Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cienie do powiek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cienie do powiek. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 marca 2014

Kobo - Cienie Fashion: 202 Pale Violet, 209 Aubergine, 213 Green Pistachio, 214 Forest Green

Jeśli miałabym skompletować swoją kolekcję cieni wyłącznie z cieni pojedynczych, na pewno zdecydowana większość z nich pochodziłaby z półek Kobo. Może matowe cienie z serii Mono mnie nie rzucają na kolana, ale jestem wielką fanką ich cieni Fashion - perłowych, metalicznych, czasem kameleonowych. Ostatnio moja kolekcja poszerzyła się o cztery kolejne kolory, więc z radością coś dziś Wam o nich napiszę :)
  
  
Opis producenta:
Niezwykle trwały, intensywny i wyrazisty kolor oraz piękny metaliczny połysk. Bogata formuła zawiera korzystne dla skóry makro i mikroelementy. Cienie można stosować na sucho i mokro w zależności od pożądanej intensywności makijażu. Aplikacja cieni przy pomocy twardej pacynki.
  
  
Skład:
Talc, Pentaerythrityl Tetraisostearate, Hydrogenated Polyisobutene, Kaolin, Phenoxyethanol (and) Methylparaben (and) Butylparaben (and) Ethylparaben (and) Propylparaben (and) Isobutylparaben, Mica, [+/- CI 77891, CI 77492, CI 77491, CI 77499, CI 77007, CI 77288, CI 75470, CI 77510, CI 77742, CI 77811]

Gdzie i za ile: Drogerie Natura, cień w kasetce 18zł, wkład 14zł, bywają w promocji
Do tego można dokupić magnetyczną paletkę na cztery wkłady w cenie 9,90zł albo na 2 wkłady - 5,90zł.
  
  
Moja opinia:
W moim makijażu, jeżeli już używam cieni, dominują trzy kolory - brązy, zielenie i fiolety. Brązów mam pod dostatkiem, więc tym razem postawiłam na dwa pozostałe typu - zieleń i fiolet. W mojej nowej czwóreczce są dwie zielenie - 213 Green Pistachio, czyli delikatna mięta, i 214 Forest Green, mocna zieleń w odcieniu mrocznego lasu ;) Oba kolory strasznie mi się spodobały, choć zdecydowanie bardziej przekonuje mnie nr 214. Z fioletów mam tu 202 Pale Violet, czyli jasny różo-fiolet, oraz 209 Aubergine - typową oberżynę. Właściwie kiedyś chyba już miałam ten cień, ale przepadł w tajemniczych okolicznościach ;)
Cienie Kobo Fashion mają to do siebie, że są naprawdę proste w obsłudze. Można nimi zrobić delikatny makijaż, dobrze się rozcierają i raczej nie osypują, jednak w razie potrzeby możemy też makijaż wzmocnić, choćby nakładając na mokro, choć przyznam, że sama tego nie praktykuję. Nakładam je pędzelkiem, a nie pacynką i prawdę mówiąc nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej.
Wiecie, że makijaż nigdy nie był moją mocną stroną, nigdy nie wariowałam z nim, na co dzień chodzę z wytuszowanymi rzęsami i linerową kreską, a jeżeli użyję cieni, są to zwykle 2-3 kolory, czasem nawet jeden, jeżeli mam ochotę na któregoś z moich ulubionych kameleonów, jak np. Golden Rose z tej samej serii ;) Niemniej, te cienie z powyższych zdjęć połączyłam w dość oczywisty sposób i powstały dwa makijaże, które co jakiś czas noszę:

(213 Green Pistachio + 214 Forest Green + liner Gosh + tusz L'Oreal)
  
(202 Pale Violet + 209 Aubergine + 205 Golden Rose + liner Gosh + tusz L'Oreal)

W tej chwili paletka tych czterech cieni leży pod lustrem jako jeden z najczęściej używanych produktów do makijażu, co chyba dość jednoznacznie świadczy o mojej opinii o niej ;) Same cienie zdecydowanie polecam, zwłaszcza, gdy są w promocji - jakość jest naprawdę świetna, dobrze się trzymają i nawet laik sobie z nimi poradzi ;)
  
Co się zaś tyczy samej paletki - również polecam, zwłaszcza, że nie jest zbyt droga. Dobrze trzyma cienie i wygląda profesjonalnie, ma tylko jedną wadę. Jej powierzchnia jest taka gumowo-matowa, wygląda dobrze, ale łatwo się brudzi i przestaje dobrze wyglądać ;)
  
 
Macie jakieś cienie z serii Kobo Fashion? A może wolicie serię Mono? :)

czwartek, 30 stycznia 2014

Paletka Sleek Make-up - Garden of Eden - zdjęcia i swatche ♥♥♥

Wczoraj wieczorem odebrałam przesyłkę z moim bardzo spontanicznym zakupem - przepiękną najnowszą paletką marki Sleek Make-up, Garden of Eden. Kiedy tylko dostałam newsletter z jednej z internetowych drogerii z informacją o tej nowości, bez dłuższego zastanawiania się kliknęłam ją i oto mam - dziś już mogę rozpływać się w zachwytach nad nią ;)
  

Kolory w tej paletce są idealne dla kogoś z jesiennym typem urody - mamy tu przede wszystkim zielenie i brązy, bardzo ładne zresztą. Większość to cienie mocno iskrzące, tak jak lubię. Mamy tu też dwa maty z drobinkami i trzy kompletne maty. Jak w większości paletek Sleeka - są to najsłabsze ogniwa tej paletki, mają najsłabszą pigmentację...

  
Oczywiście już kartonik jest ładny, choć miałam nadzieję, że będzie bardziej nawiązywał do designu tej limitki, tak jak prezentowany był w reklamach:


Kasetka wygląda tak jak w przypadku wszystkich innych paletek - uważam, że mogłaby mieć chociaż nazwę danej paletki na górze...
  
  
No i najważniejsze - kolory! Bardzo lubię w Sleeku to, że każdy cień ma swoją nazwę. Te wymyślone na potrzeby Garden of Eden też strasznie mi się podobają, nawiązują tematycznie do Edenu i pasują do kolorów, same zobaczcie :)
  
  
Najbardziej podobają mi się cztery środkowe kolory, czyli Paradise on Earth, Python, Fig i Evergreen. Dopiero teraz zauważyłam, że nie zrobiłam zdjęcia paletki z tej perspektywy, ale bez folii z nazwami, ale myślę, że i tak całkiem dobrze widać kolory. Najmniej ciekawe wg mnie są Entwined i Forbidden (bardzo do siebie podobne) i śliczny, choć prawie niewidoczny Adam's Apple.
Zobaczcie jeszcze swatche:
  
  
Słońce niestety nie dało mi możliwości pokazania tych cieni w swoich promieniach, ale może uda mi się to kiedyś nadrobić. Ogólnie mówiąc - jestem paletką zachwycona i zaraz lecę strzelić sobie pierwszy Edenowy makijaż na egzamin ;)
  
Uprzedzając pytania - swoją paletkę kupiłam na Kosmetykomanii za 37,49zł. KLIK

Jak Wam się podoba ta paletka? Skusicie się na nią? A może już się skusiłyście? ;)

sobota, 16 listopada 2013

Yves Rocher - Trwałe kremowe cienie do powiek - Mauve i Bronze

Od razu uprzedzam, że w najbliższym czasie będzie tu sporo kosmetyków Yves Rocher - między innymi dlatego, że urzekła mnie ich zimowa limitowana kolekcja, tzn. zapachy czekoladowe mieszane z innymi - pychota ;) Dziś jednak nie o takich słodkościach, a o cieniach do oczu... w kremie. Przyznam, że to moje pierwsze (albo jedne z pierwszych) spotkanie z taką formą aplikacji i mam bardzo mieszane uczucia. Zapraszam do czytania recenzji :)
  
  
Opis producenta:
Odkryj cień do powiek, który będzie odporny nawet na Twój najdłuższy dzień. Poznaj jego niezwykłą trwałość 12h*. Wodoodporny krem nie poddaje się upływowi czasu i pozostaje tak samo błyszczący po wielu godzinach. Nawet podczas upału, jego kremowa konsystencja o błyszczącym wykończeniu, daje wyjątkowy komfort i idealnie komponuje się ze skórą. Delikatna dla oczu formuła, bogata w wyciąg z kasztanowca indyjskiego o właściwościach rozświetlających, przyciąga światło, aby uzyskać więcej blasku.
*Test instrumentalny przeprowadzony na 12 osobach.
Produkt dostępny w 9 odcieniach, od nude do intensywnej śliwki, w zależności od twojego nastroju i karnacji.
  
  
Gdzie i za ile: w sklepie Yver-Rocher.pl, 46zł / szt (teraz za 31,90zł)
  
  
Moja opinia:
Cienie Yves Rocher, które do mnie trafiły to dwa kolory, zawarte w plastikowych opakowaniach, zbliżonych do takich od błyszczyka. Również i ich aplikatory nadawałyby się do malowania ust, są to bowiem typowe profilowane gąbeczki. Opakowania wyglądają profesjonalnie i widać, że nie jest to tani produkt. Mają czarne zakrętki, złote napisy i "oprawę", ale większa część jest bezbarwna, co pozwala na zobaczenie właściwego koloru cienia. 
Kolory, które wybrałam to Mauve oraz Bronze. O ile pierwszym jestem zachwycona pod niemal każdym względem, o tyle ten drugi zaskoczył mnie pozytywnie tylko w jeden sposób, pozostałe wrażenia są raczej negatywne. Jako, że cienie te bardzo różnią się między sobą, opiszę je osobno.

  
Odcień MAUVE to piękny blady róż, który na oku świetnie rozświetla spojrzenie, właściwie może być stosowany także solo. Nadaje się do szybkiego makijażu, bo bardzo łatwo jest nałożyć go równomiernie, granice wystarczy rozetrzeć choćby palcem i już mamy świeże oko ;) Chwilę musimy poczekać, żeby wysechł, po czym naprawdę staje się trwały. Może nie do końca wodoodporny, ale na pewno trwały, o czym może świadczyć choćby fakt, że na moich tłustych powiekach spokojnie utrzyma się nienaruszony przez kilka godzin, nawet bez bazy. Ogólnie mówiąc - bardzo dobry kosmetyk :)
  
Odcień BRONZE wcale taki brązowy nie jest, okazał się kolorem, który określiłabym jako khaki - trochę brązu, trochę zieleni. I pod względem koloru podoba mi się strasznie, nawet bardziej niż Mauve! Niestety właściwie na tym jego walory się kończą. Cień właściwie nie daje się rozłożyć równomiernie na powiece, ba, nawet przy zwykłym swatchu na ręce jest niejednolity! Niestety na oku tym bardziej to widać - miejscami są prześwity, miejscami nie chciał dać się rozmazać... Co do trwałości, jest porównywalnie do poprzednika, ale wcześniej zaczyna się rolować w załamaniu powieki. 

Zobaczcie zresztą, jak te cienie wyglądają na oczach:
  
Wybaczcie jakość, brak słońca był tu nie do obejścia dla mnie :(

Trudno mi w ogóle podsumować tę recenzję. Między jednym a drugim odcieniem są duże różnice, więc tym bardziej nie będę się wypowiadać w temacie całej linii tych kremowych cieni. Nie są one zbyt tanie, więc Wam pozostawiam decyzję, czy chcecie z nimi zaryzykować - ze swojej strony polecam Mauve, ale odradzam Bronze ;) 
  
Używałyście kolorówki marki Yves Rocher? Lubicie ich kosmetyki?

wtorek, 1 października 2013

Peggy Sage - Paletka cieni do powiek Harmonie terre d'Afrique

Jako, że popędzacie mnie do pisania recenzji, mam dziś dla Was parę słów o paletce Peggy Sage. Urzekła mnie swoją kolorystyką. Niby to tylko pięć zwyczajnych kolorów, ale tak pięknie ze sobą współgrają... Okazały się też bardzo dobre jakościowo :) Zapraszam do przeczytania szerszej recenzji.
  
  
Opis, szczegóły, skład:
   
Gdzie i za ile: np. na BodyLand.pl, 69zł, obecnie w promocji - 59zł!
  
Moja opinia:
Paletkę dostajemy w solidnej plastikowej kasetce, opatrzonej w lusterko i pędzelek. Sam pędzelek okazał się zaskoczeniem - raz, że nie jest gąbeczkowym aplikatorem, dwa, że jest całkiem dobrej jakości! Z miękkiego włosia (nie mam pojęcia, czy z naturalnego czy nie), nie rozsypuje się, świetny do rozcierania cieni albo nakładania ich na szybko ;) Paletka ma również ten plus, że w wieczku jest "okienko", przez które widzimy cienie w środku.
Cienie pozytywnie zaskoczyły mnie pigmentacją. Są miękkie, ale nie osypują się, łatwo je "wetrzeć" w powiekę, tak samo jak rozetrzeć granice między cieniami. Dzięki pasującym odcieniom naprawdę łatwo zrobić prosty, szybki i naprawdę efektowny makijaż (o tym zaraz...).
  
  
Podoba mi się też to, że cienie mają nazwy. Jeśli chodzi o wykończenie, to właściwie wszystkie można określić jako satynowe. Jeśli chodzi o wykończenie, to właściwie wszystkie można określić jako satynowe. Bardzo łatwo się nakładają i ogólnie są przyjemne w obsłudze, nawet dla takiego laika jak ja ;) Na bazie trzymają się bez problemu przez cały dzień, a dzięki ładnej czerni możemy nimi zrobić nawet mocniejszy makijaż.
Szczerze? Taki właśnie zrobiłam - dzienny, ale nieco bardziej drapieżny. Muszę powiedzieć, że na oku na żywo wyglądało to tak, że byłam naprawdę zadowolona z efektu. Więc czemu się tłumaczę? Bo mój aparat znowu zrobił z tego makijażu jednorodną brązową plamę :( Nie wiem, jak grzebać w ustawieniach, jakie światło ustawić, bo wydaje mi się, że próbowałam już wszystkich dostępnych dla mnie opcji i chyba się poddaję - takie właśnie będę Wam pokazywać makijaże ;) Wierzcie na słowo - na żywo wyglądało to znacznie lepiej ;)
  
 
Podsumowując - paletka zdecydowanie warta uwagi. Jedyną jej wadą może być cena, ale w sumie po przeliczeniu wychodzi mniej więcej tyle co za 5 cieni Inglota, które są gorszej jakości niż Peggy Sage, przynajmniej w moim osobistym odczuciu. Czy polecam? Zdecydowanie, jeśli macie kilka zbędnych dyszek ;)

czwartek, 8 sierpnia 2013

Rimmel - Paletka cieni Glam'Eyes - 002 Smokey Brun

Dziś coś dla osób tęskniących za recenzjami na tym blogu - wiem, że ostatnio ich mało, ale postaram się ten stan rzeczy poprawić ;) Tymczasem zapraszam do lektury recenzji paletki Rimmela, która nie do końca spełniła moje oczekiwania... Jesteście ciekawe? :)
  
  
Szczegóły od producenta:
   
Gdzie i za ile: wszędzie, gdzie stoi szafa Rimmela, ok. 30zł / 4,2g
  
   
Moja opinia:
Zacznijmy tradycyjnie od opakowania. To czarna kasetka z przezroczystym okienkiem z przodu, dzięki czemu dokładnie widzimy odcienie i stan cieni. Jest w całości plastikowa i niestety niezbyt trwała - moja co prawda jest nadal w jednym kawałku, ale widać, że jest delikatna i wiem, że pewnego dnia zamknięcie przejdzie do historii, już widzę na nim pęknięcia, choć nie używam paletki zbyt często.
Same cienie to cztery odcienie brązu, naprawdę ładne, w każdym razie w paletce. Świetnie do siebie pasują, mają ładne wykończenie, które określiłabym jako satynowe, poza tym są ciekawie wytłoczone "pikowanym" wzorem. Okazuje się jednak, że są też bardzo miękkie - już po pierwszym użyciu widać było brzydkie ubytki w tym tłoczeniu, a po kilku kolejnych na wierzch wyszły charakterystyczne "ziarenka" w strukturze cieni.
A jak się prezentują te piękne kolory w praktyce, poza paletką?
  
  
Wychodzi na to, że cienie są słabo napigmentowane, nawet jeśli na zdjęciach powyżej nie wyglądają tak źle. Sęk w tym, że tu były swatchowane palcami, a przy nakładaniu na powieki pędzelkiem strasznie się osypują, a przy rozcieraniu zupełnie tracą na intensywności, mimo użycia bazy. Zobaczycie to zaraz na zdjęciach. Jeśli chodzi o trwałość, nie używałam ich bez bazy, ale i na bazie nie są rewelacyjne pod tym względem, bo po 6-7 godzinach częściowo się rolują, częściowo znikają.
Zdaję sobie sprawę, że nie jestem mistrzynią makijażu, ba, wręcz przeciwnie, ale uważam, że takie paletki cieni, tj. potrójne czy poczwórne i z gotową instrukcją używania, powinny być proste, jak dla kompletnych laików. Tymczasem tutaj efekt, jaki udało mi się uzyskać (a nakładałam cienie wg instrukcji) to jedna wielka brązowa plama:
  
  
Bez szału, prawda? Może powinnam nakładać cienie mocno palcami, jak swatche, żeby kolory były intensywne i do rozpoznania... To chyba jednak nie o to chodzi... Dlatego też paletce Rimmela mówię stanowcze "Nie!" i wracam do ulubionych Sleeków ;)
  
Lubicie takie potrójne czy poczwórne paletki z instrukcją?

sobota, 18 maja 2013

Joko - Poczwórne cienie prasowane - J407

Miewacie tak, że coś Was zachwyca na pierwszy rzut oka, a potem z chwili na chwilę zawodzi po kolei wszystkie Wasze oczekiwania? Mnie się to czasem zdarza, choćby teraz, kiedy zakochałam się z miejsca w pięknej poczwórnej paletce cieni Joko - niestety ona tylko sprawia wrażenie pięknej...
  
  
Opis producenta i skład:
  
Gdzie i za ile: na stoiskach z Joko (w małych drogeriach), na Inermis.pl itd., ok. 25zł / 6g
  
  
Moja opinia:
Jak już pisałam, na pierwszy rzut oka cienie prezentują się rewelacyjnie - elegancka solidna kasetka, wyglądająca dość drogo i ekskluzywnie, a w niej cztery piękne cienie, które idealnie ze sobą współgrają i zapowiadają śliczny dzienny makijaż. Do tego dołączona jest też dwustronna pacynka z gąbeczkami o różnych wielkościach. Mogłaby być nawet wygodna, ale i tak wolę używać pędzelków. 
Cienie mają satynowe wykończenie, ich kolorystyka najbardziej mnie urzekła. Niestety są strasznie miękkie, przez co raz, że sypią się po całej kasetce przy próbie nałożenia, a dwa, że osypują się mocno na policzki przy malowaniu powiek. Ba, mam wręcz wrażenie, że więcej ich na policzkach niż na oczach!
Cienie nie są zbyt dobrze napigmentowane:
  
  
Dodatkowo znikają przy rozcieraniu, zostaje ich na powiece coraz mniej, mimo użycia dobrej bazy. Trudno też odróżnić kolory, nieco się zlewają. Jeśli chodzi o trwałość, określiłabym ją jako przeciętną. Na bazie trzymają się jakieś 8-9h na moich tłustych powiekach, ale po tym czasie nie tylko rolują się, ale także w pewnym stopniu mocno blakną i są coraz mniej widoczne.
Zdaję sobie sprawę z tego, że mistrzem makijażu nie jestem i może ktoś bardziej doświadczony lepiej by sobie z nimi poradził, ale myślę, że przeciętna kobieta kupująca taką poczwórną paletkę cieni też nie ma jakichś super-umiejętności... I pewnie nie dla każdej kobiety taki efekt jak poniżej byłby wart 24zł.
Nie jest może tragicznie, ale i nie jest dobrze. Paletka mnie nie zachwyciła, mam masę innych cieni, które znacznie lepiej nadają się do dziennych makijaży i z którymi lepiej mi się pracuje. Tym razem Joko mówię "nie".
  
   
Co myślicie o takich paletkach?
Wolicie same skomponować kolory czy zdarza Wam się korzystać z gotowych zestawień?

czwartek, 14 marca 2013

Madame Lambre - Cienie do powiek - 2 & 26

Cienie, o których dziś Wam napiszę trafiły do mnie w dość losowy sposób - dostałam je do recenzji, ale współpraca okazała się nie taka, jak oczekiwałam, bo nie wybrałam sama, tego co będę testować, a dostałam "to, co było" - i bardzo mi z tego powodu przykro, bo duże nadzieje pokładałam w tej współpracy. Wyszło jak wyszło, a ja pokornie biorę się za recenzję dwóch cieni z różnych bajek.

 
Opis producenta:
Cienie prasowane - to aksamitna masa cieni na delikatnej skórze Twoich powiek. W składzie zawierają cząsteczki naturalnego minerału miki, stanowiącego uwolniony krzemian potasu, sodu, żelaza, manganu, glinu, fluoru i litu. 
  
Gdzie i za ile: drogerie Hebe, sklep internetowy, 8zł / wkład 2g

Skład:

Moja opinia:
Cienie, które dostałam to wkłady do paletek, a paletki marki Madame Lambre są naprawdę godne uwagi - piękne, drewniane, baaardzo urokliwe. I drogie, oczywiście ;) Na razie więc wolę wpakować cienie do paletki magnetycznej i tu warto wspomnieć, że wkłady NIE pasują do paletek Kobo czy Inglota - są nieco większe. Dostajemy je w kartonikach, ale nie są one praktyczne, mnie wygodniej jest od razu przepakować do paletki. Na kartonikach mamy nr cienia i skład, co ważne dla niektórych - ja go analizować nie będę, bo jak może już wiecie - potrafię analizować tylko naturalne ekstrakty :P
   
  
Mam tu dwa kolory, zupełnie z innych beczek. Nr 2 to typowy rozświetlacz, perłowo-cielisty o lekko różowym połysku. Nr 26 to ciemny granato-fiolet. Oba mają piękne tłoczenia z logo marki, które kojarzy się też z pewną inną marką, ale nie sądzę, żeby to był efekt zamierzony ;) Tłoczenie w każdym razie jest śliczne.
   

O ile rozświetlająca dwójeczka przyda mi się na co dzień, o tyle drugi kolor wydał mi się zupełnie nie mój - za mocny, zbyt granatowy, a mnie we wszelkich niebieskościach jest zwyczajnie nie do twarzy ;) Szczęście w nieszczęściu - okazało się, że cień strasznie znika przy rozcieraniu. Próbowałam zrobić makijaż, używając tylko tych dwóch cieni, martwiłam się, jak rozmyję granicę tego granatu, ale niepotrzebnie, bo na powiece, przy rozcieraniu, zupełnie stracił na intensywności. Jest to raczej wada cienia, ale w tym przypadku zadziałała na jego korzyść. Wiecie, że nie jestem mejk-ap-artist, ale zobaczcie, co wyszło z połączenia tych dwóch cieni:
   

Możliwe, że bardziej doświadczone dziewczyny wyciągną z niego więcej - ja nawet nie próbuję. Wystarczy mi ta fioletowa "mgiełka" nad okiem. Dodam, że cienie nie osypują się, ale są bardzo miękkie, więc łatwo nabrać ich za dużo i "rozbabrać" cały wkład. Tłoczenie też szybko niestety znika.
Na powiekach utrzymują się poprawnie, choć nie rewelacyjnie, na bazie zaczynają się rolować po ok. 6-7 godzinach.
Podsumowując - szkoda, że nie miałam możliwości sprawdzić bardziej "moich" kolorów. Pozostaje mi iść do Hebe i wybrać coś samemu ;) Na podstawie tych dwóch cieni mogę powiedzieć, że nadają się do codziennego, delikatnego makijażu, raczej nie sprawdzą się u fanek intensywności. Oczywiście inne kolory mogą być lepsze pod tym względem.

Macie jakieś produkty Madame Lambre? Co w nich lubicie (poza opakowaniami <3), a czego nie? :)

czwartek, 28 lutego 2013

Technic - Paletka cieni do powiek Electric Beauty Metalix

Wiem, że wiele z Was czekało na recenzję tej paletki, więc wreszcie się za nią zabrałam ;) Nie będę Was tym razem straszyć osobnymi postami z makijażami wykonanymi tą paletką - wszystkie dobrze wiemy, że makijaż nie jest moją mocną stroną ;) Niemniej, o paletce chętnie napiszę :)

  
  
  
Paletki Technic możecie dostać w sklepie Kosmetykomania.pl, kosztują ok. 12zł! Do wyboru jest także paleta mocno kolorowa oraz fioletowa - mógłby być większy wybór, chętnie dokupiłabym np. odcienie zieleni. Tę wersję kupiłam dla siebie, a tydzień później zamawiałam takie same dla Mamy i przyjaciółki, bo tak się spodobały :)
Cieni w paletce jest 12, są to dość neutralne i mocno codzienne kolory, wszystkie lekko iskrzące, żadnego matu. Są one nieco podobne do siebie, ale jestem w stanie to przeżyć, bo traktuję tę paletę jako bezpieczne wyjdzie dla codziennego makijażu - kolory są delikatne i pasują do siebie, więc trudno zrobić sobie nimi krzywdę ;) Przy okazji dodam, że absolutnie nie widzę w tych kolorach niczego, co można określić mianem "electric", nazwa wg mnie jest mocno nietrafiona.
Zapewne interesuje Was przede wszystkim porównanie do Sleeka - paletka jest identycznego rozmiaru, poszczególne cienie także. Ich jakość jednak się nieco różni.
Cienie Technic są miękkie, ale średnio napigmentowane - ogólnie mówiąc, bo wiadomo, że niektóre widać bardziej, inne mniej. Nie jest źle, ale nie jest też tak dobrze jak w przypadku Sleeka. 
Trzymają się także nieco gorzej na powiece - na bazie wytrzymają jakieś 7h, Sleek zwykle trzyma 8-9h, ale weźcie pod uwagę, że mam tak tłuste powieki, że nawet najlepsza baza cudów nie zdziała ;) Po tych 7h cienie zaczynają blaknąć i nieco rolować się w załamaniach powieki.
  
  
Wersja na skórze:
  
  
Jeśli zastanawiacie się ciągle nad dylematem typu "Technic czy Sleek", powiem tak: jeśli podoba Wam się szczególnie któraś z trzech palet Technic, śmiało kupujcie. Są tanie i dobre jakościowo. Sleek natomiast jest nieco lepszy, ale 3x droższy. Technic mógłby stanowić świetny odpowiednik Sleeka, gdyby poszerzyli ofertę o kilka innych ciekawych palet.
  
Na koniec jeszcze baaardzo dzienniakowy makijaż na szybko, wykonany aż dwoma odcieniami z tej paletki ;) Coś mi tylko z kreską nie wyszło... Makijaż może być dla Was zbyt delikatny czy wręcz niewidoczny, ale ostatnio właśnie na taki się najczęściej decyduję, jeśli już maluję oczy cieniami :)
  
   
Macie jakąś paletkę Technic? Lubicie tę markę? :)

sobota, 24 listopada 2012

Co wyczarowałam z paletką Sleek Safari?

Obiecałam Wam moje makijaże, wykonane paletką Sleek Safari, w której tak się zakochałam. Dziś spełniam tę obietnicę, choć zdaję sobie sprawę, że moje makijaże są... cóż, średnie ;)
  
Zacznę od tego, że "winny się tłumaczy", a ja jestem winna tego, że przez parę miesięcy w ogóle rzuciłam cienie w kąt i makijaż oka ograniczałam do tuszu i kreski. Poza tym same dobrze wiecie, że i wcześniej nie grzeszyłam talentem :P No nic, przed Wami kilka moich eksperymentów.
  
  
Poszczególne cienie w paletce nie mają niestety nazw, ale ponumerowałam je, żeby łatwiej było nam się zrozumieć, gdzie i czym się upaćkałam ;) Swatche kolorów znajdziecie w poprzednim poście o tej paletce - o TU. Starałam się połączyć kolory w jak najlepszy sposób, choć znacie mnie - najchętniej używałabym w kółko połączenia 11+12 ;) Spróbowałam wyciągnąć z tej paletki i z siebie więcej.
  
Oto pierwszy makijaż:
  
  
Ten makijaż miał być właśnie w klimacie safari. Właściwie każdy z nich miał, ale ten chyba najbardziej :) Zaczęłam od bazy pod cienie Joko, później użyłam cieni: nr 6 na wewnętrzny kącik, nr 3 na centralną część powieki, nr 5 na zewnętrzny kącik i dolną powiekę. Do tego rozświetliłam łuk brwiowy cieniem nr 8. Kreskę namalowałam zielonym linerem w pisaku Oriflame, a rzęsy wytuszowałam tuszem Rival de Loop. Do tego podkreśliłam także brwi kredką Avon. Rzadko mi się to zdarza ;)
  
  
Kolejny makijaż to taki mój eksperyment, ciągle walczę z tego rodzaju cieniowaniem ;) Właściwie efekt końcowy nawet mi się spodobał. Tutaj również zaczęłam od bazy pod cienie Joko. Dalej wzięłam się za cienie i nałożyłam nr 6 na całą ruchomą powiekę, a następnie zmieszałam czerń nr 1 z szarą zielenią nr 4 i mieszankę tę użyłam w załamaniu powieki. Perłowym nr 8 znowu rozświetliłam łuk brwiowy. Kreska to liner w pisaku Kobo, a tusz to Virtual Secret Trick. Brwi także podkreśliłam kredką Avon.
  
  
Ostatni makijaż to ta moja najbezpieczniejsza opcja z małym "niebezpieczeństwem" w postaci udziwnionej kreski ;) Na bazę pod cienie Joko zaaplikowałam dwa brązy, czyli ciemniejszy nr 12 w zewnętrznej części i na dolnej powiece oraz jaśniejszy nr 11 w wewnętrznej części. Łuk brwiowy delikatnie rozświetliłam nr 8. Gdybym teraz dodała czarny liner, wyszedłby mój ostatnio codzienny makijaż, ale postanowiłam nieco udziwnić. Zastosowałam bazę pod sypkie pigmenty Kobo i z jej pomocą zrobiłam kreski - najpierw cieniem nr 9, zielenią, a po chwili dodałam także nieco żółtego cienia nr 2. Efekt jest jaki widzicie. Rzęsy wytuszowałam maskarą Vipera Art & Science Volumi Lash. Brwi tym razem nie podkreślałam - zapomniałam, to nie jest dla mnie zwykła czynność ;)
  
Zdjęcia można powiększyć.
   
I co, jak oceniacie moje jakże cudne zdolności? ;) Który makijaż podoba się najbardziej, a który najmniej? Chętnie przyjmę konstruktywną krytykę ;)

poniedziałek, 19 listopada 2012

Kolejne marzenie spełnione - Sleek SAFARI!

Stałe bywalczynie mogły zaobserwować, że od daaawna na mojej chciejliście była jedna stała pozycja - paletka Sleek Safari. Była to wczesna limitowanka, właściwie nigdzie już niedostępna... Oczywiście musiałam się na nią napalić i uparcie na nią polowałam - bezskutecznie. Wreszcie jakiś czas temu odkryłam, że ma ją znajoma blogerka - Ofetowa. Zaczęłam jej regularnie, choć żartobliwie truć, czy nie chce się jej przypadkiem pozbyć ;) I wiecie co? Wreszcie się doczekałam! :D Dokonałyśmy małej wymianki i oto jest...:
  
  
Prawda, że piękna? *.* Najbardziej moja ze wszystkich patelek Sleeka :)

Na 12 cieni tylko trzy są matowe i znacznie odbiegają one pigmentacją od pozostałych. Ale nie szkodzi - myślę, że z tych odcieni i tak korzystałabym najrzadziej. Poszczególne kolory nie mają nazw, a szkoda, bo zawsze to łatwiej pisać "Błękit Toitoia" niż "drugi cień w pierwszym rzędzie" :P
  
Zobaczmy te kolory z bliska ;)
  
  
Dominują brązy, zielenie, takie kolory neutralne, idealne do mojego jesiennego typu urody. Z miejsca zakochałam się w trzecim cieniu w pierwszym rzędzie (kurde, czemu nie w "Zgniłym kiwi"?). Na razie nieco eksperymentowałam z tą paletką, ale przez ostatnie miesiące właściwie nie używałam cieni, więc moje umiejętności spadły jeszcze bardziej i taplają się gdzieś na dnie ;) Kilka razy jednak odważyłam się wyjść do ludzi w makijażu z Safari i najczęściej było to połączenie dwóch ostatnich odcieni i białego rozświetlacza. Wiem, ambitnie ;)
  
Na koniec jeszcze swatche!
  
   
Ładne swatche, nie? :P To dzięki mojej bratniej duszy, poznanej przez blogosferę! Moja o kochanej meSS, która łaskawie uświadomiła mnie, że żeby swatch był intensywny wystarczy... mocniej przycisnąć palec do skóry :P
Przy okazji - jazda na bloga meSS (KLIK), dodawać do obserwowanych! Przeniosła się z Pingera na jedynego słusznego Blogspota i musimy pomóc jej zdobyć publiczność do pisania - a pisze ciekawie, trast mi ;)
  
Właśnie próbuję zatuszować fakt, że nie mam dla Was makijaży do pokazania. Wybaczycie? Mam nadzieję, że za jakiś czas będę w stanie pokazać Wam, co paletka Safari potrafi ;)
  
Polujecie również na jakieś "białe kruki" ze Sleeka? :)
Macie jakieś niespełnione marzenia w tej kategorii? ;)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...