. Myślałam, że uda mi się napisać przed wyjazdem do Wrocławia, ale rola koordynatora wolontariuszy tak mnie pochłonęła, że doba była niestety za krótka. Liczyłam, że może we Wrocławiu znajdę chwilkę, ale praca na miejscu była jeszcze bardziej wyczerpująca i wymagająca niż ta przed wyjazdem. Zaraz po powrocie trafiłam na swoje własne urodziny, więc dopiero teraz mogę na spokojnie przysiąść, opisać wrażenia po przeczytaniu tej zupełnie niezwykłej historii i poodwiedzać Wasze blogi. Mam nadzieję, że nie zapomnieliście/łyście o mnie tak kompletnie...

* * *

Uwielbiam takie książki. Uwielbiam prawdziwe historie, których ciąg dalszy mogę znaleźć w Internecie. Uwielbiam to, że ostatnia strona wcale nie oznacza pożegnania z bohaterem. Jestem bardzo wyczulona na fałsz, dlatego książki i filmy oparte na faktach trafiają do mnie mocniej, głębiej, a emocje po nich zostają na długo. Ostatni taki Amerykanin Elizabeth Gilbert to właśnie ten przypadek...

Nie czytałam bestsellerów Gilbert w rodzaju Jedz, módl się i kochaj czy I że Cię nie opuszczę. Nawet nieszczególnie miałam pojęcie, o czym te książki opowiadały. Zapamiętałam jedynie tyle, że w filmowej adaptacji grała Julia Roberts, dlatego pomyślałam, że Gilbert to pewnie taka "babska" autorka, pisząca romantyczne historie. Jakże miłe przeżyłam zaskoczenie!

Ostatni taki Amerykanin to właściwie biografia urwana w połowie. Biografia Eustace'a Conway'a - wyjątkowego człowieka, który od wielu, wielu lat wiedzie życie w zgodzie z naturą. Autorka poznała Eustace'a dzięki jego młodszemu bratu. Przeprowadziła wiele rozmów z ludźmi ważnymi w życiu głównego bohatera tej opowieści oraz z nim samym. Ta książka to również miejsce rozważań na temat pogranicza, utopii oraz dzisiejszego konsumpcyjnego, materialistycznego podejścia do życia.

"Zanim skończył siedem lat, Eustace Conway tak celnie rzucał nożem, że mógł przyszpilić nim pręgowca amerykańskiego do pnia drzewa. Nim skończył dziesięć, z odległości pięćdziesięciu stóp strzałą wypuszczoną z łuku trafiał biegnącą wiewiórkę. Kiedy skończył dwanaście, wybrał się do lasu, gołymi rękoma wybudował sobie szałas i przeżył tam tydzień, odżywiając się tym, co było wokół. Kiedy skończył siedemnaście lat, wyprowadził się ostatecznie z domu rodzinnego i ruszył w góry, gdzie zamieszkał w skonstruowanym przez siebie tipi, rozpalał ogień, pocierając o siebie dwa patyki, kąpał się w lodowatych strumieniach i ubierał w skóry zwierząt, które upolował i zjadł."

Eustace Conway już od małego różnił się od swych rówieśników. Interesowała go przyroda, kultury pierwotne, nabywanie umiejętności, które dziś wydają się niepotrzebne, bo przecież wystarczy pójść do sklepu lub wykonać jeden telefon. Eustace uczył się prawdziwego przetrwania, żeby w końcu w wieku siedemnastu lat opuścić dom, zostawiając ukochaną matkę, ojca despotę (który uważał Małego Eustace'a za porażkę swojego życia), trójkę młodszego rodzeństwa i zacząć żyć "po swojemu".

Ostatni taki Amerykanin to historia o utopii. Eustace był idealistą, który obrał sobie za cel nawrócenie Amerykanów na właściwą ścieżkę. Stworzył w Appalachach "Żółwią Wyspę", w której prowadził obozy letnie dla dzieci i program dla praktykantów. Uczono tam ciężkiej pracy, pokory, pierwotnych umiejętności. Eustace'owi wydawało się, że ocali swój kraj, jeśli tylko pokaże jego mieszkańcom, jak można żyć. W zgodzie z naturą. Rozbudowując wyspę, jednocześnie jeździł po szkołach i dawał wykłady o życiu w lesie, a także podejmował kolejne wyzwania, stawiając sobie coraz to wyższą poprzeczką (chciał iść wciąż naprzód, naprzód...) - przeszedł pieszo Szlak Appalachów (około dwa tysiące mil), przejechał na koniach w poprzek Ameryki...

Początkowo zachwycałam się Eustace'em bezkrytycznie, ale w pewnym momencie zaczął się odsłaniać człowiek bardzo samotny, który nie potrafi nawiązać kontaktu z ludźmi, bo jest dla nich zbyt wymagający. Człowiek, który umie kochać jak mało kto, ale nie jest w stanie zatrzymać przy sobie ukochanej kobiety (tych kobiet było w jego życiu całkiem sporo). Człowiek właściwie despotyczny, w którym wciąż siedzi mały chłopiec marzący o tym, aby ojciec go nareszcie pochwalił. Wszystkie działania dorosłego już Eustace'a były w pewnym sensie próbą zwrócenia uwagi ojca.

Eustace dochodzi do wniosku, że życie mu jednak nie wyszło, tak jak planował. Ludzie od niego odchodzą, nie może nikomu naprawdę ufać, wciąż nie znalazł żony, która zechce urodzić trzynaścioro dzieci. No i nie ocali świata swoją "Żółwią Wyspą".

To dobra i ważna książka, bo pozwala także zastanowić się nad samym sobą i swoim nastawionym na materialność i wygodę życiem. Jest też ciekawie napisana, a każdy rozdział posiada jakby osobne motto. Jednak dwóch rzeczy mi zabrakło: chociaż paru zdjęć (nawet czarno-białych), które wspomogłyby wyobraźnię i przede wszystkim - dalszego ciągu. Historia urywa się w roku 2000/2001, a przecież to całe dziesięć lat! Brakuje mi choćby króciutkiego rozdziału o tej ostatniej dekadzie z życia Eustace'a. Czuję niedosyt.

Moja ocena: -5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Domu Wydawniczego Rebis.

Eustace Conway