Któregoś razu jak szłyśmy rano z córcią do przedszkola, usłyszałyśmy bardzo rozpaczliwe miauczenie. Wysoko na pobliskim drzewie siedziała biało-czarna, bardzo brudna kotka i darła się w niebogłosy.
Trochę trwało zanim zeszła na tyle, żeby ją z tego drzewa ściągnąć. Córcia nie pozwoliła mi jej wypuścić ;)
Musiałam ją zabrać do domu , nakarmić i poczekać aż Ona wróci z przedszkola.
Zaniosłam kotkę do domu , odprowadziłam córcię do przedszkola i wróciłam zająć się kotem. Była tak brudna że postanowiłam ją wykapać. Jak już ją wykąpałam i nakarmiłam to okazało się że to cudna kicia ;)) Córcia jak ją zobaczyła , to nie pozwoliła jej nigdzie odnosić. Wiadomo ! ;))
Mrusia została z nami :-)
I tak po trzech miesiącach urodziły się dwa cudne kociaki : Malinka i Bonifacy.
Przez pierwsze dwa tygodnie kotka zajmowała się nimi jak należy , wychodziła w sumie tylko się załatwić i zaraz wracała z powrotem. Jednak po dwóch tygodniach zaczęła znikać na dłużej. Wyglądało to tak jakby kociaki mało ją interesowały. Jakby dostała drugiej rujki ...
Któregoś razu nie wróciła :( Czekaliśmy , szukaliśmy i nic...
Maluszki miauczały , były głodne a mamy nie było ((
Moja mama poszła szukać dalej i znalazła martwą obok krawężnika daleko od domu :(((
Zostały dwie rozdarte sierotki i trzeba było się nimi zająć. Nie było internetu i mleka dla kotów, o takich butelkach nie wspomnę .
Musiałam radzić sobie sama. Dobrze że miałam książki w których pisali jak sobie radzić w takich wypadkach. Wiedziałam że trzeba karmić co 2-3 godziny i masować brzuszki i jak dbać o wypróżnianie maluszków. Pudełko z maluszkami stało obok łóżka. Budzik nastawiałam co 2 -3 godziny. Karmiłam , masowałam , kładłam się spać. I tak w kółko ;)
Gotowałam niebieskie mleko dla niemowląt i na początku karmiłam pipetką , potem buteleczką dla lalek. Potem butelką i smoczkiem po Majce ;)
W miarę jak rosły dodawałam do mleka żółtko. Tak były rozpuszczone te moje kociaki że do 3 miesięcy nie chciały jeść same. Wchodziły mi po nogach jak gotowałam im to mleko i musiałam karmić z butli ;))
To Maja nauczyła ich jeść stałe jedzenie, wkładając im do pyszczka po kawałku aż załapały że tak też można jeść ;)
Z toaletą było lepiej :-)
Pierwsza sikać w wyznaczone miejsce (najpierw szmatkę , potem piasek) nauczyła się Malinka i nigdy nie miała żadnych wpadek. Za to Bonifacy to tam gdzie się zachciało tam sikał. Oporowo mu to szło ;)
Od początku postanowiłam zostawić sobie Malinkę, a Bonifacemu znaleźć domek. Jak tylko nauczył się jeść sam - czyli jak skończył 3 miesiące, to poszedł dwa bloki dalej do Majki koleżanki :-)
Był ogromnym kocurkiem i żył parę lat. Niestety jak większość kotów w tej okolicy zginął tragicznie :(
Malinka była przywiązana do mnie jak pisek. Niesamowicie wręcz związana ze mną. Nie musiała mieć smyczy (choć miała) żeby iść ze mną na działkę - na drugi koniec miasta. Wkładałam do koszyka takiego na zakupy, ona sobie siedziała i rozglądała dokoła i wcale nie chciała nigdzie uciekać. Na ogródku niby brykała ,ale cały czas spoglądała czy ja jestem w pobliżu. Jak tylko traciła mnie z pola widzenia to darła japę ;))
Cudowna , kochana , najwspanialsza Malinka pod słońcem :-D
Nie mam fotek jak była większa,a szkoda bo była niezwykle piękna.
Przyszło lato i nadszedł czas wyjazdu na wakacje. Nie było auta, jechałam sama z córcią autobusami cały dzień na wieś do babci. Bardzo było mi ciężko rozstać się z Mialinką ,ale nie było wyjścia. Mama obiecała że nie wypuści ,że zadba żeby nic się kici nie stało...
Nie wiem czy zginęła tragicznie , czy zaginęła i jednak żyła gdzieś tam ...
Moja rozpacz po jej stracie była bezgraniczna :((((
Teraz wiecie dlaczego nie lubię gdziekolwiek wyjeżdżać i zostawiać koty pod czyjąś opieką. Lęk że może wydarzyć się coś złego jest paraliżujący :/
Ps.
To wszystko miało miejsce ze 25 lat temu !