Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Virtual. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Virtual. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 kwietnia 2013

Virtual - Lakiery do paznokci Fashion Mania - 184 Rock and Roll + 185 Vintage Violet

Pora na kolejny mój ukłon w stronę czytelniczek dawnego lakierowego bloga - dziś o dwóch lakierach Virtual. I chyba o kolejnym przykładzie tego, jak firma przestaje mi pasować... Kiedyś Virtual był jedną z moich ulubionych marek, a teraz zawodzi mnie niemal za każdym razem... Same oceńcie te lakiery.
  
  
Opis i szczegóły:
   
Gdzie i za ile: w małych drogeriach, ok. 8-10zł / 10ml
  
Cechą wspólną tych lakierów są opakowania - proste, walcowate buteleczki z naklejanymi etykietami. Etykiety niestety nieestetycznie odklejają się od butelki, tworząc bąble - są po prostu źle naklejone. Pędzelki od lakierów są całkiem długie, okrągłe w przekroju, dość przeciętne ogólnie mówiąc. Wygodne, ale bez szału.
Teraz pora na przedstawienie kolorów :)
  
  
Rock and Roll to ciemna malinowa fuksja, bez żadnych drobinek, zupełnie kremowa, choć daleko jej do konsystencji pasteli. Kryje idealnie, bo już przy pierwszej warstwie, niestety w moim przypadku wiąże się to z tym, że moje bruzdy w paznokciach są mocno widoczne. Schnie w miarę szybko, ale i tak łatwo o odgniotki nawet kilka godzin po pomalowaniu. Trwałość jest przeciętna, ok. 2-3 dni, wcześniej nieco zdziera się na końcówkach. Przy zmywaniu nie stwarza problemów.
  
  
Vintage Violet to wg mnie odcień idealnie śliwkowy, sprawia, że mam apetyt na kanapkę z powidłami ;) Niestety na tym jego idealność się kończy. Krycie ma gorsze niż poprzednik, bo wymaga dwóch warstw. Tak samo schnie i tak samo łatwo o odniotki, poza tym już w samym lakierze powstają wady - pęcherzyki powietrza na paznokciach. Nie wygląda to ładnie... Lakier wylewa się na skórki, a przy zmywaniu wręcz wżera się w nie i trudno go domyć. Trwałość przeciętna - 2-3 dni.
  
Jako podsumowanie mogę rzucić krótkie pytanie - co się stało ze starym dobrym Virtualem?

wtorek, 12 marca 2013

Virtual - Tusz do rzęs Mission Extension

Blogowe czytelniczki mają to do siebie, że lubią czytać negatywne recenzje. Raz, że pomogą one uniknąć złego zakupu w przyszłości, a dwa, że można się trochę "ponabijać" z kiepskiego produktu. Dziś więc mam dla Was właśnie taką recenzję. Chodzi o tusz Virtual - Mission Extension. Cóż, jak dla niestety mission failed...
  
  
Opis producenta:
Misja do spełnienia? Maksymalne wydłużenie! Mascara Mission Extension dzięki wąskiej i twardszej szczoteczce idealnie dociera do każdej rzęsy i precyzyjnie rozprowadza tusz bez tworzenia grudek. Kombinacja oleju z nasion jojoba oraz wosku japońskiego otula rzęsy warstwą ochronną, zapewniając trwałość i elastyczność. Kosmetyk może być stosowany przez właścicielki oczu wrażliwych i szkieł kontaktowych. Zawarty w produkcie Carbon Black zapewnia spojrzeniu magnetyzującą głębię i spektakularną czerń.
  
Gdzie i za ile: na stoiskach Virtual albo np. na Inermis.pl, ok. 14zł
  
  
Moja opinia:
Opakowanie tuszu jest metalicznie połyskujące i fioletowe z żółtymi elementami. Nie jest może tandetne, ale z elegancją również się raczej nie kojarzy... Ot, mascara dla nastolatek czy młodych kobiet ogólnie. Szczoteczka jest z włosia - wiecie pewnie, że takich nie lubię, więc tusz miał u mnie niskie noty, zanim zaczęłam go używać. Zdecydowanie bardziej wygodne są dla mnie szczoteczki silikonowe. Ta jest... cóż, po prostu normalna, bez udziwnień z kształtem czy ułożeniem włosia. Jest dość gęsta i faktycznie twarda.
  
  
Na rzęsach nie sprawdza się niestety w ogóle. W tym zakresie ma tylko jedną zaletę - kolor to faktycznie głęboka czerń, szkoda, że i tak tego nie widać... Tusz z założenia ma być wydłużający - zgoda. Moje rzęsy są długie, ale rzadkie i cienkie. Niestety efekt, jaki na nich daje jest... żaden. Kiedy pomalowałam jedno oko, siostra nie mogła rozpoznać które. Nawet dwie warstwy tuszu dają tak naturalny efekt, że właściwie go nie widać, zobaczcie same na zdjęciu poniżej.
Z trwałością jest średnio - nie osypuje się, ale znika po paru godzinach zupełnie, wtedy nawet te szczątki podkreślenia rzęs odchodzą w niepamięć. Wspomnę jeszcze, że przy nakładaniu drugiej warstwy tuszu rzęsy mogą się mocno posklejać, warto mieć szczoteczkę czy grzebyk do ich rozczesania pod ręką.
Niestety tego tuszu polecić Wam nie mogę, choć kto wie - może na krótkich, ale grubych rzęsach by się sprawdził? Mogę tak sobie gdybać, ale to nie zmienia faktu, że dla mnie nawet kiepściutki Secret Trick tej samej marki okazał się lepszy od tego...
  
  
Używałyście tuszy Virtual? Których? Jak się sprawdziły?

wtorek, 29 stycznia 2013

Virtual - Szminka Creamy Lipstick - 161 Mary

Dziś szybciutka recenzja, bo zaraz mam egzamin ;) Napisanie notki powinno mnie zrelaksować, zobaczymy ;) Mam dziś dla Was parę słów o błyszczykowej szmince Virtual. Pojawiły się one na rynku niedawno, a jak zobaczyłam zdjęcia promocyjne, natychmiast zapragnęłam połowy z nich ;) Ostatecznie w moje łapki trafiła szminka o imieniu (tak, imieniu, ich nazwy to damskie imiona :)) Mary i myślę, że się zaprzyjaźniłyśmy :)
  
  
Opis producenta i szczegóły:
   
Gdzie i za ile: w małych drogeriach ze stoiskami Virtual, ok. 13zł
  
Moja opinia:
Szminka kryje się w bardzo ładnym czarnym opakowaniu z "prześwitem" - paskiem przezroczystego plastiku, w którym widzimy właściwy odcień szminki, co bardzo mi odpowiada. Opakowanie jest klasyczne i ładne, a przy tym kojarzy się "nowocześnie" ;) Sama szminka zaskakuje na samym początku - nie spodziewałam się po niej takiej formuły. Sztyft jest lśniący, wręcz jak plastikowy, oczywiście dopóki szminki nie użyjemy.
Mój kolor, Mary, miał być ciemną czerwienią, a w praktyce oczywiście wyszło nieco inaczej - jest czerwienią, ale z różowymi nutami i zdecydowanie nie ciemną. Powiedziałabym, że taka czerwień dla tych bardziej nieśmiałych w makijażu ;) Zobaczycie zresztą zaraz na ustach.
  
  
Szminkę nakłada się niezwykle gładko, od razu kojarzy się bardziej z błyszczykiem. Kolor nie jest może super intensywny, ale daje ładny dziewczęcy efekt z połyskiem, którego zwykła szminka by nie zapewniła. Nie jestem przekonana, czy wolę ten połysk czy normalny mat, ale na pewno mi nie przeszkadza. Wadą szminki jest niestety trwałość - wytrzymuje na ustach 2-3 godziny i nie schodzi równomiernie. Nie wysusza też ust, ale także nie powoduje ich nawilżenia, więc pod tym względem wypada neutralnie. 
Podsumowując - dość tania szminka z ładnym efektem, ale zmuszająca do poprawek w ciągu dnia i ewentualnego dodatkowego nawilżenia problematycznych ust. Koniecznie będę musiała wypróbować "błyszczyko-szminki" innych firm :)
  
  
Używałyście już tego typu szminek? Polubiłyście je czy może wolicie klasyczne? :)

                                (I proszę o kciuki dziś o 12:00! :D)                            

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Virtual - Tusz do rzęs Secret Trick

Kiedyś bardzo lubiłam kosmetyki Virtual. Nie wiem, co się zmieniło - one czy może moje oczekiwania, ale coraz częściej trafiam na kosmetyki ten marki, które niestety mi z różnych względów nie pasują. Na ten tusz bardzo się ucieszyłam - od początku spodobała mi się silikonowa szczoteczka. Okazuje się jednak, że nie jest ona gwarancją sukcesu tuszu...
  
  
Opis producenta:
Marzysz o zmysłowo podkręconych rzęsach w rozmiarze XXL? Przedstawiamy Mascarę Secret Trick marki Virtual, która idealnie rozczesuje rzęsy od nasady aż po same końce, efektownie je zagęszczając. Specjalnie zaprojektowana silikonowa szczoteczka, doskonale rozprowadza tusz i pokrywa rzęsy trwałą warstwą koloru o wyjątkowej intensywności, wyraźnie je podkręcając. Formuła wzbogacona jedwabiem oraz d-pantenolem czyli prowitaminą B5 sprawia, ze  rzęsy stają się mocniejsze i bardziej elastyczne. Produkt nie skleja rzęs, nie osypuje się i nie rozmazuje.
  
Gdzie i za ile: TUTAJ LISTA, ok. 13zł
   
  
Moja opinia:
Jak już pisałam, miałam wielkie nadzieje co do tego tuszu, głównie ze względu na szczoteczkę, która mnie jednak zawiodła. Ale zacznijmy od opakowania, które jest soczyście żółte z fioletowymi metalicznymi nadrukami - choć ta informacja jest średnio aktualna, bo napisy z mojego tuszu zaczęły znikać niemal od razu, ścierały się stopniowo - co widać już na zdjęciach, choć robiłam je tak naprawdę na samym początku testów tuszu... 
Szczoteczka jest silikonowa i oryginalnie ukształtowana - na obu końcach "igiełki" są długie, a na środku krótsze. Myślałam, że będzie to praktycznie rozwiązanie, ale nie bardzo... W efekcie szczoteczką tą łatwo na przykład upaćkać sobie powiekę przy wewnętrznym kąciku. Ten kształt się u mnie niestety zupełnie nie sprawdził.
  
  
Przed testami specjalnie odczekałam jakiś czas, aż tusz przeschnie - nie lubię takich zupełnie świeżych. Mimo tego czasu, i tak tusz strasznie długo pozostaje mokry na rzęsach i łatwo się rozmazać czy odbić sobie komplet rzęs na powiece, jeśli spojrzymy w górę. W dodatku efekt, jaki osiągamy, zdecydowanie nie jest niestety wart zachodu na moich marnych rzęsach... Zobaczcie zresztą na zdjęciu poniżej. Rzęsy są posklejane, nie ma ani ładnego wydłużenia, ani pogrubienia, ani podkręcenia. Może lepiej się sprawdzi na gęstszych rzęsach - podarowałam go już przyjaciółce, bo u mnie by się zmarnował.
Jeśli chodzi o trwałość - nie kruszy się, ale znika w ciągu dnia - po ok. 8-9 godzinach nie ma po nim śladu. Nie testowałam jego wodoodporności, ale nie sądzę, żeby dało się uniknąć efektu pandy...
Cóż, krótko mówiąc - ja nie polecam. Może to zwyczajnie nie tusz dla moich rzęs, a może jest po prostu kiepski? ;) 
   
  
Używałyście tego tuszu? Sprawdził się u Was lepiej niż u mnie czy raczej zgadzacie się z moją recenzją?

piątek, 20 stycznia 2012

Twarzowo-dzienniakowych eksperymentów ciąg dalszy...

Kiedy przy poprzednim dziennym makijażu pokazałam Wam twarz i napisałam, co mi się w tych zdjęciach nie podoba, dostałam parę rad, jak to ominąć. I zaczęłam się do nich stosować, w efekcie czego na zdjęciach nos już nie zasłania mi całej reszty twarzy - dziękuję Wam ;)
Pozbyłam się też drugiego problemu - na zdjęciach zawsze było widać wszelkie najmniejsze blizny potrądzikowe na twarzy, a mam ich sporo, bo namiętnie wszystko zdrapywałam swego czasu... Zresztą nadal mi się zdarza... W każdym razie wszelkie te zaczerwienienia itd. bardzo uwidaczniały się na zdjęciach. Podkładów nie lubię używać, bo zawsze bardzo je czuję na twarzy i mi przeszkadzają, zresztą na żywo te moje małe skazy w ogóle nie rzucają się w oczy. ALE ;) Odkryłam za sprawą blogerek podkład Rimmel Match Perfection w żelu i muszę przyznać, że już go pokochałam. Pięknie ujednolica kolor cery, rozświetla, aż czuję się ładniejsza ;) Za jakiś czas napiszę jego obszerniejszą recenzję, teraz jednak oznajmię tylko, że dzisiejsze zdjęcia poniżej są tu dzięki uprzejmości tego podkładu, że dał mi możliwość wyglądania jak człowiek, i to bez retuszu :P
   
Oto moje kolejne dzienniakowe próby :)
   
  
Tutaj zaserwowałam sobie złoty makijaż w ciemnej oprawie, choć widzę w nim po czasie pewne niedociągnięcia - np. zbyt obniżony kącik kreski na górnej powiece czy za mało wyciągnięty cień. Niemniej jednak, bardzo dobrze czułam się w tym makijażu - zresztą zawsze dobrze się czuję w złotym i brązowym kolorze na oczach :) 
Użyłam tutaj:
A oto sam makijaż:
  
   
I jeszcze kolejny mój eksperyment dzienniakowo-twarzowy ;)
    
  
Tym razem eksperymentowałam dalej z Avonową paletką Water Colour. Użyłam brudnego, lekko iskrzącego różu, przyciemniając go dodatkowo czernią w zewnętrznym kąciku oka i przy rzęsach. O dziwo, też całkiem nieźle się w tym makijażu czułam :)
Czego użyłam?
I sam makijaż:
   
   
  
I jak Wam się podobają moje dzienniaki? Nie za mocne? Nie za delikatne?
Chętnie przeczytam wszelkie sugestie, bo zaczynam dopiero przygodę z typowymi dziennymi makijażami i mam wrażenie, że albo ich nie widać, albo są za mocne ;) 
Tylko czekam, aż dotrze do mnie mój prezent urodzinowy od Sabbathy, czyli paleta 28 neutralnych odcieni, wtedy zacznę szaleć z dzienniakami ^^

środa, 11 stycznia 2012

Twarzowo-dzienniakowy eksperyment

Hej!
Od jakiegoś czasu w komentarzach do wszelkich moich makijaży prosicie o zdjęcia całej twarzy, a ja uparcie odmawiam. Otóż dlatego, że uważam, że na każdym portretowym zdjęciu mój nos zasłania resztę twarzy :P "Na żywo" nie jest jakiś specjalnie duży, nie zwraca na siebie uwagi, ale na zdjęciach wychodzi właśnie na pierwszy plan i wygląda na o wiele większy niż w rzeczywistości. Inna bajka, że moja cera na zdjęciach wychodzi mocno niezdrowo ;)
Dziś jednak postanowiłam się przełamać, no, prawie, i przy okazji eksperymentowania z delikatnym dziennym makijażem porobiłam parędziesiąt (...) zdjęć całej twarzy. Po zgraniu na kompa zaczęłam je kolejno usuwać, aż zostały trzy :P Makijaż i zdjęcia robiłam przy sztucznym świetle, bo malowałam się raniutko na zajęcia, na dworze jeszcze ciemnawo było ;)

Oto, co wynikło z tej małej sesji zdjęciowej przy biurkowej lampce...
    
   
"Zarzucano" mi, że albo maluję się jak papuga, albo wcale. Dlatego od paru dni próbuję swoich sił w delikatnych dziennych makijażach. Na chwilę obecną mam tylko ze 4 cienie, które do tego celu by się nadawały i staram się je odpowiednio skomponować (czekając na piękną paletkę 28 neutalnych kolorów, które dostanę jako wczesny prezent urodzinowy od Sabbathy). 
Przy tym makijażu użyłam:
- baza pod cienie Virtual
- korektor pod oczy Kobo Perfect Cover Stick
- dwa cienie z paletki Avon Water Colour 8in1 (beż i czerń)
- kredka MaxFactor Kohl Pencil 020 Black
- puder Rimmel Stay Matte 003 Peach Glow

I jeszcze zdjęcie samego makijażu:
   
   
I co myślicie o tym eksperymencie? :>
Macie może jakieś triki, jak optycznie zwężyć nos na zdjęciu? 
Dostałam już radę, żeby robić zdjęcia z dużej odległości, następnym razem spróbuję.

sobota, 7 stycznia 2012

Makijaż w MONACO #3 - Syrenka

Czas na trzeci i jak na razie ostatni makijaż wykonany w całości paletką Sleek Make-up - Monaco. Z każdym jej użyciem, zakochuję się w niej coraz bardziej, tak samo było w przypadku paletki Original :) Chętnie zmalowałabym jeszcze kilka ekperymentalnych makijażów, ale ile można pisać o tym samym ;) Jutro już na blogu zagości coś innego :) 
Co do tego makijażu, już wiem, że wzbudzi kontrowersje kolorystyką :D Zdaję sobie sprawę, że zaszalałam, ale mamy karnawał, a ja się w takim makijażu o dziwo całkiem dobrze czułam! Ja w nim widzę syrenkę, a moja mama pawie oko (czym podsunęła mi pomysł na inny makijaż :)).
Oto makijaż:
      
   
Zdjęcie można powiększyć, klikając w nie.
Wiem, że kolorystyka zdjęć wyszła dziwna, ale przynajmniej odcienie i nasycenie cieni jest tym razem oddane ;) Metodą prób i błędów - kiedyś się nauczę, obiecuję :D
W samym makijażu zaczęłam od korektora pod oczy (Kobo Perfect Cover Stick), który niestety niewiele dał przy paskudnych cieniach, jakie mam teraz, i bazy pod cienie (Virtual). Z cieni na oko najpierw nałożyłam jasną zieleń, czyli odcień Kiwi Zest, na środek powieki. W wewnętrznym kąciku wylądował mój faworyt z tej paletki, czyli jasny fiolecik Lotus Flower - jest prześliczny! Na załamanie powieki i jej zewnętrzny kącik nałożyłam inny przepiękny odcień - Humming Bird, czyli piękny turkus, w którym chyyyba dostrzegam złoty blask ;) Roztarłam cienie w górę pędzelkiem kulką Essence i dorobiłam kreski - na obu powiekach za pomocą cienia Humming Bird. Starałam się, żeby kolor kreski był intensywniejszy niż kolor cienia na górnej powiece. W dodatku postanowiłam poekperymentować i spróbować zrobić dwukolorowe kreski - na górnej dodałam nieco Kiwi Zest przy wewnętrznym kąciku, a na dole, też wewnątrz, dodałam Lotus Flower. Na zdjęciach słabo to widać, jeśli w ogóle - następnym razem nie będę kłaść jednego cienia na drugim przy próbie cieniowania kreski ;) Rzęsy wytuszowałam maskarą Avon SuperShock Max i na tym skończyłam makijaż. 
Co do wad - po czasie, patrząc na zdjęcia sama widzę, że przydałby się tu ciemniejszy akcent, choćby czarna kreska eyelinerem albo bardziej teatralnie wytuszowane rzęsy - o ile to możliwe w przypadku moich rzęsiątek ;)
  
Oto cienie, których użyłam w tym makijażu:
  
   
I co sądzicie o tym makijażu? Odrzucają Was jaskrawe, papuzie kolory czy może uważacie, że są OK na karnawał? :) Dodałybyście ciemny akcent? Jaki?

Czekam na wszelkie Wasze sugestie, a tymczasem pokombinuję coś w kwestii tego makijażu a'la pawie pióro, bo mama mnie mocno zaintrygowała tym pomysłem ;)

niedziela, 4 września 2011

Virtual: puder sypki i spiekany bronzer

Przyszedł czas na ostatni na tym blogu (bo czeka nas jeszcze lakier, ale on pojawi się na Wyznaniach Lakieroholiczki) post o kosmetykach Virtual - w każdym razie ostatni w najbliższym czasie ;) Makijaż oczu mamy 'zaliczony', na dziś został puder i bronzer. Przyznam się od razu bez bicia, że to mój pierwszy sypki puder - ale jestem zachwycona! Bronzer też mi odpowiada, choć może jednak nie do końca? ;) Zapraszam do czytania:
   
   
Opis producenta:
Puder sypki:
Lekki, pyłkowy puder o formule zapobiegającej wysuszaniu skóry. Zawiera substancje odżywcze oraz filtry przeciwsłoneczne. Doskonale wyrównuje koloryt i maskuje drobne niedoskonałości cery. Idealny do utrwalenia makijażu. Nie zatyka porów, dzięki czemu skóra może swobodnie oddychać. Zawarte w formule cząsteczki o silnych właściwościach odbijających światło sprawiają, że skóra jest gładka i rozświetlona.
Ps. Najlepszy efekt uzyskasz nakładając puder grubym pędzlem.
 Puder (bronzer) spiekany:
Wypiekany, brązująco-rozświetlający puder do twarzy i ciała. Bogaty w olejek jojoba i olej z orzechów makadamia, które posiadają właściwości nawilżające i ochronne. Produkt odpowiedni do wszystkich rodzajów cery. Puder brązujący dostępny w 3 rodzajach, z których każdy oferuje inny efekt: matowy, półperłowy i nabłyszczający. Ultradelikatna baza pudru nadaje skórze piękny opalony odcień. Puder świetnie sprawdza się także do podkreślania kości policzkowych i modelowania rysów twarzy.
P.s. Najlepszy efekt uzyskuje się, nakładając puder pędzlem.
    
     
Moja opinia:
Puder sypki, który otrzymałam do recenzji to naturalny odcień nr 023. Jest dość jasny, i albo świetnie dopasowany do mojej karnacji, albo po prostu ładnie się z nią stapia ;) Tak czy siak - to na duży plus. Pachnie jak kosmetyki dla dzieci - przyjemny, delikatny zapach. Do opakowania załączona jest gąbeczka, ale dużo wygodniej jest mi używać go nieco inaczej - wystukuję odrobinę pudru na wieczko pudełka, a stamtąd nabieram go dużym pędzlem Essence (chyba to pędzel do różu, ale do pudru też się jak najbardziej nadaje ;)). Po twarzy rozprowadza się gładko, nie widać go właściwie pod względem koloru, ale ładnie matuje moją wiecznie błyszczącą się twarz - na pierwszym zdjęciu mam na niej krem matujący, a nadal widać "mój wewnętrzny blask" nad kością policzkową ;) Obstawiam, że puder ten będzie nieco mniej wydajny niż pudry prasowane, których do tej pory używałam, ale może to i lepiej - nie wiem jak u Was, ale dla mnie wykończenie jakiegoś produktu do makijażu to święto ;)
Puder spiekany, czyli dla mnie bronzer, to wersja 301 - nabłyszczający. Do mojej jasnej karnacji nie ma mowy, żeby używać go jako regularnego pudru, zwłaszcza, że ma delikatne drobinki, których nie udało mi się uchwycić na zdjęciu. Bardzo podoba mi się, jak bronzer wygląda w opakowaniu, sprawia wrażenie takiego produktu luksusowego ;) Ma kształt wypukły, a pudełeczko jest podwójne, do odkryłam dopiero przy którymś z kolei użyciu - można je otworzyć normalnie, by dotrzeć do bronzera, ale można też otworzyć je "niżej" - pod bryłą kosmetyku znajduje się "szufladka" z gąbeczką. Jednak nie wyobrażam sobie nakładania bronzera gąbeczką, więc do tego również używam pędzla. Można nim ładnie wymodelować twarz, ja używam go tylko na kości policzkowe i w małych ilościach jest super - nie rzuca się w oczy, a kształt twarzy wydaje się od razu dużo ładniejszy. Myślę jednak, że bronzer ze mną nie zostanie - COŚ mi w nim nie pasuje, choć nie umiem sprecyzować co, zwłaszcza, że tutaj do tej pory potrafiłam wymienić same jego plusy ;) Może te drobinki mnie odstraszają. ;)
Używałyście pudrów albo bronzerów Virtual? Oferta jest oczywiście dużo szersza niż te dwa produkty i ciekawa jestem, jakie są Wasze wrażenia na ich temat :)
  
I jeszcze jedno - jak Wam się podoba nowy wystrój bloga? :)

Produkty te dostałam do recenzji, jednak w żaden sposób nie wpływa to na moją recenzję.

sobota, 3 września 2011

Eyelinery Virtual - Deep Liner i Eye Liner (+ makijaż)

Ostatni post w kategorii "virtualne makijaże oczu" ;) Czeka nas jeszcze puder i bronzer, ale o nich wkrótce :) Jeśli chodzi o kreski w makijażu, zdecydowanie chętniej używam linerów, niż kredek. Wolę wyraźne, konkretne linie, a kredką nigdy nie udało mi się osiągnąć zadowalającej. Pierwszy liner jaki w życiu kupiłam to liner Lovely z Rossmanna - zużyłam kilka opakowań, bo jak dotąd nie znalazłam lepszego w porównywalnej cenie, a co tu kryć, lubię tanie kosmetyki. Teraz do testów dostałam dwa różne linery - jeden to po prostu "eyeliner" w pędzelku, a drugi "deep liner" z nietypowym aplikatorem. Jeden z nich zostanie u mnie na pewno na dłużej (zwłaszcza, że akurat Lovely mi się skończył ^^).
    
   
Opis producenta:
EYE LINER:
Eye liner z czarnym wodoodpornym tuszem i cieniutkim pędzelkiem, umożliwia precyzyjne namalowanie cienkiej kreski u nasady rzęs. Makijaż zachowuje swój naturalny wygląd przez cały dzień, tak jakby przed chwila został wykonany.
DEEP LINER:
Deep liner to kałamarzyk z czarnym wodoodpornym tuszem i stożkowym lateksowym aplikatorem.
Umożliwia namalowanie różnej grubości kresek na powiekach oraz modnego jednodniowego tatuażu.
 
Cena: ok. 12zł
    
   
Moja opinia:
Na początku myślałam, że dostałam dwa takie same linery, bo opakowania właściwie się nie różnią, poza tym drobnym napisem. Okazuje się jednak, że są zupełnie inne. Deep liner ma kolor dużo głębszej, intensywniejszej czerni i zupełnie inny aplikator - producent określił go jako lateksowy stożek, a ja lepszego określenia nie znajdę. Sprawia wrażenie dość twardego, sklejonego pędzelka. Być może są osoby, które wolą ten rodzaj aplikacji, ja jednak uparcie obstaję przy tradycyjnym pędzelku. Taki właśnie jest w "zwykłym" eye linerze, i choć kolor jest mniej nasycony, ten produkt odpowiada mi o wiele bardziej. Próbowałam używać też deep linera - może i wyglądał lepiej, ale nakładało się go więcej (przez co łatwo odbijał się na górze powieki, kiedy teoretycznie powinien już być suchy) i trudniej było mi zrobić nim prostą kreskę. Wiadomo, że to kwestia wprawy, ale jakoś nie skłonił mnie do tego, żebym poczuła potrzebę nabrania takiej wprawy ;) Ponadto mam wrażenie, że eye liner jest nieco bardziej trwały niż deep liner - trzymał się u mnie cały dzień bez problemów, podczas gdy deep liner po kilku godzinach zaczął się mazać i lekko odbijać na górze powieki. 
Tyle o samych linerach, teraz czas na makijaż - nadal mam spore wątpliwości, czy powinnam je publikować, ale uważam, że prędzej nabiorę wprawy, kiedy będę mogła poczytać Wasze fachowe rady - dlatego baaardzo o nie proszę ;) 
   
Puder: Rimmel Stay Matte - 003 Peach Glow
Baza pod cienie: Virtual eyeshadow base
Cienie: paletka Collection 2000 - Poptastic (wkrótce napiszę o niej więcej ;))
Liner: Virtual Eye Liner
Tusz do rzęs: Virtual Full Screen Size Mascara
   
Czekam więc na Wasze rady, sugestie, pomoc w kwestii makijażu - chcę się uczyć! ;)
 
Produkty te dostałam do recenzji, ale w żaden sposób nie wpływa to na moją opinię.

środa, 31 sierpnia 2011

Virtual Full Screen Size - tusz do rzęs

 oNa dziś mam kolejną recenzję kosmetyku z paczki Virtual. Skoro już rozpoczęłam cieniami do powiek, pójdę za ciosem i dziś pokażę tusz do rzęs, a na dniach eyelinery :) 
Jeśli chodzi o tusz do rzęs, jestem wybredna. Moje naturalne rzęsy pozostawiają wiele do życzenia - prawie ich nie ma. Są rzadkie, krótkie, proste jak druty, dlatego od tuszu wymagam, żeby pomógł mi COŚ z nimi zrobić ;) Właściwie nie zależy mi na pogrubieniu, raczej wydłużeniu, podkreśleniu i podkręceniu. Dziś pod lupę biorę maskarę Virtual Full Sceen Size - czy spełni ona moje wymagania? Czytajcie :)
   
   
Opis producenta: 
Większa szczotka! Lepsza objętość! Szybszy efekt! Większa odporność! Virtual przedstawia nową maskarę Full Screen Size, która została stworzona z myślą o młodych, nowoczesnych kobietach ceniących klasykę.
Wydłużajaco-pogrubiająca maskara Full Screen Size posiada klasyczną szczoteczkę w rozmiarze XXL, która pozwala na pokrycie tuszem nawet najmniejszych rzęs już za pierwszym pociągnięciem.
Duża, wygodna szczoteczka doskonale rozprowadza tusz, dzięki czemu dociera do każdej rzęsy i efektownie modeluje.
Formuła maskary zawiera wosk japoński, który sprawia, że rzęsy stają się bardziej elastyczne oraz zapewnia lepszą przyczepność tuszu. Składniki tłoczone z oleju nasion jojoba pielęgnują i chronię rzęsy przed uszkodzeniami mechanicznymi.
Mascara Full Screen Size zapewnia efektowną, głęboką czerń rzęs. Zastosowano w niej czysty ekstrakt węglowy - barwnik Carbon Black, dzięki czemu tusz zawiera 3 razy mniej pigmentów niż tusz tradycyjny.
Produkt nie skleja rzęs, nie pozostawia grudek, nie osypuje się i nie rozmazuje.
    
   
Moja opinia:
Zacznijmy tradycyjnie od opakowania - krótko mówiąc, nie podoba mi się. Może, gdyby nie było takie błyszczące, albo przynajmniej w innym kolorze... Takie wydaje mi się po prostu tandetne. To, czym się kieruję, przy wyborze tuszu to też oczywiście szczoteczka. Najbardziej lubię te gumowe czy plastikowe, ale nie skreślam z góry tuszów z "włochatymi" szczoteczkami. Ta właśnie taka jest - dość spora, z gęstym włosiem (?). Nabiera dużo tuszu, ale myślę, że to kwestia tego, że jest on jeszcze świeży i jest go sporo. Wystarczy usunąć nadmiar tuszu, wycierając szczoteczkę o brzeg opakowania.
Co do samego tuszu, jestem bardzo zadowolona - o dziwo ;) Na rzęsach ma kolor głębokiej czerni, ładnie podkręca i wydłuża. Może nieco posklejać, ale żaden problem rozczesać potem rzęsy, myślę, że jak go trochę ubędzie albo jak ciut wyschnie, będzie super. Tym tuszem łatwo zrobić lekki dzienny makijaż z podkreślonymi tylko rzęsami, ale nada się także do mocnego wieczorowego tuszowania - tylko wtedy już rozdzielanie rzęs obowiązkowe ;) Słyszałam opinie, że tusz ten się kruszy, ale u mnie tego jeszcze nie zaobserwowałam, a kilka dni z rzędu już go używam. Jedyny problem to to, że po porannym malowaniu, wieczorem prawie już go nie widać - rzęsy są znowu klapnięte, szare. Mam wrażenie, jakby on po prostu znikał ;) Tylko czy znacie tusz, który pięknie wygląda przez cały dzień?
Podsumowując, idealny nie jest, ale jak najbardziej do zaakceptowania. Na razie się z nim nie rozstanę, choć poszukiwania ideału trwają dalej ;)
   
Produkt ten dostałam do recenzji, ale w żaden sposób nie wpływa to na moją opinię. 

wtorek, 30 sierpnia 2011

Cienie do powiek Virtual Klejnoty Kaszmiru - Satin Trio 065 i Metallic Mono 047 i 048

Tak jak zapowiadałam, spośród kosmetyków otrzymanych do recenzji od Virtuala, na pierwszy ogień poszły cienie do powiek. Możliwe, że to dlatego, że dawno żadnych nie używałam i miałam teraz ochotę się nieco pobawić kolorami ;) No i inna sprawa, że tak samo zadziałał fakt, że kilka dni temu skusiłam się na dwa pędzelki do cieni z Essence :)
Cienie te pochodzą z nowej kolekcji Klejnoty Kaszmiru, otrzymałam dwa pojedyncze (047 i 048) oraz jeden potrójny (065) w odcieniach brązu. Oto one:
   
      
Opis producenta:
Tadż Mahal, Karakorum, Dolina Kwiatów – świat orientu kusi niepowtarzalną sztuką, eterycznymi zapachami, zaskakującymi smakami, czy bogactwem kolorów i naturalnych minerałów. Nowa kolekcja cieni Virtual czerpie z tego bogactwa i sięga po cztery niezwykłe kamienie szlachetne. Magnetyzujący szafir, energetyzujący rubin, ożywczy cytryn i oczyszczający turmalin – stały się składnikami najnowszych cieni Virtual.
Kolekcja składa się z 40 nowych kolorów cieni z dodatkiem szlachetnych kamieni z Kaszmiru. W kolekcji znajdują się zarówno cienie matowe, jak i z drobinkami brokatu, metalicznym połyskiem oraz z satynowym wykończeniem. Kolekcja  jest  oparta na technologii mikronizacji pigmentów i kamieni szlachetnych. Dzięki temu wszystkie składniki są idealnie rozdrobnione, a cienie są trwałe, nie osypują się podczas aplikacji i zapewniają dobre wybarwianie koloru. Miękka, jedwabista struktura  sprawia, że kolor z łatwością przenosi się na powiekę. Dodatek bogatych we właściwości odżywcze i regenerujące naturalnych minerałów działa kojąco na skórę, dotlenia ją, tworzy naturalną barierę ochronną przed czynnikami zewnętrznymi.
Mono z dodatkiem Turmalinu: 8 cieni MONO. Cztery cienie DIAMOND z drobinkami brokatu i iskrzącej perły, które są delikatne i mogą być stosowane jako baza lub jako punktowy rozświetlasz. Kolejna czwórka to cienie METALLIC, które dają efekt jednolitego, metalicznego połysku. To cienie w intensywnie lśniących kolorach, które dobrze łączą się z innymi cieniami. Cena: 6,60zł
Duo z dodatkiem Rubinu: 12 cieni DUO, z czego 4 cienie są matowe, a 8 posiada satynowe wykończenie. Cztery podwójne cienie DUO MAT występuję w klasycznych, ponadczasowych zestawach  kolorystycznych. Aksamitnie miękka konsystencja ułatwia rozprowadzenie i cieniowanie, pozostawiając powłokę nasyconego koloru. Cienie nie obciążają powiek, dzięki czemu makijaż przez wiele godzin wygląda subtelnie i świeżo. Podwójne cienie DUO SATIN to harmonijne połączenia kolorów z delikatnym perłowym połyskiem. Jaśniejsze odcienie podkreślają kolor tęczówki, zaś ciemniejsze podkreślają kształt oka. Cena: 7,20zł
Trio z dodatkiem Szafiru: Cienie TRIO SATIN to 12 oryginalnych możliwości wykonania makijażu. Intrygujące i fantazyjne łączenia kolorów zachwycają tęczą barw. Cena: 7,70zł
Quatro z dodatkiem Cytrynu: 8 idealnie dobranych zestawień kolorystycznych z satynowym wykończeniem. Cztery odcienie w jednym opakowaniu pozwalają na rozświetlenie, cieniowanie oraz akcentowanie zewnętrznych kącików powieki. Cena: 8,30zł
   
   
Moja opinia:
Pierwszy raz recenzuję cienie do powiek, proszę więc o wyrozumiałość :D
Najpierw zajmę się ich wyglądem tak na pierwszy rzut oka - te pojedyncze wyglądają jakoś tak ekskluzywnie przez te "wytłoczone" napisy, podobają mi się :) Trio też ma w sobie subtelny urok. Do każdego cienia jest osobny aplikator zamknięty razem z cieniem w pudełeczku, wydaje się porządny, choć go nie używałam - do nakładania cieni preferuję pędzelki. 
Same cienie są dość tępe i nie jakoś wybitnie napigmentowane, ale myślę, że przy takim wykończeniu nie jest to aż taką wadą, bo cień nawet w najmniejszej ilości będzie się iskrzył na powiece. Szczerze mówiąc nie widzę różnicy w wykończeniu między satynowymi brązami z trio, a metalicznymi pojedynczymi cieniami - oba wydają mi się satynowe, w świetle dziennym ich połysk jest subtelny, a w sztucznym iskrzą. 
Co do trwałości - bardzo łatwo schodzą przy użyciu płynu do demakijażu, ale jedno mnie zaskoczyło - bez bazy trzymały się u mnie pół dnia bez skazy (potem zmyłam, ale mogły się trzymać dłużej), a na moich tłustych powiekach zakrawa to o cud! Do gustu przypadło mi zwłaszcza brązowe trio i z jego pomocą zrobiłam makijaż, który teraz z drżeniem serca publikuję ;) Wiem, że czeka mnie jeszcze dużo pracy przy nauce malowania (gdzie mi tam do Kleo czy Sabb...), ale jak pisałam w poprzedniej notce - mam nadzieję, że będziecie mogły tu obserwowować moje postępy ;)
Tak więc:
Cienie: Virtual Klejnoty Kaszmiru Satin Trio 065
Kredka: Avon Colour Trend podwójna konturówka black&purple
Tusz: Virtual Full Screen Size Mascara
   
   
Bardzo Was proszę o opinie, rady, sugestie :) I od razu mówię, że z tych brwi nic więcej nie da się zrobić, kilka profesjonalistek próbowało, beznadziejny przypadek, ale o tym może kiedy indziej ;) W każdym razie będę bardzo wdzięczna za wszelkie wskazówki - co zmienić, co poprawić w technice itd. :)

Produkty te dostałam do recenzji, ale w żaden sposób nie wpływa to na moją opinię.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Pierwsze dowody zaufania - Virtual i Pharmaceris!

Mam problemy z internetem, więc nie wiem, jak będą wyglądały najbliższe dni pod względem blogowania, ale póki mogę - piszę :) 
Muszę przyznać, że jestem bardzo mile zaskoczona faktem, że mój blog, choć nie ma nawet miesiąca, już jest zauważany przez firmy, które pragną podjąć ze mną współpracę. Dostałam pierwsze propozycje, a nawet pierwsze paczuszki!
Kilka dni temu doszła paczka z kosmetykami Virtual: 
  
Są tu cienie, eyelinery, tusz do rzęs, puder sypki, spiekany bronzer i lakier (który trafi na właściwego bloga ;)). Zaczęłam już testy, od wczoraj ciągle maziam się tymi kosmetykami i próbuję pocykać ładne zdjęcia makijażu... Na razie widzę, że czeka mnie bardzo dużo ćwiczeń, i w samym malowaniu, i w robieniu kosmetycznych swatchy. Mam tylko nadzieję, że będziecie mogły obserwować tu progres z każdą kolejną notką ;) Myślę, że na pierwszy rzut pójdą cienie do powiek, ale czekam na Wasze sugestie - czym jesteście zainteresowane? :)
  
Dziś z rana obudził mnie kurier z drugą paczuchą - z kosmetykami Pharmaceris T i Dr Irena Eris:
  
Mamy tu cztery różne kremy do twarzy z serii Pharmaceris T - do cery trądzikowej, a także trzy inne cuda - kremy do rąk i stóp. Co do serii Pharmaceris, myślę, że będę testować po dwa kremy na raz - dlatego spodziewajcie się dwóch pierwszych recenzji za ok. 2 tygodnie, a kolejnych dwóch za ok. miesiąc. Chcę mieć pewność, czy działanie odpowiednio dopasowuję do jego sprawcy ;) Kremy do rąk i stóp były dla mnie sporym zaskoczeniem - są spore (po 100ml) i mają śliczne buteleczki z pompkami. Jeden z nich testować będzie moja mama, bo stworzony został idealnie do jej zniszczonych dłoni - mówię oczywiście o kremie z serii Body Art. Ja biorę na siebie serię Spa Resort i już mogę powiedzieć, że zakochałam się w nektarowym kremie do rąk - ma śliczny zapach! Cynamonowy krem do stóp z kolei nieco dusi. 
Tyle, jeśli chodzi o pierwsze wrażenia ;)
Na dniach spodziewam się także paczki od firmy Calmaderm, produkującej naturalne kosmoceutyki - strasznie jestem ciekawa ich produktów. Tymczasem spodziewajcie się na dniach recenzji śliczności od Virtuala! :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...