Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o tym i owym. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o tym i owym. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 marca 2013

Biała Fabryka

... czyli Centralne Muzeum Włókiennictwa w Łodzi.
Powinno być przystankiem obowiązkowym w czasie wycieczek po kraju dla każdej prządki/dziewiarki/szwaczki.  Wspaniałe zbiory w pięknie wyremontowanych wnętrzach  dawnej fabryki włókienniczej. Wielkim plusem tego miejsca są kompetentni i życzliwi pracownicy, co w polskich muzeach ciągle nie jest standardem. Byłam pod wrażeniem. Niestety, zwiedzających jak na lekarstwo (choć akurat w "kontemplacji" to raczej pomaga).
 
Polecam szczególnie wystawę maszyn - jest przegląd krosien i innych maszyn włókienniczych od najdawniejszych czasów po dzień dzisiejszy, a Pan, który zajmuje się ekspozycją chętny do opowiadania, co szczególnie cenne :). Ciekawa jest także wystawa prezentująca historię fabryki (więcej napiszę o niej na blogu SpringSisters, bo zachwyciłam się na niej dawnymi tkaninami.

Interesująca jest także wystawa "Z modą przez XX wiek" Tu jednak wyraźnie bardziej dopracowana jest część poświęcona czasom przedwojennym. Choć zbiory z II poł. XX wieku są interesujące, jednak wyeksponowane mniej atrakcyjnie niż pierwsza część tej wystawy.

Obok dawnych budynków fabrycznych znajduje się skansen drewnianego budownictwa - bardzo urokliwe miejsce.


Co najważniejsze są plany rozwoju ekspozycji. Podobno od wiosny rusza rekonstrukcja tkalni, gdzie będzie można zobaczyć "maszyny w ruchu". Chyba wybiorę się do Łodzi ponownie :)
Warto się wybrać lub "zahaczyć po drodze" - dwie godziny zachwytów za 10 zł (a rodzinę wyślijcie na lody, żebyście mogły spokojnie kontemplować)

piątek, 11 stycznia 2013

Dziś bez zdjęcia :(

Ciemności takie panują, że proszę o wybaczenie.

Chusta skończona :) Właśnie "się blokuje". Długo zastanawiałam się, czy brzegi chusty mam jakoś wykończyć. Szydełkiem? Nabierać dookoła oczka i robić brzeg na drutach? W sumie zostawiłam "w stanie surowym". Z tego mojego dumania nic nie wynikło, a tu zima akurat i chusta będzie jak znalazł. Niech tylko wyschnie! Idealnie pasuje do mojej zielonej kurtki! Co prawda kurtka jest typowo sportowa, ale omotam szyję tym cudem i nie będę się oglądać na takie drobiazgi ;)

Czeka na mnie rozpoczęty męski sweter. Robię go z przygodami (czytaj - często pruję) od dłuższego czasu. A to źle rozplanowałam wycięcie "w serek", a to znów przód okazał się być krótszy od tyłu. Na koniec - zrobiłam za wąskie rękawy! Fatum (albo głupota moja) się objawia. Czas zabrać się do roboty i go wreszcie skończyć, bo mnie wiosna zastanie przy tym zimowym swetrzysku!

Wczoraj zaczęło sypać śniegiem. W mieście (zaledwie 10 km dalej i 50 m niżej) padał deszcz, a u mnie już śnieżyło. Dziś sypało śniegiem cały dzień. "Moje" sikory (bogatki, modraszki i czarnogłówki?) wyjadają słonecznik i słoninkę jak opętane! Dziś przyuważyłam też gile! Taka leśno-wiejska zima jest piękna: biały śnieg otula drzewa i krzewy, na dachach domów białe czapy śniegu, tylko z kominów wiją się strużki dymu. Biało i cicho, tylko przy karmiku rwetes ptasi.
Gorzej, jak trzeba wyjechać "po aprowizację". Odśnieżanie, a dopiero potem wyjazd. Dziś obiad "z tego, co w lodówce", jutro pomyślę o zakupach.

Pozdrawiam zimowo :)

czwartek, 2 sierpnia 2012

Bez "Guzika z pętelką"

Zajrzałam tu po dłuższej przerwie. Statystyki odwiedzin wcale nie małe. Czyli porzuciłam niecnie grono wiernych czytelniczek (i czytelników). Przemyślę sprawę. Może tu wrócę jednak.

Kto stęskniony za moimi robótkami zapraszam tutaj. Notuję tam krótko, co nowego w robótkach.

Pozdrawiam wszystkich zaglądających słonecznie prosto z ogródka.

czwartek, 5 kwietnia 2012

Coś się kończy, coś się zaczyna*

Egunią zostałam pięć lat temu. Na własne   życzenie. Zakładając pierwszego bloga taki nick sobie wymyśliłam. Potem wiele razy musiałam tłumaczyć się skąd taki idiotyczny pomysł. Bo ja mało "eguniowata" jestem w prawdziwym życiu.
Po pięciu latach pisania bloga mam trochę dość. Mocno wydaje mi się, że moje pomysły na eguniowy blog się kończą. Co nie znaczy, że zrywam z robótkami ręcznymi. O nie! To zbyt ważna część mojego życia!
 Jestem w takim momencie, że potrzebuję zmian. Kwiecień to dla mnie zawsze dobry moment.  Dużo rzeczy postanowionych w kwietniu było dla mnie istotnych i dobrych. Tym razem też tak będzie :)

 Nie kasuję tu nic, ale pisać już tu chyba nie będę. Wszystkim zaglądającym, komentującym, kibicującym bardzo dziękuję.

Pozdrawiam Was wiosennie
Ela


P.S.
*oczywiście tytuł jest cytatem
O robótkach będę pisać tu.

sobota, 24 marca 2012

Pierwsza strzyża

Stało się.
Mały reportaż będzie.

Przed strzyżeniem. W zagrodzie:
Na pierwszym planie Rózia - owca pomorska. Z tyłu Elka - owczy kundelek :) Obie mają rok i będą strzyżone po raz pierwszy.
Spod ostrzyżonego runa wystaje tylko nos Elki. Obie były grzeczne całkiem. Strzyżenie owiec to męska rzecz. Zajmował się tym mój Mąż i Sąsiad.
W nagrodę za dobre sprawowanie jest porcja marchewki dla łysolków.
A to "urobek". W worku runo Elki, a w koszu - Rózi.
Elkowe - kundelkowe, ale z pięknymi karbikami.

A to strzyża z Rózi. Wełna z owcy pomorskiej ma piękny kremowy kolor, ale jest dość szorstka.
Jeszcze raz panienki - przyszły do mnie ma drapanie po noskach :)

Pozdrawiam!

środa, 14 marca 2012

Poduszka granny squares i porządki

Najsampierw poduszka:
Wierzch z "wełnianych" wełen upleciony szydełkiem. Naszyłam na gotową poszewkę w kolorze szarym. Na suwak i voila! Wymiar 50x50 cm Wygląd "babciny" w bonusie :)
A teraz o porządkach.
Kto mnie zna, ten wie, że z utrzymaniem "klaru na pokładzie" jest u mnie kruchutko. Wiosna za oknem spowodowała kolejną falę wyrzutów sumienia w tej sprawie. Wczoraj pognałam do sklepu na "I" - kupiłam pudła i plastikowe pojemniki. A dziś zabrałam się za sortowanie, układanie i porządkowanie.
Te przejrzyste szczególnie przypadły mi do gustu, bo widać co gdzie pochowałam. Chyba dokupię ich więcej...
Włóczki, szmatki i czesanki jako tako uporządkowałam. Natomiast tony papierów czekają na selekcję i uporządkowanie. Życzcie mi wytrwałości w porządkach wiosennych :)

piątek, 9 marca 2012

Takie tam, a słońce świeci :)

Miał być poduszką do igieł, ale póki co robi za "ozdóbkę" :) Jak na moje zwyczaje (dragon ze mnie, żadnych durnostojek) bardzo dziwne.
A w kuchni się zakurzyło:
Dla porządku dodam, że kurze dzieła nie są moje, a jako fanka kurzej melodii dostaję czasem kuraka w prezencie :)
A na tapecie babciokwadraty - kolejne wejście:

poniedziałek, 5 marca 2012

Wprawki i ksiązki

Najpierw wprawki:
Jakość i precyzja to cechy niewrodzone. Przynajmniej u mnie. Muszę nad tym pracować. Na tych paskach ćwiczyłam. Pozszywałam i jestem z siebie dumna : wszystko się ładnie schodzi. Ta! Dam! Nie mam tylko pomysłu co z tym "dziełem" zrobić. Dość to nudne, choć tak precyzyjnie zszyte :)

A teraz książki:
Practical Guide to zbiór wskazówek o szyciu patchworków - bardzo przejrzyste i zrozumiale nawet dla kaleki językowego jakim jestem.  Zawiera też 12 projektów kołder ułożonych według stopnia trudności od beginner do intermediate. Przewalam ją od piątku non stop i ciągle znajduję coś ciekawego.
Druga książka - Patchwork folk art to inna bajka. Należy ją chyba potraktować jako inspirację do własnych poszukiwań. Znalazłam ją w dziale "Rural craft" (wiejskie rzemiosło) i to mnie zachęciło. Jej przeczytanie trochę mi zajmie czasu i energii (mój marny angielski jest winien), ale wtedy będę mogła powiedzieć coś więcej. Na razie przejrzałam obrazki :)
Pozdrawiam

sobota, 15 października 2011

Wywiad i osnuwanie

Zajrzyjcie  tu : http://poletsy.blogspot.com/2011/10/featured-seller-egunia.html
Udzieliłam wywiadu :)

Bardzo miłą niespodzianka na dzisiejszy wieczór. Cały dzień nie zaglądałam do komputera.

Zajmowałam się osnuwaniem krosien.  Tym razem miałam pomocnicę i dzięki temu wszystko zajęło nam tylko kilka godzin.
Najpierw trzeba było przygotować nicielnice - tym razem cztery. Potem snowanie.  Odbywało się w stodole:
Moja Siostra w trakcie pracy :)
Następnie zakładanie przygotowanej osnowy na krosna. Do tej pory robiłam to zawsze sama. Teraz wiem, że to duży błąd - razem pracuje się nie tylko przyjemniej, ale i zadanie jest znacznie łatwiejsze do wykonania.
Jutro mogę powiązać podnóżki i zabrać się za tkanie. Jak miło. Dzięki Siostrze.

sobota, 17 września 2011

Koniec lata

Kwitną róże, malwy. Drugi raz rozkwitły mi kwiaty w pojemnikach. Przepięknie pachnie heliotrop, a te żółte drobiażdżki kwitną non-stop od maja. Dziś posadziłam białe lilie. Czas jesiennych porządków w ogrodzie nadchodzi wielkimi krokami.
Robótkowo działam, choć mam mniej czasu. Zakładam osnowę na szalik, przędę zieloną włóczkę. Oczywiście robię na drutach kilka rzeczy na raz - jak to ja.

Dziś pozdrowienia od "panienek":

 Rózia vel Kaśka
Elka
Więcej o owczym stadku tu: http://polskiewrzeciona.blogspot.com/2011/09/owce.html

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Skarpety

Wróciłam z "wakacji". Przywiozłam z sobą skarpetki, które dziergałam w podróży. Miały być foty skarpet, ale pies był tak stęskniony, że ładował się bezwstydnie w każdy kadr. Na dzień dobry wobec tego zdjęcie psa z zacieszem na pysku :))) Skarpety w tle.
Skarpety juuutro. Teraz pies. Oraz koty. Oraz owce. Zoo normalnie...

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

POLetsy Giveaway


Kliknij i wygraj!
Wystarczy napisać komentarz pod skarbczykiem POLetsy Giweavay : http://www.etsy.com/treasury/MTYwODE5Mjd8NTcyMjE1Mjg3/poletsy-giveaway?index=0 , aby wziąć udział w losowaniu! Nagrodą są wszystkie przedmioty zawarte w skarbczyku. Powodzenia!

wtorek, 5 lipca 2011

Nowe szaty cesarza*

Uprzejmie przepraszam tych, co nie lubią zmian. Pobawiłam się szablonem bloggera, zrobiłam sobie kolaż na nagłówek. Jakby nie było wakacje, czasu mam więcej i głupoty mi w głowie.

Dzisiaj pozdrawia Was zniesmaczony Diesel :
Zniesmaczony, bo przeszkodziłam mu w drzemce...

*Oczywiście z tym cesarzem to żart. Nie cierpię na manię wielkości :)))

wtorek, 28 czerwca 2011

Zielonym do góry

Moja cierpliwość została wystawiona na wielką próbę. Mam pół kilo czesanki - mieszanki merynosa z jedwabiem. Postanowiłam uprząść ją tak, żeby było na sweterek/tunikę - jednym słowem coś większego na grubsze druty. A więc całość tak samo. Ciężka to dla mnie próba, bo lubię sobie życie urozmaicać. Od jakiegoś czasu przędę tylko zielone i zielone :) Guziki już nawet kupiłam zielone (dla większej motywacji) Po uprzędzeniu skręcam navajo (nie ma na to lepszej nazwy???) w trzy nitki. Wychodzi sympatyczny grubas - oceniam, że na druty 6-7 mm. Włóczka jest jeszcze nieuprana, dlatego może nie wygląda zbyt "wyjściowo".

Oczywiście działam w ogródku. Zakwitają lilie, które dostałam rok temu od Mamy. Mają przepiękne kolory, ale wymagają trochę zachodu. Zżerają je takie czerwone robale - chodzę i je zbieram z moich roślin.

W barwierskim ogródku kwitną już na całego nachyłki. Zamówiłam odczynniki chemiczne i niedługo zabiorę się za farbowanie naturalne wełny. W planach nachyłki (żółty), marzanna (czerwony) i może indygo (jak kupię, bo na razie zabrakło mi funduszy "na głupoty").

Na zdjęciu nachyłki (żółte) w towarzystwie gailardii (czerwone).
 
Dziś wyjątkowo nic o owcach. Za to Bona mówi Wam:

Proszę pogłaskać mnie po brzuszku!
No to pa!

wtorek, 14 czerwca 2011

Róża

 
Droga od pączka do w pełni rozwiniętego kwiatu.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

W ogródku

Posted by Picasa
Szala przybywa pomału, bo ja siedzę w ogrodzie. Po wizycie Jednej Takiej, która TYLKO w dzieciństwie tkała, poprawiłam te wszytkie sznureczki i niteczki. Jest lepiej! Nie wdaję się w szczegóły, bo znowu Was zanudzę.

Teraz o ogródku. Zakładałam go rok temu. Z prerii, którą założył wokół domu M. wyrwałam niewielki kawałek gruntu - bez trawy. Na części posadziłam truskawki. W miastowym życiu najbardziej brakowało mi smaku truskawek prosto z krzaczka :)  Dziś pierwszy zbiór!

Obok rząd poziomek i ziołowa grządka. W tym roku posadziłam też pomidory (wyhodowane samodzielnie od nasionka - taka ekstremistka jestem) i ogórki. Oczywiście jest sałata, koperek i szczypiorek. A dalej kwiaty. W zeszłym sezonie miałam cały rozsadnik małych roślinek. Część mi zmarniała, ale mam swoje ostróżki (niedługo zakwitną), naparstnice, kilka gatunków goździków, ozdobne krwawniki, bratki itd, itp.

Moja idee fix to róże. M. twierdzi, że u nas klimat zbyt srogi (faktycznie wszystkie nieokryte pędy przemarzły), że róże chorują, żrą je mszyce i inne robale, potrzebują dobrej ziemi, i tak dalej. Na zdjęciu powyżej różyczka kupiona w tym roku - zakwitła jako pierwsza (pewnie była pędzona). Moje posadzone w ubiegłym roku róże odbiły po ciężkiej zimie, ale mają dopiero pąki. Chucham i dmucham - psikam miedzianem (na czarną plamistość, bo w ubiegłym roku miały), zwalczam mszyce (już wlazły cholery jedne!), odchwaszczam, nawożę, gadam do nich i oglądam codziennie.
Oczywiście mam ogrodowych "pomocników". Koty bawią się w "kocie szachy"* między kwiatami, ewentualnie załatwiają swoje inne potrzeby :<. A że koty są trzy ogłosiłam kapitulację. (na zdjęciu prawdziwy łowca - Diesel)

Owca dorwała się do wiciokrzewu - obżarła go dokładnie co do listeczka. Jak spuszczę ją na chwilę z oczu (kiedy biega luzem) z miejsca wlezie w truskawki i obżera im liście. Lubi też kwiatki fuksji (już ich nie mam, bo zjadła) i margerytek.
Faza przeżuwania - owca schowała się w cieniu pod domem.

Kończę, bo ogródek wzywa - sucho i  trzeba podlewać. Mam nadzieję, że dotrwaliście do końca ogrodowych wynurzeń. Coś czuję, że nie ostatnich. Pozdrawiam serdecznie wszystkich zaglądających, czytających i komentujących. Buziaki!


*Jak nie wiesz, co to są kocie szachy przeczytaj książkę "Kot w stanie czystym" T. Pratchetta" - tylko dla właścicieli kotów.

poniedziałek, 16 maja 2011

Niedosyt

W miniony weekend brałam udział w kursie barwienia wełny metodami naturalnymi w Poznaniu. Czuję niedosyt. Częściowo sama sobie jestem winna.

Enigmatyczny opis: "Zajęcia praktyczne, na których uczestnicy będą barwić barwnikami naturalnymi przędzę i czesankę wełnianą" zinterpretowałam sobie sama, oczekując, że poznam RÓŻNE techniki barwienia (np. z użyciem indygo - barwnika kadziowego). Nie dopytywałam o szczegóły, pojechałam nie znając ich.

Zajęcia okazały się częścią większego cyklu. Część osób brała udział w poprzednich częściach, nam nie udzielono żadnych wstępnych wyjaśnień. (Zabrakło nawet części wstępnej - powitania, zapoznania się grupy) Cztery osoby nowe - "acha, rozkładamy garnki, proszę pociąć wełnę (próbki nie były przygotowane dla nas).
 W czasie ośmiu godzin zajęć poznaliśmy pięć barwników: nachyłek, logwood, marzannę, janowiec i koszenilę. Marzannę znałam wcześniej  Logwood daje piękne odcienie głębokiego fioletu - aż po granatowy (po dodaniu miedzi). Koszenila - róże i amaranty - piękne! Janowiec jest interesujący, bo można uzyskać nie go ładną zieleń. Szkoda, że pomimo iż to roślina rodzima jest raczej trudno dostępny.  Do wszystkich barwników zastosowana została identyczna procedura - po prostu pięć razy to samo, tyle, że z innym barwnikiem.

O barwnikach kadziowych nic. Okazało się, że indygo przewidziano na kolejne zajęcia - opisane jako "Zajęcia praktyczne, na których uczestnicy będą barwić techniką TIE-DYE koszulkę bawełnianą oraz zabarwią jedwabną chustę." - kompletnie bym na to nie wpadła (!), więc niczego się na ten temat nie dowiem. Pytania o indygo i urzet – bardzo źle widziane.

 Czy środek nazwany "sodą" to soda spożywcza używana w kuchni, czy soda ash, używana w angielskojęzycznych recepturach) - odpowiedzi nie uzyskałam. Mam eksperymentować i sama dochodzić do wniosków praktycznych. Ta uwaga padała kilkakrotnie. Tylko, że aby eksperymentować, nie muszę jechać na kurs - akurat dociekliwości i chęci do eksperymentowania mi nie brak.

Czekam na materiały, które nie były dla nas przygotowane (!), ale dostaniemy to, co dostali uczestnicy szkolenia o barwieniu lnu i jedwabiu. Może nawet znajdzie się jakiś dodatek o wełnie (!) Prezentowane materiały dydaktyczne (prezentacje) nie dotyczyły bezpośrednio tematu (np były o arabskich i indyjskich kobiercach w ogólności). Jedyny interesujący (dla mnie) film "Lost colors" (bez tłumaczenia, wyłącznie po angielsku) - pokazywany był na samym końcu, niestety musiałam już wychodzić na pociąg. Kompletne kuriosum stanowiło dla mnie pokazywanie w formie prezentacji komputerowej w czasie kursu ogólnie dostępnej publikacji Barwienie metodami naturalnymi (adres: http://www.lenikonopie.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=61&Itemid=73). Na domiar publikacja dotyczy barwienia lnu, więc nie ujmuje specyfiki wełny, gdyż traktuje ją marginalnie. Znam ją od dawna – mam nawet link w „Moich inspiracjach”. Kolejna strata czasu, zwłaszcza, że samej prezentacji nie towarzyszył żaden sensowny komentarz (Tu macie marzannę, a tu urzet…)

Zdaję sobie sprawę, że moja relacja jest subiektywna – przedstawia mój punkt widzenia i moje odczucia. Inne osoby biorące udział w kursie mogą mieć inne odczucia i oceniać całość inaczej. To prawda, że mam już za sobą pewne doświadczenia (eksperymenty) z barwieniem naturalnym i być może moje oczekiwania okazały się zbyt duże. Pewnych rzeczy miałam jednak prawo oczekiwać niezależnie od wszystkiego – nie tylko w kwestiach merytorycznych, ale również metodyki nauczania.

Wyłączam możliwość komentarzy – nie mam ochoty się nakręcać i wywoływać awantur.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Owca Elka


Jutro kończę czterdzieści lat. W ramach świętowania odwiedzili mnie moi najbliźsi - rodzice, Babcia i rodzeństwo. Były życzenia i prezetny. Wśrod nich najbardziej zaskakujący - owca Elka od mojego szalonego Brata.
Owieczka ma dwa miesiące i pochodzi z hodowli owiec "mięsnych" delikatnie mówiąc. Jej kumpele ze stada skończą na stołach greckich jako jagnięcina. Owieczka upodobała sobie moje krzaczki truskawek! Dwa już zeżarła :-)
Póki co owieczka mieszka w stodole, a w ciągu dnia łazi po obejściu luzem. Myślimy jak zorganizwać jej życie, żeby przetwały moje truskawki (!) i owca.
Mam wełnę na nóżkach, he! he!

sobota, 23 kwietnia 2011

Wesołych Świąt!

Spokojnych, radosnych Świąt Wielkanocnych!

piątek, 4 marca 2011

Wynik losowania

W losowaniu szczęście uśmiechnęło się do Marysi. Ponieważ nie mam Twojego maila - poproszę Cię Marysiu o kontakt - mój mail e.gunia@gazeta.pl (potrzebny mi Twój adres "naziemny")
Gratuluję Marysi i pozdrawiam wszystkie uczestniczki losowania.