Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sypialnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sypialnia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 sierpnia 2018

Jak urządzić małą sypialnię... i o tym co chemia ma wspólnego z wystrojem wnętrz

Siedzę sobie na kanapie. Pije kawę. Patrzę na to nasze mieszkanie, które lubię i w którym dobrze się czuję, i myślę: "ciasne, ale własne". I wtedy mój wzrok pada na stertę listów z banku z informacją o kolejnych ratach kredytu, które dostajemy co miesiąc. Szukam więc w głowie innego powiedzenia i dochodzę do wniosku, że stwierdzenie, że "czuję miętę" do naszego mieszkania byłoby całkiem na miejscu, gdyby nie fakt, że w domu nie ma nic miętowego, a ja nie jestem fanką ziołowych herbatek. Jest za to ściana w kolorze butelkowej zieleni. Przypadek? Nie sądzę ;) Ale nie znam chyba żadnego powiedzenia wyrażającego sympatię za pomocą porównania do mocniejszych trunków.

Pozostaje mi więc jedynie stwierdzić, że "jest między nami chemia". Dziwna to myśl, jak na kogoś, kto miał kiepskie stopnie z tego przedmiotu, ale nauczyłam się na nim co to jest reakcja łańcuchowa. I z całą stanowczością mogę stwierdzić, że podczas urządzania mieszkania zostałam takim ekspertem w tym temacie, że mogliby mnie zatrudnić w jakimś centrum badań jądrowych. U nas jedna mała zmiana inicjuje całą serię kolejnych. A wszystko dlatego, że nieustannie próbuję w jakiś sensowny sposób pomieścić nasz dobytek.


Już jakiś czas temu doszliśmy do tego, że to mieszkanie jest dla nas za małe. Wszystko przez nasze różne pasje. Nie umiemy żyć bez książek i choć część oddajemy, to i tak jest ich coraz więcej. Przyrasta ilość sprzętu turystycznego, fotograficznego i niezbędnego do uprawiania różnych sportów. Rozwój osobisty i zawodowy jest przyczyną gromadzenia kolejnych papierów, a zamiłowanie do majsterkowania skutkuje kolekcjonowaniem niezbędnych narzędzi. Zdecydowane przydałby się jeszcze jeden pokój. A jakby się tak mocniej rozmarzyć to i garaż, w którym oprócz samochodu dałoby się upchnąć kilka rowerów i kajak górski. 
Póki co marzenia pozostają marzeniami, a ja postanowiłam po prostu kupić nowe szafki i wcisnąć je do najmniejszego pokoju, czyli 12-sto metrowej sypialni, na dotychczasowe miejsce regału. A regał powędrował do salonu w miejsce lampy. A lampa do jadalni... teraz już rozumiecie o co chodzi z tą reakcją łańcuchową?

czwartek, 27 lipca 2017

Jest moc! - czyli butelkowa zieleń na ścianie w sypialni

Efekty spotkań z przyjaciółkami-blogerkami są zawsze takie same... zmiany, zmiany, zmiany. Zanim człowiek dotrze z powrotem do domu, już układa w głowie plan. Próbuje przypomnieć sobie, gdzie jest ta puszka z farbą, którą pół roku wcześniej skitrał głęboko. Zastanawia się, czy trzeba dokupić jakieś pędzle. I przegląda w telefonie resztki letnich wyprzedaży w sklepach z dodatkami do domu. 
Jeśli tak nie macie, to pewnie tylko dlatego, że wasze koleżanki nie są blogerkami wnętrzarskimi.

Lipcowe spotkanie w gronie tych kreatywnych babek (kto śledzi mój instagram, wie o co chodzi) było kopem motywacyjnym do metamorfozy sypialni. Całkiem okazałym kopem, bo nie ograniczyłam się do wymiany kilku poduszek, ale postanowiłam zaszaleć z kolorem i wreszcie przemalować jedną ze ścian.


Już od dawna planowaliśmy poprawić trochę optycznie proporcje naszej małej, długiej i wąskiej sypialni. Początkowo chcieliśmy położyć tapetę o jakimś wyrazistym wzorze na ścianę obok okna. Wiecie, taką w stylu: wielkie ciemne kwiaty a la Alfons Mucha, stado sów, które obsiadły gałąź o zmroku, albo przegląd najbrzydszych ryb z głębin oceanów.

wtorek, 25 października 2016

Sypialnia w sam raz na zimowy sen

Zauważyłam pewną prawidłowość. W październiku zbiera mi się na zmiany w sypialni. To chyba jakieś podświadome tworzenie legowiska, żeby zapaść w zimowy sen :))) W zeszłym roku miałam potrzebę, żeby otulić się dużą ilością ciepłych, miękkich, kolorowych tkanin i zwróciłam się w stronę boho. Ale mi się odwidziało. A może znudziło. A może potrzebuję odpocząć od kolorów... W każdym razie w tym roku dużo bliżej mi do bardziej surowego, ciemniejszego stylu nordic.


poniedziałek, 26 października 2015

Krok w stronę boho

Lubię moją malutką, minimalistyczną sypialnię. Pokój jest naprawdę niewielki i połowę miejsca zajmuje łóżko (tak, dobrze widzicie, że sięga od ściany do ściany). Staram się, nie gromadzić tu zbyt wielu dekoracji, które dodatkowo optycznie zmniejszałyby przestrzeń i ograniczam się jedynie do przechowywania różnych dupereli na półkach nad komodą. Białe meble i białe ściany dodatkowo odbijają światło i dzięki temu pokój wydaje się nieco większy niż jest w rzeczywistości. Jest prosto i minimalistycznie.

Tak urządzony pokój ma dodatkową zaletę. Kiedy najdzie mnie ochota na zmiany, wystarczy dodać kilka drobiazgów i sypialnia zupełnie zmienia klimat. Ponieważ pochmurna i deszczowa jesień nastraja do wylegiwania się w łóżku, postanowiłam zaszaleć nieco z jego aranżacją.  Poszłam w stronę stylu boho. Mięciutkie poduchy aż się proszą, żeby w nich zalec. Wiem co mówię, bo musiałam ostro walczyć z mężulkiem, żeby nie rzucał się na łóżko póki nie zrobię kilku zdjęć na bloga. Poniżej dowody, że wygrałam ;)
 








Do tego, żeby odmienić sypialnię potrzebowałam przede wszystkim tekstyliów. Jako kolory przewodnie wybrałam te, które pojawiają się na dywanie - zgaszone odcienie pudrowego różu, fuksji i błękitu. Dorzuciłam trochę beżu i bieli. Kolory te pojawiają się na narzutach, poduszkach, łapaczu snów, a nawet świecach i żywych kwiatach. 
Ponieważ zagłówek jest zrobiony z dech, a obok stoi wiklinowy kosz, uznałam, że dobrze będzie dodać również trochę naturalnych dodatków, dlatego na parapecie pojawiły się butle z szyszkami w rozmiarze xxl i gałązkami przyniesionymi ze spaceru. Zauważyliście jak białe kuleczki na gałązkach fajnie współgrają ze świecącymi kulami cotton balls? 
W stylu boho nie może zabraknąć motywów kwiatowych, które u mnie występują w postaci zdjęcia w ramie i wzorów ręcznie malowanych na poduszkach. Są też żywe rośliny zgrupowane na parapecie, które z kolei komponują się z zielonymi pasami na dywanie. Podoba mi się jak wszystko kolorystycznie ze sobą współgra.

Do prawdziwego stylu bohemy, przepełnionego wzorami, kolorami i zdobieniami jest jeszcze bardzo daleko, ale obawiam się, że moja mała sypialnia raczej by tego bogactwa nie zniosła. Wystarczy mi na razie ten mały kroczek. Na pewno to nie jest rozwiązanie na stałe, ale na jesień jest w sam raz. 

Poniżej zrobiłam dla was zestawienie zdjęć przed i po. Ciekawa jestem, czy was też czasem nachodzi ochota na zmiany i czy pozwalacie sobie na takie aranżacyjne eksperymenty?


Miłego dnia!
Marta

piątek, 6 marca 2015

Urodzinowe before and after - sypialnia

Zgodnie z obietnicą kontynuujemy wycieczkę po mieszkaniu. Dziś zapraszam Was do sypialni, czyli do pomieszczenia, gdzie goście zazwyczaj się nie zapuszczają. No może mały wyjątek stanowią wszystkie znajome dzieciaki, które uwielbiają skakać po naszym wielkim łóżku i nie mają skrupułów, żeby się tu ładować :)
To najmniejszy pokój w mieszkaniu. Poprzednim właścicielom służył jako miejsce do pracy i pokój gościnny. Na pierwszy rzut oka nasza sypialnia jest bardzo ascetyczna. Adam co chwila męczy mnie, żeby powiesić coś na ścianach, ale mi jest obce horror vacui i póki co dobrze jest, tak jak jest. A jest biało ;)

Pomieszczenie jest długą, wąską kiszką. W teorii ma 210 cm szerokości, ale w praktyce (po równaniu ścian) odrobinę mniej. Nasze łóżko sięga zatem od ściany do ściany. Musieliśmy zbudować je sami, ponieważ nie dało się kupić nic, co by się tu zmieściło. Znaleźliśmy nawet jedno łóżko, które mogłoby się wpasować, ale nie było go jak skręcić (zabrakło miejsca na przyłożenie śrubokręta). Zdecydowaliśmy się na takie ustawienie łóżka, ponieważ dzięki temu zyskaliśmy jeszcze trochę miejsca, na przechowywanie gratów pod nim i na to żeby móc się ruszyć w pokoju. 

Tuż przy drzwiach, po obu stronach wejścia zastaliśmy wymurowane, wąskie szafy wnękowe. Postanowiliśmy je zostawić (żeby nie trzeba było uzupełniać podłogi) i tylko wymienić ciężkie ciemne drzwi na coś lżejszego i jaśniejszego. Potem przeklinaliśmy tę decyzję, ponieważ oczywiście nie ma tam żadnego kąta prostego i Adam strasznie się namęczył przy robieniu zabudowy. Zwłaszcza, że do szafy chowają się zamontowane przez nas rozsuwane, dwuskrzydłowe drzwi do pokoju.
Poza tym w pokoju zmieściły się jeszcze tylko komoda hemnes i wąski regał billy z Ikea. W roli stolika nocnego występuje stary, wiklinowy kufer, a w roli miejsca do rzucania ciuchów (znacie to?) krzesło eames. Są też dwie "półki wystawowe", na których w zależności od nastroju zmieniam dekoracje. To one przełamują surowy charakter sypialni i dodają jej przytulności. Nad drzwiami wejściowymi jest "kącik wspinaczkowy" Adama. Ma tu drążek i jakieś listewki na których ćwiczy podciąganie się na czekanach. No cóż, dla każdego coś miłego. 






A tak to wyglądało wcześniej, zanim zabraliśmy się za rewolucję. Zdjęcie z prawej strony zostało zrobione z sypialni w stronę przedpokoju. Widać na nim jak wcześniej wyglądały drzwi do szafy.


W sypialni na pewno wymiany wymaga narzuta, ale ciągle nie mogę znaleźć takiej, która byłaby ładna, pasująca do pomieszczenia, w odpowiednim rozmiarze (min. 200x220) i w rozsądnej cenie. Co jakiś czas nachodzi mnie też myśl, żeby przemalować, albo wytapetować ścianę koło okna - tę na wprost wejścia. Miałam już ze 150 koncepcji, jak by to mogło wyglądać, ale ciągle nie mogę się zdecydować na tę jedyną - u mnie normalka.

Miłego dnia!
Marta

środa, 4 lutego 2015

Tu byłem. Midas

Zauważyliście, że ostatnio coraz silniejszy jest "złoty trend"? A może tylko ja mam wrażenie, że ten kolor mnie prześladuje? Na większości zdjęć wnętrz, które ostatnio wpadają mi w ręce, jestem w stanie odnaleźć jakieś złote elementy. Najbardziej popularne są oczywiście lampy, ale nie brakuje też luster, stolików, tkanin, świeczników i wszelkiego rodzaju dodatków. Można je zobaczyć właściwie w każdym pomieszczeniu w domu - z pokojem dziecinnym i łazienką włącznie. 
Kiedyś takie dekoracje budziły u mnie jedynie złe skojarzenia. Hasło, że ktoś ma w domu "złote klamki" oznaczało nowobogacką manierę urządzania wnętrz na pokaz i raczej w złym guście. Nie przepadałam za żółtym kolorem. Nawet obrączkę mam z białego złota, żeby wyeliminować ciepły, żółty odcień. 
Teraz moje podejście powoli się zmienia. Nie mam co prawda w mieszkaniu nic złotego, ale kto wie? Może się skuszę i podążę za trendami. Kilka złotych wisiorków już mam więc może po biżuterii przyjdzie czas na wnętrzarskie dodatki.
Poniżej wrzucam zdjęcia różnych pomieszczeń, żebyście zobaczyli, co mam na myśli. Ciekawa jestem jakie jest wasze zdanie nt. złota we wnętrzach?











zdjęcia via Pinterest

Pamiętacie jak tutaj pisałam o stylizowaniu wnętrza do sesji zdjęciowej płytek Tigua do katalogu Paradyż? Hurra, zdjęcia już są na stronie producenta. Możecie je podejrzeć TU. Obiecuję, że pokażę je też w oddzielnym poście razem z kilkoma fotami zza kulis :)

Miłego dnia!
Marta

niedziela, 29 czerwca 2014

"Łąka nawiedziła wnętrze mojej chaty"

Zazdroszczę szczęśliwcom, którzy zaczęli już wakacje. Ja niestety spędzam lato w mieście (choć liczę na jakieś weekendowe wypady), ale nie przeszkadza mi to w zbieraniu bukietów polnych kwiatów. Już ponad tydzień chabry, rumianki, dzikie goździki, dzwonki, itp. zdobią nasze mieszkanie. Jak padną, to na ich miejsce na pewno nazbieram kolejne. Co ciekawe, w Warszawie nie ma większego problemu ze znalezieniem miejsca, w którym rosną polne kwiaty. Zawsze znajdą się jakieś ogródki działkowe, trasy rowerowe wzdłuż Wisły albo trawniki zmieniające się latem w dzikie łąki. I świetnie, bo ja uwielbiam polne kwiaty ;)








Lato lubię również za burze. Nie wiem dlaczego większość ludzi się ich boi. Ciekawa jestem jak jest z Wami? Dla mnie to fantastyczny spektakl natury. Bardzo lubię oglądać gromadzące się na niebie granatowe chmury i walące błyskawice. Wczoraj burza mnie przemoczyła. Dzisiaj rano też jedna przeszła, a teraz właśnie zbiera się na kolejną. Słychać już coraz bliższe grzmoty. Kończę więc pisać i idę zrobić sobie drinka, aby potem sączyć go na balkonie, oglądając przewalające się chmury i ulewę.

A Was zachęcam do przeczytania wiersza Leśmiana p.t. "Łąka", z którego zaczerpnęłam tytuł tego wpisu.

P.S. Pamiętacie o trwającym konkursie? Deadline się zbliża więc jeśli podczas planowania wakacyjnych wyjazdów umknęła Wam gdzieś ta informacja, to nic straconego, wciąż jeszcze możecie się zgłosić do zabawy. Zapraszam :)

Miłego dnia!
Marta

poniedziałek, 21 października 2013

Każdemu jego zestaw must have

Uwielbiam leniwe poranki. Najlepiej ze śniadaniem w łóżku :)
Ostatnio było dużo zdjęć więc dziś tylko trzy, robione na szybko, bo kawa stygnie. A na nich piękna poducha w szare zygzaki, którą dostałam w prezencie od Damar. Drugą poduchę zrobiłam z podkładki na stół. Miałam tylko jedną i do niczego mi nie pasowała więc po kilku latach nieużywania postanowiłam oderwać metkę i dać jej nowe życie :) I tak paski z kropkami musiały się polubić. Moim zdaniem całkiem nieźle się komponują.
A poranną kawkę pijam ostatnio z nowego, ulubionego kubka z Muminkiem, wygranego u Dotdesign. Motto na kubku dobrze mnie nastraja ;)






Zapomniałam przedstawić miśka. Nie, nie jest to maskotka, z którą śpimy :) Ponieważ co chwila wpadają do nas w odwiedziny różne dzieciaki, mamy w domu zestaw must have dla najmłodszych. W skład zestawu wchodzą  m.in. trzy miśki, stos książeczek, hurtowa ilość kredek i kartek do rysowania. Do tego niczym nieograniczona wyobraźnia i kreatywność. I tym sposobem produkowałyśmy ostatnio z moją 2,5 letnią siostrzenicą naklejki DIY. Dobrze, że miałam papier etykietowy i flamastry. Ale to już zupełnie inna historia ;)

Miłego dnia!
Marta

sobota, 29 czerwca 2013

Nurkowanie bez wody ;)

Stało się. Nie sądziłam, że to kiedyś nastąpi, ale jednak się stało... Zostałam nurkiem śmietnikowym. 
Ale po kolei. 
Jak wiadomo, w naszej mlekiem i miodem płynącej krainie szczęśliwości wszelakiej, ktoś postanowił zrobić śmieciową rewolucję. Nasza spółdzielnia, zatroskana o przyszłe dobro mieszkańców (którzy w większości mentalnie żyją jeszcze niestety w Austro-węgrzech i nie ogarniają tak skomplikowanych czynności jak  sprzątanie po swoich psach lub segregacja śmieci) postanowiła namówić ich do wielkiego sprzątania w imię mniejszych wydatków za wywóz śmieci w przyszłości i zrobiła osiedlową akcję wywozu gabarytów. Ruszyli więc sąsiedzi do piwnic i szybciutko zapełnili ustawione w ilościach hurtowych kontenery. 
Reszty historii łatwo się domyślić. Niechcący zajrzałam do pojemnika ustawionego pod naszym blokiem. A jak zajrzałam, to wyłowiłam gąsior na wino. A potem drugi. A potem zajrzałam do kilku kolejnych kontenerów pod innymi blokami :) A potem było mi już trochę wstyd i kilka kolejnych odpuściłam, czego - przyznaję - żałuję ;)


 Gąsiory zamieszkały sobie póki co w sypialni. Dołączyła do nich grafika z hasłem love is spoken here i piękny storczyk, którego wczoraj dostałam. Postanowiłam uwiecznić go na zdjęciu, ponieważ mam wątpliwy dar uśmiercania tych kwiatów i sądzę, że wkrótce będzie to po nim jedyny ślad.
Na półce możecie też dostrzec gliniany domek. Ma on dla mnie ogromną wartość sentymentalną. Mieszkałam przez jakiś czas we Francji, gdzie pracowałam jako wolontariuszka z dzieciakami niepełnosprawnymi intelektualnie. Był to dla mnie niesamowity czas, pełen przygód, nauki i nowych znajomości z ludźmi z całego świata. Mieszkałam w pięknym miejscu, na poddaszu malutkiego pałacyku, jakich wiele nad Loarą. I właśnie ten pałacyk dzieciaki postanowiły ulepić dla mnie i podarować na pamiątkę w dniu mojego wyjazdu. Widać moje wykuszowe okno :)



A butli mam już taki zbiór, że chyba najwyższa pora wziąć się za robienie nalewek, a nie tylko dekorowanie i dekorowanie :)

Miłego dnia!
Marta

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Gdzie jest słonko, kiedy śpi...

Słonko zakamuflowało się za chmurami i od ponad tygodnia się nie wychyla. Pozostaje pozazdrościć takiej długiej drzemki. Przy takiej aurze tylko czekać, aż wilki zaczną hasać po ulicach, a ja do pracy będę jeździć psim zaprzęgiem. Śnieg pada i pada, a ja coraz bardziej nie mogę doczekać się końca zimy. Dobrze, że chociaż w domu zrobiło się wiosennie. Wyciągnęłam pastelowe dekoracje, zakwitły kwiatki, przeglądam zdjęcia z zeszłego weekendu, kiedy na moment pojawiło się słońce. Ktoś zna sposób, żeby wypłoszyć te okropne chmury?





Trzymajcie się ciepło i uważajcie na białe niedźwiedzie ;)

Miłego dnia!
Marta

wtorek, 4 września 2012

Przeróbka, potop, przekleństwa... dzisiejszy post sponsoruje literka P.

Panuje od jakiegoś czasu trend, żeby wszystko personalizować. Prawdę powiedziawszy nie za bardzo za nim podążam. Może dlatego, że przejawia się on głównie w opcjach różnych nowinek technicznych, a ja gadżeciarą zdecydowanie nie jestem. Niemniej jednak postanowiłam wykorzystać jego założenia i dopasować nieco do swoich potrzeb i upodobań wygląd naszej sypialnianej komody. I w ten oto sposób znana chyba wszystkim ikeowska komoda Hemnes zyskała nowe oblicze.


Jak widać, umiemy liczyć do trzech :) i to po angielsku :))) 
Zmiany nie są drastyczne i można powiedzieć, że są w pełni odwracalne. Jak mi się znudzą numerowane szuflady, w łatwy sposób da się je zamienić na jakieś inne dekoracje. Napisy wydrukowałam na papierze etykietowym, wycięłam i nakleiłam. Tak proste, że nawet ja to ogarnęłam :)



Zdjęcia robiłam dwa dni temu, a wystrój półeczek już się zmienił od tej pory :) Ale o półkach innym razem, a teraz o kolejnym naszym skarbie - starociu. Nogi od singera już znacie, ale nie pokazywałam wam jeszcze samej maszyny. Odziedziczyłam ją po babci. Gdyby znowu zamontować ją na nogach, byłaby w pełni sprawna. Ale ponieważ do szycia mam dwie lewe ręce, to wykorzystuję ją w roli dekoracji. Tak jest bezpieczniej i dla niej i dla mnie ;)




No dobra, to piękne rzeczy mamy za sobą, a teraz te mniej fajne. Założyłam tego bloga, żeby dokumentować nasze remontowo-mieszkaniowe zmagania i byłoby nieuczciwie, gdybym o tym nie wspomniała :) Wydawało mi się, że pewne etapy robót mamy już za sobą i nie będę do nich na tutaj wracać, ale okazało się, że niestety się myliłam. Tym razem rzecz dotyczy łazienki. W zeszłym tygodniu przez dwa dni panowała w niej totalna (przepraszam za wyrażenie) rozpierducha.
Zaczęło się od tego, że wieczorem przyszedł do nas sąsiad i oznajmił, że ma wielką plamę na suficie w łazience, że go zalewamy i że hydraulik z administracji zamknął wodę w całym pionie, w związku z czym do następnego dnia 15 mieszkań ma wodę jedynie w kuchni. No przyznam, że mnie zamurowało. Zaglądam do naszej łazienki - suchuteńko. Odsuwam pralkę - nic, ani kropli wody. Na co sąsiad z obojętną miną stwierdził, że "to pewnie pękło u was w ścianie i trzeba będzie kuć", po czym sobie poszedł. Jak się domyślacie szlag mnie trafił. Jak to kuć moją śliczną, wymarzoną, niedawno urządzoną łazienkę?! W której na dodatek nie ma żadnych śladów potopu!
I tak zaczęły się poszukiwania przecieku. Trzeba było zdemontować drewnianą obudowę wanny. Pomyśleliśmy sobie najpierw, że to żaden problem, bo przecież jest zamontowana na magnesy, tak żeby w razie czego łatwo ją było zdjąć. Taaaaaa...... Problem był tylko taki, że najpierw trzeba było zdemontować półkę znad kosza na brudy i podporę blatu pod umywalkę, która przylega do wanny i na której naklejone są kafelki. A z kolei, żeby to zrobić, trzeba zdemontować półkę pod umywalką. A żeby to zrobić trzeba wynieść wszystkie graty... W końcu się udało. Półki odkręcone, podpora zdemontowana tak, że kafelki nie popękały, obudowa zdjęta i wystarczy ją wynieść z łazienki. Wszystko pięknie, ale.... Zawsze musi być jakieś "ale". Tym razem "ale" oznaczało, że nie da się obudowy wynieść z łazienki. Zwyczajnie nie ma miejsca, żeby nią wykręcić. No i co? No rozkręcamy dalej. Tym razem obudowę pralki. Jak demolka, to demolka, po całości.



Okazało się, że pod wanną faktycznie mamy mokro, tylko że nic nigdzie nie kapało. Spędziłam więc upojny wieczór susząc na czworaka mokry beton suszarką do włosów, żeby od rana zobaczyć, gdzie cieknie. Sytuacja była tak absurdalna, że złość mi przeszła i bluzgi przestały cisnąć się na usta. Rano przyszedł hydraulik, odkręcił wodę, stwierdził, że odpływ od wanny działa jak należy i zaczął zbierać się do wyjścia. No to pytam, czy nie możemy od razu sprawdzić odpływu od pralki. A on mi na to "proszę podłączyć praleczkę i samodzielnie poobserwować, czy nie cieknie". No super! A jak jednak cieknie i znowu zrobimy potop? 
Wyszłam do pracy i zostawiłam Adama z tym rozgardiaszem. Dobrze, że mam w domu takiego ogarniętego chłopa, który umie różne dziwne rzeczy naprawić. Adam wszystko posprawdzał i okazało się, że cieknie na łączeniu rur wychodzących ze ściany z baterią prysznicową. Panu hydraulikowi niestety nie przyszło do głowy, że tu może leżeć przyczyna. W każdym razie na dzień dzisiejszy sytuacja jest opanowana. Wszystko rękami Adama uszczelnione, obudowa wanny wróciła na swoje miejsce, pozostałe elementy łazienkowej układanki również. Po polu bitwy nie zostało ani śladu. Do następnego razu...


Miłego dnia!
Marta
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...